Profil użytkownika Nikolaus

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Nikolaus Santi de weissefamilie von Turilli
Rasa: Wampir czystej krwi
Wiek: 658 lat


Aura

Niezwykła siła pulsująca od emanacji już z daleka zdradza jej obecność. Niby tajemnicza krypta, skrywa drzemiącą w niej potężną moc, od której bije wyraźny chłód oraz ciemna i matowa, lecz zdecydowanie obsydianowa poświata. Powierzchnia aury jest wyjątkowo twarda, niczym barwiony żelazem kamień. Miejscami jest on jednak na tyle miękki, że ktoś wyżłobił w nim platynowe i kobaltowe zdobienia, dodając gdzieniegdzie delikatne ornamenty w barwach rtęci i, co może niejednego zaskoczyć – miedzi. Mimo wszystko powierzchnia gnie się niesamowicie, swą elastycznością przypominając topniejący lód, który dopiero po ponownym zamarznięciu atakuje ponownie swoimi wyjątkowo ostrymi krawędziami. Emanacja w dotyku jest gładka i aksamitna, kusząc łagodnym, chociaż gorzko – słonym smakiem. Czuć zapach świeżej krwi i lepki, metaliczny posmak w ustach, pozostawiający jednak po sobie wrażenie suchości. Dominującym dźwiękiem jest spokojna, głęboka melodia, kojąca zmysły i oświecająca umysł, przez którą z trudem przebijają się krzyki agonii. Wtedy czuć również dojmującą stratę, która przechodzi w uczucie zagrożenia w momencie, w którym do uszu docierają jęki torturowanych, a nozdrza wypełnia przytłaczający smród.


Wygląd

Ktoś pomiędzy rycerzem a nekromantą, ktoś, przed kim tłum podświadomie się rozstępuje, bo patrząc na niego widzi władzę i siłę. To oczywiście kwestia sylwetki i postawy. Niezaprzeczalnie wysoki, bo mierzący sześć i pół stopy, szczupły, zawsze wyprostowany i z dumnie podniesioną głową, pewny siebie i trochę arogancki. Kolejny palec wzrostu a czasem nawet więcej dodają mu obcasy, noszone po to, by nie brodzić w błocie i krwi. Ten wzrost sprawia, iż generał wydaje się być jeszcze szczuplejszy niż jest w rzeczywistości, wielu określiłoby go jako chudego, lecz zmieniłoby zdanie po dokładniejszym przyjrzeniu się jego sylwetce. Turilli nie jest mocno zbudowany, ale też nie można go nazwać delikatnym, jego mięśnie ledwo odznaczają się pod skórą, są jednak twarde jak tysiąckrotnie kuta stal. Proporcje ciała są dobrze zachowane, męskie, choć generał zdaje się mieć bardzo długie nogi - to ponownie zasługa noszonych butów i dobrze dopasowanych spodni. Odpowiednio szerokie ramiona nie pozostawiają wątpliwości, że jest to wojownik. Dłonie ma za to jak pianista, wąskie, ze smukłymi palcami bez widocznych zgrubień w stawach, z krótkimi płytkami paznokci, których barwa niewiele różni się od otaczającej je skóry, a lunula jest ledwo widoczna. Nadgarstki sprawiają wrażenie mocnych, co łagodzi trochę delikatną aparycję samych dłoni.
Gdy patrzy się na twarz Nikolausa, od razu dostrzega się jeden jej istotny element, który przyćmiewa całą resztę - jest to opaska na oko. W pojedynku z bratem wampir stracił prawe oko i zamiast wprawić sobie szklany implant, zdecydował się na noszenie opaski, która dodatkowo maskowała blizny wokół oczodołu. Jego drugie, w pełni zdrowe oko, jest głęboko osadzone, ma tęczówkę ciemnoszarej barwy burzowego nieba, a przez widoczny spory fragment białek jego spojrzenie zdaje się być wyjątkowo przenikliwe. Krótkie czarne rzęsy i szeroka brew o mocno opadającej linii nadają obliczu Turilliego surowości. Gdyby jednak nie poważny mankament w postaci braku jednego oka, Nikolaus mógłby uchodzić za przystojnego mężczyznę. Ma symetryczną, owalną twarz, jasną i gładką skórę - jak prawdziwy arystokrata. Jego wysokie czoło nie rzuca się w oczy przez opadające na nie włosy, pełne policzki za to wizualnie go odmładzają. Nos jest długi, lecz wąski i jeśli nie patrzy się z profilu, to nie rzuca się tak w oczy, usta zaś mają lekko opadające kąciki, są duże lecz pełniejsze pośrodku, więc dopiero gdy rozciągają się w uśmiechu widać ich realną szerokość. Nie ma najmniejszych śladów zarostu, jego włosy zaś są gęste, czarne jak noc i kręcone. Ich długość pozwala Turilliemu związać je w krótki kucyk, z czego on korzysta jedynie podczas oficjalnych uroczystości - wtedy też przygładza je lekko specyfikiem na bazie wosku i wiąże czarną aksamitką - a przez większość czasu nosi je rozpuszczone. Jego loki nieznacznie się prostują pod wpływem wilgoci bądź gdy wampir wyjątkowo mocno się zgrzeje. Są na tyle gęste, że zasłaniają jego uszy o dość pociągłej małżowinie - zupełnie jakby w jego żyłach płynęła kropla elfiej krwi.
Nie będzie przesadą, jeśli szaty Turilliego nazwie się monochromatycznymi - nosi się on prawie wyłącznie w czerni, od święta przełamując ją bielą koszuli czy jakimś dodatkiem w ciemnym kolorze, gdyż uważa on, że jaskrawe barwy są dobre dla cyrkowców, a on musi wyglądać godnie. Ten pogląd znajduje również odzwierciedlenie w doborze ubrań - zawsze prezentuje się bardzo elegancko. Często widuje się go, jak paraduje w ozdobnej zbroi z głową demona na piersi - jest ona skórzana i jedynie wzmacniana metalowymi elementami, noszenie jej nie jest więc uciążliwe. Czasami zdarza się, że zakłada do niej czerwoną pelerynę, czyni to jednak niechętnie, gdyż nie są to barwy jego rodziny. Jego bardziej cywilne ubrania składają się z koszuli ze stójką i mankietami, dopasowanych spodni, marynarki - żadnych falbanek, żabotów, które bardziej przystoją fircykom niż mężczyznom na jego pozycji. Pewną ekstrawagancję stanowią jego buty: wysokie pod kolano, jak już wcześniej wspomniano zawsze na wysokim obcasie, czasami wiązane, czasami wciągane, w zależności od potrzeby. Nogi wampira wyglądają w nich wyjątkowo korzystnie i dodatkowo wydłużają jego krok. Na koniec warto wspomnieć o biżuterii Nikolausa. Nosi on trzy pierścienie, wszystkie na prawej dłoni: jednym jest sygnet rodowy, drugim obrączka, trzeci zaś to zwykła błyskotka. Sygnet na małym palcu wykonano z białego złota, w oczku zaś znajduje się obrobiony techniką intaglio onyks z herbem Turillich: tarczą podzieloną na dwa pasy, gdzie na prawym znajduje się pojedyncza chryzantema, a na lewym półksiężyc zwrócony rogami ku górze, obejmujący siedmioramienną mauryjską gwiazdę. Na palcu serdecznym Klaus nosi obrączkę po Evie - kunsztowną plecionkę ze srebra i złota zwieńczoną diamentem. Ostatni pierścień znajduje się na jego palcu wskazującym - to po prostu bogata błyskotka z oksydowanego srebra z dużym szmaragdem o szlifie łzy.
Jak można by się spodziewać po generale, Turilli chodzi dumnie wyprostowany, z wysoko uniesioną głową, a w jego ruchach widać niezwykłą pewność siebie. Chociaż nie chodzi szybko, ma długie nogi i długi krok, przez co niektórzy muszą przy nim truchtać. Nie przesadza z gestykulacją, woli podkreślać nią swoje wypowiedzi niż doprowadzać do sytuacji, w której to jego ręce wyrażają więcej niż słowa. Wściekły robi się szybki jak błyskawica, lecz gdy jest spokojny, odnosi się wrażenie, że nawet najprostsze gesty są dla niego elementem rytuału. Jego twarz rzadko zdradza jakiekolwiek emocje, lecz wszystko nadrabia wyjątkowo ekspresyjne oko oraz głos, który jest niski, ciepły i lekko chropawy, idealny do uwodzenia, lecz przy tym nie odbiera on powagi groźbom, a wręcz może sprawia, że są jeszcze gorsze. Generał mówi głośno i wyraźnie, ma jednak specyficzny akcent padający na pierwszą sylabę, zmiękczający szeleszczące zgłoski, z bardzo wyraźnym “r”. Śmieje się niezwykle rzadko, a uśmiecha bardziej w ramach groźby, by pokazać swoje kły.


Charakter

Większość zapytanych o charakter Nikolausa osób wymieni dwie jego cechy: praworządność i nieczułość. Faktem jest, że to jego zasługą jest kształt współczesnej mauryjskiej straży i jest ona odbiciem jego przekonań. Turilli jest wielkim patriotą chcącym służyć ku chwale swojego państwa i fanatycznym stróżem prawa, który zna wszystkie przepisy jak modlitwę i bezwzględnie się do nich stosuje. Nie uznaje czegoś takiego jak okoliczności łagodzące, specjalne traktowanie ze względu na status czy znajomości, czego przykładem może być chociażby los jego syna. Co ważne uważa, że jego również obowiązuje to samo prawo co innych, przez co nie jest przykładem złego szeryfa z bajek, który uciska biednych… Nie jest też jednak wcale pozytywnym bohaterem. Trudno lubić go za charakter - jest dobrze wychowany, uprzejmy i dostojny, ale przy tym zimny jak lód. Nie śmieje się, nie żartuje, nie da się go namówić na radosną zabawę. Potrafi z uporem dążyć do obranego celu, nie da się sprowokować, za nic w świecie nie złamie danego słowa - gdy przysięga wierność, to po grób. Nigdy nie kłamie i jeśli ma powiedzieć coś niezgodnego z prawdą woli milczeć, nie mówi też przez to fałszywych komplementów i nie podlizuje się, nigdy nie posunął się do łapówkarstwa. Jest pewny siebie, ambitny i władczy, przez swą pozycję i przynależność rasową bywa arogancki. Widać, że wampiry darzy dużo większą sympatią niż pozostałe rasy, na podobne względy w jego oczach zasługują również pradawni, reszta zaś jest traktowana przez niego z dystansem. Mimo to na swych najbliższych współpracowników często wybiera ludzi, twierdząc, że z tej najbardziej nijakiej rasy potrafią wybić się najbardziej wybitne jednostki. Nie jest uprzedzony do żadnej profesji, oczywiście z wyjątkiem kryminalistów, nawet tych “nawróconych”, gdyż wedle niego zbrodnie się nie przedawniają i jeśli ktoś raz zboczył z drogi prawa, prędzej czy później zrobi to ponownie. W stosunku do kobiet z reguły zachowuje się lepiej niż w stosunku do mężczyzn, jest delikatniejszy i bardziej uprzejmy, ale również w granicach zdrowego rozsądku, poza tym wiele zależy od statusu społecznego danej niewiasty, bo inaczej będzie rozmawiał z chłopką, inaczej z mieszczanką, a inaczej z arystokratką, w stosunku do każdej zachowując odpowiednie maniery. Flirtuje i uwodzi w sposób, który nie pozostawia miejsca na domysły, lecz nie jest przy tym wulgarny. Nie odczuwając presji ponownego ożenku nie jest specjalnie wybredny i nie przeszkadza mu płeć, rasa ani pozycja osoby, o którą się stara - wystarczy, że ten ktoś przypadnie mu do gustu, bo w końcu chodzi tylko o miłe spędzenie czasu, broń boże o potomstwo. Dość często zdarza się, że łączą go intymne relacje z osobami, z którymi podpisał pakt krwi. Gdy jednak dostrzega, że ktoś nie jest mu przychylny, wtedy odpuszcza.
Sympatia Nikolausa jest czymś, na co trudno lecz zdecydowanie warto sobie zapracować - jak wspomniano, raz dane przez niego słowo jest ważne po kres czasu, więc zawsze będzie gotowy pomóc swemu przyjacielowi, nawet jeśli nie widzieli się całe dziesięciolecia. Nie jest jednak typem mężczyzny, który potrafi okazać czułość chociażby pod postacią ciepłego uśmiechu czy pocieszających objęć. Przez lata doświadczenia w przesłuchaniach i dowodzeniu często wie kiedy ktoś go okłamuje i gdy jest to potrzebne, potrafi wywrzeć na delikwencie odpowiednią presję, by wyciągnąć z niego prawdę.
Jeśli chodzi o pomoc uciśnionym, to wszystko zależy od tego jaka konkretnie krzywda im się dzieje - gdy Turilli trafi na przykład na próbę kradzieży, oszustwa, gwałtu, to pomoże bez namysłu, lecz jeśli ktoś po prostu miał pecha i mu się w życiu nie wiedzie, to cóż, ma pecha, niech sobie sam radzi. Klaus nie lubi osób życiowo niezaradnych i słabeuszy, uważa, że powinni się zahartować albo zdechnąć, skoro nie potrafią o siebie zadbać. Ceni sobie silne charaktery, odważne i honorowe, dla takich jest w stanie uczynić wyjątek i pochylić się nad nimi w chwili słabości. Na koniec mówiąc o charakterze Turilliego warto wspomnieć o jednej istotnej jego cesze: furii. Nie jest łatwo wyprowadzić go z równowagi, z reguły jest zimny i opanowany, lecz gdy wpadnie w gniew biada temu, kto go sprowokował. Staje się wtedy niezwykle brutalny i bezwzględny i jeśli powód był wystarczająco dobry, może nawet zabić delikwenta.

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny, Wytrwały, Wrażliwy,
Zwinność:Bardzo zręczny, Błyskawiczny, Precyzyjny,
Percepcja:Półślepy, Czuły słuch, Wyostrzony węch, Wyczulony na magię,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, Żelazna wola,
Prezencja:Arytokratyczny, Władczy,

Cechy specjalne

Biała krew Turillich [S]Biała gałąź rodu Turillich w imię czystości krwi często żeni się między sobą, a jak wiadomo kazirodztwo prowadzi do powstawania różnych anomalii u potomstwa. W wyniku tego każdy mężczyzna z tej rodziny obdarzony jest niezwykłym talentem do praktykowania magii, lecz cierpi na losowe przypadłości fizyczne. Nikolausa dotknął całkowity brak naturalnej regeneracji. Nawet najdrobniejsza rana na jego ciele nie zarasta samoczynnie i nieustannie krwawi. By się zregenerować, Klaus musi wypić odpowiednio dużą ilość świeże krwi, dzięki ktorej może odbudować uszkodzone tkanki. Nie może posilić się na zapas, gdyż jego organizm nie sięga po zgromadzone rezerwy, przeznaczone na podstawowe funkcje życiowe. Mimo tej ułomności Turilliemu nie robią się siniaki, mówi się jednak, że nawet cierń róży wystarczy, by pozbawić go życia.
Starożytna krew [D]Starożytna i bardzo czysta krew wampirów oprócz typowych dla tej rasy cech takich jak przemiana (w jego przypadku w kruka), głód krwi czy wrażliwość na srebro, czosnek i światło, daje Nikolausowi jedną znaczącą przewagę: jest on w niewielkim stopniu niewrażliwy na promienie słoneczne, co nie oznacza jednak, że może biegać sobie po łące w słoneczny dzień, wytrzyma jednak blade promienie świtu. Zdolności hipnotyczne zawdzięcza wbrew pozorom znajomości odpowiednich arkan magii a nie wrodzonej cesze jak to bywa u większości przedstawicieli jego gatunku.
Mentalny taran [M]Nikolaus ma wrodzony talent do magii i po mistrzowsku opanował magię umysłu. To jednak wrodzone predyspozycje połączone z niezwykle silną osobowością pozwalają mu na stosowanie mentalnego taranu. Jesto to bardzo skuteczna broń na osoby chronione barierą umysłową, naturalną bądź też pochodzącą od artefaktu. Turilli jednym celnym mentalnym atakiem jest w stanie skruszyć taką barierę i się przez nią przedrzeć. Wymaga to od niego dłuższej chwili skupienia i jest dość męczące, lecz opłacalne zwłaszcza podczas przesłuchań. Jeśli zaś chodzi o szanse powodzenia, te są całkiem wysokie, gdyż większość osób nie spodziewa się takiego ataku i nie jest w stanie go zablokować, zaś realne szanse odparcia go mają jedynie osoby o niezwykle silnej woli i dużym doświadczeniu magicznym oraz mistrzowie magii umysłu.
Ślepa sprawiedliwość [S]Zabawne - mówi się, że sprawiedliwość jest ślepa i nagle widzi się jej najwierniejszego sługę, który okazuje się nie mieć jednego oka. Ta skaza w dość znaczącym stopniu utrudnia mu życie - ma problem z widzeniem przestrzennym, z zawężonym polem widzenia, przez co wiele czynności sprawia mu kłopoty. Kiedyś o wiele lepiej walczył, teraz musi polegać głównie na magii i swoich magicznych zmysłach. Uciążliwe jest również czytanie i pisanie i czasami nawet napełnienie kielicha okazuje się być kłopotliwe.

Umiejętności

Walka bronią białą [długi miecz] [O] Niezbyt imponujące umiejętności walki bronią białą wynikają z braku jednego oka - przez to Nikolaus ma problem z zawężonym polem widzenia oraz z widzeniem przestrzennym. Walki z reguły rozgrywa przy pomocy magii.
Uniki [W] Tu działa głównie instynkt. Turilli ze względu na swą upośledzoną regenerację musi unikać jak najwięcej ciosów, bo leczenie ich może okazać się niezwykle kłopotliwe.
Nekromancja [W]
Prawo [M]
Polityka [O]
Taktyka i strategia [W]
Etykieta [M] Dla Nikolausa zasady to sens życia, więc i etykietę bardzo dobrze zna i przestrzega, chociaż czasami jak trzeba, to potrafi być nieokrzesanym brutalem.
Taniec [W] Jedynie tańce dworskie.
Jeździectwo [O]
Torturowanie [P] W większości wydobywaniem zeznań z przesłuchiwanych zajmują się odpowiednio przeszkolone do tego osoby, lecz Turilli czasami lubi się wtrącić.
Wiedza ogólna [O] Jako arystokrata został dobrze wykształcony za młodu.
Historia [O]
Gra na instrumencie [organy] [O] Każdy ma jakieś hobby, czyż nie?
Poliglotyzm [O] Klasyczny mauryjski zestaw: Czarna Mowa, mowa nieumarłych i język smoków.
Rytualizm [P]
Polowanie [O]
Tropienie [O]
Czytanie i pisanie [W]
Kaligrafia [O]
Alchemia [P]
Czytanie aur [O] Tą umiejętnością Nikolaus częściowo rekompensuje swoje ograniczone widzenie, a przez setki lat posiłkowania się nim jest w stanie wyczytać całkiem sporo z większości aur.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Moce
Umysłu [M]Tę dziedzinę magii opanował w niezwykle młodym wieku, upatrując w niej uniwersalne narzędzie do rozwiązywania większości problemów. Dzięki niej może skończyć walkę bez rozlewu krwi, podporządkowując sobie oponenta, zmusić go do składania zeznać, a nawet wspomagać swoje widzenie.
Śmierci [A]W Maurii, mają za ojca nekromantę, trudno było uniknąć tego rodzaju wiedzy. Turilli niechętnie jednak ożywia zmarłych, woli skupiać się na przedmiotach, bo te są zawsze pod ręką. Nie jest to też dziedzina, którą wykorzystuje wybitnie często.
Zła [N]Nikolaus zna jakieś dwa zaklęcia na krzyż, które służą do wywoływania bólu - lubi nimi szczególnie atakować oczy, bo wie, jak bardzo potrafi to być bolesne.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Rodzina Turilli to jeden ze starych arystokratycznych rodów wampirów z Maurii, która wieki temu została rozbita na dwie gałęzi, tak zwaną Białą i Czerwoną Rodzinę. Różnią nas herby, majątki i przede wszystkim czystość krwi oraz pewne wyznawane wartości. My, “biali”, mamy zdecydowanie czystszy rodowód, w jego imieniu nie mieszamy się z innymi rasami, przemienionymi i nawet niektóry słabymi rodami czystej krwi. To mocno zawęża możliwości przedłużenia naszej linii, dlatego jesteśmy zmuszeni, że tak pozwolę to sobie nazwać, mieszać w jednym tyglu, do tego stopnia, że w naszej historii zdarzały się już małżeństwa brata z siostrą, którzy mieli jednego ojca i dwie matki. Nie jesteśmy przez to idealni, bo chociaż dziedziczymy - przynajmniej mężczyźni - siłę magiczną, fizycznie bywamy ułomni, nie jest to jednak wielka cena, zawsze musi być coś za coś. Dzięki temu, jako potężni magowie, jesteśmy blisko władzy.
Mój ojciec, Lambert Turilli, był głową rodu całe stulecia - potężny nekromanta, który wykazywał przy tym niezwykły wręcz talent do dyplomacji. Ożenił się - tak jak my wszyscy - z rozsądku, z wampirzą arystokratką spoza Maurii, która miałą jednak wystarczająco czystą krew, by zostać jedną z nas. Ich pierwsze dziecko było płci męskiej, co zawsze stanowiło dobry znak, gdyż zapewniało ciągłość w przekazywaniu władzy w rodzie, zwłaszcza jeśli odznaczało się dodatkowo odpowiednim charakterem. Chłopiec wyglądał jak skóra zdarta z ojca, nie licząc jego całkowitego albinizmu, przez to podobieństwo jednak nazwano go Lambertem Młodszym.
Gdy jednak pierworodny syn był już dorosłym, aczkolwiek nadal bardzo młodym, mężczyzną, jego matka urodziła drugiego syna - mnie. Byłem fizycznie podobny do niej, miałem kręcone włosy i twarz porcelanowej lalki, przez co wyglądałem bardzo niewinnie, jak dziewczynka, i od początku traktowano mnie z lekkim pobłażaniem. Dzieckiem byłem zresztą ponoć bardzo uroczym. Jednak szybko dorastałem i dostrzegałem więcej niż by przypuszczano, miałem przy tym charakterek niepasujący do mojej rozczulającej wtedy twarzyczki. Uczyłem się, obserwowałem, snułem plany i układałem strategie. Nie chciałem być drugi, ta pozycja nic mi nie dawała, chciałem więcej, sięgałem wyżej. I pewnego dnia z szaloną przyjemnością oświadczyłem Lambertowi, że to ja będę głową “białych” Turillich po ojcu. Mój kochany brat zaśmiał mi się w twarz, lecz jego zadowolenie szybko zgasło, gdy dotarło do niego, że ja się nie śmieję i mówię całkowicie poważnie.
- A więc to tak - uznał. - Dobrze więc. Wiesz, że nie będę tańczył jak mi zagrasz i drżał ze strachu przed twoimi groźbami. Jeśli chcesz odebrać mi pozycję, walcz o nią.
- Z rozkoszą - odpowiedziałem mu. Na żadną inną odpowiedź nie liczyłem.

Nasza rodzina nie miała nic przeciwko walce, jaką przeciwko sobie toczyliśmy, ojciec może wręcz ją pochwalał, doceniając nasz upór, spryt i siłę charakteru. Zdaje mi się, że sam wtedy wiele zyskałem w jego oczach - wcześniej niespecjalnie zwracał na mnie uwagę, byłem tylko jednym z synów, a nie dziedzicem jak Lambert Młodszy.
Z bratem ustaliliśmy jasne zasady walki - nie mieszaliśmy w nią obcych, to miało rozegrać się między nami, jak na szlachetnie urodzonych mężczyzn przystało. Wynajmowanie asasynów, zabijanie kochanek - to nie leżało w naszym charakterze, obaj byliśmy bardzo honorowi. Niejednokrotnie zdarzało się, że toczyliśmy pojedynki, które jednak nigdy nie były rozstrzygające, a pragnienie pokonania Lamberta było siłą napędową, przez którą jeszcze intensywniej uczyłem się magii, walki, sztuki wojny. Musiałem osiągnąć odpowiednią pozycję w rodzie, by móc sięgnąć po więcej: Biała Rodzina nigdy nie mieszała się do sztuki wojennej, pozostawiając ją Czerwonym. Tymczasem ja chciałem sięgnąć w tamtą stronę, nie do końca jednak w tradycyjny sposób, poprzez wcielenie do armii. Ktoś kiedyś powiedział mi, że chcę wykorzystać tylną furtkę, która poprowadzi mnie bardzo okrężną drogą, lecz jeśli dobrze ją wykorzystam, zyskam niezachwianą pozycję. Zgadzałem się z nim i właśnie to był powód wybrania takiej a nie innej strategii. Musiałem jednak w tym celu zyskać na znaczeniu, musiałem zostać głową rodu. A w tym przeszkadzał mi Lambert. Gdyby zgodził się oddać mi przywództwo dobrowolnie, przyjąłbym je. On jednak wolał drogę wojny, więc mnie pozostawało jedynie przystać na jego warunki. Rozumiałem, że to kwestia dumy.

Stojąc naprzeciw siebie chyba obaj czuliśmy, że to będzie dla nas decydujące starcie, że ten kto na koniec tego starcia utrzyma się na nogach, obejmie władzę w rodzie. Nie wiem jak Lambert, lecz ja byłem podekscytowany w stopniu, w którym ledwo nad sobą panowałem. Byłem w szczytowej formie, w pełni sił, wiedziałem, że teraz albo nigdy… Walki jednak niestety nie pamiętam, w mej pamięci spowija ją czerwony całun szału i ekstazy. Było z pewnością krwawo, brutalnie i widowiskowo. Ze wspomnień przebija się do mej świadomości ból jaki poczułem, gdy jego sztylet zagłębił się w moim oku. Tępe, mdlące chrobotanie ostrza o kość czaszki. Towarzyszącą temu wściekłość. Sięgaliśmy po wszelkie możliwe środki, po broń i po magię. Z relacji wiem, że to Lambert górował przez większość walki, że prawie mnie pokonał. Leżałem rozbrojony u jego stóp, a on obcasem miażdżył mi krtań. Szarpałem się jak próbujący uciec wąż. Tamtego dnia miałem umrzeć. Jednak ja czarowałem mocami, a gniew, który wtedy czułem, miał olbrzymią siłę. Wtedy po raz pierwszy użyłem na kimś taranu, wcześniej nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest w zasięgu moich możliwości. Zmiażdżyłem bariery mentalne Lamberta, wdarłem się do jego umysłu i dosłownie rozerwałem go na strzępy, pozbawiając go osobowości i wszystkiego tego, co czyniło z niego rozumną istotę. Padł w konwulsjach tuż obok mnie i to jego trzepoczące się ciało było moim pierwszym wspomnieniem po walce. Nie ryzykowałem.
- Kasper, miecz! - zwróciłem się do towarzyszącego mi mężczyzny. Cztery razy ciąłem, nim odrąbałem głowę Lamberta od ciała.

Nie udało mi się zregenerować oka, które straciłem w pojedynku z Lambertem - mimo wypitych galonów krwi mój oczodół pozostał pusty, rana była zbyt poważna, bym nawet z prawidłowo działającą regeneracją dał radę sobie z nią poradzić. Uznałem to za ostatnią pamiątkę po bracie, złośliwy uśmiech, który posłał mi zza grobu - od teraz codziennie miałem patrzeć na swoje odbicie w lustrze i widzieć, że na swej drodze na szczyt musiałem stanąć w szranki z własnym bratem i go zabić. Jednak nie żałowałem, obaj znaliśmy reguły gry, zgodziliśmy się na nie. Był godnym przeciwnikiem. I nawet poczułem żal, że już go więcej nie zobaczę. Otrząsnąłem się jednak szybko z tych myśli, gdyż moja pozycja głowy rodu nadal była niepewna. By ją wzmocnić zdecydowałem się ożenić. Szybko znalazła się satysfakcjonująca mnie i mój ród kandydatka - czystej krwi wampirza arystokratka spokrewniona z Ariszią Velmeron, co prawda w dość dalekiej, lecz nadal znaczącej linii. Trochę ulżyło mi na myśl, że nie muszę żenić się z własną kuzynką i tym chętniej wystąpiłem o rękę Evy. Głupi byłby ten, kto by mi odmówił, więc zgoda jej rodziny stanowiła jedynie formalność. Dla obu stron był to po prostu dobry interes i nie liczyliśmy na uczucie, choć z czasem pojąłem, że związałem się z kobietą o znacznie słabszym charakterze, niż to z początku zakładałem. Pierwsze lata wyglądały jednak niezwykle dobrze. Eva szybko powiła mi syna, nasza pozycja w rodzie bardzo się dzięki temu umocniła. Nadaliśmy mu imię Dirk i już w dniu jego narodzin przekonaliśmy się jaka była jego skaza wynikająca z bycia jednym z Turillich - jego mięśnie były niezwykle słabe, tak słabe, że nie było mowy o tym, by w przyszłości mógł zająć moje miejsce. W tym momencie nie było to jednak dla mnie zmartwienie: miałem dziedzica i to wystarczyło, czy w przyszłości faktycznie miałbym mu przekazać zaszczytne miejsce głowy rodu, to miało się dopiero okazać. Wtedy był on dla mnie po prostu gwarancją politycznej stabilności. Jego wychowanie i wykształcenie zostawiłem Evie, guwernerom i służbie - tak to zawsze działało w naszych kręgach, ojcowie nie interesowali się dziećmi tak długo, jak te nie zaczynały stawać się dorosłe, chyba że ktoś był oczkiem w głowie seniora, jak na przykład Lambert.
Już wcześniej, gdy miałem pewność, że moja pewna pozycja to tylko kwestia czasu, zacząłem wdrażać w życie swoje kolejne plany. Wielokrotnie spotykałem się z Radą Dwunastu i trojgiem władców Maurii, by przedstawić im swe zamiary i zyskać odpowiednie poparcie. Były to dla mnie miesiące i lata wzmożonej pracy, której nie ułatwiało mi ani moje nazwisko (skłonny jestem jednak przypuszczać, że czerwona gałąź mego rodu szybciej osiągnęłaby sukces), ani też wżenienie się w rodzinę Velmeron. Lady Ariszia była zresztą jedną z osób, które najchętniej wystawiały mnie na próbę, szukając granic mojej pasji, determinacji, honoru i upodlenia. Twierdziła, że robi to w dobrej wierze, bym był gotów na nagrodę, którą miałem otrzymać. Osobiście uważam, że była to tylko część prawdy, a drugą stanowiło jej prywatne upodobanie do drażnienia się ze mną. Dotrzymała jednak słowa: gdy tylko nadarzyła się możliwość, zostałem dowódcą części oddziałów straży w Maurii. Można było mi wtedy zarzucić poddanie się własnym pragnieniom i nierealnym wizjom, marzenie o czymś, co nie jest zgodne z naturą mego rodu. Ariszia wytykała mi to niezliczoną ilość razy, lecz ja miałem pomysł, wizję i upór. Zamiast dowodzić wojskiem wolałem zrobić wojsko ze straż i zaprowadzić idealny ład, do którego Maurii jeszcze wiele wtedy brakowało. Tak, z charakteru byłem bardziej “czerwony” niż “biały”, chciałem działać a nie gadać. Przyświecała mi wizja, by kult śmierci zakorzeniony głęboko w kulturze Maurii nie kojarzył się z czymś złym i podłym, by każdy wiedział, że jest bezpieczny i nikt nie sięgnie po to, co nie należy do niego. Powoli, systematycznie to wszystko realizowałem. Przetasowania w podległych mi oddziałach straży niektórzy mogli nazywać wywrotowymi, a z rygorem wielu nie mogło się pogodzić, lecz to wszystko było konieczne. Wymagałem od nich tyle samo ile od siebie i chociaż zmiany miały zachodzić jeszcze latami, wiedziałem, że byłem na dobrej drodze. Powoli i systematycznie przejmowałem dowodzenie nad coraz większymi rewirami, zupełnie pochłonięty realizowaniem swej wizji.

Oprócz Dirka mieliśmy z Evą jeszcze jednego syna i przyznam, że to w nim pokładałem prędzej nadzieje związane z przejęciem w przyszłości mojej pozycji. Poświęcałem mu więcej uwagi i realnie go faworyzowałem. Nie wiem, czy tylko to było powodem tego, że ze swym pierworodnym nie umiałem nawiązać nawet najmniejszej nici porozumienia. Może była to też kwestia odmienności charakterów - gdybym miał wyrazić swoje zdanie na głos, powiedziałbym, iż Dirk miał zbyt słabą wolę i zbyt giętki kręgosłup moralny, co nie przypadło mi do gustu. Dyskutował ze mną w miejscach, gdzie nie było miejsca na ustępstwa, w dyskusjach próbował zapędzić mnie w kozi róg swoją znajomością prawa i interpretacją przepisów, niespecjalnie przyjmując do wiadomości, że w tej kwestii nie ma dowolności, jeśli chce się zaprowadzić realny porządek.
- Burzysz jego pewność siebie - upominała mnie Eva. - Bardzo przeżywa to, że nie umie znaleźć z tobą nici porozumienia.
- Nie będę mu ulegał tylko po to, by poczuł się lepiej - ucinałem jej biadolenia. Moja małżonka chyba cały czas nie pojmowała mego podejścia do zasad i priorytetów, wyraźnie sprzyjała Dirkowi i dopiero po czasie dowiedziałem się, że razem ukrywali przede mną część faktów... Aż było za późno by cokolwiek zmienić.

Dotarły do mnie informacje jakoby mój pierworodny syn zadawał się z nieodpowiednim towarzystwem. Gdy nabrałem pewności, że nie jest to czcza gadanina, odbyłem z nim rozmowę, której efekt mnie nie zadowolił. Dirk nie uważał, by to co robił było złe, twierdził, że nie mogę mu nic zrobić. W tamtym momencie w istocie, nie mogłem, lecz ostrzegłem go, że jeśli zostanie udowodniona jego wina, nie czeka go specjalne traktowanie tylko przez to, że nosi to samo nazwisko co ja - zostanie osądzony i skazany.
- Nekromancja nie jest czymś, z czym można igrać - ostrzegłem go. - To sztuka, która wymaga szacunku. Nie po to od dziesięciu lat staram się ukrócić precedens nielegalnych polowań i zwożenia ciał do stolicy, byś ty w najlepsze szukał dostępu do osób, które pomogą ci brać w tym udział.
- Ojcze, by coś osiągnąć, muszę się szkolić...
- Nie za tę cenę! - przerwałem mu. - Posłuchaj. Nie jesteś jakimś byle jakim śmiertelnikiem, byś musiał się tak desperacko spieszyć. Porozmawiaj lepiej ze swym dziadkiem, niech on wytłumaczy ci, że bycie nekromantą to nie jest zabawa w boga.
- Tak uczynię - odparł, były to jednak puste słowa, bo chociaż poszedł do mojego ojca, z tego spotkania nie wynikła dla niego żadna nauka. Eva powtarzała niczym mantrę, że on robi to by mi zaimponować swą potęgą. Zupełnie się pomylił. Zamiast udowodnić mi, że jest wybitnym magiem, udowodnił mi, że jego charakter jest słaby jak jego fizjonomia. Nie takie cechy ceniłem, do niego jednak to nie docierało. Najwyraźniej brał przykład z matki, której też zaczynałem mieć coraz więcej do zarzucenia, lecz póki co nie mogłem sformułować pod jej adresem żadnych konkretnych wyrzutów poza tym, że dawała mi wiele powodów do zazdrości.

Dirk leżał zakrwawiony u mych stóp, a ja czułem jedynie złość. To był mój syn, krew z mej krwi, a tymczasem zdradził mnie i wszystko to, co starałem się mu przekazać. Bezcześcił ciała w imię nauki nekromancji, a za to była jedna kara. Najsurowsza. Nikt nie miał wątpliwości, że musi ona zostać wymierzona, bo złapaliśmy go razem z jego przyjaciółmi na gorącym uczynku. Stawiali opór, lecz daremny - już wtedy strażnicy pod moim dowództwem należeli do elity. Wydałem rozkaz, by nikt nie ważył się tknąć Dirka, nie jednak przez to, że miałem dla niego litość - chciałem to załatwić osobiście, spojrzeć mu w oczy... Lecz on nie był w stanie zrobić nawet tego. Uciekał wzrokiem i kulił się jak pobity kundel.
- Karą za zbrodnie, których się dopuściłeś, jest śmierć - oświadczyłem mu i dopiero wtedy na mnie spojrzał. W oczach miał łzy i chyba nie wierzył w to co powiedziałem. Gdy kazałem strażnikom spętać go i zabrać do karceru, gdzie miał czekać na egzekucję, wzywał mnie i błagał o litość, ja jednak nie mogłem i nie zamierzałem jej okazać. Sprawiedliwość jest ślepa, dla wszystkich taka sama. Nieraz go ostrzegałem, co grozi za to na co się porwał, skoro on nie usłuchał mnie wtedy, ja nie miałem podstaw, by słuchać go w tym momencie. Zdradził mnie, swą rodzinę i wszystko, o co przez ostatnie lata walczyłem. Nie zasługiwał na łaskę.
Eva w związku z zatrzymaniem i rychłą egzekucją Dirka zgotowała mi prawdziwe piekło. Nigdy w życiu nie widziałem jej tak wściekłej i rozżalonej, zaklinała mnie na wszystko co mi drogie bym nie dopuścił do jego śmierci, posuwała się do gróźb i wyzwisk, a moja nieustępliwość jeszcze bardziej ją napędzała. Jej wrzaski powoli podkopywały moją cierpliwość i w końcu zacząłem jej unikać. W matczynym gniewie przestała pojmować, że po prostu czyniłem to co słuszne, a jej syn był zbrodniarzem. Co więcej byłem skłonny przypuszczać, że ona o tym wszystkim wiedziała, lecz nigdy nie zdobyłem na to dowodów. Dopilnowałem, by Dirka spotkała zasłużona kara i nie wzruszyło mnie spojrzenie, które moja żona posyłała mi z trybuny podczas egzekucji - jakbym to ja trzymał topór, którym mieli go ściąć. Był to wzrok, który zabijał. Gdy jednak zalśniło wzniesione do ciosu ostrze, Eva w końcu spojrzała na Dirka i gdy jego głowa spadła do kosza, oddzielona od reszty ciała, wydała z siebie przeraźliwy krzyk boleści, który jeszcze długo miałem pamiętać. Wierzyłem jednak niezachwianie, że postąpiłem słusznie. Że to było koniecznie.
Następnego dnia oddałem jej ciało naszego syna, by mogła go godnie pochować. Za popełnione przez niego przestępstwo powinienem wcielić go do armii nieumarłych, lecz jego ciało było bardzo słabe i nie byłoby z niego wielkiego pożytku, jakikolwiek dowódca by go nie dostał, uznałby go za wilczą przysługę. Ze względu na to i trochę ze względu na Evę, postarałem się by ciało zostało wydane mnie, bym mógł nim rozporządzać i przekazać je żonie. Myślałem, że możliwość pochowania syna w godnych warunkach przyniesie jej chociaż trochę ukojenia. Ona jednak nazwała mnie potworem.
- Wolałabyś, by został nieumarłym mięsem armatnim? - zapytałem nie kryjąc swego niezadowolenia jej wybuchem. Naprawdę nie doceniała tego co zrobiłem, ile starań włożyłem w to, by mogła go odzyskać. Ona jednak znowu patrzyła na mnie wzrokiem, jakby chciała mnie zabić.
- Gdyby nie ty, on nadal by żył - wyrzuciła mi, a ja w tym momencie ledwo się powstrzymałem, by jej nie uderzyć. Złapałem ją jednak za szyję i zmusiłem, by patrzyła mi w oczy. Pochyliłem się, by nie mogła uniknąć mojego wzroku.
- Dirk był słaby i głupi - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Zginął na własne życzenie. Takie jest prawo, taka jest sprawiedliwość.
Eva wyrwała się w końcu z mojego chwytu i bez słowa odeszła. Skorzystała z możliwości, którą jej zaoferowałem i pochowałam naszego syna, mnie jednak nie chciała wtedy widzieć. Uszanowałem jej wolę.

Nie było to moim celem, lecz dzięki egzekucji Dirka wiele zyskałem w swojej drodze na szczyt. Szanowano mnie jako sprawiedliwego i bano się jako bezwzględnego. Każdy wiedział, że skoro jestem w stanie doprowadzić do egzekucji syna, zrobię to samo z każdym innym, kto tylko złamie prawo. Coraz chętniej przekazywano mi pod dowództwo kolejne oddziały i już prawie widziałem oczyma wyobraźni, jak zostaję generałem całej straży. Wtedy jednak okazało się, że moje sukcesy innym są solą w oku. Chodziło oczywiście o "czerwonych" - mówili, że "biały" szarogęsi się po ich podwórku i bardzo im się to nie podobało. Właśnie na taką okoliczność wcześniej zabiegałem o to, by mieć mocną pozycję głowy rodziny - gdybym był zwykłym jej członkiem, zostałbym rzucony na pożarcie w imię utrzymania dobrych stosunków dyplomatycznych, lecz jako najważniejsza osoba w rodzie sam decydowałem o tym, co uczynić dalej. A ja nie zamierzał pozwolić, by dziesięciolecia mojej pracy poszły na marne w momencie, gdy byłem już tak blisko celu. Starałem się w pierwszej kolejności załatwić sprawę polubownie, nie był mi potrzebny rozlew krwi, bo chociaż Czerwona Rodzina nie była specjalnie czystej krwi, nadal należała do arystokracji i była ze mną spokrewniona. Najwyraźniej jednak do nich nie docierały moje argumenty, a ich żądania skierowane pod moim adresem okazały się niemożliwe do zrealizowania, nie mogliśmy więc dojść do porozumienia. Wtedy oni zaczęli naciskać na mnie przez Radę Dwunastu, co również nie przyniosło specjalnego efektu - długo pracowałem na to, by nekromanci byli mi przychylni i żaden z nich nie próbował mi rozkazywać, jedynie poinformowali mnie, że "czerwoni" mają do mnie żal i składają na mnie skargi. Nie przejąłem się tym i działałem dalej. Nie chciałem dać im satysfakcji, by uderzyć jako pierwszy, czekałem aż to oni stracą cierpliwość. Próbowali różnych metod, nie tak czystych jak w walce mojej i Lamberta. Musiałem uważać na swą rodzinę, bo nie miałem wcale pewności, czy nie spróbują przez nich na mnie wpłynąć, przekabacając ich na swoją stronę bądź też robiąc im krzywdę. Eva wyraźnie się bała, ja jednak robiłem wszystko, by włos jej z głowy nie spadł i cały czas mi się to udawało. Ja miałem mniejsze lub większe szczęście. Doszło do kilku walk, które przypłaciłem dotkliwymi ranami, kilku moich adiutantów straciło życie. Konflikt obu gałęzi rodu rozszalał się jak pożar na spalonej słońcem równinie przybierając rozmiary bardzo klasycznej klanowej wojny. Zrobiło się niebezpiecznie.

Eva stała przede mną zaciskając usta w wąską kreskę - była wściekła, a jej spojrzenie zdradzało żal. Mój spokój chyba dodatkowo podsycał te negatywne emocje.
- Jak to “zostajesz”?! - krzyknęła głosem tak wysokim, że aż się skrzywiłem.
- Ucieczka byłaby tchórzostwem, przegraną - wyjaśniłem jej. - Nic ci nie grozi. Zaufaj mi.
- To już dawno wymknęło się spod twojej kontroli!
- Zaufaj mi - powtórzyłem twardo. - Eva, ślubowałem ci, wiesz ile znaczy moje słowo. Nic ci się nie stanie. Trwaj przy mnie.
Patrzyła na mnie bez słowa, widziałem jak szklą jej się oczy. Chyba nawet przez moment się wahała, strach i żal były jednak silniejsze niż cokolwiek co ją ze mną łączyło.
- Ile jeszcze poświęcisz dla swojego honoru?! - zapytała płaczliwym tonem. Wspomnienia postawiły jej pewnie przed oczami obrazy z egzekucji Dirka. Zaczęła się cofać, choć ja nie podszedłem do niej nawet o krok. W końcu obróciła się do mnie plecami i skierowała swe kroki w stronę drzwi. Poczułem się zdradzony.
- Eva! - zawołałem ją jeszcze. - Jeśli teraz wyjdziesz, przestaniesz dla mnie istnieć. Ślubowałaś, że nie opuścisz mnie po kres czasu.
Obróciła na mnie wzrok i choć nie odezwała się słowem, w jej oczach widziałem wszystkie te niewypowiedziane wyrzuty - uważała, że i tak nigdy dla mnie nie istniała, że się dla mnie nie liczyła. Liczyła, lecz tego nie dostrzegała. Nie wiedziała z kim wiąże swoje życie i jaki naprawdę jestem.
Drzwi trzasnęły, gdy wyszła, a ja poczułem osobliwe ukłucie żalu. Wtedy widziałem ją po raz ostatni.

Walki ustały kilka tygodni później, wyszedłem z nich zwycięski, a Czerwona Rodzina została ukarana, Eva jednak nie wróciła do posiadłości - wraz z naszym drugim synem zamieszkała w zimowym dworze i nawet do mnie nie pisała. Nie wiedziałem co się u niej dzieje, lecz i nie starałem się tego dowiedzieć: powiedziałem, że przestanie dla mnie istnieć i tak też było. Skoro nasze przysięgi małżeńskie nic dla niej nie znaczyły, nie zamierzałem zaprzątać sobie nią głowy. Przez lata docierały do mnie strzępki informacji, aż w końcu dowiedziałem się, że popełniła samobójstwo. Mówiono jakobym miał jej w tym pomóc wykorzystując cudze ręce, bo niespełna rok wcześniej dotarły do mnie wieści, że jest szczęśliwie zakochana…

Nie ożeniłem się po raz kolejny, nie widziałem takiej potrzeby, a co więcej nie widziałem godnej kandydatki - po Evie zrobiłem się bardziej ostrożny przy wyborze życiowej partnerki. Nie ciążyła zresztą na mnie żadna presja, miałem męskiego potomka, więc wdowcem mogłem pozostać nawet do końca życia. Całe dziesięciolecia poświęciłem więc Maurii i temu, by nadać jej straży oczekiwaną przeze mnie świetność. W końcu dostałem się na szczyt i zostałem generałem. Zaskoczyło mnie to, że nie odczułem w tym momencie radości - to nie była nagroda. To była po prostu naturalna kolej rzeczy, konsekwencja planu, który wdrażałem od najwcześniejszych lat. Zbyt dobrze to sobie zaplanowałem, by polec po drodze. Teraz czekały mnie dziesiątki, setki lat, w trakcie których moim zadaniem było po prostu utrzymanie ładu, do którego powstania się przyczyniłem. I oddałem się temu z przyjemnością.

Oczywiste jest, że jako generał nie zajmowałem się już prowadzeniem śledztw - miałem inne, znacznie ważniejsze obowiązki, niż pochylać się nad każdą spływającą do straży sprawą. Czasami, owszem, coś mnie zainteresowało i chciałem przyjrzeć się temu osobiście, innym razem zaś względy dyplomatyczne wymagały, bym zaangażował się w rozwikłanie problemu. Tak było z pewnym donosem, złożonym nomen omen przez członka mego rodu, który spłynął do straży. Dotyczył on zawłaszczenia mienia i nielegalnego zasiedlenia pewnej kamienicy - w grę wchodziły naprawdę duże kwoty. Teoretycznie sprawa jakich wiele, lecz oskarżenia kierowane były pod adresem pochodzącej spoza granic Maurii arystokratki, przez co sprawa nabierała cech afery dyplomatycznej, a tego nie można było powierzyć byle komu. Bez zastanowienia osobiście zaangażowałem się w wyjaśnienie tej sytuacji i pewnego dnia złożyłem domniemanej dzikiej lokatorce niezapowiedzianą wizytę.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że warunki, w jakich poznaliśmy się z Elleanorą Mesteno nie były wybitnie sprzyjające i dziwię się, że nasza znajomość rozwinęła się w tak dobrym kierunku. Zupełnie ją tamtego dnia zaskoczyłem - stanąłem bez zapowiedzi na progu jej domu jako najwyższy przedstawiciel mauryjskiej straży miejskiej, odziany w zbroję i płaszcz z godłem kraju, recytując standardową formułkę głoszącą, że mam prawo wejść bez względu na to czy się na to zgodzi czy też nie, odmowa będzie uważana jednak za przyznanie się do winy. Nie byłem agresywny, wypełniałem po prostu swoje obowiązki, lecz i tak sytuacja stała się dość niezręczna, gdy pani domu przyjęła mnie w dość frywolnej sukni, w której z pewnością nie zwykła pokazywać się gościom. Nie byłem jednak mężczyzną, którego by to speszyło i byłby z tego powodu skłonny odwlec wykonywanie czynności służbowych... Choć żałowałem, że nie przyszedłem prywatnie - lady Elleanora bardzo mi się spodobała.
Donos oczywiście okazał się być fałszywy - Mesteno nabyła kamienicę legalnie, a nieznajomych zbywała z prywatnych pobudek. Tak samo moich zastrzeżeń nie wzbudzała obecność wilkołaków w jej posiadłości, choć była to bardzo oryginalna obstawa. Musiałem jednak przyjrzeć się bliżej interesom, które zamierzała rozkręcić w Maurii - chodziło o filię banku, a to nie jest byle buda z warzywami, by wierzyć we wszystko na słowo. Zapowiedziałem jej od razu, że przyjdzie nam się jeszcze kilkakrotnie spotkać w ramach rutynowych kontroli, które straż musiała przeprowadzić w związku z tym... I wyraziłem nadzieję, że prywatnie również będziemy mieli jeszcze okazję zamienić kilka słów. Pragnąłem jej - może nie było to gwałtowne i niemożliwe do powstrzymania pożądanie, ale chciałem ją zdobyć. Starałem się o nią więc, z początku napotykając raczej przychylne reakcje na moje zaloty: na wszelkich balach chętnie spędzała ze mną czas, zgadzała się na spotkania w cztery oczy, okazywała mi zainteresowanie. Gdy jednak spróbowałem przejść z nią na wyższy poziom intymności, zostałem z miejsca odrzucony - Elleanore "nie mieszała pracy z przyjemnościami", jak to ujęła, a nas bez wątpienia łączyły interesy. Zdawało mi się, że ta deklaracja przyszła jej z pewnym żalem, ale rozumiałem jej stanowisko i nie nalegałem, chociaż również byłem trochę rozczarowany takim obrotem spraw. Mieliśmy jednak szczęście: polegało ono na wzajemnej szczerości i doskonałym wyczuciu chwili, gdyż prawdopodobnie wystarczyło jedno spotkanie więcej, byśmy wkroczyli na drogę bez odwrotu. W tej jednak sytuacji udało nam się pozostać przyjaciółmi. Dalej zdarza mi się adorować Ellę, gdyż nie jest to byle jaka kobieta i zasługuje na uwagę, ale nie liczę na nic poważnego - po prostu wyrażam moje uznanie... Podsycam w ten sposób z pewnością plotki na temat tego co łączy mnie z lady Mesteno, gdyż mauryjska arystokracja już trzysta lat zastanawia się czy na początku nie było to przypadkiem coś więcej i czy może nadal nie jest coś na rzeczy...

Zawsze miałem przy swoim boku jakiegoś adiutanta, do tej roli wybierałem sobie osoby, które odpowiadały mi pod względem charakteru, gdyż uważałem, że całej reszty mogę ich nauczyć. Zdarzały się jednak okresy, gdy nie miałem osobistego asystenta, bo nikt nie spełniał moich oczekiwań. Wywoływało to pewien chaos w pełnieniu przeze mnie obowiązków, lecz nie zamierzałem powierzać tej roli byle komu: adiutant wszak słyszy i widzi to samo co ja, a ta wiedza nie powinna trafić do niepowołanych osób. Dlatego bywałem wybredny.

Fala potworów, która nadeszła z północy, okazała się być na tyle liczna, iż regularnie utrzymywane oddziały wojska należało wspomóc i zaszczyt ten przypadł mi w udziale, zresztą nie pierwszy już raz. Głównym dowodzącym był generał Charles Redpike, który moim zdaniem powinien przejść na emeryturę już całe dziesięciolecia wcześniej, był jednak protegowanym zbyt wpływowych osób, więc trwał na swoim stanowisku do znudzenia. Gdy więc kazano mi z nim współpracować, uczyniłem to z mieszanymi uczuciami - z jednej strony nie było mi w smak prowadzić natarcie we współpracy z nim, z drugiej strony wierzyłem, że zdołam dzięki temu naprawić błędy wynikające z jego uporu i zbyt wolno działającego już umysłu. Moja straż walczyła bez zarzutu, jak członki jednego organizmu, bez względu na to czy mowa była o żywych czy też nieumarłych - na nic jednak zdawało się ich wyszkolenie, gdy nie potrafili zgrać się ze swoimi sojusznikami z regularnej armii. Tymczasem moja wizja przebiegu bitwy i ta przedstawiona przez Redpike'a dramatycznie się między sobą różniły, jeden oddział stał się kością niezgody między nami, bo jeden z nas przeceniał waleczność i siły swych ludzi - zbytnia pewność siebie, jaką dała mu ogromna przewaga liczebna wynikająca z mojej asysty, sprawiła, że zaczął planować, by ugrać coś dla siebie i swoich ulubieńców, zaniedbując oczywiste straty, jakie mogły z tego wyniknąć. Zasłaniał się honorem.
- To żadna haniebna ucieczka, Redpike! - ryknąłem na niego, bo już traciłem cierpliwość. Przeciąganie tej rozmowy prowadziło do niezamierzonej realizacji jego strategii, a ja nie mogłem wydać samodzielnego rozkazu, bo to był oddział podległy jemu, nie mnie. Ciekaw byłem jednak jak zamierzał spojrzeć w oczy swym poległym pupilom, gdybym kazał ich później ożywić i wcielić w oddziały nieumarłych. I właśnie miałem zadać to pytanie.
Nim jednak wpadłem w furię, nastąpił nagły zwrot akcji w rozmowie - na stół, przy którym debatowaliśmy, spadła zakrwawiona głowa potwora. Momentalnie podążyłem wzrokiem w miejsce, z którego ona przyleciała. Wtedy po raz pierwszy dotarł do mnie fakt istnienia kogoś takiego jak Eva Maria Alvarez, wcześniej nie zwracałem na nią uwagi - była jedną z dziesiątek jeśli nie setek adiutantek, które poznałem przez całe swoje życie i niczym się do tej pory nie wyróżniała. Gdy jednak patrzyłem jak dumnie stoi przed rugającym ją Redpikiem szybko zacząłem sobie przypominać komentarze na jej temat, te wszystkie cechy, które jej przypisywano i które teraz mogłem zweryfikować. Postawiła się swemu dowódcy i wykonała słuszny ruch - ten, który ja starałem się przeforsować na tym starym pryku. Był to z jej strony przejaw jawnej niesubordynacji, na co jej dowódca często się skarżył o ile pamięć mnie nie myliła. Nie tolerowałem czegoś takiego, z drugiej jednak strony zdawało mi się, że ona może się przy nim po prostu marnować.
Do kłótni się nie wtrąciłem - to byłoby podkopywanie autorytetu drugiego generała, a w tym przeszkadzała mi etyka mego stanowiska. Gdy ona wyszła, odprowadziłem ją wzrokiem i udawałem, że nic nie słyszałem.
- Cóż za krnąbrna dziewucha - warknął Redpike, bardziej do siebie niż do mnie. - Doigra się w końcu, wyrzucę ją na zbity pysk.
Wtedy się nie odezwałem, bo nie rzucam słów na wiatr, pomyślałem sobie jednak, że może ktoś zdejmie z jego ramion ciężar współpracy z panną Alvarez. Byłem przekonany, że ona do mnie pasuje, musiałem tylko upewnić się czy skórka warta jest wyprawki.

Gdy już nabrałem pewności, że panna Alvarez jest osobą o odpowiednich predyspozycjach, umiejętnościach i charakterze, złożyłem Redpike'owi propozycję zdjęcia z jego barków ciężaru współpracy z nią. Nawet nie udawał, że się waha, jedynie gdy uścisnęliśmy sobie dłonie zapytał, czy wiem na co się piszę. Doskonale wiedziałem i co więcej, wiedziałem, że sobie poradzę.
- Twoja była żona nie miała na imię Eva? - upewnił się jeszcze Charles. Moje potaknięcie wywołało u niego wybuch śmiechu.
- Widzę, że lubisz się męczyć z wiedźmami o tym imieniu - zażartował, ja się jednak nie śmiałem. Nie dość, że z charakteru byłem dość drętwy, to jeszcze jego komentarz był wyjątkowo nie na miejscu - wobec obu tych kobiet był po prostu błaznem.

Pierwsza moja rozmowa z panną Alvarez była do bólu oficjalna - uznałem, że tak trzeba. Mimo wszystko błysk w jej oku wyrażający pewność siebie i butę kazał mi rzucić jakimś kąśliwym komentarzem, by sprawdzić jak zareaguje, jakie zrobiłem na niej pierwsze wrażenie i czy ośmieli się traktować mnie jak swego poprzedniego przełożonego.
- Noże jako główny oręż - przeczytałem na głos pierwsze zdanie, które zakuło mnie w oczy. - Broń dla plebsu...
Kątem oka widziałem, jak moją przyszłą adiutantkę roznosi ze złości. Jej emocje znalazły ujście w gwałtownym ataku, który nie był raczej skierowany na mnie, a na bogu ducha winną świecę, która została skrócona o głowę. Ucięty knot jeszcze krótką chwilę tlił się na lakierowanej powierzchni blatu biurka. Musiałem przyznać, jej styl budził podziw...
- Musisz nauczyć się walki mieczem - oświadczyłem mimo to. - Liczę na owocną współpracę, panno Alvarez.

AKTUALNIE
Gdy jest się strażnikiem należy być przygotowanym, że w każdej chwili może zajść konieczność stawienia się na służbie. Sytuacja, którą mam na myśli, miała miejsce stosunkowo niedawno, podczas balu u pewnego ekscentrycznego nekromanty - zostałem na niego zaproszony wraz z Evą Alvarez. Typowa nudnawa uroczystość szybko jednak ustąpiła miejsca groteskowym wydarzeniom wywołanym przez pradawną, potężną magię - goście noszący maski zaczęli przemieniać się w przedziwne stwory, niektóre żądne krwi inne zaś przerażone, zapanował chaos i rzeź, posiadłość została wypaczona i przekształciła się w odcięty od świata labirynt pomieszczeń pełnych zagrożeń. W pełni władz umysłowych ostała się nas niewielka garstka - ja, Eva Alvarez, Antoine Fierenzza, kilku strażników, którzy patrolowali okolicę i pojawili się akurat na początku wydarzeń oraz nieznajoma imieniem Esmeralda. Razem musieliśmy odnaleźć źródło tej magii i położyć temu kres, zadanie okazało się jednak niełatwe. Posiadłość żyła własnym życiem, pomieszczenia się zmieniały, znikały, co rusz musieliśmy walczyć z bestiami, które nadal były obywatelami tego państwa, nie mogliśmy więc ich bezmyślnie mordować. Ukąszenie jednego z takich stworów wprowadziło do mojego organizmu jad, który z każdym kolejnym użyciem przeze mnie magii pożerał coraz większe fragmenty mego ciała - dosłownie znikałem. W końcu pożarł mnie całkowicie, lecz nie oznaczało to mojej śmierci. Reszta grupy odnalazła sposób, by przywrócić mi materialny kształt - mój duch został zaklęty w ciało śmiertelnika. Pod tą postacią mogłem to wszystko zakończyć. Okazało się zresztą, że byliśmy już bardzo blisko rozwiązania - chwilę później stanęliśmy twarzą w twarz z tymi, którzy do tego wszystkiego doprowadzili: liszem, który zorganizował bal i jego ogarniętym żądzą władzy przyjacielem-magiem. Oboje byli przemienieni w smoki, walka z nimi była trudna i wymagająca, gdyż okazało się, że lord Redven, który nad tym wszystkim panował i którego należało unicestwić, mógł zostać zraniony tylko pośrednio, gdy rany zadało się drugiemu ze smoków - nekromancie, który stanowił bufor dla potężnej magii, której chciał użyć wampirzy arystokrata. To wymagało od nas sprytu i współpracy - nie mogliśmy ustalić żadnego planu, gdyż Redven wszystko słyszał, działaliśmy instynktownie, na podstawie tego, jak dobrze znaliśmy nawzajem swoje możliwości i umiejętności. Wbrew pozorom szło nam nieźle - byliśmy dobrze zgraną grupą. Eva Alvarez wraz z resztą straży skupili na sobie uwagę Redvena, a gdy nadeszła pora, zaatakowałem go ja, używając mentalnego taranu, którym unicestwiłem jego jaźń. To przerwało działanie zaklęcia, wszystko wróciło do normy, wszyscy odzyskali swoje dawne ciała. Czekało nas jeszcze posprzątanie powstałego bałaganu, co miało zająć wiele, wiele czasu, lecz najważniejsze, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Szczęście, że byliśmy wtedy na miejscu, gdyż w przeciwnym razie mogło się to skończyć znacznie, znacznie gorzej...
Sam nie wyszedłem z tej walki w najlepszym stanie - utrata własnego ciała, pasożytowanie na zmarłym i powrót do własnej postaci pozbawiły mnie wszystkich sił witalnych, których nie potrafiłem zregenerować przez moją spaczoną krew. Nie byłem w stanie stać o własnych siłach i byłem zmuszony zaszyć się w posiadłości, by dojść do siebie. Po mieście tymczasem rozeszła się wieść, że jestem konający - to przygnało w moje progi moją drogą przyjaciółkę, Elleanore Mesteno. Na dzień dobry dostałem od niej w twarz i naiwnie pomyślałem, że to za to jak się narażałem, lecz ona szybko wyprowadziła mnie z błędu - dostałem za to, że mimo swego stanu starałem się zachować zgodnie z etykietą. To doprowadziło do bardzo szczerej rozmowy między nami, o naszych poglądach i zasadach. Oboje mieliśmy to do siebie, że mieliśmy interesy, o które musieliśmy dbać i rzadko dany był nam luksus swobodnej rozmowy w cztery oczy, teraz więc nadarzyła się idealna okazja, bo byłem przykuty do kanapy. Sporo się wtedy wyjaśniło, wiele niejasności, które ciągnęły się za nami latami. Elleanore zaproponowała mi pomoc i zaoferowała, bym napił się jej krwi dla szybszego odzyskania sił - nigdy nie piłem krwi starożytnego wampira i nie wiedziałem jak to się skończy, ale o dziwo podziałało. Już gdy wychodziła, czułem się lepiej, choć w głowie kołatały mi się dziwne myśli. Zgodziłem się w końcu mówić do niej po imieniu i wydawało mi się, że (między innymi) to zbliżyło nas do siebie bardziej, niż powinno. Nic jednak nie powiedziałem, wszystko zwalając na karb mojego zdrowia. A następnej nocy wróciłem do przywracania porządku w moim mieście i już nie wracałem do myśli, które kłębiły się w mojej głowie po tamtej rozmowie...

Dane gracza: Nikolaus

Nazwa użytkownika:
Nikolaus
Ranga:
Szukający drogi
Nagrody:
Obrazek
Inne Postacie:
Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Widugast, Kinalali, Tioyoa, Ijumara, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Pt gru 23, 2016 11:37 pm
Ostatnia wizyta:
Pn mar 26, 2018 10:58 am
Liczba postów:
47 | Znajdź posty użytkownika
(0.06% wszystkich postów / 0.08 posty dziennie)
Ostatni post:
[Mauria] Krzywoprzysięstwo
So sie 04, 2018 2:58 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Mauria
(Posty: 42 / 89.36% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[posiadłość nekromanty] Danse macabre
(Posty: 23 / 48.94% postów użytkownika)
cron