Profil użytkownika Ritsel

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Ritsel
Rasa: Leśny elf
Wiek: 645 wiosen


Aura

Niezbyt silna emanacja gnie się delikatnie w turmalinowym blasku, który za każdym razem prezentuje inną jej barwę. Zawsze zaczyna od żelaznej, ponieważ jest jej najwięcej, później można dostrzec miedziane drobinki ułożone na kształt drobnych świetlików, gdy blask słabnie, w magiczny sposób zaczynają one świecić najprawdziwszym, srebrnym światłem. Tylko wtedy ujawniają się kobaltowe zawijasy płynące po powłoce niczym bardzo kręta rzeka. Widać w niej lśniące, cynowe lilie delikatne poruszane poprzez prąd. Wokół można odczuć przyjemną woń lasu niesiona jakby przez niewyczuwalny wiatr. W dotyku powierzchnia aury przypomina leśną, raczej twardą, dróżkę. Sądząc po jej gładkości, można powiedzieć, iż jest wydeptana, aczkolwiek wciąż można natrafić na jakiś ostry kamień lub bardziej chropowate odcinki. W smaku natomiast łatwo przykleja się do podniebienia. Od czasu do czasu zaś bywa sucha i wywołuje pragnienie.


Wygląd

Ritsel jest przeciętnego wzrostu, jak na elfa, niezbyt wysoki, ale też nie na tyle niski, żeby zwracało to uwagę. Jego twarz nie zdradza emocji, a mimo to ma delikatny wyraz, przez który wydaje się nieszkodliwy. Niech jednak to nikogo nie zwiedzie, w tych oczach o spokojnej barwie ciemnych liści bluszczu, czai się stal. Tylko one zdradzają, z kim ma się do czynienia - jeśli pozwoli to zobaczyć. Od razu można rozpoznać w nim przedstawiciela leśnej rasy. Włosy to u niego też jedna z bardziej zdradzieckich cech, ponieważ przywodzą na myśl kogoś z górskich szczytów. Jest to błędne wrażenie, na leśnym dworze, co prawda, biały kolor nie jest dominującym, jednak też nie jest niczym niezwykłym.
Sylwetka jest równie elficka jak każdego jego pobratymca, chociaż skrywa mięśnie kogoś, kto bez wysiłku posługuje się bronią. Ubiera się w zależności od sytuacji - gdyby miał szafę w naszym rozumieniu tego słowa, każda kobieta by mu jej zazdrościła.
Porusza się z godnością elfa, ale jednak jeśli ktoś się przyjrzy, zobaczy kilka znamion jego profesji, jak stawianie stóp najpierw palcami na podłożu dla cichszego poruszania się lub to szczególne napięcie mięśni, jakby był gotowy do uniku. Ma niski, cichy głos, który bez problemu może być usłyszany w całym pomieszczeniu, jednocześnie uspokajający, jak i niepokojący.


Charakter

Z powodu wykonywanej pracy, Ritsel jest dość zimny i bezwzględny, długo nie mógłby być zabójcą, gdyby poruszała go każda popełniona zbrodnia. Nie można nazwać go kimś wylewnym, nie tylko przez sam fakt, że woli obserwować niż się odzywać i brać udział w dyskusjach, także dlatego, że obowiązuje go tajemnica zawodowa. Poza tym, nikt nie chce wiedzieć, w jaki sposób działa zabójca, a nawet jeśli ktoś chciałby się w to zagłębić, Ritsel nie zdradzi własnych sposobów, byłby wtedy zbyt narażony na ataki, nawet jeśli na razie nikt ich nie planował. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Każde nowe wyzwanie, nowa rola do odegrania, wywołują u niego dreszczyk emocji, chęć poczucia adrenaliny, towarzyszącej groźbie utraty własnego życia. Każde, nawet najmniejsze zadanie, mogłoby się okazać jego ostatnim, gdyby nie doskonała umiejętność dostosowania się do sytuacji. Jeśli zachodzi taka konieczność, bez skrupułów korzysta z efektu, jaki na wszystkich wywołuje jego głos, chociaż nie jest on wynikiem żadnych umiejętności magicznych ani daru, raczej działa tu sama waga tego, że się odezwał. Jakkolwiek jest to rzadka okoliczność, zna on odpowiednie wyrażenia, dzięki czemu widać jego charyzmę, która byłaby wielkim atutem, gdyby częściej jej używał na dworach.
Nie jest jednak kompletnie zły. Nie czuje kompletnie nic przy pozbawianiu życia swoich ofiar, to prawda, stało się to już dla niego czynnością równie normalną, jak smarowanie chleba masłem lub picie wody. Jest jednak bardzo czuły na dobrą poezję. Nadal ma słabość do tych utworów, chociaż jego przeżycia z nimi związane są bardziej natury logistycznej niż uczuciowej, lubi zagłębiać się w to, co umysł autora tak sprytnie przekazuje w kilkunastu wersach. Uwielbia samotnie spacerować po lesie, kiedy promienie słońca przypominają mu ten konkretny dzień, albo kiedy po deszczu wszystko połyskuje, a świeży zapach przyjemnie odsuwa jakiekolwiek myśli o morderstwach.
Zabija na zlecenie, nie tylko ze względu na zapłatę, chociaż sam z siebie raczej nie uśmierciłby pierwszego lepszego przechodnia. Musi mieć motyw, jakikolwiek, bo inaczej ma wrażenie, że czyn był poniżej jego godności.
Nie boi się praktycznie niczego, nie ma obaw przed rozpoczęciem „przedstawienia”. Nie wierzy, że istnieje jakaś wyższa siła, która go ukarze po śmierci, dla niego śmierć to koniec ostateczny, nie ma nic więcej. Wierzy tylko w to, że, jakkolwiek wybory mają znaczenie, każda decyzja prowadzi do czegoś konkretnego i po jej dokonaniu, nie można już zmienić tego, co się stanie. Chyba, że kolejny wybór miałby mieć właśnie takie konsekwencje i obracał poprzednie plany przyszłości o sto osiemdziesiąt stopni…

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny,
Zwinność:Zręczny, Szybki, Dokładny,
Percepcja:Dobry wzrok, Czuły słuch, Przytępiony smak,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, Silna wola,
Prezencja:Ładny, Godny, Szarak,

Cechy specjalne

Intuicja [Z]Zdolność do rozpoznawania, czy osoba jest potencjalną ofiarą, czy jednak będzie sprawiać za dużo kłopotów i okaże się niewarta wysiłku. Także dobrze sprawdza się przy ocenie sił przeciwnika w walce i przewidywaniu, jak owocne będzie to starcie.
Słaba głowa [W]Odkryta w dzieciństwie podatność na alkohol nie minęła, niestety. Biorąc pod uwagę bardzo słabą głowę, nawet łyk zwykłego, przeciętnego wina kładzie mgłę na jego myśli, niemal całkowicie odbierając mu poczucie miejsca i przestrzeni. Jakkolwiek mogłoby być to niemile widziane przez gospodarza, nie tknie się żadnego, nawet najwyższej jakości, trunku.

Umiejętności

Czytanie i pisanie [W]
Poezja [P]
Gimnastyka [O]
Aktorstwo [P]
Uniki [O]
łucznictwo [W]
Władanie bronią białą (sztylety) [M]
Kulturoznawstwo [P]
Etykieta [W]
Anatomia [W]
Zielarstwo [P]
Wspinaczka [P]
Tropienie [O]
Szulerstwo [O]
Szpiegostwo [P]
Skrytobójstwo [W]
Przetrwanie [O]
Skradanie się [M]

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Kawałeczek drewna [ZAC]Drewniana deska, na której pojawiają się różne niesamowite rysunki mające na celu poprawić humor posiadaczowi bądź go rozweselić [loteria].

Towarzysz

Neirr (Świetlik)
Ojciec Ritsela od jakiegoś czasu miał podejrzenia co do skłonności młodego elfa, jednak nie chciał tego pokazać. Przynajmniej nie w oczywisty sposób. Co więc zrobił? Jako prezent na jego urodziny, jedne z ostatnich spędzonych w domu rodzinnym, sprawił mu towarzysza - małe, latające stworzenie, które samoistnie emitowało lekko niebieską poświatę. Miało mu wskazywać światło w ciemności, żeby nigdy nie zbłądził na drodze pełnej cieni, jednak Ritsel dobrze wiedział, że to tylko gra na korzyść ludu. Zdawał sobie sprawę, że to forma kpiny - z raz obranej ścieżki nie mógł już zrezygnować. Miał już na koncie pierwszą zbrodnię.

Historia

Danae. Miejsce mojego urodzenia.
Jak bym chciał, żeby to się nie zdarzyło.
Jeśli chodzi o samo miasto, samo królestwo, nie mam do niego zastrzeżeń. Wolałbym jednak, gdyby na moich szlachetnych rodziców rzucona została klątwa niż gdybym miał się im urodzić po raz drugi, ale to przekonanie nabyłem z czasem. Kiedy już przestałem być ich ideałem i zacząłem podążać własną ścieżką. Jedyne, co zmusza mnie do takiego myślenia to ostatnia, drobna część wewnątrz mnie, która zdaje sobie sprawę z tego, co mogłem na nich sprowadzić.

~~Lata nieświadomości~~

Nie mogłem trafić na lepszy czas, żeby pojawić się na świecie. W królestwie nie było żadnych niesnasek między wyższymi rodami, a Szepczący Las wydawał się najpiękniejszym miejscem na ziemi. Aż do ukończenia sto dwudziestego drugiego roku życia – jak głosiła tradycja naszego rodu, jedna z tych bardziej sensownych – mogłem robić co mi się żywnie podobało, o ile oczywiście nie sprowadziłoby to hańby na całą rodzinę. Miałem więc, jakby to najprościej ująć, cudowne dzieciństwo.
Po ukończeniu wymaganego wieku też nie miałem na co narzekać. Mój szanowny Ojciec, którego imienia przysiągłem nigdy więcej już nie wypowiadać, zaczął wpajać mi podstawowe zasady zachowania, które „przystoi młodemu elfowi”. To nie było nic złego, nauka etykiety, oprócz faktu, że strasznie mozolna i zawiła, nie sprawiała mi za dużo problemów. Nauka podstaw innych kultur była trudniejsza, ale wtedy jeszcze wszyscy mieli w stosunku do mnie nieograniczone zasoby cierpliwości. Uczyłem się pilnie, z przeświadczeniem, że to mój obowiązek.
Miłe lata błogiej nieświadomości. Jeśli dobrze liczę, około piętnastu minęło, zanim skończyłem w tym zakresie z poziomem wiedzy, który posiadam do dzisiaj.

~~Lata odnajdywania drogi~~

Zakończyłem naukę podstawową, co wcale nie było wielkim osiągnięciem, bynajmniej przydatnym, jak patrzę na to z perspektywy wielu, wielu lat, przez które ani razu jej nie użyłem. Mimo tego, musiałem rozwijać niektóre z zaczętych lekcji. Kulturoznawstwo stało się koszmarem, w dodatku chcieli mnie zmusić, żebym nauczył się gry na wietrznych skrzypcach, różniących się od zwykłych tylko nazwą. Ku zrozpaczeni mojej szanownej Matki, tak torturowałem biedny instrument, że nie pozwoliła mi położyć palca na żadnym innym, nigdy więcej. Nie miałem nic przeciwko temu.
Pewnego dnia, kiedy nie mogłem już wytrzymać, siedząc w komnacie nad opasłymi woluminami, mimo wielkich, otwartych okien, które dawały rześkiemu wiatrowi dostęp do pomieszczenia (a może właśnie przez nie?), zdecydowałem zignorować polecenie Ojca. Po raz pierwszy w moim, jeszcze wtedy krótkim, życiu.
Wymknąłem się, właściwie bez większego trudu. Nie miałem wtedy pojęcia o tym, jak się skradać czy jak sprawić, żeby nie było słychać szybszego oddechu. Jeszcze nie. Dało mi to jednak ten dreszczyk, który był pierwszym znakiem mojego przeznaczenia… Jeśli w ogóle wierzy się w przeznaczenie.
Ja mogę powiedzieć jedno. Większość przypadków prowadzi do zbyt konkretnych wydarzeń. Jedna mała decyzja może wszystko zmienić. To nie wydaje się już być takie losowe, prawda?
Nie chciałem odchodzić daleko, po prostu chciałem wyjść poza te duszące mnie mury. Mieszkając w pałacu, właściwie posiadłości, powinienem być za nie wdzięczny, bo oznaczały nasz status. Zamiast tego jednak czułem się w nich jak w pułapce, z której jedynym wyjściem był świat poezji… aż do tamtego momentu.
Znalazłem się zaraz za linią drzew, na polance, która była przepięknie oświetlona ostatnimi promieniami porannego słońca. Niedługo miało przenieść się wyżej na nieboskłon, tracą cała swoją delikatność z pierwszych chwil dnia. Powiew wyczuwalny w komnacie nie mógł się równać z tym na polanie. Właśnie tego potrzebowałem. Chwili ciszy i spokoju.
Oparłem się o pień najbliższego dębu, zamykając oczy. Twarz miałem ukrytą w cieniu, doskonale zdawałem sobie sprawę, że kiedy tylko promienie dosięgną moich oczu, będę musiał wracać. Nie chciałem jeszcze wtedy mieć problemów. Czego nie przewidziałem jednak, był jeden, czarny ptak. Kruk, trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Obrał sobie moją rękę jako ofiarę.
Nie dał się odgonić, a kiedy się podniosłem, zrozumiałem przekaz. Chciał, żebym gdzieś z nim poszedł, jednak w momencie zrobienia pierwszego kroku w jego stronę, mogłem przysiąc, że coś złowrogiego zalśniło w jego oczach. Zignorowałem to. Byłem nieostrożny. Gdybym tego nie zrobił i zaczął się zastanawiać, dlaczego to niekoniecznie jest dobry zwiastun, może zmieniłbym swoją przyszłość. Czy na lepsze? Tego się nie dowiem.
Kruk prowadził mnie coraz głębiej w las i miałem wrażenie, że robi się coraz ciemniej. W pewnym momencie straciłem go z oczu, ale zamiast tego ukazała mi się inna polana.
Leżało na niej nieruchome ciało elfa w kałuży krwi, które wydawało się dziwnie znajome. A nad nim stał ktoś z twarzą ukrytą w cieniu kaptura, z niedużym sztyletem w ręce, jedynym widocznym dla mnie w tamtym momencie dowodem, że mam przed oczami mordercę. Nie krzyknąłem. Nie krzyknąłem, nie uciekłem, stałem cały czas w miejscu, jakbym stracił zdolność do poruszenia się, kiedy w moim mózgu wirowały najprzeróżniejsze emocje. Zdrada, zaskoczenie, ciekawość, strach, pożądanie? Zdecydowanie. Czułem, jakby coś mnie przyciągało do sceny zbrodni i nagle wyobraziłem sobie siebie na miejscu zabójcy. Czułem się w tym wyobrażeniu, jakby to było właśnie miejsce dla mnie.
Od tego momentu zacząłem się interesować anatomią i wpływem różnych substancji na organizm. Mogłem łatwo udawać, że chciałem praktykować jako medyk, choćby dla samego doświadczenia. Dowiedziałem się przydatnych rzeczy, jednak teoria to tylko teoria, a mnie potrzebna była praktyka. I brak niepokojącej obecności kruków, kiedy brałem się za moje poszukiwania wiedzy.
Coraz mniej czasu spędzałem biorąc udział w wydarzeniach, na których powinienem być obecny, co zaczęło niepokoić mojego Ojca. Jestem niemal pewien, że zdawał sobie sprawę, ku czemu się skłaniam, kiedy na ostatnie obchody moich urodzin, które spędziłem w domu, podarował mi małą kulkę światła. Zawsze uwielbiał ironię.

~~Lata treningu~~

Któregoś dnia, mogłem nieć nieco ponad trzysta lat, wybrałem się na główny plac. Zaczepił mnie ktoś, kto wyglądałby groźnie, gdyby nie zbyt jaskrawy odcień różu apaszki na jego szyi. Już wkrótce miałem się przekonać, że właśnie tak miałem pomyśleć. To była pierwsza lekcja, jaką od Niego dostałem. Wystarczy jedna rzecz, żeby zmienić zdanie ludzi na własny temat.
Zanim przekonał mnie, że jest tym, kogo od dawna potrzebowałem, nie minęło zbyt dużo czasu. Kilka miesięcy to dla nas jak kilka chwil, chociaż te wyrażenia w ustach dzieci na całym świecie jakby znaczyły to samo.
Jak mnie przekonał? Napadł na mnie. Napadł na mnie, praktycznie pozbawiając życia. Musiałem zacząć się go obawiać i ten plan zadziałał. Nie mogłem powstrzymać jednak ekscytacji, czułem, jakbym nareszcie robił to, co trzeba. Nic w moim życiu nie wydawało się tak prawidłowe, jak to, kiedy uderzyłem w jego splot słoneczny, jedyny cios, który udało mi się tego dnia celnie wymierzyć.
Razem z Nim opuściłem rodzinne królestwo. Nie myślałem o konsekwencjach, jakbym znowu miał niecałe dwieście lat. Zaopatrzyłem się w ubrania, które nie sprawiałyby nam podejrzeń, a jednocześnie pozwoliłyby mi się swobodnie ruszać bez większego hałasu. Oczywiście, dla Niego zawsze robiłem niesamowicie dużo hałasu. Dla skrytobójcy to musiał być koszmar, mieć ucznia, który nie wie nic o zadaniach, które mają dopiero nadejść, ani o życiu, które nie jest podobne do tego na dworze „tatulka”. Nie mogę powiedzieć nic o moim nauczycielu, oprócz tego, że był niesamowicie surowy i nie raz kładłem się spać cały w ranach. Nauczył mnie posługiwać się sztyletem, przy pomocy zarówno prawej, jak i lewej ręki, a potem dwoma sztyletami naraz. Nauczył mnie, jak przygotować odpowiednią truciznę, gdzie dokładnie na różnych typach osób mam umieścić ostrze, żeby zaczęli się bać, gdzie, żeby zabolało, ale nie zraniło, gdzie, żeby pozbawić życia od razu. Jak unikać ciosów, jak grać, jak manipulować ludźmi… Kara za nie wykonanie dość dobrze tego ostatniego zadania doprowadziła do mojej małomówności.
Pomimo wielu zbrodni, istot, które cierpiały bardziej niż powinne, to były najlepsze lata mojego życia. czułem się sobą, jakbym nareszcie był wolny.

~~Lata pracy~~

Odkąd zabiłem mojego własnego mistrza, jako ostatni dowód, że szkolenie zostało zakończone, zacząłem pracę w swoim fachu. Wystarczyło, że pojawiłem się w moich czarnych ubraniach i zasłoniętej połowie twarzy w okolicy dworu, na którym zdążyłem się dowiedzieć, że mógłbym się przydać i już miałem zajęcie na co najmniej kilka tygodni. Infiltracja, metoda, sam czyn, wszystko musiało być odpowiednio zaplanowane i odegrane. Jeśli chciałem mieć możliwość pojawienia się jeszcze raz na dworze, oczywiście. Wygnano mnie z własnego domu, po tym pierwszym samotnym razie, kiedy nie byłem dość ostrożny i jeszcze zbyt pewny siebie i do niego zawitałem. Myślałem, że Ojciec nie zobaczy krwi na moich rękach, śmiertelnego błysku w oku.
Od tamtej pory zawsze udawało mi się załatwić sobie zajęcia na ważnych dworach, u ważnych osób. Ludzie, zmiennokształtni, demony… Zawsze znalazł się ktoś, komu przeszkadzała jakaś osoba. Im była wyżej postawiona, tym miałem więcej zabawy. Każdy wolał narazić moje życie, niż swoje własne. I cóż, to się nadal nie zmieniło.
Kiedyś myślałem, że podążanie za krukiem tamtego pięknego dnia było największym błędem, jaki popełniłem, ale nie mogę ostatnio powstrzymać się od myśli, że coś, czego intencją najprawdopodobniej miało być zniszczenie mojego "idealnego" życia, tak naprawdę mnie uwolniło. To był pierwszy krok do odkrycia mojego przeznaczenia i teraz już nie żałuję, że go postawiłem. Przynajmniej na razie...

Dane gracza: Ritsel

Nazwa użytkownika:
Ritsel
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Iskaler,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So lip 08, 2017 9:52 am
Ostatnia wizyta:
Pt wrz 22, 2017 8:45 pm
Liczba postów:
3 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.04 posty dziennie)
Ostatni post:
Naszyjnik z pereł
So lip 15, 2017 5:41 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Księga Boskich Praw
(Posty: 1 / 33.33% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Prośby o sprawdzenie KP
(Posty: 1 / 33.33% postów użytkownika)
cron