Profil użytkownika Syl

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Mówi o sobie Syl, ale jej prawdziwe imię to Selene
Rasa: Człowiek
Wiek: 26 zim


Aura

Bardzo młoda i lśniąca aura o przeciętnej sile, która połyskuje jasnym topazem. Choć poświata zbliża się w kierunku bursztynu, to wciąż jeszcze topaz jest jej barwą. Pośród blasku przemykają cynowe i złote cienie, które wyglądają jakby chciały umknąć nim zostaną dostrzeżone. Wśród panującego tu bezdźwięku czuć ludzki pot. Przebija się też zapach otulonego nocą miasta i opuszczonych zaułków, tak lubianych przez złodziejaszków wszelkiej maści. Aura nie jest zbyt twarda, to jednak nadrabia swoją ponadprzeciętną giętkością. Nie brak jej również ostrości, którą podsumują gładkie połacie, aksamitne i delikatne w porównaniu z poprzednimi odczuciami. Smak aury zmienia się jak w kalejdoskopie. Gdy już myślisz, że go poznałeś, ten przeistacza się w inny. Jedyne czego można być pewnym to chłód bijący od emanacji i lepkość która pozostaje w ustach, utrzymując poczucie niezdecydowania co do jej odbioru.


Wygląd

Syl to szczupła i niezbyt wysoka osóbka. Mierzy mniej niż sążeń, jest szybka i zwinna. Gdy chce, potrafi po prostu zniknąć. Kamuflaż to jej specjalność. Wygląd jednak niezbyt jej to ułatwia. Płomienne kosmyki włosów falami opadają na ramiona i okrywają kark. Tak bujna fryzura w odcieniach ostrej czerwieni zawsze rzuca się w oczy. Krwawą burzę loków zazwyczaj ukrywa pod kapturem swojej ulubionej czarnej peleryny. Niesforne kosmyki jednak znajdą często wydostają się na światło dzienne. Twarz Selene jest chuda, ale nie pociągła, a kości policzkowe ostro zarysowane. Blada skóra pozbawiona jakiejkolwiek opalenizny, zarumienione policzki i wąskie, krwawoczerwone usta sprawiają, że wygląda naprawdę zdrowo. Duże, zielone, oczy promieniują ukrytą inteligencją. Nie sposób dostrzec w nich trudy dotychczasowego życia kobiety. Gdy jest zdenerwowana lub podekscytowana, jej spojrzenie staje się naprawdę przenikliwe. Jej twarz nie zdradza absolutnie niczego z jej prawdziwej natury. Zazwyczaj jest uśmiechnięta, miła i życzliwa dla ludzi.
Rzadko robi makijaż, a jeżeli już to delikatny, tylko lekko podkreślający jej urodę. Ma tendencję do ubierania się tak, by było jej wygodnie nie zważając uwagi czy komuś się to podoba czy też nie. Lubi nosić proste stroje takie jak lekki pancerz ze skóry zabarwionej na czarno, sznurowany rzemieniem, wysokie buty z cholewami i rękawiczki pod łokcie z cienkiego, delikatnego materiału. Zazwyczaj stara się skrywać twarz pod kapturem. W jej sytuacji dyskrecja jest bardzo wskazana.


Charakter

Na pierwszy rzut oka w Syl nie ma absolutnie nic niezwykłego. Wygadana, żywiołowa ryzykantka, jak na złodziejkę i podróżniczkę przystało. Uwielbia wtykać nos w nie swoje sprawy i pakować się w kłopoty. Lubi wiedzieć wszystko i znać wszystkich. Doskonale odnajduje się w towarzystwie. Ma zmysł przywódcy, potrafi planować i jest przewidująca. Sprawia wrażenie osoby, która jest bardzo szczęśliwa, wiecznie uśmiechnięta, rządna przygód i zabawy.
Jednak i ona ma swoje zmartwienia, a największym z nich stała się przeszłość. Świetna z niej aktorka, wręcz wyśmienita, więc nie sposób dostrzec jaka jest naprawdę, dopóki nie spędzi się z nią więcej czasu. Nie jednemu zdawało się, że ma w Selene przyjaciółkę. Zazwyczaj taką pomyłkę przypłacał życiem, albo chociaż solidnym wyrokiem. Ta kobieta nie uznaje przyjaźni, miłości i jest gotowa wykorzystać do własnych celów, każdego, komu wydaje się, że zdoła stopić lód w jej sercu.
Życie nauczyło ją, że jest zdana tylko na siebie. Ludzi traktuje więc jedynie jako środki do osiągania celów. Być może jej maska przyjaznego uśmiechu chwilami staje się prawdziwą twarzą, a fałszywe przyjaźnie jakąś więzią, ale tak wiele razy została zraniona i oszukana, że ciągła czujność i niedowierzanie weszły jej w krew.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Raczej wytrwały, Wrażliwy,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Bardzo szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Dobry wzrok, Dobry słuch, Kiepski węch, Słaby zm.mag.,
Umysł:Pojętny, Ineligentny, Silna wola,
Prezencja:Piękny, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Niewrażliwość na ból, widok krwi oraz wszelką makabrę [Z]Młodość spędzona w więzieniu nie tylko przysporzyła jej w późniejszym życiu sennych koszmarów, ale i uodporniła. Makabryczne doznania nie są w stanie wytrącić Syl z równowagi.
Lęk przed więzią [S]Czasem można o kimś powiedzieć, że jest nieufny, ale w przypadku Syl byłoby to niedopowiedzeniem. Po tym jak jej własna rodzina zostawiła ją na pastwę losu, niesłusznie oskarżoną i pozwoliła wysłać kilkunastoletnią dziewczynę do więzienia, a później mąż więził i znęcał się przez długi czas, kobieta stara się trzymać ludzi, a w szczególności mężczyzn na dystans i traktować jak pionki, służące osiąganiu celów. Dawno przestała wierzyć w przyjaźń i miłość.

Umiejętności

Otwieranie zamków [W] Poza używaniem swojego magicznego wytrychu nauczyła się też posługiwać zwyczajnymi. Tak na wszelki wypadek. Nie jeden raz uratowało jej to życie.
Przetrwanie [O] Lata w więzieniu, ucieczka, podróże oraz późniejsze samotne życie w miejskiej dżungli nauczyło ją wszelkich technik przetrwania.
Skradanie [M] Syl potrafi poruszać się absolutnie bezszelestnie, co daje jej jeszcze większe powodzenie w złodziejskim fachu.
Szpiegostwo [P] Mieszkając w wielkim mieście nauczyła się jak węszyć odpowiednio. Już nie tylko zwykłe kradzieże i włamania, ale i poważniejsze przekręty przynosiły jej zyski.
Wspinaczka [P] Całkiem nieźle radzi sobie ze wspinaczką po stromych ścianach kamienic, a także skakaniem z dachu na dach. Na skalnych ścianach, czy też rozłożystych gałęziach drzew poradzi sobie równie dobrze.
Władanie bronią białą [W] Walczy dwoma krótkimi sztyletami. Ta piękna, kradziona broń jest pamiątką po jednej z bardziej spektakularnych akcji, w jakich kobieta brała udział. Należały do komendanta straży miejskiej Valladonu. Skradziono je w dzień, gdy, jako symbol urzędu miały trafić w ręce jego jedynego syna, który przejmował po nim stanowisko.
Łucznictwo [P] -Strzelanie z łuku to bardzo przydatna umiejętność, która niekiedy może nawet uratować życie. - tak zawsze mawiał stary złodziej Morgram z Valladonu. To on swego czasu nauczył Selene tej sztuki.
Aktorstwo [M] Selene to wyśmienita aktorka. Nigdy jednak nie myślała, żeby zarabiać na tym uczciwie. Ta umiejętność pozwala jej doskonale ukryć prawdziwą twarz i sprawiać takie pozory, by nikt nie zorientował się co zamierza.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Diorytowy wytrych [ZAC]Rudę diorytu dostała od swojego przyjaciela Vicco w kopalni. Już w pierwszej chwili spostrzegła, że drzemie w niej jakaś nieznana magia. Podczas ucieczki zabrała ją i od tego czasu zawsze trzymała przy sobie. Podczas późniejszych podróży udała się do jednego z miast. Ponieważ rudy było niewiele, tamtejszy kowal był w stanie zrobić jedynie wytrych. Szybko okazało się, że posiada on właściwość przybierania kształtu zamka, do którego się go włoży. Dzięki temu Syl jest w stanie złamać każde zabezpieczenie, pod warunkiem, że nie chroni go magia.

Towarzysz


Historia

Niech ten dziennik stanie się dowodem całego zła, jakie mi wyrządzono, a za razem mojej niewinności względem późniejszych wydarzeń. To, co nastąpiło było nieuniknione.
-żałująca za swoje grzechy: Autorka



Rozdział I


Wspomnienie lata

Było takie lato w Fargoth, niby podobne do poprzednich, bo słoneczne i parne, a jednak to właśnie wtedy niepostrzeżenie i brutalnie wszystko się zmieniło. Miałam prawie trzynaście lat, wraz z ojcem, matką i dwoma młodszymi siostrami mieszkaliśmy w kamienicy nieopodal rynku. Tam właśnie mieścił się warsztat taty, był on bowiem rzemieślnikiem. Mama dorabiała jako szwaczka. Żyliśmy spokojnie, ale nie w zbytnim dostatku.
Lata tak upalne, jak tamto lubiłam spędzać spacerując po leśnych zagajnikach poza miejskimi bramami. Wiele razy słyszałam, że zapuszczanie się poza miejskie mury jest niebezpieczne, że mogą mnie zaatakować dzikie zwierzęta lub bandyci. Ja jednak nic sobie z takich ostrzeżeń nie robiłam. Pośród drzew i krzewów, ukryta w zielonym gąszczu czułam się bezpieczniej niż we własnym domu. Pewnego wieczoru, gdy duszne powietrze powoli stygło w ciemności, wracałam do domu. Drogę oświetlał mi mleczny blask sierpowatego księżyca. Minęłam bramę miejską i wędrowałam dalej krętymi uliczkami pośród wysokich kamienic. W niektórych oknach jaśniała żółtawa poświata płomieni świec, ale mimo to miasto skąpane w ciemności zdawało się spać. Nagle z daleka dobiegły mnie jakieś podniesione głosy, które szybko przerodziły się w przeszywające na wskroś ciszę krzyki. Po krótkiej chwili zza zakrętu wypadła gromada dzieciaków, pędziły wprost na mnie. Każde trzymało w dłoniach jakiś połyskujący przedmiot. W ciemności nie byłam w stanie dostrzec, co to było. Tuż za nimi biegło trzech strażników miejskich. Ulica była zbyt wąska, by uciec gdzieś na bok. Wszystko działo się zbyt szybko. Gdy mnie mijali, jeden z uciekinierów rzucił mi swój łup prosto pod nogi i popędził dalej. Dopiero wtedy rozpoznałam, że to złota figurka z miejskiej świątyni. Strażnicy zamiast dalej gonić złodziei skupili się wyłącznie na mnie. Przekonani o moim współudziale w zbrodni, zaprowadzili wprost do komendanta straży. Usiłowałam mu wytłumaczyć jak było, ale mężczyzna był pewny, że kryję swoich przyjaciół. Oferował wolność, uniewinnienie, straszył, groził, nie powiedziałam mu jednak niczego więcej, bo niczego nie wiedziałam. Komendant nie mógł poprzestać na zwyczajnym upomnieniu, ze względu na nacisk ze strony kapłana, który miał wpływy we władzach miasta. Rodzina nie miała dość pieniędzy, by zapłacić zadośćuczynienie świątyni. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że tak naprawdę, mogliby to zrobić, ale wiązałoby się to z utratą wszystkiego, co posiadają. Nie widziałam się z nimi ani razu podczas całej tej sprawy. Nie zezwolono mi na chociaż jedną krótką wizytę.


Rozdział II


Długa droga w dół

Z polecenia duchownego komendant wysłał mnie do kopalni na północy gór Dasso, bym odpracowała swoją karę. Niespełna trzynastoletnia dziewczynka dość lichej budowy zesłana do jednego z najcięższych więzień Alaranii... to dość irracjonalny wyrok. Ale Komendant nie miał nic do gadania. Zbytnio obawiał się o własny stołek, żeby przejąć się moim losem.
Owa kopalnia była zarówno więzieniem, jak i obozem pracy. Trafiali tam przestępcy z prawie wszystkich ludzkich miast. Tunele były niezwykle rozległe i sięgały nawet kilka pięter w dół. Skazani kopali tam w poszukiwaniu srebra w nadziei, że wypracują sobie wolność. Niestety, jak się później okazało mało kto w ogóle wracał na powierzchnię. W podziemnych korytarzach roiło się od dobrze uzbrojonych strażników. Nie było jednak cel, krat, ani żadnego porządku. Wszystkie wyjścia były dobrze pilnowane. Więźniowie przez szesnaście godzin dziennie pracowali przy kilofach, pozostawało im osiem godzin na sen. Spali na gołej ziemi, grzejąc się przy rozpalonych tam ogniskach i dogasających piecach hutniczych, gdzie za dnia wytapiano srebrne sztaby. Posiłki wydawano dwa razy dziennie i zazwyczaj był to jedynie kawałek chleba.
Strażnicy zupełnie nie przejmowali się moim wiekiem. Byli niczym posągi stojące na straży porządku. Milcząc patrzyli na wszystko, obserwowali. Nikt jednak nie chciał im podpaść. Bo gdyby tak się stało, zapewne taki nieszczęśnik nie mógłby liczyć na posiłek przez kilka kolejnych dni. Jak na ironię to więźniowie okazali się bardziej ludzcy od strażników. Nie raz widząc jaka jestem wyczerpana pracą ponad moje siły odstępowali część swojej porcji jedzenia lub, kiedy akurat nikt nie pilnował, pomagali wykonać dzienną normę. Gdyby nie ta pomoc zapewne umarłabym z głodu lub wyczerpania.
Przez cztery długie lata żyłam w tych ciemnych tunelach nadzieją na ratunek. Wierzyłam, że rodzice odłożą pieniądze i wyciągną mnie stamtąd. Powtarzałam w myślach, że niedługo znów ich zobaczę i wrócę do domu. Nic takiego jednak nie następowało.


Rozdział III


Nieobecność światła

Mijał czwarty rok pod ziemią. Powoli docierało do mnie, że zostałam całkiem sama. Wtedy właśnie pojawiła się myśl o ucieczce. Irracjonalne plany i marzenia o samodzielnym wyrwaniu się na wolność, o ponownym ujrzeniu nieba. Niezwykły łut szczęścia nadał im wręcz namacalną formę. A stało się to, gdy jeden z więźniów kopiąc w najgłębszym tunelu kopalni odkrył przejście do groty z wodą pitną. Wszyscy solidarnie dbaliśmy, żeby straż się o tym nie dowiedziała. Była to nasza mała oaza. Życiodajne źródło kryło w sobie jednak coś jeszcze. Dobrze ukryte, wąskie przejście - drogę do sieci podziemnych jaskiń. Nikt poza mną nie był w stanie się przez nie przecisnąć, kłucie kilofem zaraz by nas wydało. Nikt nie wiedział też co czyha w ciemnościach. Ale to była moja szansa. Inni więźniowie pomogli zgromadzić niewielkie zapasy jedzenia, parę pochodni inne przydatne rzeczy. Jeden, który był mi szczególnie bliski - Vicco podarował mi na pożegnanie niezwykły prezent. Była to bryłka bardzo dziwnej skały. Wyglądała na magiczną. Nikt nie patrzył z zawiścią, szczerze chcieli, żeby mi się udało. Któregoś dnia przekroczyłam skalny przesmyk i ruszyłam w mrok tajemniczego labiryntu jaskiń z nadzieją na wolność.
Nie wiem ile czasu błąkałam się w mroku. Dla mnie trwało to całą wieczność. Raz po raz traciłam nadzieję, by potem ją odzyskać i iść dalej. Z czasem zaczęło prześladować mnie wrażenie, że umrę w tej ciemności całkiem sama, zapomniana przez wszystkich. Ale tak bardzo chciałam żyć, ta wola przetrwania pchała mnie do przodu i pomagała stawiać każdy krok.
Nie wiem jak. Być może cudem lub za sprawą jakiegoś bóstwa, które czuwało nad moim losem w końcu dostrzegłam światło na końcu tunelu. Dobiegł mnie szum wiatru i śpiew ptaków. Mimo niewyobrażalnego wycieńczenia i głodu zaczęłam biec. Biegłam ile tylko miałam sił i czułam jak życie ze mnie ulatuje. Czułam, że to ostatnia szansa na wolność, bo gdybym zatrzymała się na moment, upadłabym i już nie wstała. W jednej sekundzie wydarłam się z objęć ciemności i byłam wolna. Bez ducha upadłam na ziemię pokrytą pożółkłymi liśćmi. W moje płuca wdarł się ogrom świeżego powietrza. Zdawało się, że zaraz je rozsadzi. Oddychałam szybko i głęboko, tak, jakby ktoś zaraz znów miał mi odebrać to tchnienie. Leżąc tak patrzyłam na niebo, którego blask mnie oślepiał. Kontury drzew falowały spokojnie na tle błękitu. Czułam szczęście, odzyskałam życie.
Nagle usłyszałam coś, co nie było szelestem wiatru wśród suchych liści. To był szelest kroków. Ktoś się zbliżał. Po chwili wyrosła nade mną sylwetka człowieka. Wciąż oślepiona światłem dnia nie mogłam mu się bliżej przyjrzeć. Rozpoznałam jednak pęk piór wetknięty w czapkę, którą nosił. Bez wątpienia był strażnikiem z kopalni. I to bardzo ważnym. Nie miałam siły na nic poza oddychaniem. Nie mogłam się zerwać do ucieczki, lub chociaż błagać o wolność. Z oczu popłynęły mi łzy. Mężczyzna wziął mnie na ręce i ruszył przed siebie. Myśl, że wracam tam, skąd przybyłam rozlała się żałosną goryczą wewnątrz mnie. Z całych sił chciałam, aby to był sen. Zemdlałam.


Rozdział IV


Resztki człowieczeństwa

Kiedy ponownie odzyskałam przytomność, bałam się otworzyć oczy. Bałam się, że ujrzę skalne sklepienie, że znów będzie ciemno. Tak się jednak nie stało. Zobaczyłam za to pięknie urządzony pokój, obrazy wiszące na ścianach i prawdziwy, żywy, jasny świat za otwartym na oścież oknem. Później do pokoju wszedł ten mężczyzna z lasu. Przedstawił się jako Xavier, miał około dwudziestu siedmiu lat. Powiedział, że jest strażnikiem, znalazł mnie w lesie u podnóża góry robiąc codzienny patrol.
Opowiedziałam mu o wszystkim, co dotychczas mnie spotkało. Zdawał się wierzyć. Byłam jednak nieufna, w kopalni nie spotkałam ani jednego strażnika zachowującego się jak człowiek. Obawiałam się, że gdy upłynie trochę czasu, odda mnie w ręce władz i ponownie trafię na dół. Dni jednak mijały, a Xavier pomagał mi wracać do zdrowia. Dał nowe ubrania , własny pokój i pozwolił zostać jak długo zechcę. Nie miałam dokąd iść, więc mimo swoich obaw postanowiłam zostać u niego jeszcze przez jakiś czas. Mężczyzna był weteranem jednej z bitem, odziedziczył po rodzicach piękny dworek pod lasem, w którym mieszkał całkiem sam. Miał złota pod dostatkiem, ale nie potrafił zrezygnować ze służby.
Z biegiem czasu coraz rzadziej myślałam o odejściu. Xavier stawał mi się coraz bliższy. Był ciepłem, bezpieczeństwem, miłością, której tak rozpaczliwie potrzebowałam. Starałam się dawać mu to samo. Widziałam jak na mnie patrzy, wiedziałam, że czuje to co ja. Po roku od mojej ucieczki, a miałam wtedy siedemnaście lat, któregoś wiosennego dnia powiedział ''Zostań na zawsze'' dając mi pierścionek. Zgodziłam się i zostałam jego żoną.


Rozdział V


W złotej klatce

Początek był piękny i cudownie słodki. Zdawało mi się, że u jego boku już do końca życia będę szczęśliwa. To jednak było tylko kłamstwo. A przekonałam się o tym, gdy po raz pierwszy mnie uderzył.
Mogąc nazwać się moim mężem zyskał przekonanie o swojej wyższości. W konfliktowych sytuacjach stawał się zimny, szorstki, a nawet agresywny. Z biegiem czasu nie miałam już nic do powiedzenia. Stałam się jego własnością, ładną ozdobą, przedmiotem, którego używał, gdy miał na to ochotę. Nie raz mnie uderzył, nie raz zamknął w pokoju. Ponownie stałam się więźniem. Tylko, że nie wśród skał i mroku. Moim więzieniem stał się pięknie urządzony pokój, gdzie twarze smętnie spoglądały z portretów, a ciężkie, purpurowe płótno będące baldachimem łóżka spływało na podłogę.
Pewnego dnia leżąc na łóżku w sypialni z rozciętą wargą i posiniaczonymi plecami zrozumiałam, że szczęście samo do mnie nie przyjdzie. Muszę je sobie wziąć. I ponownie uciekłam. Nie było to łatwe, ale nocą udało mi się wymknąć, osiodłać konia i pogalopować przed siebie.


Rozdział VI


Grzechy wolności

Po miesiącach spędzonych w podróży dotarłam do Valladonu. Postanowiłam najpierw udać się do kowala, by rozpoznał rudę, którą dostałam do przyjaciela z kopalni. Okazało się, że jest to dioryt. Bryłka była bardzo niewielka, więc po przetopieniu kowal zaproponował, że zrobi z niej wytrych. O jego magicznych właściwościach przekonałam się niedługo potem, bo brak pieniędzy w tym wielkim mieście zmusił mnie do kilku drobnych kradzieży, które z czasem stały się moim sposobem na utrzymanie. Szybko dotarłam do miejskiego podziemia, gdzie kwitł czarny rynek. Odnalazłam się w tym biznesie szybciej, niż podejrzewałam. Z pozoru tak podłe i nikczemne zajęcie stało się moją pasją i największym talentem. Wkrótce byłam jedną z najlepszych. Minęły kolejne trzy lata, a ja dorobiłam się majątku i pewnych koneksji, co pozwoliło mi zaprzestać wykonywania brudnej roboty. Urządziłam sobie wygodne gniazdko w Valladonie i żyłam jak księżna. Dzięki współpracy z miejską strażą, która okazała się bardzo pomocna przy odpowiedniej zachęcie, miałam zapewnioną ochronę. Niestety, nie trwało to zbyt długo.
Pewnego gorącego, letniego wieczoru ktoś zapukał do drzwi mojej kamienicy. Tak się zdarzyło, że był to dzień letniego festynu i większość strażników, w tym ochrona, została oddelegowana, by strzec ulic miasta. Otworzywszy, ujrzałam swojego męża z mieczem w dłoni i przerażającym uśmiechem na ustach.
-Chyba przyszedł czas, abyś wróciła do domu...-powiedział robiąc zdecydowany krok w moją stronę.
Byłam w pułapce. Nie miałam żadnej drogi ucieczki. Xavier zdecydowanie zmierzał w moją stronę z uniesioną klingą. Cofając się wpadłam na biurko. Oparłam ręce na blacie za plecami. Tak się stało, że akurat tam leżał mały nożyk to otwierania kopert. Chwyciłam go niepostrzeżenie i spojrzałam na Xaviera.
-Tak... chyba masz rację.-powiedziałam cicho, tonem pełnym rezygnacji. Na moment udało mi się uśpić jego czujność, bo opuścił miecz. To była niepowtarzalna okazja. Rzuciłam się w jego stronę i opierając się z całych sił na nożu wbiłam mu ostrze w brzuch. Impet nie zwalił go z nóg. Wyciągnęłam więc broń powodując obfity krwotok. Zaślepiony bólem i wściekłością zaczął wymachiwać mieczem w moją stronę, ale po chwili padł na ziemię i zaczął dogorywać. Przerażona i wściekła zadałam jeszcze kilka ciosów, ale mężczyzna był trupem. Siedziałam na podłodze nieopodal ciała Xaviera cała w jego krwi i zastanawiałam się co zrobić? Bałam się, że moje wpływy i łapówki nie załatwią sprawy. Morderstwo to sprawa wyższej wagi. A gdyby mój mąż został rozpoznany, byłabym sądzona za zabicie wojskowego.
Znów musiałam zniknąć. Zabrałam pieniądze, spakowałam ubrania i zapasy na drogę, osiodłałam konia i pozostawiłam w zagajniku za lasem. Potem wróciłam, by podłożyć ogień. Wszystkie dowody wraz z kamienicą puściłam z dymem i odjechałam pod osłoną nocy.

Tu kończy się historia, a zaczyna podróż. Dokąd? Nie wiem. Ale jestem pewna, że los nie oszczędzi kolejnych rozdziałów tej przedziwnej opowieści. A ja dowiem się czego szukam... gdy już to znajdę.

Dane gracza: Syl

Nazwa użytkownika:
Syl
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
GG:
63234644
Grupy:
Dołączył(a):
Cz lip 13, 2017 11:22 am
Ostatnia wizyta:
Cz wrz 28, 2017 3:41 pm
Liczba postów:
14 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.11 posty dziennie)
Ostatni post:
[Trytonia] Pieniądze szczęścia nie dają
Wt wrz 05, 2017 5:54 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Trytonia
(Posty: 11 / 78.57% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Trytonia] Pieniądze szczęścia nie dają
(Posty: 11 / 78.57% postów użytkownika)
cron