Profil użytkownika Barbarossa

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Kapitan Caster Barbarossa
Rasa: Wampir czystej krwi
Wiek: 580 lat (max. 25)


Aura

Aura nie posiada zjawiskowej siły magicznej jednakże wyróżnia się czym innym. Na jej powłoce widnieje iluzja falującego morza w kolorze żelaza, a na nim z determinacją płynie do przodu niewielki względem otoczenia kobaltowy statek. W tle widać turmalinowe światło wiecznie zachodzącego słońca. Można nawet wyczuć charakterystyczną nadmorską woń, która po chwili słabnie, pokornie ustępując zapachowi świeżej krwi. Jeśli znajdzie się śmiałek chcący zanurzyć dłoń w żelaznej toni, to niestety by się rozczarował, ponieważ fale okazują się niebywale giętki i uciekają przed dotykiem. Statek natomiast w całości twardy jak głaz i niemożliwy do zatopienia w tym magicznym oceanie. Sprawne oko może wypatrzeć na jego pokładzie drobne, miedziane sylwetki trzymające ostre jak brzytwa szable, których blask najbardziej przyciąga wzrok. U góry powłoki emanacji kłębią się aksamitne chmurki. Wrażenia smakowe zaś ciężko określić inaczej niż lepkimi.


Wygląd

Ogólne:

Jeśli patrząc na Barbarossę spodziewałeś się ujrzeć bladego jak kreda wampira o czerwonych oczach i długich kłach to powiem ci, że powinieneś odstawić książki i wyjść na świeże powietrze, gdyż nie wszystko, co przeczytałeś pokrywa się z rzeczywistością. Kapitanowi daleko bowiem do żądnego krwi mordercy, który wychodzi na żer po zachodzie słońca, a każdy słoneczny dzień przesypia w drewnianej trumnie, ukrytej w pozbawionym okien pomieszczeniu. Jak przystało na żeglarza jest on ogorzałym mężczyzną o sporym doświadczeniu życiowym, z zamiłowaniem do wolności i otwartego świata - słowem światowiec, który nie umie i nigdy nie umiał usiedzieć w miejscu. Jego wygląd cechuje pewien pragmatyzm i piękno, przetkane stonowanymi barwami i surowością, wyszlifowaną na słonych, morskich wiatrach. Sam kapitan rozwiewa wokół siebie zapach soli, krwi, miodu i stali.

Budowa ciała:

Postawa godna kapitana, proste plecy, ruchy płynne i pełne gracji, jak przystało na arystokratę z szanującego się rodu. Skóra lekko opalona, a nie blada jak u innych wampirów, jednocześnie pozbawiona poparzeń i przebarwień, wpływających negatywnie na wygląd. Wzrostu ponad przeciętnego, jeden metr i dziewięćdziesiąt pięć centymetrów przy skromnej wadze osiemdziesięciu kilogramów. Nie widać jednak po nim, by był wychudzony. Sylwetkę ma raczej zbitą i krępą, szerszy w ramionach, ładnie umięśniony, ręce i nogi proporcjonalnie rozwinięte do reszty ciała. Prawa dłoń zakończona wąskim nadgarstkiem ze smukłymi palcami, lewa (utracona w bitwie) wykonaną z metalu protezą, magicznie połączoną z kością i nerwami. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykła, ale zwęglona kończyna i dopiero gdy ktoś spojrzy bliżej, dostrzeże że jest ona podzielona segmentami, jakby scalono ze sobą metalowe blaszki.

Twarz:

Kwintesencja twardej głowy, osadzonej na nieugiętym karku. Jest okrągła, ściągnięta lekko ku dołowi w okolicach wysuniętego podbródka i pokryta jasną, zarumienioną pod oczami skórą. Na samym jej środku wąski, kształtny nos, poniżej pełne usta, w których, oprócz zwykłego uzębienia, widnieje jeden dłuższy, wampirzy kieł. Tylko jeden, drugi kapitan sam spiłował, by wyróżniać się w tłumie innych wampirów. Twarz pozbawiona zarostu, blizn i piegów. Gładka, przystojna, często uśmiechnięta i pełna energii widocznej w oczach. Te z kolei są duże i błękitne, osadzone dość wysoko i przykryte okalającymi twarz postrzępionymi, czarnymi włosami.

Ubiór:

Typowo marynarski, luźny i nie ograniczający ruchów noszącego. Składa się na niego biała, rozchełstana na piersi koszula z szerokimi rękawami, szary płaszcz z położonym kołnierzem, zawiniętymi rękawami i blaszanymi guzikami. Na prawym barku insygnia kapitańskie: podłużny, drewniany szczebelek z czarną perłą i złotymi łańcuszkami, opadającymi wzdłuż ramienia. Na nogach smoliście czarne spodnie, wpuszczone w cholewy wysokich, marynarskich butów z grubą podeszwą i podbitym czubem, w kolorze identycznym co płaszcz. Na dłoniach białe rękawiczki, a na serdecznym palcu lewej ręki: wtopiony w protezę sygnet z koroną. Biodra spięte brązowym, skórzanym pasem ze złotą klamrą. I najważniejsze: trikorn, czyli trójgraniasty kapelusz z czarnego filcu, noszony jednym bokiem od frontu, ozdobiony żelazną czaszką i szarosiwym puchatym piórem, leniwie opadającym na bok.

Broń:

Ni to kordelas ni to szabla. Ot najzwyklejszy krótki miecz o rozszerzającym się, lekko zakrzywionym ostrzu. Zmyślne połączenie drewna, stali i zabójczego dla wampirów srebra. Dwa pierwsze tworzą prostą rękojeść z poprzeczną belką i szeregiem cienkich żeber, osłaniających w starciu dłoń właściciela ze wszystkich stron. Uniemożliwia to jego rozbrojenie. Ostrze natomiast jest połączeniem hartowanej stali i srebra, któremu nadano lekkość piór oraz ostrość tysiąca brzytew. Broń sprawdza się tak samo w walce z ludźmi, jak i z innymi wampirami.


Charakter

Niektórych trzeba poznawać trzy razy: w sytuacji sam na sam, w towarzystwie i gdy jest pijany. Kapitana Barbarossę wystarczy raz, gdyż już przy pierwszym spotkaniu może on odkryć wszystkie karty swojego charakteru. Jest to człowiek o jednej, wiecznie uśmiechniętej twarzy. Jego uśmiech może wyrażać różne uczucia: złość, zdenerwowanie albo strach. Tym sposobem stara się on panować nad emocjami i nie uwalniać dużych ich pokładów ponieważ prowadzi to do niekontrolowanych przemian w czarnego kota. Stan ten nie należy do ulubionych wprawionego żeglarza gdyż czuje się on wtedy bezbronny i niezdolny do prowadzenia działań. Jako kot jest bardzo cichy i zamknięty w sobie: wybiera sobie jedno miejsce na okręcie i przesiaduje tam aż do chwili ponownej przemiany. Najczęściej jest to jego prywatna kajuta, z powodu zapasu kryształowych karafek z krwią, którą gasi pragnienie po powrocie do własnej skóry.

Na co dzień jest on spokojnym i cierpliwym wampirem, łatwo go jednak wyprowadzić z równowagi, a nawet doprowadzić do szału, jeśli nic nie idzie po jego myśli. Nie jest perfekcjonistą, ale jak każdy zarządca czegoś większego lubi mieć wszystko ustawione po swojemu, gdyż inaczej nie wie, co się wokół niego dzieje. Dlatego jedną część z całego, swojego wolnego czasu spędza w gabinecie, gdzie oprócz wertowania map zajmuje się robotą papierkową, związaną m.in. z podziałem łupów lub oszacowanie wartości skrzyni ze skarbem. To właśnie ta praca sprawiła, że kapitan Barbarossa jest bardzo drobiazgowy i nie chodzi tu tylko o dbanie o szczegóły. On sam uwielbia się ich czepiać i interpretować je na własną korzyść. Warto zatem uważać, co się wypowiada w jego obecności, gdyż pół słówka za dużo i wszystko obróci się przeciw tobie.

Może się wydawać, iż Barbarossa jest dziecinny i lekkomyślny, ciekawski nowych rzeczy i gotowy na nowe doświadczenia. W rzeczywistości kapitan to duszą i ciałem młodzieniec, tryskający energią i wewnętrzną siłą, której nie złamią żadne łańcuchy. Za tą maską kryje się jednak istota odpowiedzialna i opiekuńcza, choć dzielnie i twardo ukrywa się ona pod elastyczną skorupą trzymanych na wodzy emocji. Kapitan nigdy nie odkrywa ich przed członkami załogi, zawsze zgrywa opanowanego lekkoducha i dobrze na tym wychodzi, gdyż lepiej jest śmiać się iż płakać. To optymista pod każdym względem, smuci go wiele, ale zawsze zauważy drugie dno danej sytuacji.

W walce honorowy, a do niej samej chętny i wyrywny niczym wygłodniały pies, któremu podstawiono mięso, lecz smycz okazała się za krótka. Walczy zgodnie ze wszelkimi zasadami pojedynku, chyba, że to przeciwnik pierwszy wykona nie dozwolony ruch. Wtedy to w ruch, oprócz szabli, mogą pójść kły, tępe narzędzia, a nawet otwarty abordaż.

Z jego gorszych cech na pewno trzeba wymienić okrucieństwo. Sprawiedliwy kapitan, ale okrutnik jakich mało było na świecie i do tego hazardzista. W połączeniu daje nam to niemal szaleńca, lubującego się w zadawaniu bólu każdemu, kto nie trzyma z nim oraz handlarza życiem. Na jego okręcie panują surowe zasady, których złamanie oznacza dość powolną śmierć. Inna jej forma dotyczy jeńców, ale tu trzeba trafić w moment kiedy Barbarossa ma dobry dzień, bo inaczej nie liczcie na jego miłosierdzie. Nie jest on jednak tak do końca zdeprawowany, potrafi być litościwy, ale zawsze stara się budować swoją reputację, by już samo jego imię dawało do myślenia wszystkim dookoła. Prawa i zasady przez niego ustalone obowiązują wszystkich tak samo i każdego z osobna, nie zależnie od stopnia i pełnionej funkcji. Sam kapitan również ich przestrzega, jako dawca wzoru dla załogi o różnym stopniu posiadania człowieczeństwa.

Pewny siebie, ale nie przesiąknięty pychą i nadmierną arogancją. Doskonale wie na co może sobie pozwolić, a jego ambicja sięga dość wysoko. Uparty jak osioł, ale rozmowny i lubiący kompromisy. W towarzystwie zawsze się odnajdzie - sześćset lat na karku pozwoliło mu poznać fałszywość ludzi, chciwość krasnoludów i podstępność diabłów, więc można powiedzieć, iż jest obyty w świecie. Dość zdeterminowany, by doprowadzać swoje postanowienia do samego końca, nawet w obliczu klęsk. Caster nie lubi dzielić się władzą, świadczy o tym między innymi brak pierwszego oficera na statku i krótko trzymany kwatermistrz, wykonujący jego polecenia z lojalnością tysiąca głupców. Sam w sobie posiada też marynarską surowość i poczucie miłości do wolności. Na lądzie Barbarossa nie czuje się swojsko, raczej jak zapędzany do klatki kundel, ale jest ryzykantem i to w głównej mierze decyduje, że zawija do alarańskich portów.

Nie jest kobieciarzem, ale uwielbia je uwodzić i zwodzić, dając nadzieję na coś więcej, a następnie zostawiając. Zapytany - czy jeśli się zakocha dalej będzie tak robić - odpowiedział: oczywiście. Nie ma lepszego widoku niż zazdrosna kobieta, a po za tym to tylko niewinne zabawy. Tak samo jak abordaże na kupieckie fregaty.

Atrybuty

Krzepa:Silny, Wytrwały, Odporny,
Zwinność:Bardzo zręczny, Bardzo szybki, Dokładny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Dobry słuch, Wyostrzony węch,
Umysł:Bystry, Ineligentny, B. silna wola,
Prezencja:Piękny, Godny, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Przemiana w czarnego kota [W]Pod wpływem silnych emocji kapitan Barbarossa potrafi przeobrazić się w niedużego, czarnego kocura o smolistej sierści i dużych, żółtych oczach. Przemiana następuje dość gwałtownie i niekontrolowanie, poprzedza ją jedynie błysk w oczach wampira, po którym następuje wyrost futra, pazurów i ogona. Kapitan traci wtedy zdolności ludzkiej mowy, ze światem porozumiewa się za pomocą miauknięć, lecz doskonale wszystko słyszy i orientuje się w otoczeniu. Dużą wadą są też bolesne powroty, które budzą w nim rządzę krwi i chwilowe oszołomienie zmysłów. Z tego powodu Barbarossa zawsze stara się chodzić uśmiechnięty i pogodny, udaje, że mało rzeczy może go ruszyć i na wszystko stara się odpowiadać z rozbawieniem, dlatego ci, którzy nie znają jego drugiej formy, uznają każdy jego uśmiech za wymuszony i fałszywy. I niestety mają w tym sporo racji.
Czystokrwisty [Z]Czystość jego krwi zapewnia mu ochronę przed srebrem w mniejszej postaci. Tym sposobem kapitan może dotykać srebrnej zastawy lub pić z kielichów, ale już ostrze z tego stopu będzie dla niego śmiertelne. Na słońcu może przebywać tylko przez kilka godzin dziennie, o ile nie jest to upał. W przeciwnym razie jego skóra zaczyna się powoli topić i pokrywać pęcherzami. Inaczej jest z głodem. Barbarossa odczuwa chęć na świeżą krew jak każdy wampir, ale potrafi opanować ten stan, a nawet spożywać zwykłe pożywienie, o ile nie stanie się ono podstawą jego diety. Kapitan pije ją jednak zawsze do obiadu i kolacji, zachowując tym samym pełnię sił. Czosnku unika jak ognia i to nie tylko ze względu na jego szkodliwość, poprostu go nie lubi, a wystarczy tylko jego zapach, by mężczyznę zdenerwować.
Czytanie w myślach [Z]Rzadkość, nawet u wampirów, które nie są połączone ze sobą na lini Mistrz-Uczeń, ale bardzo przydatna cecha, jeśli wiadomość ma dotrzeć do odbiorcy bez pośredników i nie chcianych słuchaczy. Kapitan Caster jest świadomy tego daru, ale nie stosuje go za często, gdyż tego poprostu nie potrzebuje. Ze światem i swoimi ludźmi porozumiewa się za pomocą słów, chyba, że jest to jeden z tych przypadków, kiedy los zamieni go w kota i jedyne, co z siebie wydusi to pojedyńcze - miau.

Umiejętności

Walka szablą [M] Wyśmienity szermierz, jeden z najlepszych jakich nosiły fale Jadeitowego Oceanu. W tej sztuce uczony od ósmego roku życia i dalej chętny do nauki nowych technik, by nikt mu nigdy nie dorównał.
Żeglarstwo [M] Pływa od dwudziestego roku życia, z początku jako majtek, później oficer i na końcu kapitan własnej jednostki. Okręt to jego miłość.
Kartografia [W] Znakomicie odczytuje, a także sporządza mapy, z których korzysta, planując swoje rejsy.
Geografia [W] Bardzo dobrze obeznany z wyglądem świata, a w szczególności z liniami brzegowymi kontynentu i położeniem malowniczych i samotnych wysp, gdzie to można ukryć swoje skarby.
Pływanie [W] Bez tego ani rusz. Nie raz wypadło się za burtę i pewnie nie raz się jeszcze wypadnie. Caster to znakomity pływak i nurek, co zawdzięcza zdolności odcięcia sobie tlenu i czerpanie energii z krwi.
Taktyka [W] Znający techniki prowadzenia walki morskiej i wychodzenia z każdej opresji. Niemal na pamięć wyuczył się strategii obieranych przez leońską flotę, państwa, które wyznaczyło sporą sumę za jego głowę.
Czytanie [W] Jako syn arystokratów nie mógł przejść przez życie bez sztuki czytania. Sam też dużo to robił, zgłębiając karty książek przygodowych i marynistycznych.
Aktorstwo [W] Czasami wciela się w różne role, chcąc uniknąć wykrycia w portach, gdzie jest poszukiwany. Pomaga mu w tym Rafael, mistrz dyplomacji, który najczęściej odwraca uwagę.
Targowanie się [W] Przez lata służył na kupieckiej fregacie, więc nie raz zdażyło mu się słyszeć rozmowy kupców oraz ich podniesione głosy podczas negocjacji cen za towary.
Handel [O] Mniej rozwinięta umiejętność, ale także przydatna. Jako pirat, Caster nie handluje z nikim, ale zna wartość niektórych dóbr i w ostateczności może przybijać targu.
Jeździectwo [O] Za młodu jeździł konno, lecz już od ponad pięciuset lat nie siedział w siodle i nie wie, co się stanie, kiedy na nie wróci.
Jubilerstwo [O] Zabieranie bogatym i dawanie sobie nauczyło go oszacowywać wartości zgarnianych łupów.
Torturowanie [O] Używane podczas rozmów z kapitanami innych jednostek. Okrucieństwo kapitana wyprzedza go bardziej niż reputacja pirata, ale nie ma się czym przejmować. Nie sprowokowany nie zadaje krzywdy.
Anatomia [O] Z tej dziedziny interesuje go jedynie układ żył i tętnic oraz system działania organów wewnętrznych. Niby nic wielkiego, ale przez czucie krwi można się wiele dowiedzieć o swoim rozmówcy, a w przypadku nie porządanych skutków, w porę zareagować.
Medycyna [O] Regeneracja, postępująca sama w sobie to jedno, ale zdarza się, że trzeba pomóc medykowi, a brakuje rąk do pracy. W takich chwilach kapitan podłapał co nieco z tego zawodu.
Meteorologia [O] Przewidywanie pogody z większą lub mniejszą skutecznością to mimo wszystko przydatna umiejętność.
Etykieta [O] Kapitan nie wychował się w oborze, ale na zamku i wie jak się zachować w sytuacjach tego wymagających.
Poliglotyzm [O] Oprócz płynnego posługiwania się wampirzym dialektem, Barbarossa opanował dwa ważne języki, którymi posługuje się świat. Jest to mowa wspólna i elficki.
Prawo [O] Zaznajomiony z leońskim prawem, przez co skuteczniej jest mu je łamać.
Taniec [O] Kapitan może poszczyciś się nie nagannymi umiejętnościami tancerza. Nie depcze partnerce po palcach, nie wypuszcza przy obrotach i nie gubi rytmu, wystawiając się na pośmiewisko. Oczywiście nie uczestniczy w balach, ale co nieco potrafi.
Polityka [P] Polityka i stosunki międzynarodowe nie za bardzo go interesują. Napada na wszystkie bandery jakie uzna za stosowne, ale kojarzy to i owo jeśli chodzi o państwa.
Pisanie [P] Umie się podpisać, a od reszty ma sekretarza.
Polowanie [P] W młodości polował z ojcem w otaczających posiadłość lasach. Zające były jego największą zdobyczą i to też, po zaledwie czterech godzinach czajenia się za drzewem.
Wspinaczka [P] Chodził po drzewach jako dziesięciolatek, więc teraz, prawie sześćset lat później na pewno by z takiego spadł.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Sygnet z koroną [ZAC]Żelazny sygnet, wtopiony w palec serdeczny metalowej protezy lewej ręki kapitana. Nie zdjemowalna część jego garderoby, obłożona czarem, chroniącym właściciela przed działaniem zabójczego słońca. A przynajmniej na jakiś czas. Sygnet działa tak długo, ile jest w stanie wytrzymać wampir w upale - zazwyczaj około pięciu godzin, potem jego moc znika aż do pierwszych promieni słońca dnia następnego. Barbarossa otrzymał go od ojca w dniu wyjazdu, jako omen pomyślności i bezpiecznych wędrówek po Alaranii. Zważywszy, że sporą część życia wampir spędził pod pokładem lub w cieniu żagli, dość późno zorientował się o jego właściwościach. Teraz postępuje rozważniej i stara się pilnować samego siebie, by przedwcześnie nie zakończyć żywota.

Towarzysz


Historia

Czarna owca rodziny

To o mnie mowa, choć na naszym drzewie genealogicznym wiszą osoby, przy których mogę uchodzić za aniołka. Niestety część z nich nie żyje, więc miano czarnej owcy przypadło właśnie mnie. Jestem nieślubnym synem Jeremiego Barbarossy i Urszuli Velmeron, dalekiej kuzynki obecnej władczyni Maurii, która wtargnęła z buciorami w spokojne życie naszego rodu. A przynajmniej tak mawiały służące. Mój ojciec był żonaty i miał dwie córki, wielkie damy, które za nic nie chciały opuścić murów rodzinnej twierdzy. Do pełnego szczęścia brakowało mu jednak syna, z którym dzieliłby pasje: szermierka, jazda konno, polowania. I tu właśnie na świat przychodzę ja.

Moje narodziny wstrząsnęły posadami domu, a wiadomość iż kochanka Jeremiego, moja matka, zamieszka w zamku Barbarossów wywołała ogólne niezadowolenie. Przez lata próbowano ją przegnać, a z nią, choć nie mówiono tego głośno (w końcu byłem bogu ducha winnym dzieckiem) mnie. Jednak, że ogromna miłość ojca była wystarczającym argumentem, bym został.

Dzieckiem byłem dość ruchliwym i porywczym, nie umiałem usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż dziesięć minut i wszędzie szukałem zwady. Kochałem wspinać się po drzewach, ganiać psy i walczyć drewnianym mieczem, jak każdy normalny chłopiec. Dopiero z czasem zaczęły się schody. Gdy miałem osiem lat ojciec zaczął uczyć mnie systemów wartości, etykiety oraz czytania i pisania, wertowaliśmy księgi uczonych i eseje czarodziejów, bym w przyszłości okazał się godny spadku i prowadzenia rodzinnych inreresów. Nie powiem, że były to moje ulubione zajęcia, nudziłem się na nich okropnie, ale czego nie robi się dla kochanego ojca.

Później, naprzemiennie z biblioteką, swój wolny czas spędzałem na arenie, trenując z ojcem szermierkę lub w lesie, gdzie odcinałem się od wszystkich i długo myślałem. Okres młodzieńczego buntu minął mi zatem szybko, gdyż nie miałem na niego czasu, ale za to był on gwałtowny. Zdarzało mi się uciekać z domu i pić w przydrożnych karczmach, wszczynając awantury. Wracałem wtedy nad ranem, śmierdzący wòdką i umazany krwią, w większości nie własną. Nad głodem krwi uczyłem się panować z czasem jak moje wybuchy mogły zaszkodzić domownikom. Wcześniej bagatelizowałem tę sprawę. Dla siedemnastolatka nie ma nic lepszego niż dreszczyk emocji. Zwłaszcza, gdy kochasz ryzyko.

Trzy lata później pojechaliśmy z ojcem do Leonii, gdzie zamusztrowałem się na "Diament Pustyni". Był to 214 r. i Wielka Hanza Kupiecka poszukiwała marynarzy i kompletnych amatorów, by tworzyć załogi dla szybko powstających okrętów. Z moimi umiejętnościami walki i miłością do ryzyka oraz wolności, życie żeglarza było wybawieniem od nudy i monotonni w zamku. Od ojca otrzymałem jedynie kilka dobrych rad, sakiewkę z pieniędzmi oraz stary sygnet z pulsującego żelaza, który miał mnie chronić na morzu. Nie wiedziałem jeszcze przed czym, ale przyjąłem go i ruszyłem przed siebie. Wtedy jednak nie myślałem za wiele, poprostu co chciałem, to robiłem.

Pierwsze starcie

Jak już wiesz, mając dwadzieścia lat zaciągnąłem się na galeon królestwa Leonii "Diament Pustyni". Nazwę zawdzięczaliśmy urodziwej i bardzo intelignetnej żonie kapitana, pustynnej elfce imieniem Anisa, której jedyną wadą było samouwielbienie. Potrafiła godzinami przeglądać się w lustrze i poprawiać makijaż, nie zwracając uwagi na nic dookoła. Choćby nawet byłby to wkurzony lew widziany w odbiciu. Nie o niej jest co prawda ten wpis, ale chciałbym, żebyś wiedział, przez kogo mieliśmy problemy i kogo wyrzuciliśmy za burtę na samym początku. Pamiętaj - kobieta przynosi pecha.

Był to rok 256 e.a. Wielka Hanza Kupiecka presperowała coraz lepiej, a zrzeszone w niej miasta morskie dostały pełnię swobody na morzach i oceanach. Ściąganie podatków i kontrole były na otwartych wodach na porządku dziennym, więc nikogo to nie dziwiło, ale jak to bywa w świecie idealnym, coś się musi zepsuć. Kiedy razem z "Diamentem" płynęliśmy w eskorcie karawany z Rubidii do portu-matka w Leonii, zostaliśmy zaatakowani przez piratów. Trzy, czteromasztowe olbrzymy wypłynęły na nas z mgły i tnąc falę jak nóż masło, pędziły na nas z całą mocą. Przez element zaskoczenia nie mieliśmy nawet czasu na zwrot, więc oszacowawszy szansę - stanęliśmy do boju. Trzy olbrzymy kontra dwie fregaty, nasz galeon i cztery kupieckie brygi, na których zawodowych zabijaków można było liczyć na palcach jednej ręki.

Miałem wtedy 62 lata i służyłem w randze starszego majtka, nie wysoka pozycja w porównaniu z byciem dziedzicem arystokratycznej rodziny, ale nie narzekałem. Razem z kilkoma innymi udało nam się zbudować linię ochronną z beczek, zza której ostrzeliwaliśmy piratów z łuków i kusz oraz rzucaliśmy w nich czym popadnie. Muszę przyznać, że nie trafiliśmy wtedy na imbecyli. W nosie mieli złoto i skóry na brygach, rzucili się wprost na nas, byśmy nie przeszkadzali w podziale łupów. Tak więc, gdy tylko pierwszy olbrzym zrównał się z nami, nastąpił abordaż, a po nim zacięta walka. Ramię w ramię z Adewall'em, minotaurem i moim późniejszym kwatermistrzem, staraliśmy się odeprzeć szturm, pomagając sobie nawzajem. Jego topór i mój miecz. Szermierzem nie byłem co prawda najgorszym, ale przy nim wyglądałem jak amator. Niczym czart z piekła, wymachiwał swoją bronią, rąbiąc i siekając na kawałki każdego, kto zbliżył się na odległość splunięcia. By mu dorównać musiałem sięgnąć pamięcią do wszystkiego, czego nauczył mnie ojciec, zacisnąć palce na rękojeści szabli i dać się porawać instynktowi. I tak też zrobiłem.

Prowadzony jak za rękę przez głód krwi, ciąłem jak wariat, tańcząc między piratami, kątem oka pilnując towarzysza, osłaniającego mi plecy. Każdy kto podszedł padał martwy, a pokład pod nami robił się śliski od krwi. Nie powiem, że nie upadłem, ale zawsze w porę się podniosłem i walczyłem dalej. Do czasu aż krew nie udeżyła mi do głosy. Gdyby padało byłoby znośniej, krew zmywałaby się spod nóg, ale że świeciło słońce - parowała. Oszołomiony rzuciłem broń i wgryzłem się w pierwszego przeciwnika, wysysając z niego całą krew. Widząc to, inni marynarze, nawet ci po naszej stronie, zaczęli krzyczeć i lamentować, a ja szalałem między nimi.

Z czasem nasza obrona przeszła w atak, a piraci z atakujących stali się uciekinierami. Odpuścili sobie nawet resztę roboty i zostawiwszy jednego olbrzyma w naszych rękach, jak najszybciej odpłynęli. Ten dzień na długo zapamiętam, gdyż to w nim zyskałem kompana na śmierć i życie.

A wracając do panienki elfki... pewnie chcesz wiedzieć czym w tym wszystkim zawiniła. To proste - jej lustro, olbrzymi szkalny kloc w złotej oprawie, który stał na kapitańskim mostku, posłużyło piratom za ognik wskazujący. Padające na nie światło odbijało się w kierunku mgły, z której wypłynęli. Ironia losu.

Bunt na pokładzie i korsarstwo

Bunt jak bunt, wybucha wtedy, kiedy załoga jest zaniedbywana, a tak się złożyło, że nasza była. W 299 r.e.a. nasz kapitan oznajmił, że "Diament Pustyni" rozpoczyna działalność korsarską pod banderami Leonii. Znaczyło to tyle, że koniec z eskortowaniem kupców i rozpoczęcie działań zbrojnych przeciwko wszystkim, którzy nie trzymali z nami. Według marynarskiego kodeksu byliśmy chronieni prawem: oddając siedemdziesiąt procent łupów mogliśmy napadać kogokolwiek, jednocześnie dbając o to, by nikt nie dowiedział się dla kogo działamy, gdyż inaczej groziło to otwartą wojną. Niestety trudności spotkaliśmy już na samym począku.

Wypłaty z pierwszego napadniętego okrętu nie starczyło dla wszystkich, więc część załogi obyła się jedynie dźwiękiem brzeszczących monet w sakwach towarzyszy. Wywołało to ogólne niezadowolenie i szepty o nieuczciwości, ale nie zamierzano gwałtownie na to reagować, by nie obudzić się na dnie morza. Bądź co bądź kapitan do milusińskich nie należał. Miarka przebrała się jednak gdy część zrabowanych dóbr tak poprostu zniknęła razem z żoną kapitana. Fakt iż po wyrzuceniu jej za burtę musieliśmy ją wyłowić i tak wpłynął negatywnie na nastroje, a w połączeniu z tym, krew wszystkich poprostu kipiała. Zaskoczony równie mocno co my kapitan i jego najbardziej zaufani ludzie próbowali zapanować nad chaosem, który ogarnął statek, ale bezskutecznie. Doszło do buntu.

Przeklnąłem wtedy swoje umiejętności oraz noce, które razem z Adewall'em i innymi spędziliśmy na rozmowach, co każdy z nas by zmienił na tej parszywej łajbie i właśnie moje pomysły przypadaly każdemu do gustu. Pomijając oczywiście fakt, że byłem tam jedynym wampirem. Kiedy więc minotaur wysunął mnie przed szereg na nowego kapitana, nikt nie śmiał przeczyć. I tak byliśmy dość nie typową załogą: tworzyli ją w głównej mierze demony, elfy, kilku trytonów i ludzi, którym nie przeszkadzało bycie rasową mniejszością. Ale wracając...

Podczas starcia życie straciło wielu dobrych marynarzy, z którymi moglibyśmy dojść do porozumienia, gdyby nie ich ślepa lojalność kapitanowi. Adewall i ja ponownie stanęliśmy ramię w ramię, by przeżyć rzeź i muszę przyznać, że posiadanie u boku minotaura ma swoje plusy. Kiedy już było po wszystkim, znaczy się wygraliśmy i sprzątnęliśmy okręt, zaszyliśmy się na jednej z ukrytych we mgle wysp, by zastanowić się co dalej. Formalnie dalej pływaliśmy pod rozkazami króla Leonii, więc obowiązywał nas kontrakt korsarski, ale z podziałem łupów było już kompletnie inaczej. Zaczęliśmy sami ustalać stawki od zrabowanego dobra, zapewniając tym samym sowite pensje marynarzom jak i godne wpłaty do królewskiego skarbca. W zamian mieliśmy tylko jeden warunek - swobodę działania.

Jak zostać piratem?

Odpowiedź na to pytanie jest stosukowo prosta. Wystarczy sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Ja na ten przykład zostałem przehandlowany, a moi pracodawcy odwrócili się ode mnie, gdy tylko stało im się to na rękę. Ale zacznę od początku...

W wyniku buntu, który uczynił mnie kapitanem i który opisałem już wcześniej, została złożona mi oferta nie do odrzucenia. Znaczy to tyle, że gdybym odmówił, nie napisałbym tego dziennika. W 314 r.e.a Wielka Hanza Kupiecka przechodziła swój najgorszy okres ze wszystkich. Gildie ledwo wiązały koniec z końcem, upadały stocznie, sztormy pożerały drogocenne towary, a po morzach zaczęli grasować piraci. Wody otaczające kontynet nigdy nie były bardziej zdradzieckie niż w tamtym czasach. Tak się złożyło, że cumowaliśmy akurat w Leonii, pamiętnej zimy, kiedy Rafael przyprowadził do mojej kajuty człowieka z wyższych sfer, przedstawiciela cechu złotników i jubilerów. W rozmowie z nim dowiedziałem się, że Hanza jest gotowa zapłacić mi siedemset złotych gryfów za akt korsarski przeciwko turmalskiej fregacie "Lisica", przewożącej liczną rezerwę złota, które mogłoby posłużyć Leonii. Nie powiem, żebym długo się zastanawiał, choć atak na sojuszniczą banderę nie mógł wróżyć nic dobrego mojej karierze. Warunkiem koniecznym miała być dyskrecja wszystkich stron, tak, aby wyglądało to na przypadkowy atak przypadkowych piratów. Mimo obaw dobiliśmy targu i trzy dni później Nautilius łapał żagle na południowych szlakach, pędząc tropem fregaty.

Znaleźliśmy ją na krótko przed nowym rokiem, sfatygowaną przez fale i pogodę, sunącą leniwie wzdłuż brzegu, na końcu którego czekał ciepły prąd niosący do Turmalii. Wiedząc, jaka była stawka, nie mogliśmy pozwolić jej odpłynąć ze złotem, które, według informatorów naszych pracodawców, miało zostać wykorzystane przeciwko miastu Leonia. Dlatego przypuściliśmy abordaż od razu i bez ostrzeżenia, gdy znaleźliśmy się w zasięgu ich węchu, podpływając jak najbliżej, udając zwykłych kupców korzennych - taką też banderę wywiesiliśmy. Starcie z turmalskimi marynarzami było krótkie i prawie bezkrwawe, kiedy to wszyscy rzucili broń na widok mojego kwatermistrza, szykującego się do skoku z toporem dwuręcznym w ręce. Adewall zaryczał wtedy jakby był czartem z samego piekła i jednym, celnym rzutem swojej broni pozbył się problemu w postaci kapitana "Lisicy", jedynego, który potrafił nie okazywać strachu.

Następnie zrobiliśmy to, po co nas przysłano - wzięliśmy złoto. Łącznie zagarnęliśmy trzydzieści pięć skrzyń, które związaliśmy razem łańcuchem, zapieczętowaliśmy magicznym zamkiem i wyrzuciliśmy za burtę, znacząc miejsce na mapie. Pewnie myślisz sobie, że zgłupieliśmy, ale nic innego nam nie pozostało, kiedy cała nasza akcja okazała się ukartowaną farsą. Na pokładzie "Lisicy" był pewien mag, Rafael Hose, który zdołał poinformować władze Turmalii oraz Gildie Kupieckie Leonii o bandzie piratów, którzy napadli ich u stóp Jadeitowego Wybrzeża. Wyobrażacie to sobie? Piratów! Że niby my byliśmy tymi złymi. No, ale czego się można było spodziewać. Z rozmowy, którą nas uraczył podczas kolacji (warto dodać, że swoim gadaniem odkupił swoje winy), dowiedzieliśmy się, że dzień przed naszym abordażem Hanza Kupiecka została rozwiązana, a wszyscy korsarze objęci banicją i wygnaniem, automatycznie trafiając na czarne listy łowców piratów, których namnożyło się przez ostatnie lata. Adewall i ja zdaliśmy sobie wtedy sprawę iż sami byśmy tak postąpili. Kiedy Gildia nie ma pieniędzy, lepiej jest zrzucić winę na wolnych marynarzy niż jeszcze dodatkowo wypłacać im pensję za świadczone usługi jakimi były napady na morskie karawany, by ich zleceniodawcy mogli się wzbogacić. Wtedy jednak nie wiedzieliśmy, co to dla nas oznacza, więc puściliśmy "Lisicę" z dymem i pożeglowaliśmy na południe. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, iż złoto było prawdziwe, Gildie wykosztowały się aby zniszczyć korsarstwo, ale nie przewidziały, że mój statek odnajdzie fregatę. Miało się to odbyć w następujący sposób: wysłanie Turmalii pieniędzy, (mag powiedział nam, że złoto pochodzi z leońskiego skarbca), załagodzenie sporów i podanie światu informacji, że złoto nie dopłynęło z powodu zatopienia. Tak oto zostałem piratem.

Wojna z admirałem

Odkąd staliśmy się wolni, nic już nie było takie jak dawniej. Wszystko było o wiele lepsze. Jadło smaczniejsze, powietrze czystsze, a krew gorętsza niż kiedykolwiek. Razem z minotaurem Adewall'em, czarodziejem Rafaelem i krasnoludem Kasino, naszym nowym kompanem, który zaciągnął się wtrakcie abordażu, korzystaliśmy z życia na wszelkie sposoby, nacieszając własne dusze i sumienia. Muszę przyznać, że tacy kompani to wielki skarb, ale i przekleństwo, gdyż nie zliczę ile litrów krwi mi napsuli swoimi wybrykami. Z czasem zostaliśmy sławni, opowieści o galeonie "Nautilius" (dawniej "Diament Pustyni) krążyły po wszystkich nadbrzeżych tawernach, budząc gęsią skórkę nawet w zatwardziałych oprychach. Nie powiem, że mi to nie pasowało.

Za naszą kryjówkę objęliśmy opustoszałą Wyspę Czaszek cztery dni żeglugi na południe od Leonii, miasta, gdzie wszystko się zaczęło. To tam zbudowaliśmy sobie mały port oraz kamienny zameczek z ogromnym skarbcem i plantacją, by przeżyć zimy. Żyliśmy tam jak królowie, dopóki w 690 r. na stanowisko admirała floty leońskiej nie wybrano Riona Gerardusa Awerkera. Stał się on symbolem końca wolności, a jego celem było zniszczenie piractwa raz na zawsze. Z początku wszyscy go wyśmialiśmy, póki jego ludzie nie zatopili flot kapitana Xeratha i Karsa Salamandry, dwóch z trzech największych piratów jakich nosiły fale. Na wieść o ich powieszeniu nasze bractwo znacznie się skurczyło, floty szły w rozsypkę, a ich załogi błagały o amnestię, gdyż nikt nie chciał skończyć jak oni. Oprócz nas, oczywiście.

Od czasów sławetnego buntu udało mi się bowiem zwerbować najgorszych z najgorszych, szumowiny z piekielnych czeluści i lojalnych jak psy kamratów, którzy poszliby za mną w ogień. Nie znali lęku, a gdy usłyszeli o torturach admirała o mało nie popłakali się ze śmiechu. Dlatego podnieśliśmy rzuconą rękawicę i od tamtej pory "Nautilius" i duma leońskiej floty " Wyzwolenie" non-stop ze sobą walczą.

A obecnie

...

Dane gracza: Barbarossa

Nazwa użytkownika:
Barbarossa
Ranga:
Błądzący po drugiej stronie
Inne Postacie:
Aki, Lav, Arios, Barbarossa, Azra, Hanti,
Martwe postacie:
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Śr cze 14, 2017 3:46 pm
Ostatnia wizyta:
Śr kwi 11, 2018 8:18 pm
Liczba postów:
61 | Znajdź posty użytkownika
(0.08% wszystkich postów / 0.19 posty dziennie)
Ostatni post:
Niesieni na falach...
Śr kwi 18, 2018 8:49 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Jadeitowe Wybrzeże
(Posty: 57 / 93.44% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Niesieni na falach...
(Posty: 57 / 93.44% postów użytkownika)
cron