Profil użytkownika Lucy

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Lucy Wassley, dla przyjaciół Nill
Rasa: Wilkołak
Wiek: 30 lat


Aura

Czytanie tej emanacji okaże się przyjemne i kojące niczym spacer po plaży. Zamknij więc oczy i poczuj ją wszystkimi zmysłami. Pozwól by piasek przesypywał się pod Twoimi bosymi stopami, swoim aksamitem pieszcząc skórę. Dopiero teraz otwórz oczy i naciesz je połyskującymi w słońcu ziarenkami. Nie bój się, weź piasek w ręce. Przyjrzyj mu się uważnie, gdyż nie jest tak monochromatyczny jak mógłby się wydać na początku. Pozwól cynkowym drobinkom przepływać między swoimi palcami i dostrzeż tańczące wśród nich platynowe kruszyny, które giną wśród mniej szlachetnego metalu. Zwróć uwagę na złocisty pył przemykający w kaskadach osypujących się z Twych dłoni. Zachwyć się smużkami artystycznej miedzi, nietypowej w swej dziedzinie, niepodobnej żadnej innej i niespodziewanej, która zaskoczy cię swą obecnością w takim połączeniu. Na koniec pozwól by kontrast morskiego barachitu sięgnął i opłynął Twe stopy, gdy wędrujesz brzegiem. Teraz czas byś opuścił plażę. Udaj się na plantację kawy, której obsydianowy połysk kusi na horyzoncie. Wejdź w wąskie kręte alejki, pozwól im się poprowadzić. Początkowo przywita Cię tu wyraźny zapach mokrej ziemi, szybko jednak z pod niego zacznie się przebijać aromat świeżo palonej i mielonej kawy. Nie wahaj się, pozwól by pośród całkowitego bezdźwięku, wabiący aromat wyprowadził Cię z pośród krzewów. To właśnie na skraju gąszczu, czeka na Ciebie filiżanka idealnego espresso. Na śnieżnobiałej serwetce, której materiał jest giętki i miękki w dotyku, stoi równie biała porcelana. Weź do ręki kunsztowną filiżankę, szanując jej cienkie i ostre krawędzie. Doceń doskonałą ceramikę, która jest gładka i nieskazitelna, ale też przede wszystkim twarda mimo swojej kruchości. Spójrz na czarny parujący napar. Teraz możesz wziąć upragniony łyk kawy. Na początek wyda Ci się znacząco lepka, może nawet za bardzo. Zaraz potem zdziwi Cię jej intensywna łagodność. Nie będzie to jednak koniec niespodzianek. Przy kolejnym łyku poczujesz delikatne słonawe nuty ukryte w głównym smaku. Na koniec degustacji spotkasz też subtelną kwaskowość, zarezerwowaną tylko dla wybranych. Wtedy też ockniesz się, żałując, że podróż tak szybko się zakończyła.


Wygląd

Najpierw się przedstawię: jestem Lili - piękna kotołaczka i dobra znajoma Lucy’ego, którym się zainteresowaliście. Korzystając z okazji, że mam do kogo otworzyć pyszczek powiem wam wszystko co wiem o moim przyjacielu.

Lucy, choć pokazuje się swoim gościom głównie pod postacią wilkołaka ma także swoją ludzką, oryginalną formę. My, jego przyjaciele i najwierniejsi klienci wolimy go chyba jako kundla… znaczy wilka. Głównie dlatego, że sami mamy futerka. W tej formie mierzy jakiś sążeń wzrostu (ok. 178 cm), ale pamiętajmy, że stoi na palcach! Muszę przyznać, że różni się od większości wilkołaków jakie widziałam. Jest o wiele zgrabniejszy, tak z pyska i szyi jak i talii i łap. Widać, że nie góruje nad innymi siłą, za to jeśli chodzi o grację to prawie dorównuje mi samej! Godne podziwu. Poza tym gustownie się ubiera. Zazwyczaj nosi szare lub niebieskawe spodnie z mocnego, matowego, ale gładkiego materiału (koniecznie ze stylowymi, nieprzesadzonymi zdobieniami). Mają one zwykle dwie kieszenie, a do tego często specjalnie rozcięcia z boku - przez nie wystają puchate kędziorki białego futra Lucy’ego. Zważywszy na pierwsze wrażenie jego spodnie zdają się być stosunkowo krótkie, ale gdy weźmiemy pod uwagę budowę anatomiczną i fakt, że sięgają mu do kości stępu (czyli do pięty) czyni je to odpowiednikiem normalnych, długich spodni męskich. Na żadnego ludzkiego (ani innego) mężczyznę nie pasowałyby jednak. Dość szerokie w pasie, są niezwykle bufiaste, by pomieścić w sobie grube, zwierzęce uda pokryte hojnie gęstym futrem, nogawki ich zaś są niezwykle wąskie, gdyż chudziutkie i długie stopy ma nasz kochany gospodarz i chytrze wykorzystuje ten fakt - dzięki nieznacznej szerokości niechowane w butach nogawki nie latają na prawo i lewo i nie przeszkadzają mu w poruszaniu się.
Ciekawsza, nieco bardziej wymyślna jest górna część jego stroju. Zakłada on bowiem koszule z rękawami albo trzy-czwarte, albo sięgającymi do łokcia, ale nie są to zwyczajne, nie szytę na miarę, a standardowe łachmanki - szafę jego wypełniają tylko kreacje o zupełnie innym niż tradycja by nakazywała kroju - trudno w ich przypadku mówić nawet o dekolcie - im po prostu brakuje tam tony materiału! To dziura na słonie, nie na głowę! Ale z drugiej strony… gdybym ja miała na piersiach i szyi takie falbany sierści też bym nie wciskała na siebie niczego na siłę. A, co ważne - te jego koszule niemal zawsze przyozdobione są wydatnym żabotem, który sięga dalej niż ich dolne krawędzie. Mocowany nie jest on tak jak zwykle, pod szyją, ale opiera się bardziej na ramionach. Na to wszystko Lucy zakłada jerkin, rodzaj mocno dopasowanego do ciała kaftanu bez rękawów, za to w tym konkretnym przypadku z odstającym na boki, sztywnym kołnierzem. Nosi przeważnie te robione z cienkiej, gładkiej skóry farbowanej na czarno, szaro, granatowo - lub rzadziej - niebiesko, a wykończone kolorowymi nićmi. Przyozdabiane są także guzikami, spinkami i klamrami, a czasem i doszytym, szerokim pasem, na który można je zapiąć. Lucy w swojej ulubionej, zwierzęcej formie nie nosi butów, a ja przyuważyłam także, że poza tymi, które są na ubraniu, nie nosi żadnych ozdób (wyjątkiem jest pozłacana obręcz na prawej ręce zdobiona masą perłową - wersja obrączki dla zmiennokształtnych, których palce nie nadają się do noszenia pierścionków. Jest to prezent od jego zmarłego teścia i jednocześnie obrączka ślubna).

No, ubranie omówiłam, uff… to chyba było najcięższe. Czemu nie mógłby chodzić w zwykłej przepasce na biodra? Dobra, przyznaję to nie byłoby w jego stylu. Maksymalne obnażenie jakiego się publicznie dopuszcza to zdjęcie jerkinu, a gdy swawola uderza mu do głowy to nawet i żabotu! No, ale tak go wychowano… chyba.
To teraz wezmę się za jego ciało, bo to nieco ciekawsze. I jak niegrzecznie brzmi!

Jak już mówiłam jest dość wysoki, ale… ale nie za bardzo. I jak wspominałam ma gęste (miejscami naprawdę niezwykle gęste), lekko podkręcane futro. Największe skupiska dłuższych kędziorków znajdują się na jego klapniętych do połowy uszach, na piersiach, w okolicy pięt, na tylno-bocznej stronie ud, łokciach i ogonie (który notabene sam w sobie jest bardzo długi). Na karku zaś włosy jego tworzą prawdziwą grzywę! Imponującą, ale nie taką jak u lwa, okalającą pysk, lecz zaczynającą się od potylicy i idącą wzdłuż linii kręgosłupa aż do łopatek. Tak, okrywa włosowa Lucy’ego jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej imponujących jakie widziałam. Bez niej wydało by się jak obrzydliwie chudym i powyginanym jest stworzeniem…
Zdradzają go drobne dłonie i zgrabne (zwłaszcza jak na wilka) paluszki, smukłe nadgarstki oraz takież stopy. Oczywiście jakąś masę mięśniową ma - z przeciętnym ludzkim mężczyzną… z przeciętnym ludzkim podrostkiem byłby w stanie wygrać w walce na pięści. Ale gdyby porównać go do większości wilkołaków… ma po prostu figurę i predyspozycję na modela, nie wojownika. I chyba nawet mu to nie przeszkadza.

Z detali mogę podać, że jego nos pigmentowany jest na brązowo i tak jak cały pysk jest długi, wąski i szpiczasty, oczy zaś koleżka ma wąskie, choć duże, o wyraźnie niebieskich białkach i mlecznożółtych tęczówkach. Jego źrenice są charakterystyczne, bo owalne - coś pomiędzy ludzkimi, a kocimi. Nie, nie! Już wiem! Są takie jak u żaby, tylko ustawione pionowo! To bardziej pasuje. Poduszki też ma, tak jak ja, ale głęboko brązowe i bardziej zrogowaciałe. Pazury czarne - te u rąk obcina, by wyglądały estetycznie, te dolne zaś stępiają się same. Od chodzenia. Nie ma oddzielnie zaznaczonych brwi, ale i tak jest w stanie mięśniami twarzy manipulować w ten sposób, by jego emocje były dla nas czytelne. Co nie zmienia faktu, że jest w tym raczej powściągliwy. Lubi zgrywać tajemniczego i poważnego, ale bardzo często wymyka mu się uśmiech - a to zwykły, rozbawienia, przyjazny albo kpiący lub też ironiczny. Dużo ma tych uśmiechów.

Jeszcze powiem coś o tym jak się porusza - w chodzie godny, wypina do przodu pierś, a głowę unosi wysoko, choć sam pysk opuszcza - jest to naturalniejsza dla niego pozycja. Gdy stoi w miejscu sprawia wrażenie niezwykle wymyślnego posągu stworzonego dłonią szalonego artysty - przy wymogu stania na tak niewielkiej powierzchni jaką dają jego palce, dziwacznie wykrzywionych tak nogach jak i całej sylwetce zdaje się, że powinien upaść, przewrócić się - on zaś stoi niewzruszony, bez wysiłku utrzymując idealną równowagę (tak, my akurat wiemy ile miesięcy zajęło mu opanowanie tej sztuki). Za to kiedy porusza się to jakby tańczył lub wiecznie się skradał (swoją drogą jest wspaniałym tancerzem - pląsa się z nim niezwykle lekko nawet jak ktoś ma dwie lewe nogi! O ile da się mu prowadzić i będą to tańce, które on lubi i zna). Reszta jego ruchów (szyi, dłoni, całego ciała) także pełna jest finezji - osobiście najbardziej lubię patrzeć na to jak parzy kawę… czysta poezja dla oczu i nosa! O i a propos nosa - mi tam zawsze kundelek śmierdzi trochę psem, ale ostatecznie nie jest to zapach niemiły, bo lekki i nawet przyjemnie męski. Choć może to ja tak to odbieram. Do tego często czuć od niego wanilię albo cynamon, których często używa, a w nocy, w postaci człowieka, nałogowo wsadza sobie do ust. Nie używa perfum (na szczęście), czemu niektórzy ludzie się dziwią, a co my - o wyczulonym węchu - rozumiemy doskonale i popieramy, za to odkąd zamieszkała z nami jego żona - syrenka Kaikomi - czasem jego ciało nosi zapach egzotycznych olejków do masażu. Rozpustnik jeden. Popieram jednak jego częste kąpiele i dziwną dla większości zmiennokształtnych dbałość o higienę w wydaniu niemal całkowicie ludzkim. W sumie jest chyba pedantem i nałogowym czyściochem - noż prawie się zakochałam w tym naszym szefuniu!
Chociaż to nadal kundelek… no i już niestety nie wolny.

Warto też chyba zaznaczyć, że jego wilcza postać umożliwia mu poruszanie się na czterech kończynach. Gdyby nie był... sobą, mógłby nagi buszować po krzakach i ganiać za dzikimi świniami i nawet za bardzo nie rzucałby się w oczy. On jednak nigdy by sobie na to nie pozwolił. Jednak kiedy musi biec robi to po zwierzęcemu - na tych dwóch krzywych patykach robiących za jego nogi może skradać się, skakać, tańczyć i prasmok-wie-co-jeszcze, ale nie biegać. Za to kiedy już zniży się pyskiem do poziomu moich ud osiąga naprawdę niesamowitą prędkość! Bardzo lekko też wstaje i przechodzi do swojej naturalnej, pionowej pozycji.

Hmm... została mi już tylko jego ludzka postać. W końcu kiedyś był (jedynie) człowiekiem! Cóż… Jest całkiem przystojny jak na białą glistę. Wyprostowany mierzy nieco więcej niż jego wilcza forma, głównie dlatego, że nie jest tak powyginany i nie pochyla głowy. Ramiona ma całkiem szerokie, mięśnie ładnie zarysowane i widoczne znacznie lepiej niż te, które w dzień skrywa pod futrem. Jest też nieco silniejszy i lepiej przystosowany do dwunożnego stylu życia, ale jak na ironię jako człowiek przeważnie leży i śpi, więc marne są z tego korzyści (jedyne odnosi chyba Kaikomi, która może sobie wtedy na niego bezkarnie popatrzeć).
Skórę ma niezwykle jasną, włosy zaś ciepło-białe i wiecznie zmierzwione. Przedziałek miejscami sięgającej za oczy grzywki zaczyna się nad prawym okiem, ją samą zaś Lucy przegarnia w większości na stronę lewą, by kłaki odsłaniały mu chociaż jedno, bladoniebieskie oko. Jego usta są niewiele ciemniejsze od skóry, nos nawet zgrabny, choć nieco zadarty, a brwi cienkie, jasne i bardzo wyraźne. Wygląda przeważnie na niezadowolonego i porusza się bardziej niedbale niż w dzień, choć z jego postawy nadal widać, że to obrzydliwy arystokrata z deską zamiast pleców.
Co ciekawe jego przemiana w wilkołaka wpłynęła i na ludzką formę - włosy rosną mu teraz przez całą długość karku układając się niczym lekko odstająca sierść, oczy zyskały nieco dzikszy kształt i czarne, zwierzęce obwódki. Z tego co wiem ma także nieco dłuższe kły niż gdy był zwykłym człowiekiem. Poza tym jego zmysły w większym stopniu pozostają wyostrzone i nie ulegają znacznej regresji.

Co do ubrań - jeżeli już ubiera się wyjściowo to przypominają one te, które nosi za dnia - utrzymane w podobnych kolorach i stylu, tyle że dopasowane do ludzkiej figury oraz uzupełnione o buty - wysokie, skórzane i ciemne. Jako jednak, że w nocy, jako człowiek przeważnie śpi, ta część jego garderoby jest mało imponująca - znajdują się w niej raczej pary luźnych spodni, kilka koszul, podomki i inne narzutki do spania. Po domu nosi kapcie - niebieskie (czyli drogie, bo barwione) i milusie, ze zmiękczonej owczej wełny. Lubię mu je zabierać jeśli nadarza się okazja, a że w zajeździe mieszkamy wszyscy to ta nadarza się często. Dlatego ma kilka par. Z resztą podobne ma dla każdego członka naszej rodzinki, a także dla przyjaciół bądź pracowników, którzy z nami pomieszkują (przeważnie jednak pozostawione w naturalnym kolorze runa). Mówi, że to po to aby ,,nie tupać i nie brudzić parkietu”, ale tak naprawdę troszczy się o to, by wszystkim było cieplutko…
Choć faktycznie wtedy mniej się hałasuje. A Lucy uwielbia spokój i porządek… ale to już zupełnie inna sprawa!


Charakter

To kim Nill był kiedyś, a kim jest obecnie to niemal dwa zupełnie różne światy, choć ściśle ze sobą związane i czasem się nawet o siebie ocierające - jednak niewiele ponadto. Podstawy charakteru, z którymi się urodził nie uległy oczywiście z biegiem lat zmianie - zmieniło się natomiast to co wysuwane jest na pierwszy plan, a co chowane głęboko w sercu, w duszy lub pozostaje jedynie w pamięci.

Niegdyś, jeszcze jako człowiek był rozpuszczany (choć nie do końca celowo) do granic przyzwoitości. Nikt nie sądził chyba, że ambitny i wcale nie głupi dzieciak potrzebuje wyzwań i dyscypliny, by się odpowiednio rozwijać i wyrosnąć na porządnego mężczyznę. Nie wymagano więc od niego niczego ponad arystokratyczno-snobistyczne standardy, które okazywały się niewystarczające dla kogoś z jego intelektem. Jednak intelekt owy, nie wsparty odpowiednim wychowaniem ani cechami charakteru sprzyjającymi zachowaniu samodyscypliny przyniósł młodemu paniczowi - jak i całej jego rodzinie - więcej kłopotu niż pożytku. Nill bowiem szybko się uczył i w związku z tym już za młodu pojął, że na dobrą sprawę wszystkimi da się manipulować, a odpowiednio użyte kłamstwa stanowią bramę do wygody i luksusów. Stracił też szacunek do ludzi jako takich, służbę zaś traktował jako istoty trzeciej kategorii. Twierdził w duchu, że dorośli stale się mylą, a dowodem na to miał być fakt, że uważali go za nieco tępego z powodu jego problemów z opanowaniem matematyki i fizyki, mimo że literatura jak i język nie sprawiały mu żadnych problemów. Tak więc niemal wszyscy w jego mniemaniu byli niegodni zaufania i wysiłku za to mogli służyć do zaspokajania jego potrzeb i ułatwiania mu życia na każdej możliwej płaszczyźnie. Tyle dobrego, że nadal czuł respekt wobec ojca i co poniektórych ‘poważniejszych’ mężów, których czasami widywał, a oni potrafili ustawić go do pionu. Na te parę minut. Poza tym młody czuł się chyba nieco samotny i ignorowany będąc zawsze mniej lub bardziej skryty w cieniu starszego (choć niewiele) brata, który w przeciwieństwie do niego nie był z natury krnąbrny, zawistny, arogancki i narcystyczny, a do tego nie cechował się chorowitością i trupiobladą cerą, spędzał więc mnóstwo czasu na zewnątrz bawiąc się, a potem ćwicząc z kolegami, a także szkoląc się u boku ojca.
Nill w tym czasie nieodmiennie siedział w zimnej bibliotece i czytał książki lub ewentualnie pobierał nauki od wypatrzonych przez siebie nauczycieli klasycznego elfickiego, który bardzo go zafascynował. Nie uzyskał przy tym jednak odpowiednich zdolności społecznych, a jedynie zagłębiał się w przekonaniu, że ludzie to banda głupców, którzy nie mają tak światu jak i sobie nawzajem wiele do zaoferowania, a swoje teorie popierał coraz to ciekawszymi i bardziej sceptycznymi lekturami filozoficznymi, których dzieciaki w jego wieku ruszać nie powinny. Nie były to z resztą jedyne dzieła niedostosowane do jego wieku, w które się zagłębiał, bo z reguły lubił sięgać po to co starano się przed nim (nieskutecznie jak z resztą widać) ukryć.
Ostatecznie mówiąc nałogowo dziwne rzeczy i snując na głos ponure przemyślenia godne zasiedziałego dyktatora utwierdził najbliższą rodzinę w przekonaniu, że coś z nim jest nie tak, a gdy dodali do tego kiełkującą w nim aspołeczność i wadę z jaką się urodził (złowróżbny albinizm) doszli do wniosku, że na ich młodszego syna nie ma co liczyć i dobrze będzie jeżeli nie oszaleje i będzie można ożenić go z jakąś bogatą panną z odpowiednimi koneksjami. Wyleczyć go z jego wypaczonego światopoglądu co prawda próbowali, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów, przestali więc w końcu ‘marnować na to czas’.

Nill zaś rósł, coraz otwarciej sobie folgując i mając wszystko i wszystkich gdzieś, bowiem jego życie i tak nic nie znaczyło i było odpowiednio beznadziejne, by cenić w nim głównie bezcelowe zdobywanie wiedzy, dręczenie służących i wszelkie cielesne przyjemności; tylko te czynności dawały mu choć odrobinę potrzebnej satysfakcji. Gdzieś tam w nim nadal co prawda tkwiło przekonanie, że czegoś bardzo istotnego mu brakuje, a także że został stworzony do czegoś więcej niż bezproduktywnego życia z dnia na dzień, jednak nie miał pojęcia jak te kwestię poruszyć i co z tym problemem i potrzebą zrobić, zagłębiał się więc bez pamięci w swoje złe nawyki (i trochę w naukę, co ratowało go przed ostatecznym upadkiem i postradaniem zmysłów) udowadniając, że rodzice mieli rację zaliczając go do grona z urodzenia przegranych.
By zmyć z siebie część podejrzeń częściej jednak wychodził, zaczął regularnie uczestniczyć w przyjęciach i spotkaniach poznając przy tym innych młodych burżujów, a udając, że dobrze się bawi i wszystkich tam poważa uspokoił nieco rodzinkę, a to po to, by uzyskać więcej wolności i pozornej ’niezależności’, bowiem tak naprawdę wcale nie chciał stać się odpowiedzialnym za swoje czyny. Wolał by odpowiadali i płacili za niego inni.

Pierwszym wydarzeniem, które go nieco zmieniło było spotkanie z jego albinotyczną, milutką przyjaciółką, której z resztą oddał nawet jakiś kawałek serca, chociaż gdyby wiedziała jak ono wygląda na pewno by go nie przyjęła. Ale nie to jest ważnie - kiedy ją poznał dotarło do niego, że może normalnie rozmawiać i nawet szanować kogoś nie tylko w jego wieku, ale i niepodzielającego jego poglądów czy zainteresowań. To jednak było niczym w porównaniu z przeniesieniem go na Wyspę Syren.
… i wcześniejszej zamianie w wilkołaka, bo wtedy się załamał.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Wylądowanie w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie było, bez żadnej służby, bez rodziny, mapy, planu zwiedzania i gotowości mentalnej na pewno było stresującym przeżyciem. Jednak po początkowej fazie absolutnego zagubienia i pogrążania się w beznadziei, dzięki naszemu bezinteresownemu wsparciu i pomocy Nill otrząsnął się i powoli, acz nieubłaganie zaczął stawać się ,,Lucy’m”. Jak do tego doszło?
Po pierwsze zniknęło wszystko to co wcześniej tak go ograniczało jak i chroniło. Nie obowiązywały tu żadne znane mu prawa - nie miał nad nikim władzy (poza sobą samym, co też było poniekąd nowością), a i mało kto robił sobie cokolwiek z pieniędzy (prędzej daliby się udobruchać dziwactwami z jego kuferków, z którymi i tak ostatecznie w większej części się rozstał). Musiał nauczyć się liczyć z każdym słowem i gestem - szanować ludzi… i wszelkie inne stworzenia. Lekcji dostał naprawdę wiele; od wróżek, driad, syren, zmiennokształtnych (w tym mnie) i wielu, wielu innych. Pojął, że jest zdany na łaskę wszystkiego co go otacza, a czy to ‘wszystko’ go polubi lub chociaż zaakceptuje zależy od jego zachowania. Tym razem nie chodziło jednak o zwykłe ,,kłam umiejętnie, a będzie ci dane” - niektórzy wyczuwali kłamstwa na kilometr i nie znosili ich. Nill musiał naprawdę zmienić swój światopogląd i podejście do większości spraw jeśli miał tutaj przetrwać. Ale jakoś mu się to udało.

Na początek konieczne było wyzbycie się arogancji i krnąbrności, byśmy chcieli mu pomóc, potem zaś przyjęcie do swojego repertuaru pokory żeby tę pomoc przyjmować i wyciągać z niej wnioski. Najlepiej było wepchnąć ją w miejsce dumy, która przeszła znaczącą ewolucję i zamiast być podporą narcyzmu jest teraz dowodem dojrzałości i samoświadomości, a wespół z autoironicznym poczuciem humoru stanowi naprawdę ciekawy dodatek do - zdawałoby się skrajnie poważnego - charakteru Lucy’ego.

Trzeba było też otworzyć się na nowe doświadczenia i przyjąć do wiadomości, że świat może być inny niż tam gdzie się człowiek urodził i wychował - zaczęły się praktyczne lekcje tutejszej kultury, poznawania zwyczajów różnych ras i pojmowania tego, że te wszystkie dziwactwa są potrzebne, byśmy mogli cieszyć się naszą chaotyczną i nieprzewidywalną, naturalną harmonią wyspy, którą w końcu pokochał i kocha do dziś.
Dodatkowo Nill zaczął powoli darzyć nas szczerą sympatią (tak jak my jego) i zaufaniem, a po wielu trudach i wysiłkach zdobył pierwszego męskiego przyjaciela - Perseia, z którym łączyło go zaskakująco wiele rzeczy. I tak tuż obok nas, z dnia na dzień zaczął przeobrażać się z nadąsanego paniczyka, w wilka, który umie sobie poradzić - niby sam - ale ze wsparciem bliskich mu osób. Nauczyliśmy go więc nie tylko szacunku do indywidualnych jednostek jak i zbiorowo do różnych gatunków, ale także samodzielności, przyjaźni i… potem to on zaczął uczyć nas.

Tak, nietrudno się domyślić, że ktoś z tak hardym i rządnym zwycięstw charakterem, kiedy już doszedł do siebie i stanął na nogi, nie mógł w kółko łazić po plażach, łowić rybek i byczyć się godzinami na piasku, czyli wieść spokojnego, przyjemnego życia. Choć byliśmy zgraną paczką (ja, on, Borg i Perseusz) Nill potrzebował ‘czegoś więcej’ i kręcił się niespokojnie zastanawiając się co może ze sobą zrobić. Chciał się jakoś wykazać, dać upust nadal drzemiącej w nim ambicji i przydać się na coś mieszkańcom wyspy. I dać upust ambicji. I jakoś się wykazać.
Jego wewnętrzna potrzeba dążenia do czegoś takiego mocno nas zaintrygowała, więc podążaliśmy za nim i nim się obejrzeliśmy przejął płynnie od Perseia pozycję lidera naszej małej grupki. Było to dla nas jak i dla niego tak naturalne, że nie zwracaliśmy na to uwagi - on łatwo tworzył plany i wydawał polecenia służące ich realizacji umiejąc z resztą dobrze je zaargumentować. Poza tym był jednak wykształcony i potrafił zaimponować nam znajomością różnych rzeczy i mniej lub bardziej przydatnych faktów. Kiedy przestał rządzić się na siłę i krzyczeć na wszystkich jak leci okazało się, że naprawdę ma dryg do przewodzenia, a kiedy mówi spokojnie odwołując się do naszych własnych potrzeb zwyczajnie trudno się z nim nie zgodzić i mu odmówić.
Kiedy pewnego dnia znalazł swój cel - a olśniło go gdy tylko zobaczył szczątki jakiegoś baru zarastające gęstwiną gdzieś w pobliżu jednego z dzikich brzegów - wewnętrzne przemiany od dłuższego czasu w nim zachodzące osiągnęły swoje apogeum. Z początku trudno nam było wyobrazić sobie jak zamierza przekształcić od dawna opuszczoną ruderkę w prosperujący lokal, tak samo jak wcześniej mało kto wierzył, że z takiego zagubionego kundelka zrobi się poważny przywódca - ale kiedy już raz coś poszło w ruch nie było odwrotu, zwłaszcza jeżeli inicjatorem zmian był sam Lucy, on bowiem nie miał zamiaru wycofywać się z raz podjętej (i jego zdaniem słusznej) decyzji, tylko twardo wcielał swoje plany w życie nie zważając ani na cudze opinie ani żadne przeszkody, które napotykał po drodze.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

To wszystko właśnie stoi za spokojnym obecnie i kierującym się w dużej mierze rozsądkiem Nillu, który dzień w dzień czuwa tak nad interesem, który zapoczątkował jak i nad całą naszą zgrają, wykonując sumiennie swoje obowiązki i robiąc za głowę naszej małej, mieszanej rodzinki. Przez swoją zmęczoną powagę, upór i wybijającą się stanowczość postronnym wydaje się być niekiedy agresywnym w działaniach mężczyzną, któremu lepiej nie wchodzić w drogę, choć przy bliższym poznaniu zwraca się uwagę raczej na jego opanowanie i chęć załatwienia każdej sprawy w jak najbardziej pokojowy sposób (choć jeśli się nie da Lucy wcale nie stroni od zdecydowanych działań). Dzięki siateczce kontaktów które zdobył z biegiem lat i łączących go z wieloma istotami wspólnych interesów jest postacią nie tylko rozpoznawalną, ale i tą, do której wiele osób zwraca się po pomoc w chwilach kryzysowych, w innym zaś czasie chętnie oddają mu przysługi, na których to zresztą wraz z chęcią współpracy Lucy opiera większość swoich działań i decyzji. W związku z tym zależy mu na utrzymywaniu ze wszystkimi jak najlepszych i najciaśniejszych relacji, zastanawia się jednak, czy nie przekazać zadania utrzymywania ciepłych kontaktów ze sprzymierzeńcami swojej żonie. On lepiej zna się na biznesowej części tych znajomości, a na co dzień ma tyle spraw, że rzadko kiedy ma czas żeby wyjść z domu i kogoś odwiedzić. Przeważnie kontroluje wszystko na dystans, przy pomocy licznych pośredników, więc kiedy załatwia coś osobiście wszyscy wiemy, że musi być to coś ważnego.

Wobec osób zupełnie mu obcych jest zwykle kulturalny, a kiedy mu się spodobają także i uprzejmy - jednak nie ukazuje zbyt wielu emocji i czasami wygląda jakby spoglądał na nich z lekką wyższością, która chyba nadal gdzieś w nim tam tkwi. Jest przy nich chłodny, wręcz oziębły - tyczy się to zwłaszcza bogatych ludzi spoza wyspy, a i możni tubylcy mieszkający w porcie nie mają z nim lekko, choć jego awersja do bogatszych członków tej rasy nie jest jakoś niezwykle silna.
Interesy przeważnie załatwia na mieście, bardzo rzadko zaprasza kogoś do zajazdu, chociażby ze względu na nasze niekiedy ‘zbyt czujne’ uszka, którym nic nie ma prawa umknąć. A że w sprawach handlu jest bardzo skryty najwyraźniej nie życzy sobie abyśmy wiedzieli ‘za dużo’.
Wiadomo tylko, że negocjatorem jest nieugiętym, ale przy tym nieczęsto wpada w złość, choć kiedy coś nie idzie po jego myśli szybko się irytuje. W okazywaniu tego jednak mocno się ogranicza - z resztą zawsze kiedy ma dużo do załatwienia wygląda na niezadowolonego, zmęczonego lub gotowego kogoś ugryźć, zmian w humorze więc po nim i tak nie widać.

Przy stałych klientach, albo ogólnie gdy ma lepszy dzień staje się rozluźniony, bardziej wygadany, a nawet dowcipny, choć śmieje się naprawdę rzadko - częściej na jego pysku gości uśmiech; czy to zadowolenia, przekory, rozbawienia czy też zaczepny, lekki, skromny lub też niemrawy. Szefuńcio naprawdę dużo ma tych uśmiechów…
Dużo zna też historii, gdyż kiedy robi coś przy barze potrafi długo i bez przerywania słuchać o cudzych problemach. Ma niezwykłą cierpliwość jeśli chodzi o te sprawy, choć jest ona wyuczona - z natury jak już bowiem wiemy Lucy jest raczej porywczy. Na czym jednak polega dojrzałość jak nie na okiełznaniu własnych emocji i popędów? A to nasz drogi wilczek ma opanowane niemal do perfekcji. Niektórzy mówią, że z uczuciami zdradza się tylko wtedy kiedy chce, a i wtedy czasami zdarza mu się ‘oszukiwać’, by zachować przydaną mu łatkę tajemniczego i skrytego gościa, którego nikt do końca nie jest w stanie rozpracować.
Jednymi z cech, które się na to składają jest jego absolutny brak chęci do opowiadania o własnej przeszłości i wybujała wyobraźnia - kiedy ktoś go o to zapyta w odpowiedzi dostaje jedną z wielu bajeczek, które Nill wymyśla na poczekaniu świetnie się chyba przy tym bawiąc. Tak naprawdę wśród tutejszych utarło się przekonanie, że Lucy pewnego dnia po prostu wyłonił się z toni wodnej już jako gospodarz dziwacznego zajazdu, a przedtem w ogóle nie istniał - nie miał nigdy krewnych, innego nazwiska ani imienia (jego obecne miana zostały mu nadane już na wyspie), ani zajęcia czy celu. I zgodnie twierdzi tak też ta garstka nielicznych, która zna prawdę, by utrzymać wokół Nilla przypadkowo w sumie utkaną z samych niewiadomych baśniową woalkę sekretów, która odcina jego życie tutaj od tego co było.
Poza tym Nill odgradza swoje obecne poczynania od przeszłości także w inny dziwaczny sposób - jakoś tak nie za często pokazuje się w swojej ludzkiej formie. Nie żeby był jakoś specjalnie brzydki, albo znienawidził tę część swojego ciała. W wyraźny sposób jednak dzieli przeszłość i teraźniejszość, a jednocześnie życie prywatne od zawodowego. Tylko my - jego rodzina i stali mieszkańcy prywatnej części zajazdu - możemy oglądać go po przemianie, choć nie jest to najbardziej żelazna z reguł. Gdyby coś się działo Nill plułby na swój wygląd i wyleciałby przed drzwi w białej podomce, zważanie na coś takiego nazywając zwyczajnie głupim.

Prywatnie też jest dużo bardziej sarkastyczny, kąśliwy i niechętnie ukrywa to co w nim siedzi i siedziało od początku - skłonność do narzekania, chęć wydawania poleceń, bycia rozpieszczanym (głównie przez żonę), gwałtowniejsze reakcje, sceptycyzm czy butność, ale już tylko w mniejszych i rozsądnych dawkach. Poza tym wplotło się w to poczucie humoru, przyjaźń, bezinteresowna chęć roztaczania nad nami opieki, dbania o nasze samopoczucie i dobrobyt, przebywania razem, dogadzania nam (i żonie) - choć to akurat w typowo męski i czasami mało poradny sposób - wspólnego życia i bycia potrzebnym. Ale to nic dziwnego, w końcu jesteśmy rodziną, w większej części od wielu lat, a Lucy jest - jak już wspomniałam - poniekąd jej głową (równorzędną władzę w sprawach domowych sprawuje Berhe, nasza niedźwiedzicowata gospodyni, małżonka Borga i dwójki małych urwisów). A skoro o nich mowa - Lucy był dla mnie okropnym ’starszym bratem’, ale wujkiem jest teraz całkiem niezłym - chłopcy go podziwiają i lubią być przez niego chwaleni, jednak Nill nie ma ręki do dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych. Pilnuje jednak ich bezpieczeństwa i w ostateczności zostanie z nimi, kiedy nie znajdzie się żadna lepsza opiekunka. Myślę, że w przyszłości, gdy chłopcy podrosną łatwiej mu będzie się z nimi dogadać.

Nilla nigdy nie ciągnęło też jakoś specjalnie do małżeństwa - z Kaikomi ożenił się ze wzgęldu na (pośmiertną) prośbę jej ojca, naprawdę wiele mu bowiem zawdzięczał, a w dodatku panowie darzyli się szczerą sympatią i szacunkiem. Skoro tryton oddał mu pod opiekę swoją jedyną córkę, księżniczkę i największy skarb, Lucy nie mógł odmówić, zwłaszcza, że nie zdążył spłacić rybiastemu długu do końca, a to była już kwestia honoru.
Kaikomi uświadomiła nam, że Nill nadal ma się czego uczyć w kwestii współpracy i zachowania - skromna i dobrze wychowana nie daje mu okazji do narzekania, za to przez dziewczęcą delikatność i wrażliwość, a także sam fakt, że chociaż wcześniej właściwie się nie znali POWINNI się dogadać (i to na wielu płaszczyznach), bo przecież zostali ze sobą związani i mieszkają pod jednym dachem, jest dla niego poważnym wyzwaniem. Bo tak pokorny i otwarty na cudze sugestie i uczucia nie musiał być chyba nigdy, a chociaż Kaikomi wydaje się być dla kogoś takiego jak on żoną idealną to jednak nie dość, że różna od niego charakterem jest mu także (choć już coraz mniej) obca, a Nill do nowych nie przyzwyczaja się z dnia na dzień. Minęło kilka tygodni nim przeniósł ją do swojej sypialni, tak nieswojo się czuł na początku tego małżeństwa. Zdecydowanie wolał, gdy miał nad wszystkim kontrolę i choć w sumie jej nie utracił to nie odzyskał jeszcze w pełni harmonijnego życia, na które pracował od dziesięciu lat z okładem. Jest jednak szansa, że z czasem stanie się dobrym mężem, chce bowiem w końcu choć trochę zrozumieć syrenkę i stworzyć z nią zdrowy, spokojny związek (i odzyskać harmonijne życie, na które pracował od dziesięciu lat).

Atrybuty

Krzepa:Raczej wytrwały, Wrażliwy,
Zwinność:Zręczny, Bardzo szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Czuły słuch, Niezwykle czuły nos, Wyostrzony smak, B. wyostrzobe czucie,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, Żelazna wola,
Prezencja:Godny, Władczy,

Cechy specjalne

Dzienna Przemiana [K]Mimo, że dla nas (jego przyjaciół i mieszkańców wyspy) bycie wilkołakiem nie jest niczym rażącym to nie zapominajmy, że bardzo dużo ludzi, zwłaszcza tych żyjących na kontynencie (także w mieście, w którym sam niegdyś mieszkał) tego nie akceptuje. A jako, że Nill swoją wilczą formę przybiera za dnia, od wschodu słońca, aż do zachodu, to ukrycie tego faktu tak przed członkami rodziny jak i wszystkimi ich arystokratycznymi znajomymi stało się niemożliwe. Była to cecha, która na zawsze zmieniła jego życie i do dzisiaj kieruje tak jego rytmem pracy i odpoczynku jak i nawet tym w co ma się ubierać, kiedy z kim się widywać i jak często kazać usuwać sierść ze swoich wdzianek. Wpłynęła z resztą na niego tak mocno, że wywołała zmiany mniej typowe dla rasy - jako wilkołak Nill rzadko kiedy się przegrzewa i nawet mimo naszego klimatu może chodzić kompletnie ubrany, bywa natomiast, że bez odpowiedniego okrycia marznie. Jego ludzka forma zaś na upał jest mało odporna i (choć pozbawiona sierści) czasami wymaga chłodzenia, choć tutaj na pomoc przychodzą same pory przemian - noce są w końcu chłodniejsze. Warto dodać, że podczas pełni Lucy zostaje w swojej wilczej formie przez całą noc, a w zajeździe urządzamy wtedy całonocne zabawy, na których może siedzieć aż do rana nie obawiając się, że ktoś obcy zobaczy jego ludzkie oblicze.
Piesek [Z]Lucy dzięki swojej przemianie zyskał nieco na refleksie i szybkości, a także na stałe wyostrzyły się niektóre z jego zmysłów - nawet w ludzkiej formie może pochwalić się teraz czułym słuchem i nieprzeciętnym węchem. Jednak jak na wilkołaka jest on raczej słaby - jego największym atutem zdecydowanie nie są mięśnie. Nie znaczy to jednak, że nie zdarza mu się zachowywać dziko i korzystać z możliwości przemienionego ciała. W porównaniu do przeciętnego człowieka (bez broni) nadal ma pewną przewagę, gdyż w skrajnej sytuacji może użyć tak swoich zębów jak pazurów, czego oni raczej nie robią. Potrafi też pędem rzucić się do ucieczki, albo wręcz przeciwnie - gonić kogoś wykorzystując szybkość jaką daje bieg na czterech łapach. Dzięki tym cechom nawet taki zasiedziały intelektualista jak on potrafi się czasem obronić i zrobić coś pożytecznego nie wysługując się innymi.
Humanista [Z]Choć na pierwszy rzut oka Nill wydaje się być umysłem ścisłym tak naprawdę jego talenty i sposób rozumowania przechylają szalę na drugą stronę - nasz gospodarz jest urodzonym humanistą. Godzinami potrafi wczytywać się w książki - filozoficzne, podróżnicze, historyczne - opowiadania, poezję, a nawet baśnie (przyłapałam go na tym nie raz). Dużo rozmyśla nad sensem… różnych rzeczy, których nie muszę rozumieć i wbrew pozorom nie jest aż tak precyzyjnie-logiczny jakby mógł sobie tego życzyć. Ma też wrodzony dar do szybkiego opanowywania języków, a przy tym jest to jedno z jego głównych zainteresowań. Wspomnę też, że sam pisze (z tego co wiem powieść i dziennik) i stara się przy tym wspinać na literackie wyżyny. Ciekawe z jakim efektem.

Umiejętności

Pływanie [O] Głupio by było nie umieć pływać mieszkając na wyspie... jednak muszę zastrzec, że w formie hybrydy Lucy unika wody. Chodzi chyba o to, że gdy jego futro nasiąknie cieczą nasz dumny gospodarz wygląda jak wychudzony potwór z głębin, albo kilkudniowa padlina wyrzucona na brzeg. Coś w ten deseń.
Tropienie [O] A jeszcze głupiej byłoby nie umieć tropić będąc psem - ze swoim powonieniem i uporem potrafi znaleźć niemal każdego, kto nie użyje wystarczającej liczby sprytnych sztuczek, aby się ukryć i zmylić trop.
Utrzymywanie równowagi [W] Jakkolwiek brzmi to banalnie, to tą umiejętność doceniłby każdy, kto widział Nilla 12 lat temu jak przytrzymując się pnia palmy chybocze się oszołomiony na swoich patykach zwanych nogami. Nauka chodzenia w pozycji wyprostowanej była długa i trwała dobre kilka miesięcy, ale efekty są powalające - gracja z jaką teraz potrafi się poruszać wręcz onieśmiela.
Kierowanie zajazdem [W] Robi to od wielu lat i muszę przyznać, że to chyba po prostu jego powołanie (albo ukryty talent). Ma do tego głowę chłopina, a do tego potrafi się targować i tworzyć długoterminowe plany, pilnować swoich podwładnych (dbając jednocześnie o ich dobrobyt i samopoczucie) i ogarniać umysłem wszystko to co dzieje się dookoła - pozyskiwać informacje i łączyć je w jedną logiczną całość. To właśnie dlatego jest dobrym szefem - gdyby był piękniejszy i mniej pyszałkowaty mógłby być kelnerką, a tak zostało mu dowodzenie. (Swoją drogą od kelnerowania zaczynał - było nas tak mało, że spróbował niemal każdego rodzaju zajęcia jakiego można się podjąć w zajeździe - teraz przynajmniej wie komu co zlecić i jakie osoby najlepiej zatrudniać na poszczególne stanowiska).
Przygotowywanie kawy [M] Odpowiednie palenie ziaren, mielenie, proporcja kawy do używanej wody i mleka, a także różne inne dodatki - wszystko to Lucy ma już w małym palcu. Uczył się długo, zaczął przez przypadek i właściwie bez powodu postawił sobie za cel opanowanie tej sztuki do perfekcji. Kiedy zaś mu się udało… zrobić coś pijalnego uznaliśmy, że nie może przestać. Przygotowywanie kawy to u nas rytuał, a Nill mu zawsze przewodzi. Zrobienie napoju zajmuje dużo czasu, ale każdy kto próbował powie, że warto - intensywność smaku, aromat, finezyjnie podanie… wszystko jest perfekcyjne! Nill zaczynał od podstaw, ale teraz umie przygotować tyle wariantów pobudzającego napoju, że trudno by było to z liczyć. Niektóre z jego wynalazków są nałogowo pijane przez jedną, konkretną rasę, na inne działając wręcz odpychająco. Mamy warianty gorzkie, kwaskowate, słodkie, pobudzające, pobudzające mniej, z cynamonem, wanilią, wodorostami(!)… Każdy dostanie tu coś dla siebie. To jest już oczywiście wyższy poziom - warto zaznaczyć, że równie ważne (lub nawet ważniejsze) są takie prozaiczne czynności jak odpowiednie palenie i długość kontaktu kawy z wodą - Lucy zajmujący się tym wszystkim ponad jedenaście lat nie popełnia już przy tym błędów, a co za tym idzie kiedy coś zamówisz możesz być pewny, że dostaniesz dokładnie to o co prosiłeś. Dopiero kiedy to opanował zaczął bawić się rodzajami i przyprawami - a skoro już o tym mowa - mamy do dyspozycji kilka gatunków kawowca, a Nill od kilku lat jest w posiadaniu własnej, niewielkiej plantacji. To także rozszerza repertuar smaków i tego co można u nas otrzymać. Polecam!
Targowanie się [W] Nie możliwe jest żeby przy swoim charakterze się nie targował! To część jego natury (dajcie mi wszystko za jak najmniej) i strategii na przetrwanie bez odgórnego wsparcia finansowego. Po latach nieźle się w tym wyszkolił i zrozumiał kiedy nie należy przesadzać, a kiedy jest to wskazane.
Handel [W] Jedno z jego głównych zajęć, skoro zakorzenił się w interesach ze swoim (naszym) zajazdem - importuje, kupuje i stara się to robić tak, by jak najlepiej na tym wyjść. Śledzi co poniektóre zmiany na rynku (rynkach), a przed zakupem zwykle zasięga języka u zorientowanych w temacie znajomych. Nie słucha też moich opinii i - w tym przypadku - chwali mu się to (niewdzięczny pchlarz!).
Wspólna Mowa [W] Posługuje się nią o dzieciństwa - jako bogaty paniczyk miał też odpowiednich nauczycieli i dostęp do wielu mądrych książeczek. Teraz nie dość, że czytanie jest jednym z jego głównych upodobań to jeszcze sam wziął się za pisanie! (Powinien powiedzieć mi wcześniej, a nie udawać, że ma w sobie choć odrobinę skromności).
Dialekt z Wyspy Syren [O] Trochę naleciałości z naturiańskiego, trochę Wspólnej Mowy, ciut elfickiego i podstawa z mowy syren (wersji powierzchniowej) - oto nasz wyspiarski język. W opanowaniu tej mieszanki pomogło Nillowi to, że… tutaj mieszka. Otaczało go to ze wszystkich stron, chłopina zdolny to podłapał. No i miał jakieś podstawy. I chciał się nauczyć, nie oszukujmy się - to wiele ułatwia. Jak Wspólna Mowa na kontynencie - no NIE DA SIĘ bez tego, a przynajmniej jest dużo trudniej.
Język naturian (łączony) [P] Ciekawostka miła i odprężająca, pomagająca utrzymać kontakty z niektórymi mieszkańcami wyspy (i pozwalająca zrozumieć co mówią za twoimi plecami). Nie jest to język najlepiej opanowany przez Nilla, ale gdyby znalazł się w sytuacji, gdzie rozmówca nie zna żadnego innego to i tak potrafiłby spokojnie dojść z nim do porozumienia. Jakoś. Z resztą cały czas się go uczy i traktuje to jako jedną z kilku preferowanych form rozrywki i odpoczynku.
Dialekt zmiennokształtnych [O] Musiał nauczyć się go, żeby dogadać się ze mną i z Borgiem. Tak na początek. Uznaliśmy z resztą, że dziwnie by było gdyby wilkołak nie umiał się nim posługiwać. Obecnie używa go od niemal dwunastu lat, a dwanaście lat praktyki spokojnie wystarczy na opanowanie języka, zwłaszcza takiego, który powinien być dla twojej rasy naturalny. Różni się on jednak od Wspólnej Mowy i Elfickiego, które Lucy znał jako pierwsze, więc trochę mu zajęło zanim pozbył się swojego koślawego akcentu.
Język elfów (klasyczny) [W] Spodobał mu się od pierwszych słów w nim wypowiedzianych, które usłyszał, spędzał więc długie godziny na zgłębianiu go i jego tajemnic. Jest to jedna z tych dziedzin, w której nie jest ostatnim samoukiem - miał odpowiednich nauczycieli, którzy wprowadzili go w tajniki i zasady posługiwania się nim. Także dostęp do literatury i okazje do używania go w praktyce nie były bez znaczenia. Teraz Lucy posługuje się nim płynnie i jest w stanie rozszyfrować nawet bardzo zawiłe i stare księgi, co robi z przyjemnością jeżeli takie wpadną mu w ręce.
Matematyka [P] Choć niezbyt chętnie i z pewnym trudem nasz gospodarz nauczył się władać cyferkami w takim stopniu, by nie musieć zatrudniać księgowego i wszelkie rachunki sprawdzać samodzielnie. Wybitnym matematykiem nie zostanie, ale to co konieczne zna i posługuje się tą wiedzą sprawnie i regularnie ją sobie utrwala - przy prowadzeniu zajazdu i różnych innych interesów na boku nie ma od tego wakacji!
Etykieta [P] Mimo swojego dupk... niezbyt miłego charakteru, który za dzieciaka musiał mu przyprawiać w oczach innych diabelskie różki egocentrycznego sadysty, nie umknął od odpowiednich dla jego pozycji społecznej lekcji wychowania typowego burżuja. Jak na ironię wtedy, kiedy były mu w istocie potrzebne miał wszelkich manier serdecznie dość, teraz zaś gdy wylądował z nami - barbarzyńcami z Wyspy Syren zaczyna chyba do nich tęsknić. Tutaj jednak obowiązują inne zasady i inna kultura, a wiele z tradycyjnych gestów jakie mu wpojono są tu śmieszne, dziwaczne albo wręcz niegrzeczne, nawet dla osób bardziej okrzesanych niż nasza rodzinka. Z tego powodu wiele dawnych odruchów u niego zanikło i zaczął dostosowywać się do naszego stylu życia - luźniejszego, bazującego na odmiennych wierzeniach, tradycjach i schematach. Chociaż w pamięci pozostały mu dawne lekcje najpewniej trudno byłoby mu wrócić do stricte arystokratycznego środowiska, które od lat obserwuje z punktu widzenia osoby trzeciej i do którego nabrał już znacznego dystansu. Sam z resztą twierdzi, że nasze obyczaje bardziej przypadły mu do gustu i choć nie we wszystkich standardach się odnajduje to lubi kiedy otaczają go osoby z nimi związane.
Taniec [O] To też mu zostało z młodości. Wtedy tańczył wolno-szybkie, dziwne rzeczy i chyba nawet je lubił (bo mógł wtedy bezkarnie poobmacywać kobitki), tutaj zaś musiał nieco poszerzyć swój repertuar i choć nie uczestniczy w tańcach grupowych to nie trzyma się już tak sztywno tego do czego przywykł, choć starał się (z powodzeniem) wciągnąć naszych muzyków w manierę, którą znał, a nas nauczyć nie znanych nam wcześniej kroków i ruchów. Z tego powodu w naszej okolicy znane są dzisiaj dziwaczne hybrydy tańców oraz odpowiedniej do nich muzyki, których nie pojmuje nikt z kontynentu, a z wyspy jedynie ci, którzy uczyli się z nami i uczestniczą w naszych co tygodniowych zabawach.
Naturianizm [O] Jak można mieszkać na Wyspie Syren i nie znać się na naturianach!? Nie dość, że naturianie (i naturianki) otaczają nas zewsząd to jeszcze wiele z nich z nami pracuje - cała chmara wróżek, kilka nimf, driada, minotaurzyczka i sporo innych. Nill, żeby wyjść na kulturalnego i niczym ich nie urazić musiał wiele się o nich dowiedzieć i kiedy może poszerza swoją wiedzę.
Literaturoznawstwo [O] Od młodości siedział w książkach i przeróżnych tekstach i zostało mu to aż do dzisiaj - paru rzeczy o niej więc się zdążył przy tej okazji nauczyć. Jest to też powiązane z nauką historii i jego wrodzoną dociekliwością.
Historia [P] Na początku uczył się tego z przymusu, później zaś zaczął się tym interesować i - głównie za pośrednictwem wiedzy spisanej - zdobywał nowe informacje.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz

Mysza
Mysza jest białą kotką, która przybłąkała się do naszej karczmy jakieś dwa trzy temu. Z Nillem od razu się polubili - przygarnął ją i dał jej to dziwaczne imię razem z obróżką. Stwierdziliśmy, że kiedyś już miała właściciela jest bowiem oswojona i całkiem przymilna, ma także długą sierść - naturalnie koty takie tu nie występują. W dzień zwykle chodzi po najdziwniejszych zakamarkach lokalu (nie powiem, ale sama jej część pokazałam) i łapie gryzonie (co sama mogłabym robić, gdybym miała na to dość czasu). Czasem towarzyszy też w kuchni Kaikomi (żonie Nilla). W nocy zaś zawsze obowiązkowo siedzi w ich pokoju i zakłóca ich życie małżeńskie. Wiem, że jest największą rywalką syrenki i słusznym powodem jej zazdrości, bowiem Lucy ma straszną słabość do kotów (jednak tylko tych czworonożnych).

Historia

Nill urodził się jako drugi syn w szlacheckiej i zamożnej rodzinie, mającej swoją główną siedzibę w Leonii. Był niewiele młodszy od brata, ale sam fakt nie bycia tym pierworodnym wystarczył, aby już od najmłodszych lat całe środowisko sugerowało, że nie będzie miał w przyszłości żadnych ważniejszych obowiązków. Poza tym, że był drugim synem miał jeszcze jedną wadę - albinizm. Niektórzy braliby to za zły omen, ale tym razem chodziło o względy praktyczne - chłopak wychowywany w upalnym niemal klimacie niezwykle źle znosił słoneczne światło - jego skóra szybko robiła się czerwona i piekła całymi nocami, jako dzieciak więc zamiast bawić się na dworze z bratem i ćwiczyć kondycję siedział zamknięty w przestronnym, chłodnym domu - nadal to jednak były ograniczające go cztery ściany, poza którymi niemal nie widział i nie znał świata. No, póki mu na to pozwalano. Co prawda rodzice nie wiązali z nim większych nadziei - dawali mu wszystko, ale pogodzeni byli z tym, że niewiele otrzymają w zamian. Był po prostu tym drugim dzieckiem - jego brat miał przejąć kiedyś obowiązki ojca, Nilla trzeba było zaś wychować tak, by nie przynosił hańby rodzinie, a może nawet kiedyś poślubił jakąś zamożną pannę o dobrych koneksjach. Ale poza tym... mógł robić co chciał, byle wyrabiał odpowiednią ilość godzin nauki jaka średnio przypadała na młodego szlachcica. Ze względu na jego słabowite ciało skupiano się głównie na rozwijaniu jego intelektu, ale niestety w parze z wychowaniem, które zwalniało chłopaka od wszelkiej odpowiedzialności pogłębiono wszystkie złe cechy jego charakteru - upór, czupurność, poczucie wyższości, agresję lecz także brak samodzielności, lenistwo i nieporadność... na dodatek dorastał w przekonaniu, że zawsze dostanie czego chce, wystarczy, że kiwnie palcem (jak na ironię to się akurat sprawdziło...).
Podobno mimo wszystkiego dobrze się uczył, ale tylko tych dziedzin, które przypadły mu do gustu - bardzo szybko opanował czytanie i od tego momentu jedną z jego największych pasji stało się wertowanie powieści (głównie tych, które starano się przed nim ukryć ze względu na treść). Pisać też zaczął szybciej niż się tego po nim spodziewano. Potem nadszedł czas na matematykę, do której nie miał aż takiego zapału, a wraz z nią nadeszła etykieta i historia... słowem podstawy, które każdy szlachcic znać powinien. Uczył się tańca i gry na skrzypcach (które w końcu porzucił, bo irytował go ich dźwięk), a także geografii i fizyki. Jednak zamiast w nie wnikać zajął się czymś co bardziej go pasjonowało - językiem elfów. Wyszperał skądeś parę ksiąg, stary słownik, a potem znalazł i samego elfa, którego lekcje rodzice MUSIELI opłacić, bo jak nie to Nill będzie zły i będzie im marudzić. Jak zwykle. Oczywiście dostał tego elfa. Znaczy... lekcje. Od niego. Nieważne. I tak jestem pewna, że gdyby się uparł to jakiegoś mniej szlachetnego by mu załatwili do roli niewolnika i osobistego sługi. Właśnie! Nill miał swojego sługę. Takiego towarzysza zabaw, z którym był nierozłączny od ósmego roku życia. Chłopaczek był w jego wieku i wykonywał każde jego polecenie.
Biedak... Gdyby nie to, że Nill absolutnie wtedy nie cenił i nie szanował nikogo poza rodzicami (na których notabene był utrzymaniu) pewnie mogliby się ze sobą zżyć - w końcu razem dorastali. Młody szlachciczek jednak za nic miał swojego sługę i nie okazywał mu choćby cienia empatii. Jednak teraz, na naszej wyspie często go mile wspomina. Mówi, że gdyby mógłby się dowiedzieć co się z nim teraz dzieje byłby bardzo szczęśliwy. Chyba żałuje, że na czas nie polubił swojego pierwszego towarzysza...
Lata mijały, a z rozwydrzonego dzieciaka zrobił się próżny, rozkapryszony paniczyk. Teraz już częściej wychodził na zewnątrz, przeważnie samopas (to znaczy ze swoim wiernym sługą-nieszczęśnikiem). Chodził po porcie, bazarach - lubił to uczucie, kiedy pozornie nikt nie miał nad nim kontroli. Równie często jednak bywał na przyjęciach i w innych odwiedzinach u znajomych swojego rodu. Tam poznawał młode damy, dla których - ze względu na swoją specyficzną urodę - robił za nie lada atrakcję. Czasem tak się nim fascynowały, że nawet nie musiał być miły, aby przebywać w ich towarzystwie (co z resztą bardzo mu odpowiadało). Wystarczyło, że pozwolił dotknąć swoich białych włosów i już zapominały jaki dup... jaki typ przed nimi siedzi. Robił jednak głównie, jak nie za egzotyczną zabawkę to za chwilową odskocznię od lepiej ułożonych i wstydliwych młodzieńców - w końcu jednak znalazła się i taka panienka, która się nim zainteresowała po prostu jako drugim człowiekiem i to takim, który mógłby ją naprawdę zrozumieć.
Nill mówi czasami, że była to jego pierwsza miłość, a jej wspomnienie ciągnie się za nim po dziś dzień - była niezwykle uroczą i miłą dziewczyną. Emanowała niezwykłą świeżością, a przy tym w każdym słowie dawała o sobie znać jej nieśmiała natura. Dziewczyna o gęstych, kręconych włosach, białych jak jego własne, o bladoróżowych, wesołych oczach i tajemniczym lecz pogodnym uśmiechu jasnych ust.
Wiadomo dlaczego od razu się sobie spodobali - dwójka dziwaków, ot co. Oboje biali i specyficzni z charakteru; on niebieskooki chodził w niebieskich strojach, ona zaś paradowała w czerwonych sukniach - jemu nie wypadało, ale gdyby tylko mógł nosiłby ze sobą parasol, tak jak ona - potem na spacerach użyczała mu własnego, by i nie przypiekł się przypadkiem żaden fragment jego wrażliwej skóry. Była to pierwsza osoba, z którą umiał normalnie porozmawiać - normalnie, czyli nie podnosząc głosu, nie wydając rozkazów, nie marudząc i nie wyklinając wszystkiego co mu się choćby odrobinę nie spodoba.
Rodzice byli załamani. Żeby akurat tych dwoje się sobie upatrzyło... nawet nie chcieli myśleć o ewentualnych wnukach, bo już wiedzieli, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie zdążyli jednak z synem o tym porozmawiać i zająć stanowiska w tej sprawie - nadszedł dzień, który zmienił życie naszego kundelka (który wtedy jeszcze był człowiekiem) na zawsze.

Była to zwykła przejażdżka, jedna z tych, na które Nill wybierał się ze sługą kiedy chciał uciec od wszystkiego i zaznać odrobiny wyimaginowanej wolności zanim wróci do swojej luksusowej klatki. Wybrali się wyjątkowo daleko - było pochmurno, konie miały zapas sił, a panicz zażądał malin, więc jechali tak długo aż ich nie znaleźli. Słudze jednak nie podobała się ta szara, złowieszcza aura - nalegał by wracać nim zerwie się wiatr i przygna nad nich burzę. Kto by jednak słuchał własnego sługi? Jak Nill mógłby w ogóle kogokolwiek słuchać?
Nachylając się nad krzakami malin, tuż przy niewielkim zagajniku ani myślał wracać. Jako jedyna wiem z jak naprawdę Nill wspomina tamte wydarzenia - dorwałam kartki z jego jego starego dziennika, w którym pisał sobie z nudów to, czego nigdy nie mówił na głos.
,,Dookoła słychać było niespokojny szum, choć wokół nas panowała pochłaniająca wszelkie ludzkie głosy cisza. Słowa mojego niedoszłego przyjaciela rozpływały się w niej nim zdążyłem je zrozumieć, ja sam zaś pozostawałem niemy i głuchy skupiając się tylko na tym, by zaspokoić swój apetyt. Nie myślałem wtedy ani o tym jak trudno będzie nam przeczekać burzę, która lada chwila mogła się rozpętać, ani nawet by poczęstować wiernego sługę choćby najmniejszym z owoców. Nie zwracałem na to uwagi - dzisiaj wiem, że gdybym zdał się na jego zmysły, albo pomyślał o jego dobru, miast tylko o własnych zachciankach miałbym szansę skończyć zupełnie inaczej. Wtedy zaś, na skraju zagajnika stałem uparcie z rękami pomiędzy liśćmi i łakomym, pustym wzrokiem szukałem kolejnych malin, żeby je zerwać i zjeść. Przypominały mi o ukochanej dziewczynie, o ile w ogóle znałem wtedy znaczenie słowa ,,ukochana" - może dla tego tak łapczywie się na nie rzucałem. Chciałem ich dosięgnąć, natychmiast zerwać i pochłonąć, czego nie mogłem uczynić z nią, a co mnie frustrowało. Nie zachowywałem się jak człowiek - tylko jak zwierzę. Prawdziwe zwierzę. I zapewne to właśnie przyciągnęło jego - smukłą, czarną bestię o dzikich ślepiach, warczącą przeraźliwie, choć tak cicho, że na początku w ogóle nie posłyszałem tego demonicznego dźwięku. Czaił się za gęstwiną krzaków, kilka metrów ode mnie i przeszywał mnie wzrokiem, którego nie czułem. Stał tam być może cały czas. Stał i czekał, aż pojawi się ktoś kogo nie będzie żal zabić. We mnie zobaczyć musiał idealną ofiarę - kogoś tak pustego i bezwartościowego, że ledwo hamował się, by od razu nie skoczyć mi do gardła. Jednak czekał. Czekał, aż ogołocę z owoców cały krzak, czekał aż moje zmysły stępieją - aż na jego oczach zamienię się w głupią, zajętą żerowaniem owcę o zakrwawionych rogach i spłowiałym, nic nie wartym runie. By mnie z niego obedrzeć.
Na szczęście mój kompan miał bystry wzrok - on także zobaczył co się ze mną dzieje, z resztą - obserwował to przez tak wiele lat... wyciągnął więc niepostrzeżenie łuk i strzały i powoli wycelował, by w końcu ostatecznie pozbawić mnie życia. Tak, nie celował w stworzenie czające się w cieniu - celował w bestię, która zmarnowała jego najlepsze lata, a teraz stała odsłonięta, w ogóle nie przeczuwając zagrożenia. Sam na jego miejscu wykorzystałbym taką okazję i wcale nie dziwię się jego decyzji. Zastanawiam się raczej jak wytrzymał tyle czasu. Ślepy traf chciał, że zaatakowali mnie jednocześnie - ja padłem na plecy raniony przez ogromnego wilka, zwierzak zaś zaskamlał głucho przestrzelony grotem mego sługi. To niemal zabawne jak przypadkiem ocalił mi życie. Ale jemu nic nigdy nie wychodziło... poczciwy lecz przeżarty przez nienawiść człowiek, nic nie dał po sobie poznać i z wielką wprawą udawał niewinnego. Chyba tak był już przyzwyczajony do porażek.
Szybko lecz pobieżnie opatrzył mi ranę i zawróciliśmy, a ja przez całą podróż jechałem z nim na jednym koniu i opierałem głowę o jego plecy. Tak bardzo potrzebowałem oparcia. Nie pamiętam jednak abym choćby wyszeptał ,,dziękuję". Jestem z resztą pewny, że wcale tego ode mnie nie oczekiwał".


Na tym moja wiedza odnośnie jego prawdziwych uczuć się kończy. Znam jednak i dalszy ciąg opowieści, nie opiszę go jednak tak przekonująco jak zrobiłby to sam Lucy.

Kiedy dojechali Nill czuł się fatalnie, a dostał jeszcze większych boleści - całą długą noc wił się na łóżku jak nadepnięty parecznik, nad ranem zaś nieludzkim rykiem wykurzył wszystkich zaniepokojonych jego stanem ze swego pokoju, półprzytomnie grożąc im rozpłataniem mieczem jeżeli tego nie uczynią (nawet nie umiał się nim wprawnie posługiwać, ale wypadł na tyle przekonująco, że i tak go posłuchali i czym prędzej pobiegli po lepszego doktora).
Kiedy jednak przyprowadzili odpowiedniego uczonego i wdrapali się po schodach na górę w pokoju nie zastali już rannego chłopaka - zamiast niego, na środku pokoju leżał w bezwiednej ludzkiej pozie wielki pies o poskręcanej sierści i długim, upiornym pysku. Patrzył na nich wytrzeszczonymi oczami przepełnionymi strachem i łzami, ale mrożący krew w żyłach skowyt jaki z siebie wydał skutecznie spłoszył wszystkich zebranych. Zatrzasnęli za sobą drzwi i zbiegli w popłochu na dół, by uciec od tego przeklętego stworzenia, a także by pokrzyczeć sobie trochę i się ponadziwiać (a także chwycić broń, pochodnie i wszystko co mogłoby posłużyć do obrony przed karykaturalną bestią, także twarde jak kamień świąteczne pierniczki gospodyni) Możliwe, że sądziliby, że zwierzę po prostu pożarło Nilla, kiedy ich nie było, gdyby nie doszli do wniosku, że brak jakichkolwiek śladów, zamknięte drzwi na piętrze, przez które raczej nie umiałoby wejść oraz spodnie chłopaka, które miało na tyłku zdecydowanie przeczą tej teorii. Poza tym człowiek, którego ściągnęli był mądry, szybko więc uświadomił ich, że potworem musi być sam Nill, który przemienił się od feralnego ugryzienia wilka.

Co było robić? Wierny służący jako pierwszy stanął z powrotem pod drzwiami pokoju swego pana i trwał tam tak długo, aż nie usłyszał zachrypniętego, nieco zmienionego od przemiany głosu, który upewniał się, że ktoś nadal tam czuwa. Takie krótkie, kilkuzdaniowe rozmowy były przez pierwszy tydzień jedyną formą komunikacji na jaką Nill pozwalał - nie chciał nikogo do siebie dopuszczać, choć uświadamiał wszystkich, że panuje całkowicie nad swoim umysłem, a w nocy na powrót odzyskuje swoje ludzkie ciało. Najpewniej trzymałby się w dobrowolnym zamknięciu dłużej, gdyby nie był do końca rozpuszczony i więcej niż siedmiu dni bez służby, która by mu usługiwała i spełniała wszystkie jego zachcianki, nie mógł znieść.
Nikt jednak nie chciał zbliżać się do rozkapryszonego wilka o odpychającym, kwaśnym uśmiechu i ciele, które trudno było zakwalifikować do kategorii innej niż ,,potwór z historii dla niegrzecznych dzieci". Chłopak więc przeważnie w dzień spał, zwinięty w kłębek na swoim łóżku, w nocy zaś rekompensował to sobie wywracając całą posiadłość do góry nogami i żądając jeszcze dziwniejszych i trudniejszych do zdobycia rzeczy niż to robił dotychczas. Rodzice, choć nie chcieli pogardzać synem nie mogli dopuścić do żadnego skandalu - on tymczasem nikomu z poza domu nie mógł się w dzień pokazać na oczy, nie mówiąc już o tym co wyprawiał po nocach. Nikt już nie umiał nad nim zapanować - czas zaś mijał i różne plotki zaczęły krążyć po mieście. Postanowili więc, że muszą się go pozbyć. Raz, a dobrze.

Gdyby byli nieco bardziej domyślni i wyrachowani mogliby zapytać jego wiernego sługę czy nie ma jakiś pomysłów - bo pewnie miał parę w zanadrzu. Oni jednak nie chcieli brudzić sobie ani rąk, ani też sumień i skazywać młodego wilkołaka bezpośrednio na zgubę. Zamiast tego spakowali bez jego wiedzy kilka wielkich kufrów (przecież o niego dbali!) i podstępem zwabili go na statek - miał się przepłynąć, że niby to dla relaksu i odprężenia. Taki rejsik w środku nocy. Ogłupiony luksusami i nie spodziewający się żadnych zasadzek Nill oczywiście dał się w to wciągnąć jak dziecko - nawet odpowiadało mu, że i rodzice chcą zadbać o jego dobre samopoczucie. A o to ostatnio było trudno - kiedy nie dręczył służby nie robił prawie nic poza wgapianiem się pustym wzrokiem w przestrzeń, albo niszczeniem rzeczy, które akurat miał pod ręką. Mało pił, niewiele jadł i jak najdłużej spał.
Tamtej nocy na statku robił to samo - dręczył, wgapiał się, niszczył, nic nie pił, nie jadł, aż w końcu zasnął.

Nie minęły dwa dni jak statek dopłynął do wyspy syren - planem było zatrzymać się wieczorem w porcie, znieść wszystkie rzeczy szlachcica, pokazać mu niedbałym ruchem ręki miasto, a potem niepostrzeżenie zwinąć się i nim się obejrzy zostawić go samego na pastwę rabusiów, nocy i klimatu, w którym ciężko było sobie nie poradzić. Taki był plan. Nillowi jednak udało się zniszczyć i te założenia swoim zachowaniem i kaprysami.
Chodzi mianowicie o to, że chyba skubaniec coś wyczuł. Być może obudziły się w nim jakieś instynkty, a może od początku wcale nie był kretynem - tak czy inaczej w końcu zaczął wietrzyć podstęp w dziwacznym postępowaniu sług, a kiedy próbowali wmówić mu, że na jego polecenie zawrócili, nie zmieniając przy tym wcale kursu upewnił się w swoich obawach i naprawdę zaczął się denerwować. Oczywiście strach natychmiast przesłonił niepohamowaną agresją, szarpaniem się i krzykami i zaczął dosłownie rzucać się na ludzi żądając, by skierowali się ku Leonii. Oni i tak już drżeli przed jego wilczą formą, więc kiedy naprawdę zaatakował, w geście obrony i w czasie szarpaniny ktoś zwyczajnie wywalił go za burtę; na szczęście niedaleko jakiegoś dzikiego brzegu - żeby zaś do końca wypełnić powierzone im zadanie wyrzucili za nim i jego kufry z tym co raczyli ofiarować mu i tak chyba za dobrzy dla niego rodzice, po czym uznając, że lepiej swoich obowiązków wykonać nie mogli zawrócili, by móc w końcu zapomnieć o nieznośnym paniczu i jego zachciankach.


+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++


Znaleźliśmy go na brzegu. Z tym, że już ze dwa miesiące po tym jak tam wylądował. Oczywiście to nie tak, że cały czas tam leżał nieprzytomny... robił o wiele dziwniejsze rzeczy. W sumie aż trudno mi sobie wyobrazić szok jaki przeżył, kiedy dotarło do niego, że został całkowicie sam, bez służby, bez rodzinnej fortuny i na dobrą sprawę bez nazwiska, które tutaj nic nie znaczyło. Pominę jego rzucanie się, chwile depresji, ponowne napady złości i niedowierzanie, wyklinanie wszystkich, którzy ośmielili się go zostawić i płakanie za nimi, gdy nie starczyło sił na nic więcej... w międzyczasie udało mu się jednak pokierować jakimiś błyskami intelektu i powyławiał z wody rzeczy, które do niego należały (i jakiegoś starego kokosa, przez którego o mało nie dostał zawału, bo pomyślał, że to czyjaś głowa). Nie było tam niestety żadnych zapasów żywności lecz kosztowności, bibeloty, ubrania i cała masa skrajnie niepraktycznych i niepotrzebnych rzeczy. Kudłaty desperat błąkał się więc po okolicy zawsze jednak wracając do swojej 'bazy' przy brzegu - szukał... czegokolwiek w sumie i niczego zarazem; tak wskutek szoku i okropnego wychowania przyblokowało mu umysł. Nie raz się zatruł jedząc coś co nie nadawało się do jedzenia albo padał zemdlony od ugryzienia jadowitego robaka - nie wykończył się jednak ostatecznie i udało mu się doczekać do naszej wybawicielskiej interwencji. Jednak i bez niej udało mu się w końcu dotrzeć do portu - pod osłoną nocy i swojej ludzkiej, wyposzczonej formy przemykał między uliczkami planując napaść na pierwszego niewinnego przechodnia... był to chyba pierwszy plan, którego nie udało mu się zrealizować, bowiem ostatecznie zrezygnował z ryzyka jakie niosło za sobą atakowanie słabiutkiej kobiety, która przecież mogła go kopnąć w najczulsze miejsce i tak pozostawić na zgubę... poza tym chyba, w którymś momencie przypomniał sobie, że ma naprawdę mnóstwo badziewia, które może sprzedać, a które wylewało się wręcz z jego 'posagowych' kuferków. Tym sposobem kilka razy udało mu się kupić chleb (i temu podobne rzeczy), ale nie skusił się na zmarnowanie wszystkich swoich zapasów i rozgoszczenie w jakiejś bogatej gospodzie gdzie mógłby żyć w dostatku i wśród chętnych kobiet... jeszcze przez może pół roku. Jednak to nie rozsądek nakazał mu tę wstrzemięźliwość - po odrzuceniu przez rodzinę i 'wierną' służbę, a także zamienieniu się w tak zwanego potwora zwyczajnie zniechęcił się tak do ludzi jak i towarzystwa w ogóle. Nie chciał patrzeć na wredne mordy, które zostawiłyby go gdyby tylko coś poszło nie tak. Poza tym nadal był święcie przekonany, że ktokolwiek zobaczy go w dzień od razu stanie się jego wrogiem i albo ucieknie, albo rzuci się za nim z pochodnią, widłami lub naszyjnikiem z pereł (żeby go nim udusić). Z tego względu po każdym wypadzie wgłąb wyspy i tak wracał na swój zdziczały brzeg, by powoli przemienić się albo w pustelnika-dziwaka albo w zupełne zwierzę...

Miałam jednak co do niego inne plany. No... może do jego świecidełek. Ale cóż poradzić - byłam naprawdę małym i ciekawskim dzieciątkiem kiedy zawitał w nasze skromne, nadbrzeżne progi i nie umiałam się powstrzymać (choć w tym temacie w sumie niewiele się zmieniło). Obserwowaliśmy go od dość dawna; ja i moi dwaj bracia/opiekunowie/wójkowie... moi dwaj dorośli wychowawcy, o!
Borg, niedźwiedziołak, będący nieco tylko starszy od rozbitka wyczuwał w nim rywala i traktował jak intruza na swojej ziemi - chciał więc mieć go na oku i w razie potrzeby może się z nim rozprawić, choć potulniejszy był i w sumie mniej groźny niż ja wyposażona w naostrzoną muszelkę. Persei zaś, centaur zdecydowanie już dorosły i mądrzejszy niż nasza dwójka zaintrygowany był obcym z więcej niż jednego powodu, ale kazał nam trzymać się na dystans. Ja zaś od samego początku chciałam sobie obejrzeć cacuszka, więc oczywiście nie posłuchałam jego rady - pewnego dnia, gdy wilkołaka nie było w zasięgu wzroku przemknęłam do obozowiska, by nieco sobie poszperać…
Lucy wspomina nasze pierwsze spotkanie w ten sposób:

,,Wstępnie pogodziłem się już z tym, że zostawiono mnie na ‘niepewną’ śmierć na (zamieszkanym niestety) palmiastym wygwizdowie. Pogodziłem się z tym, że słońce codziennie przygrzewa mi w pysk tylko po to, by potem chmury zmoczyły go deszczem, przed którym nie sposób było się schronić; że w nocy z moim wzrokiem jest jeszcze gorzej się poruszać niż w dzień, wilczego ciała natomiast za Nową Aerię nie byłem w stanie postawić do pionu i musiałem czołgać się z mordą przy ziemi; że plujące jadem robaki stanowią 80% tej wspaniałej wyspy, a kolejne dwadzieścia procencików to była wilgoć, trujące rośliny, piranie i mój pech, który prawdę mówiąc był tylko głupotą, do której nie raczyłem się przyznać.
Tkwiłem w tym tropikalnym raju już drugi miesiąc, co poznawałem jedynie po tym, że w czasie pełni nie dane mi było w ciągu nocy na powrót zmienić się w człowieka. Poza tym okresem czas stawał się chaosem, którego nie potrafiłem zrozumieć, uporządkować, ani nawet zwyczajnie zmierzyć (co było poniekąd winą zegarka, który nie wytrzymał zbyt długiego kontaktu ze słoną wodą). Zważywszy na to, że większość tego co mnie w tamtej chwili otaczało widziałem po raz pierwszy w życiu, to zaś co było znajome przemieniało się w dzikie i nieokiełznane i dotyczyło to zarówno czasu, mojego własnego ciała jak i wszystkich ubrań, które uparcie nie chciały pasować do wilczej fizjonomii byłem ciut zagubiony i jeszcze bardziej zdezorientowany. Właściwie to - nazywając rzeczy po imieniu - zupełnie sobie nie radziłem. Zwłaszcza po tym jak zaatakowała mnie przerośnięta skolopendra i zapragnąłem zamieszkać na tratwie, gdzie na pewno żadna z jej sióstr się już nigdy do mnie nie dobierze. W wodzie jednak znajdowały się rzeczy jeszcze gorsze niż te wielonogie widma, z dryfującymi, zgniłymi kokosami imitującymi ludzkie głowy na czele, postanowiłem więc po przemyśleniu całej sytuacji zostać na lądzie.
Poza tym nie umiałem zbudować tratwy.

Mieszkanie na plaży nie było takie złe - dookoła rozciągał się nieprzebyty gąszcz wielkolistnych roślin-morderców, nad głową błyszczało nieskromnie niebo z krążącymi po nim kolorowymi kluczami egzotycznego ptactwa co i rusz kradnącego moje z trudem uzbierane na zupę pestki, a do tego miałem widok na morze grożące cicho możliwością sztormu. Mogłem całymi dniami siedzieć na palącym w łapy piasku i patrzeć na drepczące obok mnie kraby, które jadły, dręczyły słabszych i kopulowały, przypominając mi jakie wiodłem niegdyś wspaniałe życie.

Właśnie jednego z takich dni, kiedy to tylko od niechcenia starałem się przetrwać ażeby móc się nad sobą nieco dłużej poużalać dane mi było spotkać małą, zlotofutrą wredotę, której poznanie było jednym z pierwszych kroków ku narodzinom ,,Lucy’ego”.

Ten mały szkodnik zakradł się od tyłu do mojego obozowiska i bezczelnie zaczął szperać w moich rzeczach. Przyłapałem ją kiedy wróciłem znad brzegu. Oczywiście w myśl zasady, by zawsze się grzecznie przywitać ryknąłem na nią i pogoniłem na drzewo. Właściwie to sama tam z radością wlazła - chwilę później dowiedziałem się dlaczego.
Nie będę cytować wiązanki jaką ją uraczyłem kiedy rzuciła we mnie pierwszym owocem. Ani co o niej myślałem kiedy powtórzyła ze śmiechem ów manewr jeszcze parokrotnie zmuszając mnie do taktycznego odwrotu i znienawidzenia jej raz na zawsze (co się niestety nie do końca się udało). Jako, że węch miałem nie najgorszy wiedziałem, że jest to jedna z istot, która od pewnego czasu kręciła się w pobliżu. Błędnie założyłem więc, że cała ciekawska grupa do banda smarkaczy, których trzeba usadzić. Chciałem nauczyć ich nieco rozsądku i pokazać co się stanie jak wpadną w moje łapy. Czekałem więc grzecznie aż mała zejdzie z drzewa, a gdy w końcu znudziła się siedzeniem na górze i zniżyła się do mojego poziomu dopadłem ją w celu przerobienia jej na szaszłyk.
Nie skończyłem nawet prawić jej pożegnalnego kazania, a przekonałem się, że pozostałe dwa 'smarkacze', które spodziewałem się wystraszyć są starszymi ode mnie, dużo wyższymi i silniejszymi mężczyznami, którzy nie chcą, by ich młoda podopieczna skończyła w sposób jaki dla niej umyśliłem.
Nie powiem co ze mną zrobili, ale usprawiedliwiając ich dodam, że nie byli zbyt brutalni".


He he... oczywiście żartował. Persei i Borg wyskoczyli z krzaków, ale do żadnych rękoczynów nie doszło - Nill był tak zdziwiony, że zdołałam mu się wyrwać i schronić się za kopytem przyjaciela. Wtedy też nawiązaliśmy kontakt z przybyszem - i jak się okazało to był dopiero początek naszej wspólnej przygody.

Trochę trwało nim udało się nam dogadać - w końcu jednak wilczek stał się nieodłączną częścią naszej grupy. Z Perseuszem dzielili się wiedzą i robili za intelektualistów. To jego Nill najbardziej szanował i znalazł z nim wspólny język. Opowiedział trochę o sobie, skąd się wziął i co wie - Persi przygotował go za to do życia na wyspie i zaczął uczyć dialektu (na początku porozumiewali się za pomocą Wspólnej Mowy i Języka Elfów). Za jego sprawą też charakter młodego byłego-arystokraty zaczął się zmieniać.

Borg nie przekonał się do wilka od razu, ale po paru ciekawszych akcjach z naszym udziałem z tych dwóch typków zrobili się niemal bracia krwi. Jeden od myślenia i planów, drugi od działania i fizycznej roboty. Kiedy udało im się już tak podzielić przestali w naturalny sposób ze sobą rywalizować i... i nasz drogi niedźwiedź stał się wiernym pomocnikiem Lucy'ego, który bez szemrania wykonuje wszystkie jego polecenia.

A ja? Jak tak się zastanowię, to chociaż Persei najwięcej mu wytłumaczył to jednak moja zasługa w tym, że Nill przekonał się w praktyce jak wygląda współistnienie z innymi istotami i trudy opiekowania się nadpobudliwym dziecięciem, które ma twoje zdanie gdzieś. Uwielbiałam robić mu dla żartu psikusy i pakować nas w rozliczne kłopoty, a przy tym często udzielałam mądrych rad sześciolatka, których z kolei nie chciał słuchać on. Byliśmy jak rodzeństwo i tak w sumie zostało - kochamy się, ale jeszcze bardziej lubimy sobie od czasu do czasu dokopać. No i oczywiście dzięki mnie (i Borgowi) poznał dialekt zmiennokształtnych. No nie wypadałoby, żeby wilkołak nie miał go opanowanego!


+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++


Na początku nie znaczyliśmy nic - ot, grupa półzwierząt szlajająca się po wyspie w swoim własnym tempie. Czasami sprawialiśmy komuś kłopoty, czasami wręcz przeciwnie; a pewnego dnia Nill, któremu takie bezcelowe życie średnio odpowiadało, zobaczywszy opustoszałe domostwo rujnujące się powoli gdzieś w pobliżu Wodospadów, postanowił, że czas coś ze sobą zrobić.
Tak zaczęła się budowa naszego zajazdu - wilczek przekonał nas, że jeżeli włożymy w ruderę trochę pracy może udać nam się coś z niej zrobić. Nie mieliśmy nic lepszego do roboty, więc... czmu nie? Byliśmy zaintrygowani pomysłem i ciągle rozwijającymi się planami towarzysza - ten z dnia na dzień stawał się coraz bardziej pewny tego, że ma rację i nosa do inwestycji. Oczywiście trzech mężczyzn (z czym jeden potykający się od czasu do czasu o własne nogi) i mała dziewczynka to nie była specjalnie powalająca siła robocza, ale z czasem (głownie z ciekawości) przyłączały się do nas coraz to nowe ręce. Niektórym Lucy płacił - pozwalając im pogrzebać w jego kuferkach i zabrać sobie coś mniej cennego. Za resztę zaś kupował w porcie materiały niezbędne do odnowienia budynku. I tak się to ciągnęło - wstawaliśmy rano, braliśmy się do pracy, robiliśmy przerwę, wracaliśmy do pracy, kładliśmy się spać... oczywiście tych przerw było trochę więcej niż wymieniłam, ale ogólny schemat dnia się zgadza.
W tym okresie Nill poznał najwięcej mieszkańców wyspy - tych z portu, z morza, z jezior, tropikalnych lasów, nor i innych dziwactw. Zdążył ich sobą zainteresować, a że był już trochę przez nas wychowany to zamiast ich zrażać namówił ich do współpracy. To był początek tkania przez niego zawiłej siateczki kontaktów, którą utrzymuje (i poszerza) po dziś dzień.
I w końcu - nasz mały lokal był niemal skończony! Piętrzył się dumnie wśród palm i innych zieloności - na dole knajpka, na górze mieszkanko. (Tak to właśnie wyglądało na początku - dopiero potem rozbudowywaliśmy to miejsce (tak ze trzy razy)).

W międzyczasie Lucy uczył się (lepiej) targować, rozmawiać z naturianami, poznawał ich rasy i zwyczaje, sprzedawał swoje rzeczy, pracował, kierował nami i starał się zrobić pijalną kawę. Tak!
To w tamtej ruderce znalazł sprzęt potrzebny do takich praktyk. Z tym, że na początku żadne z nas nie wiedziało co to tak naprawdę jest (nawet Persei!)... Nill długo szukał kogoś, kto może zdradzić sekret owych przyrządów i pewnego dnia znalazł - stary człowiek o siwych roztarganych włosach i oczach o nietypowej barwie fioletu, mieszkający na wyspie od lat, ale pochodzący spoza Alaranii... on wiedział nie tylko do czego to wszystko ma służyć, ale nawet skąd się wzięło. Jak się okazało cała ruderka kiedyś należała właśnie do niego - a on wiele lat wcześniej osiadł na wyspie z dala od rodzinnego domu... w końcu jednak 'zmądrzał', został pustelnikiem i porzucił ziemskie dobra. Miał za to wiedzę. I tą widzą raczył się z Lucy'm w końcu podzielić (po długich pertraktacjach i w zamian za dożywotnie noclegi w nowym zajeździe; najwyraźniej staruszek porzucił dobra ziemskie, ale tylko swoje własne, od cudzych bowiem jakoś wybitnie nie stronił). Tak Nill dowiedział się o czarnym napoju robionym z palonych ziaren pewnej rośliny... która tu nie rosła. Był nieco zawiedziony (i wkurzony, bo staruch zajął mu jeden z pokoi). Na szczęście nie skończyło się to w ten sposób - kiedy siwobrody (nazywający siebie Grog) polubił naszego szefa na swój pokrętny sposób, wtedy powiedział, że co roku przypływa do niego jego syn lub wnuk, bo ,,chcą wiedzieć gdzie ukryłem rodowe kosztowności, złodzieje jedni! A one są moje! Wiedzie co im dam!? A figę im dam, o!" i wykonywał bardzo brzydki gest. Jednak było jak mówił - jeden z jego potomków zjawił się pewnego dnia na bardzo specyficznej łodzi. Wyglądał miło i do dzisiaj nie wiem czy naprawdę martwił się o starego czy też doskonale udawał - tak czy siak robił miłe wrażenie. Posługiwał jednak nietypowym językiem i ciężko było go zrozumieć; na szczęście za pośrednictwem udobruchanego gorącą zupą staruszka udało nam się dogadać. Zgodził się (za opłatą oczywiście - zmyślna rodzinka) przywieźć na próbę wór jednego z rodzajów ziaren. I wrócić za 3-4 miesiące.
Kiedy pestkowce trafiły w końcu w ręce Nilla zaczął się tym bawić zadowolony i uparty jak dziecko... palił, mielił, zaparzał, a reszta pluła tym na wszystkie strony i błagała, by przestał. Ale wiadomo - Lucy to Lucy, robi co mu się podoba. Tak więc dręczył wszystkich tak długo, aż jego lurę dało się wypić. Dobrze, że tak zrobił, bo teraz na tej kawie zarabiamy więcej niż na noclegach, ale wtedy nikomu by nie przyszło do głowy, aby powiedzieć, że jest to dobry pomysł.
Owe dostawy z zagranicy sporo nas jednak kosztują - mamy na szczęście stałą umowę, ale z początku była ona powodem, dla którego trzeba było się zapożyczyć...
Po wielu latach współpracy wynagrodzono nas jednak przemiłym dodatkiem w postaci sadzonek - utrzymują się one całkiem nieźle w naszym klimacie, a i odpowiednie osoby się nimi opiekują (tak zgadliście - one też zwykle nie robią tego za darmo...). Roślinki jednak są traktowane raczej jako część pasji wilkowatego niż prawdziwa uprawa - nie pokrywają nawet jednej czwartej naszego zapotrzebowania, a ich utrzymanie jest dosyć kosztowne.

Ale wracając!

Nim się obejrzeliśmy część naszych współpracowników stała się klientami - a my nabawiliśmy się poczucia obowiązku. Wybranka Borga, Berhe (obecnie jego żona) była na spółkę z Perseiem pierwszą naszą kucharką. Borg zajmował się pracami... wszelkimi innymi, a Nill starał się to jakoś ogarnąć. Przez pierwsze miesiące panował tu chaos zupełny - czasem umawialiśmy się z kimś, że dostarczy ryby, czasem owoce, potem coś nie wychodziło i sami ganialiśmy za składnikami, przepraszaliśmy gości, śmialiśmy się z nimi i całkiem nieźle bawiliśmy, choć był to bardzo pracowity okres (zwłaszcza jak ktoś już przyzwyczaił się do leniwego grzania pośladów na plaży).

Interesy szły całkiem całkiem, ale środków zaczynało brakować - Nill nie mógłby rozbudować swojego 'królestwa', gdyby nie propozycja pewnej osoby...


+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++


W święto letniego przesilenia namówiliśmy Lucy'ego, by wybrał się z nami na pokaz fajerwerków (koniecznie chciałam to zobaczyć!), więc wyjątkowo pokazał się w mieście w swojej ludzkiej formie. Zapowiadało się spokojnie i zabawnie (no dobrze, tylko zabawnie) i tak też było - nawet natknęliśmy się na zagubione dziecię! Dziewczynka była mniej-wiecej w moim wieku, ale wystraszona niczym kilkudniowe pisklę - w ogóle nie przypominała dzielnego kotołaka (no i w sumie nim nie była, więc wszystko się zgadza). Myślałam, że uda mi się z nią pobawić i wrzucić ją do fontanny, ale moi dojrzalsi towarzysze uznali, że trzeba jak najszybciej znaleźć jej opiekunów. Tak więc wypytali ją i zaczęły się poszukiwania - niebieskowłosego trytona na szczęście namierzyliśmy dość szybko - jak się okazało był poławiaczem pereł i miał na imię Hanale.
Uznał, że za odnalezienie jego szkrabika należy nam się hojna nagroda. Znaczy... ujął to nieco inaczej, ale grunt, że był gotów się nam odwdzięczyć. A zwłaszcza Lucy'emu, bo to on przejął inicjatywę przy całym tym zdarzeniu. Tak panowie się zapoznali, zakochali i zarę... nie, chwila, to nie ta bajka.
Tak się zapoznali.

I najwidoczniej przypadli sobie do gustu, bo ich znajomość szybko się nie urwała - tryton poza wszystkim wciąż miał dług, który chciał spłacić. I w końcu nadarzyła się okazja - zaproponował, że skoro Lucy potrzebuje wsparcia finansowego, by dokończyć przerabianie lokalu na zajazd, to on mu je pożyczy - bez żadnych procentów, na zasadzie 'oddasz kiedy będziesz mógł, bo wiem, że to zrobisz, w końcu ci ufam'. Coś w tym stylu. Nill z początku się przed tym wzbraniał, gdyż suma była dość duża, a i przyzwyczaił się już, że od nikogo niczego ot tak nie bierze... ale skoro miał to potem w całości oddać to w końcu przyjął propozycję Hanale i się umówili. Znaczy - byli umówieni. Na spłacenie pożyczki.

A dalej cóż... żyliśmy pracowicie, choć dosyć spokojnie. Zajazd się rozrastał, nasza rodzinka także (na świat przyszły dzieci Borga i Berhe, zdobyliśmy także nowego kompana, który został naszym nowym kucharzem), a Lucy... Lucy stał się Lucy'm. Takim jedynym prawdziwym, którego znamy. Zapomnieliśmy o jego przeszłości - chociaż teraz się rozgadałam normalnie na ten temat milczymy jak posągi - na wyspie w ogóle panuje ogólne przekonanie, że pewnego dnia Nill wyłonił się z piany morskiej, a wcześniej nie wiem... morze był algą. Każdy ma swoją wersję.
Tak czy inaczej jakoś egzystowaliśmy, każdego dnia dając z siebie wszystko/uciekając z roboty/udając, że pracujemy/ganiając dzieci Borga dookoła palmy. Co kto lubi.

Wszystkie te lata były dla wilkołaka całkiem owocne - stał się postacią całkiem dobrze znaną i nawet szanowaną, ale nie mogącą ot tak wziąć sobie choćby dnia urlopu. Mieszkańcy wyspy nie zawsze mogli płacić mu pieniędzmi, więc albo pracowali, albo przynosili mu różne (nie raz bardzo cenne) dziwactwa. Zakładam, że na swoim prywatnym stryszku, gdzie nawet pająki nie mają wstępu trzyma właśnie te rzeczy, które sprzedaje potem odpowiednim osobom z niemałym zyskiem. Całkiem ciekawy interes prowadzony na boku. Ale żeby nie było - niemal wszystkie prywatne oszczędności Lucy przeznacza na nas i zajazd, niczego mu więc nie zarzucam.

Tak się to kręciło, aż pewnego dnia dotarła do nas wiadomość o śmierci Hanale. Skubaniec zostawił po sobie całkiem ciekawe wrażenie, a chodziło o testament, w którym nie pominął swojego wilczego druha. I wszystko byłoby w miarę normalne, gdyby nie to, że postanowił bez żadnych wcześniejszych uzgodnień oddać mu swój najdroższy skarb - córkę.
No tego Nill nie mógł wrzucić na strych i potem sprzedać (a pewnie wolałby jak już właśnie coś takiego).
Zamiast tego miał się z nią ożenić.

Co ciekawsze - nigdy nie mieli się jakoś specjalnie ku sobie. Widywali się czasami przy okazji spotkań Nilla z łuskowatym, mówili sobie 'dzieńdobry' i na tym się kończyło. Żadnych iskier, ukradkowych spojrzeń i bijących maniakalnie serc rozpalonych pożądaniem.
Oboje więc byli mocno zdziwieni decyzją ojczulka.
I chyba nie dokońca im się ona podobała.
Właściwie to trudno było im to znieść ze spokojem, ale Lucy mimo tego starał się zachowywać z godnością i nie wyglądać na kogoś, kto właśnie dostał od starego przyjaciela dachówką w łeb.

No i zaczęły się przygotowania - jestem skłonna stwierdzić, że wywołało to więcej zamieszania w życiu syrenki niż w naszym - u nas bowiem niespodziewane rzeczy działy się stosunkowo często, a w dodatku mieliśmy swój rytm pracy, na którym się skupialiśmy. Tak więc przez pół roku dla Lucy'ego jego własny ślub był tylko ciekawostką i kolejnym, 'niewielkim' obowiązkiem. Dla nasz zaś była to okazja do wyszalenia się.
Każdy dodał coś od siebie - sam ślub odbywał się kilkanaście razy (pod rząd), za każdym razem wedle innej tradycji, tak by każdy był zadowolony (z wyjątkiem pary młodej, ale oni się nie liczyli). To samo z weselem - kulturalny i wierzeniowy miszmasz, ale nieodmiennie głośne krzyki i ogólne podniecenie - ostatecznie wycieńczona syrenka padła, a Nill posiedział z nami, by potem zamknąć się u siebie.

Teraz Kaikomi jest częścią naszej rodzinki niespełna rok i całkiem się już tutaj wpasowała. Traktujemy ją, wydaje mi się nieźle, karmimy i oswajamy... ma także już stałą robotę. Z Lucy'm zaś tworzy całkiem zgra... em... duet. Ale się starają. Nawet mieszkają w jednym pokoiku.
Razem z Myszą.

Dane gracza: Lucy

Nazwa użytkownika:
Lucy
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Cz lut 09, 2017 3:41 pm
Ostatnia wizyta:
N lip 23, 2017 4:04 pm
Liczba postów:
2 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.01 posty dziennie)
Ostatni post:
[Zajazd i okolice] Wszystko zaczęło się po ślubie
N lip 16, 2017 9:15 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Księga Boskich Praw
(Posty: 1 / 50.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Prośby o sprawdzenie KP
(Posty: 1 / 50.00% postów użytkownika)

Podpis

cron