Profil użytkownika Krakenia

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Krakenia Cthulhu, dla obcych Panna Cthulhu
Rasa: Żywy Trup (Czyli zjawa, która jest uwięziona w martwym ciele)
Wiek: 1337 lat, z czego 1321 lat jako istota martwa


Aura

Wśród przytłumionych i matowych pejzaży początkowo ciężko rozróżnić poszczególne kolory. Poblask wydaje się mieć odcień obsydianu, jednak po tak wielu latach jest on niewyraźny i niełatwy do zdefiniowania. Widoczne w oddali morze przez swoje przyćmione barwy i niemrawe pływy nie raz pewnie skojarzy się bardziej z bezbrzeżnym antycznym jeziorem niźli z oceanem. Jeżeli jednak wykażesz się cierpliwością uda Ci się rozróżnić cynkową morską wodę i srebrną pianę powoli przykrywającą plażę i niespiesznie umykającą wraz z cofającymi się falami. Całość jest jakby przyprószona kobaltowym kurzem, choć wydaje się to fizycznie nie możliwe. Na starcie nie czujesz nic, jednak wraz z kolejną falą do Twego nosa dotrze woń morskiej wody, której przyjemna nuta zacznie ustępować mniej przyjemnym zapachom. Z każdą chwilą woń mułu i wodorostów będzie się nasilał, gdy zaś ustąpi, zmiana nie będzie przyjemna przynosząc zapach gnijącego topielca. Po takim aromatycznym powitaniu z ulgą przywitasz dźwięki odciągające od niego Twoją uwagę. Najpierw pojawią się liczne głosy, prowadzące ze sobą ożywioną i wesołą dyskusję. Zaraz po nich, na chwilę zapanuje cisza, którą przełamie pojedynczy ton odbijający się echem po okolicy. Potem jednak włos zjeżą ci rozbrzmiewające wokół trupie głosy. Dokończ poznawanie emanacji rozpoznając ją dotykiem. Twarde i miękkie aspekty mieszają się płynnie niby odpływy i przypływy giętkich fal. Krawędzie chropowatych nadbrzeżnych głazów są wygładzone przez lata i nie brak im ostrych kantów. Smak zaś wręcz naturalnie pasuje do morskiego otoczenia. Jest intensywnie słony i łagodny. Dopiero wyraźna suchość dominująca w odbiorze kłóci się z oczekiwaniami, nawet jeśli finisz zdaje się być lepkim.


Wygląd

Czas nie oszczędzi urody, przynajmniej dopóki nie zaoferujesz mu wystarczająco potężnej ilości magii. Takie powiedzenie wymyślił pewien czarodziej i wielu jego pobratymców zgodziłoby się z nim. Jednak sprzeciw przeciwko tym słowom bez wątpienia wypłynąłby z ust istot, które widziały śmiałków, co przekroczyli bramy śmierci, pozostając zarazem po tej stronie. Lisze to dobry tego przykład, lecz także Krakenia świetnie wpasowałaby się w tę definicję. Czasy jej ludzkiego życia minęły dawien dawna temu i przez to nie grzeszy ani urodziwym, ani też żywym ciałem, przez co każde spotkanie z nią może zaowocować w pewną dozę obrzydzenia, zależnie od osoby.

W najświeższym stanie, w jakim Krakenia może przebywać, to znaczy, kiedy jej ciało nie okazuje oznak rozkładu, z wyglądu przypomina jeszcze świeżego topielca. Skóra jej blada, oczy zamglone i bez życia, a ciało jej zimne, jak to trup oczywiście. Bardzo ogólnie można wtedy podsumować jej wygląd, korzystając z takich słów jak martwa kobieta, która powstała z grobu, a która przed śmiercią była świeżo upieczoną dorosłą o raczej przeciętnej urodzie.

Była dobrze odżywioną dziewczyną, co zostało jej po śmierci. Waży około 2 centary (ok. 80kg.), co może wydawać się sporą nadwagą, jeśli nie uwzględni się jej nadzwyczajnego, a przy tym niezwykle charakterystycznego wzrostu, który to wynosi ponad jedną sążeń i jedną dłoń (ok. 190cm/1,9m). Ów wzrost można wyjaśnić tym, iż może to być rekompensata za to, że jej figura jest tak kolumnowa, że można by odrysowywać od boków jej ciała linie proste. Co bardziej odważni mogliby powiedzieć, że jest bardziej deską, niż kobietą, głównie ze względu na nie istniejące w praktyce krągłości w okolicach zadka i klatki piersiowej, oraz talię, która bardziej pasowałaby mężczyźnie, ze względu brak charakterystycznego dla znacznej części płci żeńskiej zwężenia na poziomie brzucha.

Oczy jej pierwotnie miały kolor piwny, lecz obecnie, jako że owe oczy należą obecnie do trupa, kolor wyblakł niczym u takowego. Jej bujne włosy, choć równie długie, jak za życia, bo sięgające aż do kostek kobiety, obecnie nie są tak zadbane, jak powinny. Kiedyś pielęgnowane i jedwabiste, obecnie wiecznie zmierzwione i zniszczone poprzez działanie słonej wody morskiej.

Za życia, a nawet jakiś czas po swej śmierci, nosiła ubrania, lecz obecnie, nie licząc niesprawującej się w tej roli Nici Moiry, nic nie chroni jej ciała, przynajmniej nic materialnego. Gdy tylko może, utrzymuje na sobie iluzję, widocznąjako nieskazitelnie czyste ubranie tradycyjnej pokojówki, składające się czarnej sukienki z białymi wykończeniami i mlecznym fartuszkiem, która to zakrywa ją aż do kolan, czarne buty na niskim obcasie oraz czarne podkolanówki. Równie dobrze jednak mogłaby zrzucić z siebie ową iluzję, co wcale znaczy że często tak robi, gdyż nie ma za bardzo co ukrywać. Krakenia bowiem, na rzecz uproszczenia ciała, a co za tym idzie, aby łatwiej je było regenerować, nie posiada narządów rozrodczych, sutków oraz układu pokarmowego, a co za tym idzie, ujścia takowego też nie ma. Nikt więc nie musi zakrywać oczu, gdy ta przechodzi obok tak, jak ją magowie ożywili, bowiem od szyi w dół może przypominać bardziej manekina wzorowanego na trupa, niż prawdziwego truposza.

A skoro już o zgniliźnie mowa, to warto pamiętać, że ciało Krakenii ulega szybkiemu rozkładowi. Bez stałej kontroli swojego stanu, co nie zawsze jest możliwe, zaczyna ona śmierdzieć trupim jadem i ciało traci na urodzie. Dlatego też czasami ciężko rozpoznać Krakenie w stojącej kupie gnijącego mięsa, która wesoło macha w stronę znajomej osoby.

Mowa, zarówno słowna, jak i ciała, a także ruchy tego samego ciała są niezwykle charakterystyczne, gdyż pomimo trzynastu setek lat, wciąż jest to pokojówka o zdolnościach, o których można mówić legendy wśród braci arystokrackiej. Pełna gracji i opanowania, wie co powiedzieć i kiedy, a także potrafi poruszać się w sposób należyty, nawet gdy zaczyna gubić kończyny wskutek trupiego rozkładu. Nawet sposób, w jaki rzuca zaklęcia, posiada grację sprzątaczki z tysiącem lat doświadczenia.

Głos jej w obecnej formie jest głównie fizyczny, choć słychać duchowe echo, które jest bardziej rozmazaną i nieco przesuniętą w czasie wersją tego, co akurat mówi Krakenia. Nie utrudnia to jednak zrozumienia, co nieumarła ma do przekazania, gdyż owo echo jest ciche, chyba że coś złego dzieje się z emocjami albo z duszą żywej truposzki.


Charakter

Mając tysiąc trzysta lat na karku, ciężko posiadać ten sam charakter w stanie niezmienionym. I o ile największe zmiany zachodzą w rosnącym, młodym umyśle, to jednak dojrzała istota także zmienia się, tyle że wolniej, przez co dopiero tak długowieczne stworzenia, jak nieumarli, mają okazję zaobserwować ten fenomen na swoim przykładzie.

Pracowita. To słowo było, jest i będzie częścią Krakenii. Czy to podczas wykonywania obowiązków pokojówki, czy to pomagając przyjaciółce w potrzebie, czy to praktykując czar, który jest w stanie przeteleportować całą skórę i tylko skórę z innej istoty metr dalej, pozostawiając całą resztę w jednym, żywym, ale przerażonym i umierającym z bólu kawałku.
Nawet gdy żyła, unikała odpoczynku jak ognia, odsypiając dopiero wtedy, gdy nie było nic więcej do zrobienia. Teraz, gdy sen jest jej obcy, potrafi przez całe miesiące być na nogach i pracować, w ten czy inny sposób.

To, co jest w niej inne niż dawniej, to podejście do świata i tego, co w nim jest. Dawniej kierowała się, jak to śmiertelnicy mówią, sercem, pamiętając przy tym o tym, czego wymaga ludzkie prawo i obyczaje. Teraz, gdy jest jednocześnie pokojówką, tysiącletnią nieumarłą oraz niezwykle zaawansowanym adeptem sztuki magicznej, jej zegar moralny nie tyle, co się przestawił, co został wycofany z użytku. Kobieta nadal wie, co jest dobre a co złe, jednak jeśli będzie trzeba i uzna coś za konieczne, zrobi to bez wahania. Często robi to, co chce, kiedy tylko uzna, że ma na to ochotę, bez względu na porę dnia czy okoliczności. Nie jest jednak potworem, a i tworzy i utrzymuje więzi i relacje z innymi, więc tak długo, jak jest się po jej stronie, nic nie grozi danej osobie ze strony żywego trupa.

Jest niezwykle rozmowna, a przy tym posiada wiele tematów, którymi może prowadzić żywą konwersację przez całe tysiąclecia. Potrafi mówić ciekawie i na temat, a przy tym stara się dopasować to, co mówi i jak to mówi w zależności od tego, kim jest osoba, do której przemawia. Szczególnie ożywiona jest podczas mówienia o czymkolwiek, co ma związek z magią, a że niemal cały świat jest takową przesiąknięty, to często zdarza się, iż martwa pokojówka gada jak natchniona przez długie godziny bez przerwy.

Niektórzy mogliby powiedzieć, iż jest niezwykle tolerancyjna, ale w rzeczywistości nie przywiązuje ona wagi do wielu rzeczy, które dla śmiertelników są ważne i oczywiste, jeśli nie święte. Jedyne rzeczy, które są dla niej naprawdę ważne, to zabicie nudy, nauka w każdym tego słowa znaczeniu oraz dbanie o najbliższych, choć niekoniecznie w tej kolejności.

Obca jej jest wrogość. Jeśli już, to albo jest przyjacielska w kontaktach z kimś, albo poważna. Nikt, ale to nikt nie życzyłby komukolwiek tego, aby Krakenia była wobec niego poważna, gdyż nie wróży to długiego życia, o ile jakiekolwiek życie zostanie. Głównie bowiem podczas walki, kiedy stawką jest coś naprawdę ważnego, pokojówka wpada w ten stan, który jednak różni się od byle szału bojowego. Ona jest wtedy skupiona na sto jeden procent swoich możliwości, wykorzystując całą siebie i wszystko, co ma, aby osiągnąć cel bądź zwyciężyć, bez względu na cenę.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Niezłomny, Wrażliwy,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Flegmatyczny, Perfekcyjny,
Percepcja:Półślepy, Pozbawiony węchu, Pozbawiony smaku, Pozbawiony czucia, Wyczulony na magię,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy,
Prezencja:Brzydki, Szarmancki, Szarak,

Cechy specjalne

Cechy Rasowe - Żywy Trup [D]Umarła, lecz przywrócono ją z powrotem, w sposób, którego matka natura nie stworzyła. Tak można podsumować żywot Krakenii, zjawy, która czy tego chce, czy nie, musi spędzić swoje nieżycie uwięziona w ciele, które, choć było jej, to jednak obecnie jest martwą powłoką, przez którą wpływa na świat materialny. Nie potrzebuje śmiertelnego jedzenia, zamiast tego, poprzez lodowaty dotyk, wysysa energię życiową z innych istot, aby odnowić swoje własne, nieregenerujące się samodzielnie siły. Potrafi w ten sposób zabić, jeśli da się jej wystarczająco dużo czasu i wolną rękę. Ze względu na to, iż zaklęta nić więzi ją w ciele, nie działają na nią zaklęcia, które w normalnych przypadkach wymuszają na zjawie zniknięcie z tego świata bądź trwałe zerwanie więzi z tym wymiarem. Może jednak umrzeć na wiele sposobów. Unicestwienie bądź wystarczająco poważne uszkodzenie jej duszy, bądź całkowita dezintegracja jej ciała zabiją ją ostatecznie, ale można też doprowadzić jej ciało do stanu, w którym nie będzie w stanie poruszać się ani mówić, w wyniku czego będzie uwięziona w nieruchomym ciele, którego nie będzie w stanie naprawić, co także byłoby efektywnym sposobem na pozbycie się jej. Nieco trudniejsze, ale wykonalne, byłoby całkowite zniszczenie nici-artefaktu, co sprawiłoby, iż dusza Krakenii powróciłaby bezpowrotnie do Świata Ducha.
Natury nie Oszukasz [K]Choć jest w swoim ciele, to jednak nie została ożywiona i siły, które rządzą tym światem dobrze o tym wiedzą. Szczególnie Matka Natura nie chce odpuścić, przez co ciało, choć ma duszę, to jednak jest fizycznie martwe i uległa rozkładowi. Prawdopodobnie z powodu magii, którą użyto do przywrócenia Krakenii, rozkład ów jest niemal kilkukrotnie szybszy niż naturalne tempo tego zjawiska i dlatego też Krakenia musi używać dosyć często magii odnawiającej jej fizyczną formę, jeśli nie chce skończyć jako dusza uwięziona w szkielecie, przez co nie będzie zdolna do ruchu czy mowy, a co za tym idzie, nie będzie w stanie odnowić się magią, którą rzuca przez mowę i ruch właśnie.
Trupie Zmysły [S]Jej przywiązanie do świata materialnego jest wymuszone i nienaturalne, czego efektem ubocznym jest to, iż nawet w pełni odnowionym ciele nie jest w stanie odbierać bodźców bezpośrednio ze świata materialnego. Jednak jako zjawa jest zawsze, do pewnego stopnia, w świecie ducha, dzięki czemu potrafi ona widzieć i słyszeć przez ten świat, choć wszystko wydaje się niewyraźne i rozmazane. Poza tym, za sprawą nadwrażliwości na magię potrafi kierować się aurami, jak i również przepływem energii przez Świat magii, co ułatwia nawigację i egzystowanie w świecie żywych.
Podatność na Magię [S]Wszelka magia nie pochodząca od niej, a oddziałująca na nią, często zakłóca magię, która utrzymuje jej ciało, a także potrafi spowodować o wiele większe szkody, zarówno ciału, jak i samej zjawie.
Energiożerna [S]Krakenia, jako dusza siłą zmuszona do egzystencji w martwym ciele, zużywa energię magiczną niemal bez przerwy i to w ilościach znacznych. Musi bowiem poruszać ciałem za jej pomocą, a także odnawiać raz na jakiś czas ów czas magią. Tak więc wynika z tego fakt, iż odżywia się energią żywych o wiele częściej niż byle pierwsza lepsza zjawa, gdyż po prostu więcej potrzebuje.

Umiejętności

Sztuka bycia Pokojówką [M] [Dbanie i opieka nad czyjąś posesją bądź osobą, czyli gotowanie, sprzątanie, prowadzenie rozmowy na poziomie oraz tym podobne zdolności potrzebne do bycia pokojówką godną królewskiego dworu. Zwiera się w tym także utrzymywanie odpowiedniego zachowanie podczas wypełniania swoich obowiązków]
Wiedza Tajemna [M]
Sztuka Inkantacji Rytualnej [M] [Zdolność wykonywania, bez wcześniejszego przygotowania charakterystycznego dla magii rytualnej, długich inkantacji, które są silniejsze i bardziej efektywne od zwykłych inkantacji, ale wymagają większej ilości energii magicznej, skupienia, a także perfekcyjnego wykonania czaru w zamian za swoją moc. Wykorzystuje ruchy rąk i ciała użytkownika, runy wyczarowane w powietrzu magią istnienia a także niezwykle skomplikowane i długie do wypowiedzenia inkantacje]
Wiedza o Duchach [W]
Czytanie Aur [W]
Pismo Runiczne [W]
Rytualizm [W]
Szamanizm [W]
Odnajdywanie Źródeł Magii [W]
Kreomagowanie [W]
Nekromancja [W]
Historia Magii [W]
Wiedza o Światach [W]
Wiedza o Duchach [W]
Poliglotyzm [W] [Mowa Pradawna, Mowa Smocza, Czarna Mowa, Mowa Elfów]
Matematyka [W]
Fizyka [W]
Czasologia [W]

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Inkantacje
Życia [M][Wpływanie na, przemiana, odżywienie, odnawianie i niszczenie życia bądź funkcji życiowych istot żywych lub czegoś, co było żywe]
Ducha [M][Wpływanie na, przemiana, odżywienie, odnawianie i niszczenie duszy]
Istnienia [M][Tworzenie materii z czystej energii magicznej]
Pustki [A][Tworzenie iluzji, mogących w stanie oszukać wyostrzone zmysły śmiertelne oraz przeciętny zmysł magiczny a także rozkład materii nieożywionej na czystą energię magiczną]
Przestrzeni [A][Dowolna teleportacja większych skupisk materii, energii oraz zjawisk w zasięgu wzroku oraz ograniczona teleportacja oparta o pamięć, szczegółową mapę bądź określone i opisane liczbami współrzędne]

Magiczne przedmioty

Nić Moiry [ZAC]Potężny artefakt przesiąknięty magią kilku magów, będący tylko jedyną i aż jedyną rzeczą, która utrzymuje, a raczej więzi duszę Krakenii w jej martwym ciele. Nić istnieje jednocześnie w Świecie Materialnym, Duchowym i Magii, dzięki czemu może spełniać swoją funkcję, a dzięki czemu zniszczenie jej jest tylko możliwe, jeśli coś, tak samo, jak nić, znajduje się w trzech stanach egzystencji zarazem. W przeciwnym wypadku nić regeneruje się w danym świecie na podstawie swoich części w pozostałych światach. Ilość magii, która jest potrzebna do stworzenia czegoś takiego, była tak ogromna, iż nić za sprawą takiej ilości energii posiada coś, co można nazwać do pewnego stopnia świadomością, oraz możliwość ruchu. Dzięki temu jest w stanie zawsze być opleciona wokół ciała Krakenii, do której nić najwyraźniej jest przywiązana, dosłownie, jak i w emocjonalnym tego słowa znaczeniu. Nawet jeśli by tak nie było, magia nałożona przez magów uniemożliwia ściągnięcie bądź pozbycie się w inny sposób tejże, poprzez splecenie losu oraz miejsca w przestrzeni nici z duszą krakenii, przez co tylko istota o nadzwyczajnie potężnych zasobach magii i zdolnościach jest w stanie pozbyć się upartego przedmiotu magicznego. Chociaż równie dobrze można unicestwić duszę nieumarłej, co natychmiast zniszczy nić i wszystko, co z nią związane.

Towarzysz


Historia

“Wypuścić Krakenie! … Nie możecie jej przecież trzymać w tej szafie cały czas!” ~Xenja







Życie przed życiem



Czy to z powodu losu, bogów, czy może czystej ciekawości, członkowie rodziny Cthulhu byli powiązani z wodą w ten czy inny sposób. Marynarze, rybacy, badacze istot morskich, czy nawet osoby w związku z naturianami pochodzenia oceanicznego. Dziwne to, ale nikt tego nie kwestionował. Podobnie było z Aryą, która żyła niemal półtora tysiąca lat temu, a której życiową pasją i źródłem zarobku było tworzenie wyszukanej biżuterii i ozdób z darów morza. Dzięki temu spotkała swojego przyszłego męża, Vula, który był synem rybaka, a który miał spory zapas muszli, pereł i innych wodnych kosztowności, które to sprzedawał w porcie.

Nie była to nadzwyczajna miłość, a jedynie dosyć przeciętna więź między dwoma osobami. Bywało lepiej, bywało gorzej, ale w końcu ożenili się, a on w ramach przeprosin za kłótnie, które czasami wywoływał, przyjął nazwisko po swej ukochanej. Po kilku latach sprzedawania dóbr na lądzie, co ani łatwe, ani skuteczne nie było, stał się marynarzem jednego ze statków handlowych, który kursował w stronę dwóch wysp, zwanych Arrantą i Tanalis.

Nie mieli dziecka, starając się najpierw zadbać o swoją przyszłość. Nie mieli jednak pomysłu jak tego dokonać, do czasu, gdy jedno z dzieł Aryi dotarło, z rąk do rąk, po wielu miesiącach, do krewnej króla Arranty, która była tak zachwycona dziełem, iż zdołała namówić - znanego z brutalnych rządów i braku litości - władcę na to, aby twórczyni tej biżuterii wraz z najbliższą rodziną i przyjaciółmi osiedliła się na wyspie. Czemu się zgodził? Na wyspie brakowało rzemieślników, szczególnie jubilerów, a i wiele domów stało pustych, ich poprzednich mieszkańców bowiem stracono za knowanie rebelii. Nic więc nie tracił, a i mógł zyskać nowych, użytecznych dla państwa poddanych.

Para, początkowo z niechęcią patrzyła na osiedlenie się na wyspie, o której źle mówiono. Gdy jednak dopytali się tu i ówdzie, zrozumieli, jak wiele może zarobić Arya, szczególnie jeśli jej prace wpadną w gusta wyższych sfer. Ryzyko było tego warte, tym bardziej że dzięki temu Vul mógłby zostać w domu i pomagać jej w obowiązkach, w czasie gdy ona tworzyłaby kolejne kreacje do sprzedaży.

Na pokładzie tego samego statku, na którym pracował Vul, wyruszyli w podróż w jedną stronę, poprzedzoną rodzinnym zjazdem pożegnalnym. Na wyspach nie mieli żadnych krewnych, dlatego poza sobą i grupą przyjaciół, która zgodziła się wypłynąć wraz z nimi, nie znaliby nikogo, co mogło być problemem, gdy dotrą na miejsce. Wpierw jednak musieli przetrwać tę podróż, która zazwyczaj trwała około miesiąc.

Słowo “zazwyczaj” jest kluczowe, ponieważ po odbiciu z portu wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Morze było niespokojne, nocne niebo skrywało gwiazdy za grubą warstwą chmur, a i okazjonalne sztormy tworzyły wysokie fale, które obijały się o kadłub statku, na którym się znajdowali. A i oczywiście nawigator wypił poprzedniego dnia o jedną beczkę trunku za dużo, przez co kiwał się tak, że niemal negował kołysanie łajby, które innych doprowadzało do choroby morskiej.

Przez ten niefortunny zbieg okoliczności, w ciągu kilkunastu godzin zdołali zejść z kursu na tyle, by nie wiedzieć, gdzie się znajdują. Początkowo była panika, później strach, a na końcu plaskacze od pana kapitana na uspokojenie, dla którego był to najwyraźniej chleb powszedni. W następną, bezchmurną noc, określono położenie statku i oszacowano, że teraz podróż zajmie im co najmniej rok. Na całe szczęście to, co przewozili, to były głównie zapasy żywności i wody, z czego większość była albo zdatna do spożycia nawet po kilku latach, albo też dobrze zakonserwowana.

Nie były to może luksusowe posiłki, ale szybko ustalono dzienną porcję, równą dla każdego członka załogi i dla pasażerów, tak, aby starczyło im nawet na półtora roku, na wypadek, gdyby znowu zboczyli z nowo wyznaczonej trasy. Bez względu na to, co kto myślał o takim stanie rzeczy, wszyscy bez wyjątku musieli się dostosować do życia na statku, bo nawet dla doświadczonych wilków morskich tak długa podróż była nie lada wyczynem.

Z początku szło topornie, jeśli nie okropnie, ale po miesiącu sprzeczek, po którym nastąpił tydzień ostrej dyscypliny dla tych, co wywoływali zamieszanie, nastąpiły w miarę spokojne czasy podróży, kiedy morze okazywało swoją łaskę, a morale wszystkich obecnych na pokładzie dopisywały. Niektórym może nawet za bardzo dopisywały…

W połowie drogi zaczęło się okazywać, że wielomiesięczna podróż, połączona z tym, iż na statku byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety, sprzyja bardzo miłości, szczególnie kiedy nic lepszego nie ma do roboty. Niemal wszystkie pasażerki okazały się brzemienne, co ciężko było nie zauważyć ze względu na nagłe zmiany nastroju oraz pęczniejące jak chleby w piecu brzuchy. Wśród błogosławionych dzieckiem znalazła się Arya, której pomógł w tym osiągnięciu jej mąż oczywiście.

Sytuacja stała się nieco mniej spokojna. Najbardziej panikował kapitan, który najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma ani jednego znachora, medyka, szamana czy innego znającego się na ludzkim ciele człowieka, przez co na niego, jako na dowódcę tej jednostki, schodziła odpowiedzialność za wszystkie komplikacje, jakie mogą się pojawić. Przyszli ojcowie byli tylko i aż zaniepokojeni, zaś kobiety, zgodnie ze swoją intuicją, zdecydowały, iż to one zajmą się wszystkim, gdy dzieci zechcą wyjść na świat.

Pierwszy poród nastąpił miesiąc przed dotarciem na wyspę. Z trudem, ale udało się, zarówno matka, jak i maluch, przeżyli. A przynajmniej tak było z początku. Wycieńczenie zabiło matkę kilka minut później, zaś dziecko podążyło za nią jeszcze zanim nastał zmierzch. To była tragedia, która źle wróżyła innym ciężarnym. W niepokojącej ciszy, kiedy to nawet ocean nie był wzburzony, pogrzebano ciała w odmętach oceanu zgodnie z żeglarską tradycją znaną kapitanowi statku.

Kolejne dni były przepełnione strachem. Niektóre z ciężarnych spisywały ostatnią wolę, jedna oszalała wskutek emocji i rzuciła się za burtę. Nastroje były więc dość negatywne i nic nie zapowiadało, aby to miało się zmienić. Niektórzy mężczyźni, na czele z kapitanem, przełamali się w obliczu śmierci, jaka miała miejsce, postanawiając, iż pomogą przy następnych porodzie jak tylko się da, mając nadzieje, że obecność kogoś jeszcze da nadzieje przyszłym matkom, a może i nawet cudownie uratuje kolejne kandydatki do porodu.

To najwyraźniej zaspokoiło bóstwo, istotę, czy cokolwiek to akurat było, co sprawowało pieczę nad życiem i śmiercią, gdyż kolejne narodziny, choć bolesne, szły o wiele lepiej, niż zakładano. Z nowo odnalezioną radością, zaczęto dbać o każdą kobietę, która przeszła przez swój własny cud życia. Zmniejszono innym racje żywieniowe, co by matki mogły szybciej wrócić do pełni sił, a i aby miały czym wykarmić swoje maleństwa. Ponownie nastały spokojne czasy dla tego rejsu, choć można było szczerze powiedzieć, iż był to dosyć nietypowy rodzaj spokoju, przepełniony dziecięcym łkaniem niedającym odpocząć przez większość dnia i nocy.

Gwiazdy na nocnym zapowiadały, iż przed nimi jedynie miesiąc drogi nim dotrą do celu podróży, gdy nadeszła kolej Aryi, która była ostatnią brzemienną na statku. Z początku z radością powitano wieść, iż wkrótce będzie po wszystkim, lecz los miał inne plany. Poród nie chciał się zakończyć, trwając godzinami, a każda nowa godzina coraz bardziej niepokoiła wszystkich, w czasie gdy rodząca odczuwała coraz większy ból i zmęczenie.

Stan Aryi stawał się coraz gorszy. Niektórzy szykowali się na najgorsze, a jej mąż ze łzami w oczach i jej dłonią między jego dłońmi obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Wszystkich jednak rozkojarzyło nagłe szarpnięcie, które wzruszyło całym statkiem. Dotychczasowe kołysanie minęło, zupełnie jakby morze pod nimi zamieniło się w ciało stałe.

Czemu tak się działo, szybko się wyjaśniło, gdy ogromne macki dwunastomackownicy, które dotychczas trzymały statek od spodu, wyłoniły się spod tafli wody, oplatając statek. Krzyki i panika wybuchły niczym najbardziej niestabilna z magii, a Kapitan już biegł po harpun w swej kajucie, ale wszystko to zostało przerwane przez krzyk marynarza, który zauważył, że… nic się nie dzieje.

Tak, statek był trzymany przez tą niemal legendarną morską bestię, ale nic poza tym. Ogromny mięczak nie zniszczył nawet żadnego masztu ani nie posłał nikogo w odmęty oceanu. Swoimi mackami trzymał statek tak delikatnie, jak mężczyzna swą żonę, przez co łajba nie doznała żadnych uszkodzeń. Jedyny efekt tego działania to fakt, iż nie kołysali się dłużej na falach, nic więcej.

Niektórzy drapali się po głowach, inni z ciekawości szturchali macki czymś długim z bezpiecznej odległości. A innym się przypomniało, że poród nadal trwa. Powrócili do Aryi, która czuła się nieco lepiej. Najwyraźniej kołysanie statku w jej obecnym stanie utrudniało wszystko, gdyż teraz, gdy byli w bezruchu, dziecko wyszło na świat bez większych problemów.

Ledwie płacz niemowlęcia przeszył powietrze, a morski stwór wypuścił statek ze swoich objęć, znikając pod wodą równie szybko, jak szybko się zjawił. Natychmiast zaczęto mówić o tym, co to w ogóle było. Przypadek, wola bogów, dobrodziejstwo stwora, a może ktoś z obecnych był potężną wiedźmą, która w sekrecie oczarowała to, co w starodawnym dialekcie marynarskim zwano Krakenem?

Wszystkie te domysły słyszała Arya. Usłyszała nazwę tego, co prawdopodobnie umożliwiło jej przeżycie porodu i w ramach wdzięczności postanowiła, iż imię dla nowonarodzonej dziewczynki będzie brzmiało Krakenia. Nietypowe, owszem, ale to nie miało znaczenia. To był ostatni poród, a wszyscy, którzy nadal byli na statku, czuli się dobrze, jeśli nie wyśmienicie. A jeszcze lepsze nastroje pojawiły się, gdy dwa tygodnie później Arranta i Tanalis zaczęły wyłaniać się zza horyzontu.




Życie w Dzieciństwie



Arranta nie była idealnym miejscem na wychowanie dziecka, nawet jeśli posiadało się przychylność władcy. Gdy tylko przybyli do portu, zostali przywitani przez strażników, którzy przeszukali statek oraz pasażerów mających tu zostać wzdłuż i wszerz, upewniając się, że nie przemycają niczego, co nie jest mile widziane na tej wyspie. Od początku do końca nie byli zbyt przyjaźni, ale z tego, co później można było zauważyć, to była norma wśród strażników na terenie całego państwa.

Arya, jej mąż oraz wszyscy, którzy przybyli wraz z nimi, z początku zamieszkali w wolnych domostwach tuż obok portu. Z tego, co zostało im przekazane, muszą najpierw stać się częścią tego społeczeństwa, aby mogli ze wszystkimi prawami obywatelskimi zamieszkać w stolicy Arranty, będącej niczym innym jak miastem wybudowanym dookoła pałacu królewskiego. Najwidoczniej władca tego państwa chciał się upewnić, że ci, których sprowadził na swoją ziemię, nie naruszą porządku, jaki wprowadził na te tereny swoimi rządami.

Krakenia rosła zdrowo i pięknie, stając się przeuroczą dziewczynką o słodkim głosie, w czasie gdy jej matka, w czasie gdy nie zajmowała się nią, ciężko pracowała, aby pokazać, iż jej dzieła zasługują na znalezienie się w każdym arystokrackim domu na tej wyspie. Ojciec, Vul, całymi dniami zdobywał zaś materiały dla swojej żony, które tutaj były o wiele trudniejsze do zdobycia niż na kontynencie, głównie ze względu na to, iż mało kto wykonywał tego typu biżuterię, a co za tym idzie, większości nie za bardzo opłacało się sprzedawać rzeczy, które Arya najbardziej potrzebowała przy tworzeniu swoich przepięknych dzieł.

Mieszkali tam przez sześć lat, które dla Krakenii minęły beztrosko na zabawie i nauce najbardziej podstawowych zdolności, takich jak czytanie i pisanie czy inne, tego typu rzeczy. Wszystko oczywiście pod okiem rodziców, którzy dbali o wychowanie i wykształcenie swej ukochanej pociechy. Wiedzieli jednak, że wszystkiego jej nie nauczą, dlatego też nim ich córka osiągnęła wiek siedmiu lat, uznali, że wystarczająco wykazali swą użyteczność dla państwa. W porcie, gdzie nie było zbyt wielu bogatych, sprzedaż biżuterii Aryi rozkwitła w najlepsze, więc ich słowa nie były jedynie pustymi oświadczeniami.

Szybko otrzymali odpowiedź, iż mają rację, dlatego też im oraz ich dziecku przyznane zostały takie same prawa, jak szlachcie urodzonej na wyspie, jak i również pozwolono im na zakup posiadłości w jednej z bogatszych dzielnic stolicy, gdzie ewentualna sprzedaż bez wątpienia podskoczyłaby znacznie. Niestety jednak ci, którzy przybyli z nimi, nie byli w oczach króla “wystarczająco użyteczni”. Arya i Vul z chęcią odrzuciliby propozycję, w zamian za pozostanie ze swoimi przyjaciółmi z kontynentu, jednak wiedzieli, że najlepiej dla Krakenii będzie, jeśli wychowa się w stolicy, gdzie będą bardziej majętni, a i gdzie bez wątpienia znajdzie się miejsce, gdzie zdobędzie wiedzę i umiejętności potrzebne w życiu dorosłym. Z żalem pożegnali się z przyjaciółmi, po czym opuścili port, aby stać się prawowitymi obywatelami tego państwa.

Nie było to tak piękne, jak sobie wyobrażali. Daleko im było, biorąc pod uwagę zachowanie, zwyczaje i rodowód, od tutejszych, więc poczucie obcości nie opuszczało Vula i Aryi ani na chwilę. Ale za to straż była mniej “natarczywa” niż w mieście portowym, a i mniej na pierwszy rzut oka niebezpiecznych osobników chodziło po okolicy. Więc czy chcieli, czy nie, musieli się dostosować, inaczej czekałoby ich nic dobrego.

Krakenia, będąc wciąż młodą dziewczynką, szybko dostosowywała się do nowej sytuacji i otoczenia. Wychodząc z domu na ulice co dzień szybko znalazła kilka podobnych wiekiem do niej dzieci, które były za młode by, jak ich rodzice, odrzucać kogoś ze względu na pochodzenie bądź majętność. A i szczęścia jej nie brakowało, gdyż sprzedaż szybko wzrosła, a co za tym idzie, była ona od tego momentu rozpieszczana nieco bardziej niż zwykle. Nadal jednak byli wśród biedniejszych mieszkańców stolicy, gdyż czy tego chcieli, czy nie, nie dało się przyśpieszyć niezwykle powolny wyrób ozdób, a i niektóre tutejsze gusta były na tyle wymagające, że aż problematyczne, zmniejszając przy tym przychód ze sprzedaży.

W wieku siedmiu lat Krakenia miała zacząć chodzić po nauki do jednej z tutejszych placówek. Niestety, znaczna większość była zbyt kosztowna pomimo ich powiększonego majątku, albo też niewpuszczane były do danego miejsca osoby niepochodzące z czystej, arystokrackiej rodziny. Koniec końców trafiła do jedynego miejsca, które ją przyjęło. Znana z twardej dyscypliny, a przez to uznawana przez bardziej rozpieszczone bachory za piekło na Arrancie, placówka o wdzięcznej nazwie “Dom Królewskiego Wychowania” była dosyć specyficznym miejscem nauki. Zajmująca kilka sąsiadujących budynków, połączonych w jeden wielki gmach, ów szkoła stawała się na okres dziewięciu lat drugim domem dla każdego, kto odważył się, bądź zmuszony został przekroczyć tamtejszy próg.

Cierpiąc ostatnimi czasy na niedobór uczennic, Dom Królewskiego Wychowania, a konkretnie kobieta poczciwej daty, która prowadziła ów miejsce, z chęcią przyjęła Krakenię. Od tego momentu jej życie było podzielone na sześć dni jedzenia, nauki i spania w murach Domu, oraz jeden dzień, podczas którego powraca do rodziców, aby móc odpocząć, a przy tym pochwalić się swoimi postępami.

Pierwsze miesiące były raczej przeznaczone na przyzwyczajenie się do tutejszego systemu nauki niż samą nauką. Krakenia zapoznawała nauczycieli ze swoimi dziecięcymi umiejętnościami i preferencjami, a oni upewniali się, że wszystkie podstawy są na miejscu, a w razie potrzeby uzupełniali luki. Ta sielanka jednak nie mogła trwać wiecznie. Wśród tych murów panowała zasada, iż do perfekcji warto dążyć za wszelką cenę, choćby oznaczało to ogrom nauki i obowiązków, które wkrótce miały obciążyć Krakenie i jej rówieśników.




Życie w Młodości



Pierwszy rok minął niezwykle szybko i w przyjemnej atmosferze. Zarówno Krakenia nie narzekała na to, co ją czekało każdego dnia w Domu Królewskiego Wychowania, jak i rodzice byli zadowoleni z tego, jak przebiegał początek jej edukacji. W dodatku, mając więcej czasu na pracę, jej rodzice powoli zdobywali coraz większe zarobki, będąc już dobrze znanymi, i przez niektórych szanowanymi, ludźmi. Mieli już kilku stałych znajomych, a i dostawali pierwsze zaproszenia na mniej lub bardziej oficjalne spotkania i uczty.

Córka rodziny Cthulhu tymczasem rozpoczęła o wiele bardziej wymagającą naukę. Cały drugi i trzeci rok nauki dla dziewczyn był poświęcony najważniejszym cechom damy z porządnego domu, a także wszystkiemu, co może robić i kim może być w przyszłości dama z mniej lub bardziej wyższych sfer. W pierwszej kolejności wpajano na pamięć i wymagano perfekcyjnego opanowania etykiety dworskiej, manier oraz zachowania, jakie przystoi kobiecie w każdej, mniej lub bardziej możliwej sytuacji. Uczono także tego, jak należycie dbać o wygląd, ubiór oraz ogólne wrażenie, jakie wywoływało się w oczach innych swoją osobą.

W międzyczasie sprawdzane było nastawienie oraz ewentualny potencjał każdej z uczennic, w tym Krakenii, w różnych rolach społecznych. Działo się to poprzez lekcje poświęcone specyficznym umiejętnościom bądź zadaniom, podczas których uważnie oceniano każdy ważniejszy szczegół. Na przykład był czas na rzeczy charakterystyczne dla kogoś, kto zajmuje się domostwem, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, jak zarządzanie finansami, wykonywanie ważnych decyzji w sprawie domostwa czy sprawne zarządzanie służbą. Sprawdzano także cenione wśród arystokracji płci pięknej umiejętności artystyczne, jak i socjalne.

Pojawiły się także mniej szlachetne, ale wymagające większego wysiłku umiejętności, takie jak gotowanie, sprzątanie, czy inne, typowe czynności dla damy, która zdecyduje się być pokojówką bądź gospodynią w cudzym domu. Choć dla niektórych mogą to być rzeczy przeznaczone dla osób z niższych sfer, to jednak każdy dobrze obeznany w temacie wie, że nieraz bycie pokojówką wymaga większej finezji i elegancji niż bycie osobą, która takowe zatrudnia.

To właśnie w tej, z pozoru mniej szlachetnej, roli, Krakenia zdawała się czuć najlepiej. I nie tylko czuła się najlepiej, ale też i jej postępy były znane. Jako pierwsza ze swojego przedziału wiekowego zapoznała się ze wszelkimi podstawami, a także najszybciej w historii tego budynku rozwijała umiejętności powiązane z byciem służką godną dworu królewskiego. Już pod koniec trzeciego roku, po którym dopiero miały być przydzielane konkretne ścieżki nauki dla każdej z uczennic, młoda panienka wykazywała zaangażowanie, poświęcenie oraz, o dziwo, umiejętności godne damy w szóstym roku nauki.

Kolejne lata nauki aż do samego końca skupione już wyłącznie na tym, co zdawało się przychodzić córce Aryi i Vula niemal naturalnie, dawały coraz większe owoce. Nauczycielki, które ją uczyły, czyniły z niej żywy przykład perfekcji. Potrafiła bez zastanowienia poprawnie odpowiedzieć, co zrobiłaby w danej sytuacji, jaka może czekać służkę. Praktyka, która przebiegała początkowo w gmachu szkoły, podczas sprawdzania umiejętności w hipotetycznych sytuacjach, a później także podczas rzeczywistych warunkach, kiedy to szkoła “wynajmowała” uczennice do domów zaufanych arystokratów bądź na przyjęcia, była bezproblemowa dla niej.

Ci, którzy pierwszy raz ją widzieli, uznawali Krakenie za w pełni wykształconą i doświadczoną służkę, która jakimś cudem miała wyglądać o wiele młodziej, niż rzeczywiście powinna. Prawdziwe służki raz na jakiś czas wypadały przy niej gorzej, nieznacznie, ale było to zauważalne. Pod koniec ósmego roku nauki znano ją w całym Domu Królewskiego Wychowania, a nawet krążyły o niej plotki po znacznej części stolicy, wszystkie pozytywne, niektóre brzmiały zaś niczym mityczne opowieści o damie, która, nawet gdy robiła za służkę, to biła godnością królowej, a która rozmową potrafiłaby złapać za serce nawet obecnego króla Arranty, który znany był z tego, że serca zdawał się nie mieć.

To wszystko nie miałoby jednak znaczenia, gdyby zawiodła w ostatnim, dziewiątym roku nauki. Każdy, kto uczył się tam, gdzie Krakenia, bez względu na to, czego był uczony, miał przez ten ostatni rok pokazać, że nauka nie poszła na marne. W przypadku szesnastoletniej już panienki Cthulhu, od której ze względu na poprzednie osiągnięcia wymagano o wiele więcej, niż od mniej utalentowanych i poświęconych rówieśniczek, była to służba na dworze królewskim, jako jedna z głównych pokojówek rodziny królewskiej, gotowa do wykonania każdego życzenia i zachcianki w każdą godzinę dnia i nocy.

Stres i strach zżerały dziewczynę od środka na każdym kroku, ale zdołała zachować pełen profesjonalizm, nie popełniając ani jednego, choćby najdrobniejszego błędu. Udało jej się także nie podpaść Władcy Arranty oraz jego rodzinie, co dla wielu innych pokojówek było równie łatwe i częste, co oddychanie. Może miała szczęście, a może faktycznie posiadała zdolności graniczące z boskim darem, dzięki któremu wykonywała to, co lubiła całą sobą i to było dobre.

Ów ostatni rok nauki, który minął zaskakująco szybko, zaowocował w zostaniu najlepszą absolwentką Domu Królewskiego Wychowania. Sam Władca docenił jej starania. Na oficjalnym pożegnaniu tych, co ukończyli naukę i mieli już nie wracać do murów tego budynku, Krakenia otrzymała do rąk własnych list, oznaczony królewską pieczęcią. W środku, obok gratulacji, widniała propozycja pracy od samego Władcy, co samo w sobie było wystarczającym zaszczytem. W zamian za to, że zgodzi się poświęcić lata swojego życia na służenie za pokojówkę i gosposię dla pięciu królewskich magów, zarówno ona, jak i jej rodzice mieli otrzymywać sowite wynagrodzenie ze skarbca królewskiego, a także oficjalny tytuł arystokracji, wraz ze wszystkimi płynącymi z tego korzyściami.

Wtedy niemal siedemnastoletnia Krakenia zgodziła się bez zastanowienia. Gdyby jednak wiedziała, co czeka na nią w najwyższej wieży, jaka istniała wtedy na wyspie, to zastanowiłaby się dwukrotnie przed podjęciem decyzji. Bowiem już pierwszego dnia przeżyła wewnętrzne załamanie, z trudem utrzymując twarz nieskalaną nieprofesjonalizmem.




Życie w Dorosłości



W wieży, gdzie królewscy magowie dzień i noc pracowali, by spełnić żądania swego władcy, było… okropnie. Pięciu mężczyzn, którzy, gdy słyszą słowo “sprzątanie” zastanawiają się nad tym, co to za rodzaj magii i jak mogą ją opanować, przez lata swej pracy uczynili z miejsca, gdzie żyli i czynili czary, burdel, chlew, po prostu istne śmietnisko. Brakowało słów w raczej wypełnionej przez różne synonimy głowie Krakenii. Można było potknąć się o dosłownie wszystko, od książek zaczynając, a na magicznych artefaktach o mocy niszczącej miasta kończąc.

Każdy czarodziej z osobna, a byli to Moira, Vavius, Ukron, Izbus oraz Tyuvstav Ymie, był doskonałym przykładem tego, co się dzieje, gdy zaniedba się każdy aspekt swojego życia na rzecz swojej pracy. Brudne szaty, lepiące się od resztek jedzenia meble, książki, a nawet ich ręce oraz podkrążone oczy, które sen widziały ostatni raz tuż przed własnymi narodzinami. Ich jedynym jedzeniem było to, czego nie trzeba było przygotowywać. Owoce, bochenki chleba, których nie mieli ochoty nawet pokroić, przyprawy, którymi zagryzali suchy chleb, aż szkoda było słów. Przynajmniej trunki pili różnorodne, a to było coś w ich przypadku.

Przywitanie z królewskimi magami nie należało do najdłuższych. Krakenia przedstawiła się i wyjawiła cel swego przybycia oraz fakt, iż będzie od tego dnia codziennie obecna w komnatach wieży, mieszkając razem z nimi w tym miejscu, a jedyną reakcją, jaką usłyszała, było jednogłośne “Mhmmm…”. Nie obrócili ani nie podnieśli głów, w akcie powitania, który graniczył z ignorowaniem nowoprzybyłej i jej słów.

Pierwszy dzień, który zakończyła snem na stosie książek, które akurat były jedynym miejscem, gdzie mogła spać, spędzony został na zapoznanie się z sytuacją. Zaś tuż po przebudzeniu następnego poranka, Krakenia wzięła się do roboty jak nigdy dotąd. Magowie, zbyt zajęci rysowaniem magicznych run na jednym z jeszcze niepoplamionych zwojów nie zauważyli aż do samego końca, że ich pokojówka, którą “poznali” dzień temu, przez szesnaście godzin non stop zdołała, cudem albo jakąś wszechpotężną czarną magią, dokonać niemożliwego.

Gdy tylko oderwali wzrok na chwilę od pergaminu, zauważyli coś niepokojącego. Książki, które tworzyły wcześniej labirynt nie do przejścia, były poukładane, na wydobytych spod stosu brudnych szat, półkach, i to według zarówno tytułu, jak i rodzaju, który sugerowała okładka. Resztki jedzenia znikły z podłogi, przez co legion biednych szczurów przeciskał się przez drzwi wejściowe, uciekając z ich już nieistniejącego raju. Gdy zaczęli rozglądać się po całym swym miejscu, gdzie żyli, odkryli nawet, że odnalazły się dawno zaginione, i równie dawno używane, łóżka, z czego jedno zajęte przez śpiącą po nieludzko ciężkiej pracy pokojówkę.

Że byli wdzięczni to za dużo powiedziane. Zmiana była dobra, lecz w ich mniemaniu, nie była konieczna. Co najwyżej nieznacznie wzrośnie efektywność ich pracy, ale i tak nie zastanawiali się nad tym zbyt długo. Powrócili do wypełniania swego obowiązku wobec króla. Nawet senność nie była wystarczająco potężną siłą natury, by powstrzymać postęp w ich badaniach.

Kolejny dzień, jak i dzień po nim, i najbliższy tydzień były bardzo podobne. Krakenia, mając najtrudniejsze sprzątanie za sobą, zaczęła zajmować się mniej heroicznymi zadaniami. Między innymi ułożyła księgi według rodzajów, które wyróżniła poprzez okładki, uzupełniła spiżarnie, wyrzucając wszystko, co nie nadawało się do spożycia, naszykowała łóżka czarodziei, w nadziei, że prędzej czy później dosięgną ich łapska snu, a także szykowała dla nich posiłki i napoje.

To ostatnie wywierało niemałe wrażenie na czarodziejach. Momentami przestawali nawet zajmować się swoją pracą, aby móc rozkoszować się starannie przyrządzoną strawą. Wtedy też dziewczyna miała odrobinę czasu, aby nieco zapoznać się z czarodziejami. Szybko dowiedziała się, że nie są ani rozmowni, ani nawet na tyle społeczni, aby móc w stanie wysłowić się należycie w obecności kobiety. To jednak nie było ważne tak długo, jak to, co robi, z każdym dniem coraz bardziej odpowiadało czarodziejom, który dzięki wszechobecnemu porządkowi nie musieli spędzać godzin na szukanie zaginionej księgi bądź manuskryptu, a którzy nie musieli także przedzierać się przez sterty śmieci w poszukiwaniu jedzenia, które teraz było im podawane pod nos.

Najwspanialszym osiągnięciem absolwentki Domu Królewskiego Wychowania było doprowadzenie każdego czarodzieja z osobna do kulinarnego zachwytu. Wszystko to za sprawą tego, iż pod koniec pierwszego tygodnia upiekła im własnoręcznie ciastka. Najwyraźniej pradawni nie jedli słodkości od wieków, gdyż ledwie skończyli jeść pierwszą porcję, a już zaczęli nalegać, by owe pyszności były robione codziennie, jeśli nie częściej.

Niedługo po tym Krakenia zaczęła słyszeć żywe rozmowy dotyczące niezwykle skomplikowanej magii. Magowie byli podekscytowani, co jakiś czas wykrzykując słowa radości. Byli też o wiele bardziej rozmowni niż zwykle wobec Krakenii, wyjawiając jej w pewnym momencie, iż dziesięciolecia badań magicznych finansowanych przez Króla już jutro mają zostać ukończone, stąd też ta ekscytacja.

Nie chcąc tracić czasu na chodzenie, nakazali Krakenii iść w roli posłańca, co by osobiście do Króla przekazać informacje o zbliżającym się zakończeniu projektu magicznego. Zgodziła się, przez co, gdy oni doszlifowywali szczegóły swych czarów, ona wiernie cytowała wiadomość magów, którą zapamiętała, a której kolejne słowa wywoływały niebezpiecznie szaleńczy uśmiech na twarzy rządzącego.

Władca Arranty, który do tej pory tolerował obecność państwa Talianis na sąsiedniej wyspie, słysząc te wspaniałe wieści, nie wahał się ani sekundy dłużej. Odesłał Krakenie, a podporządkowanym sobie dowódcom rozkazał natychmiastową mobilizację wszystkich sił Arranty. Z tak potężną magią będącą niemal w zasięgu jego ręki, mógł rozpocząć podbój, zaczynając od bliźniaczej wyspy, a kończąc na całym kontynencie Alarańskim.

Dla szlachty, jak i innych zamieszkujących stolicę było to ledwo zauważalne, gdyż Król dbał o swój wizerunek w tych okolicach. Poza murami tego miejsca dział się jednak wymuszony pobór do wojska. Każdy mężczyzna, który nie był ani stary, ani schorowany a mógł nosić broń, został zmuszony do dołączenia do oddziału Armii, który miał wkrótce w pierwszej linii przekroczyć most dzielący wyspy, rozpoczynając wojnę między państwami.

Następny dzień zabarwił ocean wokół wysp na czerwono, momentami dosłownie. Arranta zaatakowała, przez co armie obu państw starły się, powodując potężne straty po obu stronach. Władca arranty już chciał wezwać magów, aby dokonali swego czary-mary, nad którym tak długo pracowali, a dzięki któremu wygrana byłaby ich i tylko ich. Niestety, arogancja ma krótkie nogi. Wróg może i nie miał czaru, nad którym pracowano przez lata, ale miał wystarczającą ilość magów z surową mocą magiczną, aby wybuchnąć z istnienia całą armię wrogą, jak i zamienić króla i wszystkich ważniejszych dowódców Arranty w mokrą plamę, gdy ci ucztowali nadchodzące zwycięstwo w swych komnatach, daleko od linii frontu.

Wroga armia weszła na teren Arranty, nosząc ze sobą wieść o śmierci tutejszego króla i jego wojsk. Wraz z tymi słowami roznosili kłamstwo, jakoby król przed śmiercią użył niegodziwych czarów, sprawiając, iż jeszcze tego wieczora wyspę pochłonie woda. Nie było powodów, by nie wierzyć, że zły Władca mógł uczynić coś takiego, przez co rozpoczęło się masowe opuszczanie wyspy.

Niczego nieświadoma Krakenia była w wieży wraz z czarodziejami. Oni czekali na rozkaz, ona robiła to, co zwykle, utrzymując ład i porządek. Nikt nie myślał o tym, by pofatygować się na szczyt wieży i poinformować obecne tam osoby. Głównie dlatego, że niemal nikt nie wiedział, że ktoś w tej wieży się znajduje. Zarówno przeznaczenie wieży, jak i praca magów, była tajemnicą, którą znał wyłącznie władca i jego najbardziej zaufani ludzie. A że ci nie żyli, to też nie było nikogo, kto mógł ostrzec Krakenie oraz czarodziei o nadchodzącej katastrofie.

Czarodzieje z Talianis postanowili przemienić kłamstwo dotyczące klątwy złego króla w rzeczywistość, byleby lud Arranty widział wybawicieli w mieszkańcach sąsiedniej wyspy. Wszystko zaczęło się od wstrząsów, które przeszyły wyspę, a które złamały most łączący oba masywy lądu niczym wykałaczkę. Czarodzieje spojrzeli na siebie, po czym wrócili do doszlifowywania swojego arcydziełą. Krakenia tymczasem ze strachem w oczach wyjrzała przez jedno z okien, sprawdzając, czy być może ujrzy powód, dla którego wszystko drżało.

Chwilę później, cała Arranta zaczęła tonąć, znikając pod falami szybciej niż statek złamany w pół. Nie było to także łagodne zanurzanie. Wieża po kilku chwilach straciła resztki stabilności i runęła, razem ze wszystkimi obecnymi w niej osobami. Wpierw wszystko zderzyło się z gruntem, a później fale pochłonęły ruinę, jak i całą wyspę, nie znając żadnej litości dla kogokolwiek, kto miał nieszczęście nadal być na Arrancie.

Ostatnie, co ujrzała Krakenia swoimi śmiertelnymi oczami, to magów, którzy otrzepywali szaty z gruzu, otoczeni szczelnie przez potężne zaklęcia ochronne, którym niestraszny był ani upadek, ani potop. Dalej była ciemność, gdyż płuca jej już pełne były wody, a ona odeszła wpierw od świadomości, a później z tego świata.




Życie po Śmierci



Czarodzieje po raz pierwszy od wielu, wielu lat musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Nawet ktoś tak zapatrzony w swoją pracę, jak oni mógł dostrzec, że sytuacja uległa zmianie za bardzo, aby mogli wciąż stać nad pergaminami. Poza tym wieża była ruiną i choć mogliby ją naprawić, to wpierw woleli się upewnić co do sytuacji w państwie. Rzadko kiedy cała wyspa kończy w oceanie, nie wpływając przy tym na państwo.

Z początku chcieli spróbować własnymi siłami wynurzyć wyspę, co trochę by potrwało. Jednak po kilku godzinach zanurzenia Arranta sama z siebie, a raczej pod wpływem tej samej klątwy co wcześniej, zaczęła powracać do swojego poprzedniego miejsca, wyłaniając się z odmętów morskich.

Pierwsi ludzie zaczęli powracać, a magowie wypytywali tych, których mogli, o to, co się stało. Tak też dowiedzieli się tego, co wiedziała prosta ludność. Śmierć króla i porażka jego wojsk była czymś, co mogli zrozumieć, ale powód, dla którego wyspa zatonęła, był mało prawdopodobny. Wyczuliby, gdyby ich władca miał tak wielką siłę magiczną, bądź jakiekolwiek konszachty z mrocznymi mocami. Oznaczało to, że Talianis mogło maczać w tym palce. A to nie wróżyło nic dobrego.

Jako magowie wybrani przez Władcę osobiście, bez wątpienia nie byliby przywitani przez sąsiadujące państwo z otwartymi ramionami. Zrobili więc najbezpieczniejszą rzecz, jaka przyszła im do głowy. W ciągu kilku dni nazbierali wystarczająco sił, a i dokonali adekwatnych przygotowań, aby w jednej chwili odbudować wieżę i wszystko, co było w środku, przy tym sprawiając, iż całą budowlę z zewnątrz otaczałaby średniej siły iluzja, która była odpowiednikiem peleryny niewidki dla całej budowli i wszystkiego, co będzie w środku.

Powrócili do wieży, ale nie ciążył już na nich obowiązek. Zamiast tego, kierowani własną ciekawością, postanowili kontynuować swoje badania. Pojawił się jednak pewien problem. Jedzenie nie było im przynoszone, a i nic nie było sprzątane. W dodatku dziwny smród zaczął unosić się w powietrzu i nasilał się z każdym dniem, szczególnie gdy pogoda była słoneczna. W końcu postanowili odkryć przyczynę tych niedogodności i odnaleźli ją.

Ciało Krakenii, która utonęła, zaczynało się rozkładać. Nic dziwnego, że nie pracowała. Magowie, tęskniący już za porządkiem, dobrym jedzeniem oraz ciasteczkami, nie uznawali jednak takiego stanu rzeczy za wystarczającą wymówkę. Nie po to pracowali z rozkazu Władcy nad stworzeniem czaru, który zdoła ożywić całą armię, aby teraz rozpaczać nad jedną martwą pokojówką.

Zanim ją postawili na nogi, ich czar absolutnej reanimacji musiał zostać zmieniony pod względem kilku aspektów. Zamiast całej armii, leżał przed nimi tylko jeden truposz. Oczywiście to ułatwiało sprawę, ale problem był w tym, iż docelowo czar miał przywrócić jedynie zdolność wykonywania rozkazów oraz motorykę. W tym wypadku potrzebowali też przywrócić rozum i ducha Krakenii, bez tego bowiem pokojówka byłaby z niej co najwyżej marna. A i musieli znaleźć sposób na stałe odświeżanie ciała, gdyż ciało topielca nie było ani praktyczne, ani estetyczne, a ich magia, jeśli zdoła ją ożywić, to jednak nie powstrzyma naturalnego rozkładu.

Z miesiąc minął, nim pierwsze postępy zostały zrobione. Wyszarpanie duszy Krakenii ze Świata Ducha było nie lada wyzwaniem, gdyż ta zdołała zawędrować daleko w niebyt. Gdy tylko wróciła, postarali się, aby była nieprzytomna, o ile można o takim stanie mówić w przypadku ducha, gdyż nie chcieli mieć na głowie zjawy, rozwścieczonej za przywrócenie jej do tego planu egzystencji.

Jednorazowe przywrócenie ciała do świeżości było proste. Jednak nie mogli znaleźć sposobu na wieczne zablokowanie naturalnego rozkładu, który nie ingerowałby znacznie w materię ciała, a przywracanie w pełni było dosyć kosztowne pod względem zużytej energii magicznej. Dlatego też postanowili znaleźć złoty środek. Wymyślili stosunkowo prosty do rzucenia i utrzymywania czar, który przywracał Ciało Krakenii do stanu, w jakim było tuż po śmierci, przez co nadal wyglądało jak truchło topielca, ale przynajmniej odzyskiwało niemal pełną sprawność motoryczną oraz w miarę znośny zapach.

Szybko zauważyli, że i tak zbyt wiele energii pochłania regeneracja. Dlatego też, w imię wyższych celów, wykorzystali magię, aby na stałe pozbyć się zbędnego dla żywego trupa układu rozrodczego i układu pokarmowego, po których z zewnątrz nie zostało ani śladu. Ich czar ożywienia nie wymagał funkcjonowania tych części ciała, więc ich trwałe usunięcie nie miało żadnych wad.

Z początku chcieli wepchnąć duszę do ciała, co by w praktyce wyglądało tak, jakby Krakenia nigdy nie umarła. Niestety, dusza zbyt długo była poza ciałem, a i ciało było zbyt martwe, aby stan ten mógł podtrzymywać sam siebie. Musieli więc siłą zmusić duszę, aby nie opuszczała ciała, co osiągnęli poprzez stworzenie potężnego artefaktu, który dosłownie nie pozwalał duszy na opuszczenie ciała, wymuszając połączenie z ciałem.

Efekt końcowy był zadowalający. Po kilku dniach od przywrócenia świadomości Krakenia zaakceptowała swój obecny stan, choć nie obyło się bez pomocy ze strony magii uspokajającej. Przez tydzień przyzwyczajała się do swojej obecnej formy, a po kolejnym miesiącu była już w pełni sprawnym żywym trupem, gotowym służyć magom do końca świata i dłużej. Nie, żeby nie miała wyboru, po prostu była wdzięczna za to, że ją przywrócili do życia. Poza tym, w obecnej formie nie dość, że nigdzie indziej by jej nie chcieli, to też sama nie wiedziałaby co robić, gdyby coś złego działo się z jej ciałem.

Po dziesięciu latach przebywania w wieży nuda zaczęła doskwierać Krakenii. Nie wychodziła na zewnątrz, nie chcąc wywoływać paniki, a obowiązki pokojówki, nawet dla kogoś, kto uważa taką pracę za swoje przeznaczenie, stają się monotonne prędzej czy później. Niechętnie, ale zaczęła sprawdzać, czy pośród księgozbioru czarodziejów nie ma czegoś, co będzie w stanie zrozumieć i czytać. Z góry odrzucała książki o magii i naukowe, gdyż niektóre były napisane w niezrozumiały dla niej sposób, a inne dotyczyły zbyt skomplikowanych zagadnień, aby czytając o nich, można było umilić sobie wieczór.

Znalazły się dwie czy trzy książki dotyczące mitów i legend, napisane raczej poetyckim tonem, jednak już po miesiącu te nadzwyczajnie grube tomiszcza zostały ukończone przez Krakenię. Wiedząc, że jej nie-żywot może trwać nawet wiecznie, w końcu przełamała się do ksiąg o bardziej naukowej treści. Już pierwsza księga, niestety, sprawiała problemy. Siedziała nad jedną z pierwszych stron, nie mogąc zrozumieć jej sensu. A nie chciała zaczynać kolejnej, bo czuła, że i tak skończy się to tak samo.

Głowiła się nad tym przez długie dni, oczywiście tylko wtedy, gdy wszystkie jej obowiązki były wypełnione. W końcu, któregoś dnia, wraz z książką dosiadła się do czarodzieja którzy jak zwykle nad swym stołem rozmyślali nad magią. Na głos powiedziała o zagadnieniu, które ją dręczy, ale szczerze wątpiła, czy będą oni chętni jej pomóc. Nawet nie sprzątają za sobą, czemu więc mieliby się przejmować cudzymi sprawami?

Nie spodziewała się, że gdy chodzi o magię, to wszelkie bariery między nią a nimi nie istnieją. Ujrzała, jak czarodzieje z ekscytacją patrzyli to na nią, to na siebie. Każdy z nich po kolei wyjaśnił jej problematyczne zagadnienie, dając jej tę samą odpowiedź ubraną za każdym razem w inny tok rozumowania. O dziwo, zdołali dotrzeć do Krakenii, która kiwnęła głową, po czym wróciła do czytania, wciąż siedząc obok niezwykle szczęśliwych w tym momencie magów.

Jeszcze kilkadziesiąt razy tego dnia skorzystała z pomocy pradawnych, za każdym razem coraz bardziej wciągając się w książkę. To, z jaką pasją odpowiadali na jej zapytania, sprawiło, iż złapała bakcyla ciekawości. Treść książki nie tylko miała sens, ale wciągała czytelniczkę, która oddała się nowo odnalezionemu zajęciu. Dowiadywała się o historii magii, jej zastosowaniach, sposobach korzystania, wadach, zaletach, podziałach, problemach i paradokach etycznych, a nawet zapoznawała się z konkretnymi czarami, od takich o określonym przez kogoś wykonaniu, co dawały specyficzny i z góry przewidziany efekt, po zaklęcia które bardziej przypominały teorię magiczną, która dawała informację, a która to zarazem wystarczająco silnemu czarodziejowi pomagała naginać magię, by osiągnąć cel, który był jedynie z grubsza ustalony, pozostawiając wybór i wolność rzucającemu w wielu aspektach zaklęcia.

Przez kilka wieków, podczas których ludzie przychodzili i umierali, a sytuacja na Arrancie i Talianis się zmieniała, Krakenia zdołała przeczytać wszystkie księgi obecne w wieży, z czego większość kilkukrotnie, bo były niezwykle obszerne i ciekawe. W międzyczasie wielokrotnie pytała też magów, o różne sprawy, które nie były wyjaśnione w księgach, a które z dnia na dzień przychodziły jej na myśl. Wszystko to jednak było jedynie wiedzą teoretyczną, a i wyglądało na to, że wyczerpała wszelkie obecne w wieży źródła takowej. A to oznaczało powrót nieznośnej nudy, a tego nie chciała.

Podczas jednego z kolejnych momentów, kiedy jeden z magów musiał wykonać czar odnawiający na ciele Krakenii, nieumarła poprosiła o to, aby pozwolono jej spróbować na samodzielne rzucenie czaru. Widziała go setki razy, kilkukrotnie pytała o jego sposób działania, a i księgi zawierały wiele informacji na temat magii odnawiajacej. Szansa na pomyłkę istniała, ale nie było obaw, że wylecą w powietrze. Chyba.

Uzyskała pozwolenie i pod nadzorem magów rzucała pierwszy czar w swoim nieżyciu. Nie miała wyczucia, przez co pomimo dobrego wykonania inkantacji oraz skupienia magia nie wykonała jej woli za pierwszym i drugim razem. Zdołała jednak wzbudzić okoliczną energię magiczną, jak i tą, która drzemała w niej, dzięki czemu mogła wyczuć, jak zachowała się magia w reakcji na jej próbę. Trzecie podejście zakończyło się powodzeniem, aczkolwiek było to wyczerpujące doznanie. Pokłady jej energii magicznej były małe, a i jak się okazało nieco później, wciąż była w praktyce zjawą, przez co sama z siebie nie potrafiła regenerować większych ilości tejże. Na całe szczęście czarodzieje nie widzieli problemu w podładowaniu jej energii swoją własną, której mieli więcej, niż sami potrzebowali.

Od tego momentu, z początku nadal pod kontrolą magów, a później samodzielnie, Krakenia zaczęła praktykować magię, o której dotąd jedynie czytała. Można powiedzieć, że momentami aż zapominała o swoich obowiązkach pokojówki, ale nie były to ani liczne, ani szczególnie problematyczne przypadki. Powoli poznawała swoje możliwości, a później rozwijała je aktywnie, zamieniając całe czytanie, którego dokonała, w praktykę. Nie tylko jednak podążała za księgami, ale z czasem wyszła także poza to, czego się nauczyła, próbując samodzielnie coś wymyślić. Kilka wieków minęło, nim osiągnęła poziom zaawansowania dorównujący pradawnym, z którymi żyła. Miała wtedy około ośmiuset lat na karku, przez co była, pod względem charakteru, nieco inna niż dawna, jeszcze żywa Krakenia. Wciąż jednak była to ta sama, oddana pracy pokojówka, która akurat była otoczona przez takie, a nie inne okoliczności.

Kiedy ona była w tej samej formie, co w pierwszych dniach po ożywieniu, czarodzieje powoli dochodzili do kresów swych dni. Drżące ręce, problemy ze wzrokiem, słuchem oraz koordynacją, a także nieznikające zmęczenie. Czary musiały poczekać, gdyż Krakenia poczuła się w obowiązku, aby pomóc im, póki jeszcze są. Ich dni, pomimo ich osiągnięć, zbliżały się nieuchronnie. Nawet ich magiczne arcydzieło, które ożywiło kobietę, nie pomogłoby im, ze względu na różnicę między duszą człowieka, a pradawnego czarodzieja. Z dnia na dzień, pomimo starannej opieki Krakenii, słabli. Umarli tego samego dnia o różnych godzinach. Każdy jednak przed śmiercią po raz ostatni zdołał skosztować pysznych ciasteczek, które upiekła Krakenia, dzięki czemu odeszli z uśmiechami na ustach.

Krakenia nie przyjęła tego dobrze. Nie dość, że była teraz sama, to i straciła powód, dla którego była pokojówką. Z początku załamała się, na klęczkach przy ciałach swych długoletnich towarzyszy opłakując ich zniknięcie. Później było lepiej, ale tylko nieznacznie. Korzystając z magii Pustki urządziła im pogrzeb godny czarodzieja, przemieniając ich ciała w nicość, co by nigdy nie mogły zostać zbezczeszczone przez innych. Następnie, ku ich pamięci, kontynuowała ich pracę, ich badania. Była jednak całkiem sama, a jeden umysł, choćby i znacznie potężniejszy od Krakenii, nie był w stanie zastąpić kilku magów. W dodatku, niemal co dzień musiała pod osłoną magii wymykać się z wieży, wyssać energię z pierwszej osoby, jaką zobaczy i uciec ponownie do budowli, w której się skrywała. Owszem, mogła wyjść na dłuższy okres czasu, ale czuła, że ci, dla których sprzątała, by tego nie chcieli, a ona chciała uszanować ich wolę, choćby i kosztem swej wolności. Przez pięćset lat robiła to co oni, odrywając się od zwojów, run i tekstów dopiero wtedy, gdy była na skraju wyczerpania resztek swojej energii.

Dopiero dziewięćdziesiąt lat temu coś wyrwało ją z tej przedziwnej żałoby. Odgłosy świętowania przeszły nawet przez niewidzialne mury wieży, w której nieumarła się znajdowała. Po raz pierwszy od ponad tysiąca lat opuściła wieżę na dłużej niż kilka minut, aby zza zasłony iluzji dowiedzieć się, że świat zmienił się bardziej, niż mogłoby się to wydawać. Wyspy zostały niedawno zjednoczone przez anielicę, która stała się dobrą królową, którą wszyscy zaakceptowali z otwartymi ramionami.

Widząc ten dobrobyt, z ciekawości ruszyła w stronę, gdzie znajdował się Dom Królewskiego Wychowania, w którym to uczyła się przez kilka lat. Okazało się, iż ów majestatyczny budynek uległ wpływowi czasu, stając się ruiną, okazałą, ale ruiną. Krakenia nie chciała tego tak zostawić. Ustanowiła sobie nowy cel, który rozpoczęła natychmiast realizować. Korzystając z magii, mniej lub bardziej pośrednio nakierowywała odpowiednich ludzi. Po wielu latach udało jej się zainicjować próbę odbudowy tego przybytku. Jednak na odbudowie, która latami trwała, nie zakończyła swych działań, później bowiem przez niemal pięćdziesiąt lat upewniała się, że właściwe osoby zajmą odpowiednie miejsca w przywróconej do dawnej świetności szkole.

Trochę to trwało, ale tylko ze śmiertelnego punktu widzenia. Dla Krakenii wyglądało to tak, jakby w chwilę załatwiła wszystko, zapewniając temu przybytkowi powrót do stanu, w jakim go zapamiętała, kiedy została absolwentką. Teraz jednak znów nie miała celu. Iluzji nie mogła podtrzymywać wiecznie, a i nie chciała okradać innych z ich energii, dlatego też postanowiła oddalić się od stolicy oraz od siedlisk ludzkich. Zaczęła błądzić wzdłuż linii brzegowej, podziwiając ocean i jego piękno. W międzyczasie, gdy widoki nie zaspokajały jej nudy wystarczająco, rzucała zaklęciami raz na jakiś czas, dla samych efektów wizualnych, które dzięki nim mogła uzyskać.

Któregoś dnia o mało co nie natknęła się na rybaków, którzy z dala od konkurencji wyruszali na łowy. Szykowali swoją łódkę do wodowania, w międzyczasie wspominając o pogłoskach, jakoby do pobliskiego portu przybyły cudaczne istoty. Krakenia zdołała przechwycić te słowa, a jej ciekawość zaiskrzyła tak samo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy odczuła pociąg do książek o tematyce magicznej. Ujawniła się przed rybakami, nieokryta iluzją, i wypytała, o którym porcie mówią. Chociaż ich wystraszyła, to jednak zdobyła informacje. Nie traciła czasu i ruszyła natychmiast, nie mając pewności czy zdąży, nim tajemniczne istoty znikną.

Już sama Krakenia narobiła paniki w porcie. Jednak gdy wzrok jej spotkał się ze wzrokiem istoty o imieniu Xenja, wszyscy dookoła pouciekali, nie mogąc ogarnąć tak dużego stężenia nadnaturalności w jednym miejscu. Nastąpiło przedstawienie się, przywitanie, a następnie zaproszenie na statek, gdzie mogły bez siania paniki porozmawiać. Nie skończyło się to jednak na krótkiej wizycie. Zamiast tego, pokojówka odnalazła nowe powołanie. Służba na najdziwniejszym statku pirackim, jaki kiedykolwiek pływał po morzach tego świata.

Dane gracza: Krakenia

Nazwa użytkownika:
Krakenia
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Lullasy, Hyiaxinthe, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Toffee, Elion,
Martwe postacie:
Shadei
Status:
OFFLINE
 
 
Strona WWW:
http://vulcarae.deviantart.com/
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
GG:
51103480
Grupy:
Dołączył(a):
Wt cze 06, 2017 11:27 pm
Ostatnia wizyta:
Wt wrz 19, 2017 9:33 pm
Liczba postów:
5 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.02 posty dziennie)
Ostatni post:
[Ocean Jadeitów] Ku przygodzie
So gru 02, 2017 11:26 am
Najaktywniejszy w dziale:
Jadeitowe Wybrzeże
(Posty: 3 / 60.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Ocean Jadeitów] Ku przygodzie
(Posty: 3 / 60.00% postów użytkownika)
cron