Profil użytkownika Mansun

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Maeno Sunfix, pseudonim: Mansun
Rasa: Kotołak (Karakal Panquski)
Wiek: 30 weidronów (ok. 60 lat alarańskich; fizycznie 32)


Aura

Z oddala słychać pojedynczy, głęboki ton, nie dający się przez nic zakłócić. Otula zmysły, dając poczucie spełnienia i przynosząc ze sobą delikatną woń zwierzęcej sierści i przyjemne uczucie ciepła. Zmysłów nie oszczędza jednak smak emanacji, wyraźnie pikantny, a do tego gorzki i kwaśny. Później dostrzec można jasną i błyszczącą szafirową poświatę, połyskującą niczym korony drzew skąpane w słońcu. Otula ona emanację o średniej silne, na którą tworzy się dość słabe tło oraz znacząco silniejszy promień mocy, przeszywający ją w jednym miejscu, wskazując źródło swojej potęgi. W dotyku jest twarda i zakończona ostrymi krawędziami. Można jednak znaleźć miejsca w których gnie się niesamowicie, na zmianę lepiąc się do dłoni i wysuszając skórę. Na końcu warto skupić się na barwach aury, stanowiących prawdziwe dzieło sztuki. Całość jej powierzchni pokryta jest wirującymi, silnie cynowymi pasmami, stanowiącymi tło dla reszty barw. Po żelaznych i miedzianych wodach płyną srebrne statki, otulone lekko złotą mgiełką, na długo zapadając w pamięć.


Wygląd

Choć w swoim kraju był raczej średniego wzrostu i postury, w Alaranii sprawiać może wrażenie kogoś cierpiącego na lekką odmianę gigantyzmu. Nie chodzi nawet o to, że jest zwyczajnie wysoki, ale o wielkość jego niezbyt przecież masywnego ciała. Jego alarański odpowiednik przy tych samych proporcjach musiałby mieć jakiś 1.75 metra wzrostu, on zaś ma jakieś dwa metry, co (wraz ze sterczącymi uszami) sprawia że nie sposób go przeoczyć (a i tak wśród oficerów nie jest wcale najwyższy). Często też zdarza mu się narzekać, że drzwi są takie niskie, łóżka krótkie, a koszule mają jakieś skurczone rękawy. Nie jest jednak niezdarny i tylko okazjonalnie wpada na jakieś rzeczy lub obija się o framugi. Kiedy przyrównać go do innych rosłych kotołaków (lub panterołaków) widać, że jest raczej wątłym mężczyzną o wąskich ramionach i chudych, choć umięśnionych łapach. Jego dłonie są zgrabne, choć z punktu widzenia wielu ras duże, o długich palcach zaopatrzonych w ciemne opuszki i czarne, krótko obcinane pazury. Jego kark, choć grubszy od chociażby ludzkiego, też nie jest jakoś bardzo masywny, za to bardzo giętki, tak jak i reszta ciała kotołaka. To z kolei jest pokryte rdzawym, błyszczącym futrem o zdrowym, miedzianym połysku. Tylko na uszach sierść jest czarna, z pojedynczą białą plamą na każdym uchu. Jest też w miarę miękka i krótka - niestety dla Maeno w zbyt chłodnym klimacie nie daje wystarczającej ochrony przed panującym zimnem. Stąd też kiedy temperatura spada poniżej dziesięciu stopni musi zakładać większą ilość chust, bądź szali - a do tego bawełniane, jasne koszule z długim rękawem, których normalnie nie nosi. Co do ubrań, to wszystkie jego spodnie są względnie luźne, z wytrzymałego materiału, ponadto zaopatrzone w kieszenie. Ma parę długich i dwie takich do kolan.
Jego pysk jest mniej masywny niż panterołaków, ale wyraźnie koci, bez jakichkolwiek typowo ludzkich cech, które często posiadają kotołaki w formie hybrydy. Za wyjątek można uznać zmodyfikowane mięśnie okrężne oka i wykształcone, choć słabo widoczne brwi i niektóre mięśnie twarzy, które pozwalają tak na przeżuwanie jak i na używanie szerokiej gamy min. Ze względu na budowę warg Mansun nie umie zbyt wyraźnie pokazać zębów w uśmiechu i przeważnie widać tylko jego kły.
Zgrabny jak na samca pyszczek zdobią długie, białe wibrysy: wargowe górne, dolne i nadoczodołowe, nos zaś jest różowy z czarną obwódką zarysowaną na futrze. Oczy pozbawione widocznych białek są czystozłote o pionowych , łatwo zmieniających rozmiar źrenicach. Uszy Maeno są niezwykle długie i ruchliwe, zaopatrzone w długie, czarne pędzelki oraz parę smolistych kolczyków: w prawym uchu typu ‘tunel’, w lewym zaś równie szeroki, ale zamknięty. Jego pobratymców informują o jego stopniu wojskowym podpułkownika. Dodatkowymi znakami informacyjnymi są namalowane nad jego nadgarstkami pierścienie, tak jak kolczyki nie mówiące nic mieszkańcom Alaranii.
Ogon kotołaka jest dość krótki, zakończony czarną łatą, nogi zaś długie i po kociemu wykszywione. Umożliwiają Maeno zarówno sprawny chód jak i wspinaczkę, zaś w skrajnych przypadkach, wraz z długimi rękami i giętkim kręgosłupem szybki, czworonożny bieg.
Kotołak, pomimo wielkości, w pomieszczeniach porusza się cicho i zgrabnie, w podróży zaś charakteryzuje go lekki, szybki chód. Jest także dobrym partnerem do tańca, choć nie dla co niższych dam, czego nie ukrywa - czasami żałuje.


Charakter

Niezwykle życzliwy i pogodny, nastawiony przyjaźnie do niemalże wszystkich i wszystkiego Mansun jest łatwym w ‘obsłudze’ rozmówcą. Nie sposób go obrazić czy zranić - jego empatia zdaje się być na chorobliwie wysokim poziomie, podobnie jak cierpliwość i panowanie nad negatywnymi emocjami. Za to radości i ekscytacji nigdy umiał dobrze ukryć, przez co sprawia wrażenie dziecinnego, a nawet naiwnego. Otwarty, chętnie opowiada o sobie i konwersuje z nowo poznanymi osobami jakby znał je od wieków - umie jednak się wyciszyć jeśli towarzysze źle znoszą wylewność. Łatwo się dostosowuje, nie trawi jednak pewnych rodzajów osobowości oraz zachowań. Przede wszystkim unika istot brutalnych, przebiegłych, niehonorowych i samolubnych, myślących tylko o własnym interesie, a w ogóle o szkodzie jaką wyrządzają. Nie znosi także pijaków i rozpustników. Zazwyczaj jeśli natknie się na takowe osoby po prostu milknie i odchodzi, ale bywa też, że zwraca im uwagę, a w skrajnych wypadkach - walczy (jeżeli komuś zagrażały). Powoduje nim zwykle poczucie obowiązku i misja jaką mu powierzono, ale także czysta i żywa ciekawość świata, a także sama chęć nauki o nim. Poza tym kieruje się bardziej sercem niż rozumem i może zbaczać z wcześniej obranej trasy jeśli dostanie odpowiedni bodziec - bo jak można zostawić kogoś kto potrzebuje pomocy tylko dlatego, że plany tego nie uwzględniały? Pod tym względem jest przeciwieństwem Pułkownika Bankana, z którym współpracuje i któremu stale psuje krew zmienianiem decyzji i nie stosowaniem się do pierwotnych ustaleń. Mimo wiecznych napięć między nimi Maeno lubi i szanuje przełożonego - choćby dlatego, że ten posiada wiedzę i cechy prawdziwego dowódcy, on zaś jest niezwykle lojalny i wierny przyjaciołom (w tym właśnie jemu), a także swojemu państwu (którego obaj są reprezentantami). I choć ma problem ze słuchaniem rozkazów zawsze bierze pod uwagę decyzję starszych i bardziej doświadczonych od niego… a także młodszych, mniej bystrych i wszystkich innych - zawsze można bowiem czegoś się od nich nauczyć. A przynajmniej on tak stale twierdzi.
Przeszkolenie wojskowe i duża odpowiedzialność jaką złożono na jego barki sprawiły, że długo myśli nim podejmie jakąś ważniejszą decyzję, choć z natury jest raczej impulsywny i nie wygląda na kogoś kto w ogóle umie się zastanawiać nad czymkolwiek. Ma też niezwykle twardy kręgosłup moralny i z pewnymi jego poglądami lepiej nie dyskutować - łatwo z resztą poznać kiedy schodzi się na niewłaściwe tematy bowiem twarz (i uszy) Maeno są bardzo wymowne. Także gesty i postawa szybko zdradzają jego nastawienie.

Mimo, że Sunbariańczyk jest swego rodzaju szpiegiem i to chyba nie byle jakim skoro wysłany został na odległy kontynent, właściwie nie umie dobrze politykować ani nie jest uważany za typowego mistrza dyplomacji - krótko mówiąc w ogóle nie umie kłamać. I to nie tylko bezczelnie, w żywe oczy - ukrywanie prawdziwych uczuć i manipulacja własnymi odruchami przychodzi mu z wielkim trudem (dla przykładu: jako jedyny podczas posiłku z Królową, zorganizowanego na cześć ich wyprawy cały trząsł się z podekscytowania, aż w końcu nie wytrzymał i pod koniec krzyknął, że nie tylko wrócą w pełnym blasku chwały, spełniwszy misję, ale i przywiezie jej jakąś śmieszną pamiątkę). Uznano to jednak za atut w pewnych okolicznościach i w przypadkach gdy trzeba rozmawiać z kimś bardzo wrażliwym i empatycznym lub nad wyraz ceniącym szczerość i brak ukrytych motywów to właśnie Maeno powierza się to zadanie. Jest więc (zaraz po Hamerze) głównym dyplomatą eskapady.

Jednak jeżeli ktoś mniej pokorny już ostrzy sobie na niego ząbki muszę uprzedzić, że nie da się z niego wyciągnąć zbyt wiele informacji o jego zadaniu ani innych poufnych danych, mimo iż o swoim życiu osobistym mógłby wręcz śpiewać godzinami.
Zaś dla co bardziej bratersko nastawionych osób dodam, że często okazuje się być o wiele lepszym słuchaczem niż mówcą. Czynnie słuchać może i całą noc nie odrywając życzliwego spojrzenia od osoby, która zechce mu się zwierzyć. Nigdy też nie zdradza sekretów, wszystko co usłyszał zatrzymując dla siebie.

Choć umie walczyć tylko treningi i zawody sprawiają mu przyjemność - nie lubi prawdziwych potyczek, a nawet zwykłych bójek, a to dlatego, że nie znosi agresji. W ogóle źle reaguje na negatywne emocje i posępną aurę - jeśli zbyt długo jest na nie narażony staje się ospały bądź zaniepokojony tracąc albo na refleksie, albo na opanowaniu. Dlatego unika nieprzyjemnych miejsc i osób co może sprawiać wrażenie, że zwyczajnie tchórzy. Charakterystyczne dla niego jest też to, że w podobnych sytuacjach - o ile nie uda mu się ich uniknąć - stara się rozładować napięcie śmiechem, śpiewem albo uwagami. Nie wszystkim się to podoba, ale Sunbaryjczyk nie znosi trwania w dramatycznej atmosferze, więc za wszelką cenę stara się ją zmienić na nieco cieplejszą i bardziej przyjazną.

Poza wszystkim jest bardzo rozrywkowy, ale w zdecydowanie dziecinny sposób - uwielbia gry i zabawy, nawet te najprostsze, o ile sprawiają radość grającym. Dzięki takiemu światopoglądowi podszytemu wieczną ciekawością i lekkim pobudzeniem bardzo dobrze dogaduje się z dziećmi zachowując się wśród nich bardziej jak ich rówieśnik niż osoba dorosła. Zawsze jednak i niezależnie od wieku pilnuje swoich towarzyszy (choć przy jego farcie i ostrożności, to raczej oni powinni mieć oko na niego).

Jego największym marzeniem zawsze było podróżowanie i odkrywanie tego co dla Sunbaryjczyków jest tajemnicą - w przeciwieństwie do niektórych nie myśli w związku z wyprawą o żadnych korzyściach materialnych, ani o honorach, zachowując się raczej jak szalony naukowiec skrzyżowany z turystą niż wojskowy. Jest jedynym oficerem (nie licząc bardzo przyjaznego Porucznika Kanhumy) o takim podejściu, wśród załogi i żołnierzy krąży więc wiele skrajnie różnych opinii na jego temat.

Atrybuty

Krzepa:Wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Zręczny, Bardzo szybki, Dokładny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Czuły słuch, Wyostrzony węch, Przytępiony smak, Wyostrzone czucie, Wyostrzony zm.mag,
Umysł:B. silna wola,
Prezencja:Ładny, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Pechowiec [W]Pech to na pewno pojęcie względne, skoro sam zainteresowany uważa się raczej za szczęściarza, podczas gdy wszyscy jego towarzysze widzą, że non stop pada ofiarą jakiegoś fatum. Nie jest to nic wielkiego — a to zacięte drzwi, a to ulewa, spróchniała deska w mostku nad rzeczką lub temu podobne atrakcje. W dodatku mimo wrodzonej zręczności Maeno zdarza się potykać i upuszczać różne rzeczy, jeżeli są cenne. Mimo to trudno o bardziej optymistycznie nastawionego do życia podróżnika.
Cechy rasowe (Karakal Panquski) [Z]Jak większość kotołaków i Maeno jest zwinny, potrafi się wspinać, niezgorzej widzi w mroku (aczkolwiek niezupełnym) i ma dobrą orientację w terenie. Poza tym od klasycznych kotołaków odróżnia go głównie wygląd, w tym wielkość ciała. Ma dłuższe uszy zakończone pędzlami, krótszy ogon i inny rodzaj sierści. W porównaniu do alarańskich kotołaków jego smak jest przytępiony, za to zmysł magiczny nieco lepszy. Posiada tylko jedną formę, której jak żaden sunbaryjczyk nie może zmienić… i nie znosi zimnego deszczu. Jeśli coś doprowadzi do upadku ich cywilizacji to właśnie zimny deszcz (choć to ponoć dzięki niemu wymyślili takie solidne dachy i ogromne kaflowe piece). Skoro już o tym mowa — jak wszyscy jego pobratymcy uwielbia się wygrzewać (przy ogniu, na słońcu, przy kimś znajomym - nieważne!) i staje się wtedy jeszcze milszy niż zwykle. (Nawet największe sunbaryjskie gbury można w ten sposób ugłaskać). Jako rasa Karakale są raczej pokojowi i nie lubią zawracać sobie głowy zbędnymi ‘kłopotami’. Około 70% ich diety stanowi mięso i ryby (najchętniej pożywiają się drobiem), a ich przysmakiem są wszelkiego rodzaju owoce — jeden z produktów, którego smak wyraźniej czują.
Strach przed gryfami [W]Z niewyjaśnionych przyczyn Karakal jakoś nie może zaufać tym pełnym dumnym (wielkim, strasznym, szponiastym) stworzeniom, chociaż szkolona go w ich... dosiadaniu (bo o ujeżdżaniu w przypadku gryfów trudno mówić).
Akcent [Z]Mowa używana na Panqusie znacznie różni się od języków, które można usłyszeć w Alaranii. Jako, że Mansun zaczął uczyć się Mowy Wspólnej już jako dorosły, pozostał u niego wyraźny akcent, obcy Alarańczykom. Nie powinien on jednak przeszkadzać w zrozumieniu go, gdyż karakal stara się mówić wyraźnie i widać po nim zamiłowanie do tutejszego języka. Ponadto dodaje mu to egzotyczności.

Umiejętności

Odnajdywanie źródeł magii [O] Dzięki wyostrzonemu zmysłowi magicznemu i latach doświadczenia umie wyczuć i zazwyczaj znaleźć źródło magicznej mocy. Mając kontakt z magicznym przedmiotem zazwyczaj jest w stanie określić siłę otaczającej go aury.
Czytanie aur (tylko barwa, poświata i natężenie) [O] Mimo rozwiniętego zmysłu magicznego kotołak długo nie zajmował się nauką czytania aur, aż po przyjęciu go na służbę uznano, że zdolność taka może być bardzo przydatna. Na razie bezbłędnie odczytuje barwę, poświatę i siłę aury, tę ostatnią jako jedyną opanowując w niewielkim stopniu jeszcze przed szkoleniem.
Walka bronią (Dżambia) [W] Długie lata treningu pod okiem świetnych szermierzy, a z pomocą wrodzonej zręczności i refleksu uczyniły z Mansuna biegłego użytkownika tego charakterystycznego rodzaju noża.
Walka wręcz [O] To wymagało trochę treningu i pracy, ale ostatecznie efekt jest zadowalający. Sunbaryjczyk dobrze radzi sobie z przeciwnikami podobnej wagi oraz mniejszymi, polegającymi tak jak on na szybkości oraz precyzji. Gorzej, jeżeli trafi na umięśnionego kolosa… wtedy trzeba ratować się unikami i ucieczką. (Ewentualnie próbować przekupić napastnika cukierkami).
Uniki [O] Nieodłączna część każdej sztuki walki, a także charakteru Maeno.
Ucieczka [W] Gnanie przez pustynię, step, las czy kręte uliczki miasta, połączone z chowaniem się i wykonywaniem slalomów — trudno znaleźć kogoś, kto zrobi to szybciej i z takim entuzjazmem jak on. Jest to poniekąd spowodowane jego umiłowaniem biegania i skojarzeniem tej czynności z prestiżowymi zawodami, na które przyjeżdżała sama królowa, a w których niejednokrotnie startował.
Jeździectwo [W] Maeno umie ujeżdżać wielbłądy, osły, konie, gigantyczne skorpiony (niewystępujące w Alaranii) i trochę gryfy, choć tych ostatnich panicznie się boi i stara się jak tylko może unikać.
Polowanie [O] Normalnie Sunbaryjczycy nie polują bez użycia odpowiednich narzędzi, a i tego nie muszą umieć wszyscy - Mansun długo należał do takiej grupy, ale został odpowiednio wytrenowany, by poradzić sobie na wyprawie do Alaranii.
Łucznictwo [O] To opanować musiał jeszcze przed polowaniami. Dodatkowo uznano, że dobrze będzie, jeśli nauczy posługiwać się bronią długodystansową (ku przerażeniu wszystkich, którzy mają stać wtedy przed nim).
Skradanie się [O] W przypadku Maeno umiejętność wyćwiczona w dzieciństwie, kiedy noc w noc przemykał się do spiżarni. (Nie ma to, jak uderzyć małym palcem w skrzynkę).
Wspinaczka [O] Także coś, czego specjalnie nie trzeba było się uczyć — po prostu podszkolił się w trakcie życia oraz różnych szkoleń i wypraw.
Rytualizm [W] Kiedy zdecydowano, że Mansun będzie uczestniczyć w następnej ekspedycji, została przydzielona mu mentorka, której zadaniem było nauczenie go podstaw rytuałów oraz wyjaśnienie, na czym będzie polegać współpraca z Monitum.
Targowanie się [O] Tego kotołak nauczył się przy okazji, na rozległych, pełnych zgiełku bazarach, na których nieumiejętność wywalczenia sobie odpowiedniej ceny oznacza śmierć głodową. Poza tym umie chyba nieźle przekonywać innych do swoich racji ~
Kartografia [O] Jednym z głównych zadań Mansuna jest tworzenie mniej lub bardziej szczegółowych map Alaranii, został więc odpowiednio do tego przygotowany. Poza tym dobrze rysuje i może pochwalić się doskonałą orientacją w terenie, co pomogło mu opanować tę umiejętność.
Rysunek [W] Kotołak nie urodził się jako geniusz rysunku, ale miał do tego smykałkę i dzięki długiej praktyce i przyjemności, jaką z niej czerpał umie obecnie bardzo dokładnie przelać na pergaminy to, co widzi — od architektury i dziwacznych przedmiotów codziennego użytku po rasy i najróżniejsze bestie. Musi jednak uważać, by nie dać ponieść się wyobraźni i nie dodać od siebie kresek czy dwóch…
Pisanie i czytanie (w języku Sunbaryjskim) [M] Gdyby umiał posługiwać się rodzimym językiem, choć w odrobinę mniejszym stopniu uznałby to za hańbę i wielką ułomność. Musiał przeczytać nie jedną starą księgę po to, by odpowiednio nauczyć się wypełniać swoje obowiązki, a i literatura piękna stoi w jego kraju tam na bardzo wysokim poziomie — w jego ręce same wpadały więc odpowiednie materiały. Często też pisał listy, raporty i sprawozdania, które nie mogły być w żaden sposób niechlujne.
Mowa Wspólna (mówienie, czytanie i pisanie) [O] Sunbiria posiada w swoich bibliotekach kilka ksiąg o tym języku oraz dokładne ich opracowania — wszyscy uczestniczący w wyprawie musieli dokładnie je przestudiować, a potem wykazać się odpowiednim stopniem jego przyswojenia. Jako, że Maeno jest typowym humanistą, szybko opanował podstawy, a ze względu na to, że nie został powołany do pierwszego kursu, miał czas wniknąć w detale i zapamiętać znacznie więcej wyrazów i zwrotów. Potem zaś uczył się od tych, którzy wrócili z pierwszej wyprawy i rozmawiali z samymi Alarańczykami. Nadal jednak popełnia błędy i musi nauczyć się, kiedy jaki styl wypowiedzi stosować oraz odróżniać je od siebie, na razie bowiem często miesza oficjalny z potocznym, albo mówi do prostych ludzi zdaniami tak zawiłymi, że najzwyczajniej w świecie nie mogą go zrozumieć. Warto też wspomnieć, że ze względu na przyzwyczajenie do rodzimego języka i jego odmienność od alarańskiej maniery, Maeno nie umie wymówić poprawnie niektórych wyrazów, a inne zwyczajnie przekręca (tyczy się to zwłaszcza co trudniejszych imion).
Etykieta [P] Jako, że przez lata przebywał w pałacu i jego przyległościach oraz miał kontakt z osobami o wysokim poziomie kultury osobistej to naturalne, że przesiąknął dobrymi, choć nieraz dziwacznymi w jego odczuciu manierami. Nie mógł nigdy jednak do końca się dostosować ze względu na swój szczery i prostoduszny charakter nielubiący stawiania sztucznych przeszkód i barier między dwoma (chyba przecież równymi sobie) istotami.
Taniec [O] Spokojny i wolny czy szybki i skoczny — dla niego nie ma to większego znaczenia, choć preferuje nieco swobodniejszą rozrywkę, a więc i drugi typ tańca. Nauczony głównie sunbaryjskich kroków szybko podchwyci i alarańskie rytmy.
Bestiologia (alarańska) [P] Wszystko, czego można było dowiedzieć się przed podróżą, zostało mu wpojone do głowy, ale prawda jest taka, że prawdziwa nauka zacznie się dopiero teraz. W końcu to jego zadaniem jest opisanie stworów występujących w Alaranii!
Rasologia (alarańska) [P] Jak wyżej - Maeno ma pewne zaplecze wiedzy, ale jak bardzo pomoże mu to w praktyce, dopiero teraz będzie miał okazję się przekonać.
Handel [P] Fundusze na wyprawę dostali, ale nie na kilka lat! Teraz będą musieli zadbać sami o siebie, a znajomość handlu pomoże jak nie zarobić to chociaż zaoszczędzić.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rytuały
Istnienia [A]Mansun przez lata żył ucząc się jedynie teorii magii, a opisy rytuałów poznawał głównie z książek lub od swojej mentorki. Jednak z tradycyjnych ceremoniałów magicznych przyswoił zaledwie kilka, reszta zaś opierać się miała o stworzone przez Kapłankę Sunbaryjską Monitum. Bez jego pomocy Sunbaryjczyk ma bardzo ograniczone możliwości, choć kiedy nadejdą sprzyjające warunki, może bez większych problemów postawić dziwacznie wyglądający, mały, ale solidny domek. Problem tkwi w tym, że owe ,,sprzyjające warunki” trafiają się bardzo rzadko. I tu właśnie wkracza Monitum. Ten dziwaczny, ożywiony artefakt, a także wierny towarzysz kapitana jest źródłem siły jego rytuałów (albo raczej jednym z owych warunków, które muszą zostać spełnione, by obrzęd zadziałał). Duże ułatwienie - Mansun zawsze ma go ze sobą i niewiele więcej poza tym do ceremoniału potrzeba. Ot kilka wzorów wyrysowanych na ziemi, parę ziół, kilka gestów czy słów. Jednak istnieje pewne kluczowe słowo, któremu podporządkowana jest cała moc Sunbaryjczyka. Jest to stare, dobre, krótkie, oschłe i stanowcze ,,NIE”. Wypowiadane oczywiście przez Monitum. Tak, bez jego zgody Maeno ma związane ręce i musi posłusznie czekać na odpowiedniejszy czas. Tak jak czeka każdy, kto para się rytuałami. Nie będzie wyjątków! Ale czekać warto, bo kiedy już Monitum ruszy swoje cztery litery i pozwoli Mansunowi się nieco wykazać efekty są powalające! Precz z małymi, krzywymi chatami, zbudujemy most między jedną górą a drugą! Postawimy zameczek! (nieco koślawy albo bez dachu, ale zawsze)! Nie wszystkie rytuały tej dwójki przynoszą zamierzony efekt (niektórzy sądzą, że przez prześladujący kapitana pech (ewentualnie niedouczenie)), ale te prawidłowe sprawiają niemałe wrażenie. I ile jest z nich pożytku!

Magiczne przedmioty

Monitum [ART]Potężny przedmiot stworzony przez Sunbaryjską Kapłankę pozwalający Maeno na odprawianie rytuałów, zaliczający się do przedmiotów ożywionych, choć nie posiadających (podobno) własnej woli. W formie biernej przypomina szmacianą, choć usztywnioną zabawkę, w formie czynnej upodabnia się do mogącego poruszać się posągu z futerkiem. Normalnie nie do zniszczenia, ‘działa’ tylko w pobliżu kotołaka. Choć to on jest jego właścicielem nie panuje nad tym, co Monitum zrobi, więc jego towarzysz status artefaktu posiada tylko dzięki więzi ze swoją stwórczynią, od której też zależy jego potęga i reakcje.

Towarzysz

Moneo (wyraz ten oznacza zarówno 'ostrzegać', 'karcić' jak i 'przepowiadać')
Trudno uznać Moneo za zwierzaka, choć faktycznie wygląda jak karykaturalna, szmaciana zabawka przypominająca nawiedzonego karakala. Jest 'Monitum' (co znaczy: upomnienie, prestroga; przepowiednia), czyli towarzyszem stworzonym przez panquską czarodziejkę-bóstwo specjalnie dla podróżników wybierających się poza kontynent. Większość wyższych rangą sunbaryjskich towarzyszy Maeno ma takie, ale znacznie różnią się one między sobą. Moneo został specjalnie dopasowany do Mansuna tak 'charakterem' jak i umiejętnościami.
Ogólnie Monitum'a to przedmioty pomocnicze, po brzegi wypełnione ustabilizowaną magią o odpowiednich właściwościach. Za pośrednictwem tej energii na stałe połączone są z czarodziejką i póki ona żyje, może dowolnie odbierać im i przesyłać nowe 'porcje' magii. Kiedy zostają ukończone, posiadają coś na kształt instynktu, niemożliwego do zmienienia, będącego zbiorem zachowań wybranych przez ich twórczynię. Od tego czasu samodzielnie wykonują wpisane w nie polecenia, korzystając z wiedzy i podświadomości najwyższej kapłanki Sunbirii, działając zawsze zgodnie z jej wolą, ale bez otrzymywania jakichkolwiek poleceń. Nie mogą za to myśleć samodzielnie i nie odczuwają emocji. Bardzo szybko jednak ,,uczą się" rzeczy powiązanych z ich zadaniami, a medium dla tej nauki jest ich magiczna więź z twórczynią — rejestrują nowe bodźce i sytuacje, przekazują je do jej podświadomości, tam zostają one odpowiednio przeanalizowane i ułożone, a następnie w formie gotowej wiedzy trafiają z powrotem do odpowiedniego Monitum, który może z tej wiedzy skorzystać. I tak Moneo potrafi już powiedzieć ,,nie" w 14 językach (choć wyjściowo znał tylko dwa). Monitum'a są różnej wielkości, choć zazwyczaj są niewielkie i mogą przybrać dwie formy: czynną i bierną.
Monitum Mansuna, jak zostało wspomniane, przypomina przytulankę Karakala o bardzo niezadowolonej, grymaśnej, a może lepiej powiedzieć zrzędliwej, minie, o ciemnobrązowym futrze na grzbietowej stronie ciała i białym od strony brzusznej. W formie biernej także właściwościami fizycznymi upodabnia się do maskotki — choć ma stały kształt, jest dosyć miękki i na upartego można go zgiąć i włożyć do torby — może też uwiesić się na ramieniu Mansuna, co też często robi. Nie waży wtedy wiele i ma ograniczone możliwości ruchowe — porusza głównie szyją, w charakterystyczny dla siebie nieregularny, skokowy sposób. Jego główną funkcją jest mówienie ,,nie" kiedy 'wyczuje' jakieś zagrożenie, lub Mansun będzie chciał zrobić coś, co nie podoba się Sunbiryjskiej kapłance. Przekazuje mu jej wolę, przeważnie jednak ostrzegając przed pochopnymi decyzjami. Czasem (i tego nikt nie chciał Mansunowi wytłumaczyć) kwituje nowo poznane osoby słowem ,,głupek" albo ,,idiota". Jego słowniczek jednak nadal się poszerza.
Bardzo podobnie reaguje w formie czynnej, staje się jednak 4-5 razy większy (osiąga wielkość małej kozy) i wagę ponad 100 kg, dzięki czemu jest prawie nie do ruszenia. Dodatkowo ma cechy fizyczne żeliwnej figury, ale może poruszać się samodzielnie i podążać za swoim panem. Nie nadaje się jednak do walki, gdyż zakres ruchów ma ograniczony, w dodatku jego zadanie tego nie obejmuje. Porusza się sprawnie, ale w bardzo dziwny sposób. Wygląda przy tym, jakby stale próbował tańczyć do rytmu bębnów. Nadal jest swego rodzaju doradcą Maeno, ale w tej formie może również pilnować obozowiska (nie musi w końcu spać) oraz ciągnąć lub nieść jakieś przedmioty. Chyba, że powie ,,nie" i się obrazi (choć sam nie odczuwa emocji, czarodziejka wpisała w niego takie zachowania, by sprawiał bardziej indywidualne wrażenie). Jednak jego głównym zadaniem jest bycie częścią rytuałów magicznych — to właśnie w dużej mierze dzięki niemu Mansun może pozwolić sobie na korzystanie z magii istnienia i odprawiać rytuały na takim poziomie. Monitum kieruje odpowiednio jego energią i daje też dużo swojej: staje się medium odpowiednim do otrzymania potężnych (choć nie zawsze) efektów. Ten system ma jednak pewną wadę — przeważnie, kiedy sunbaryjczyk chce użyć magii i potrzebuje do tego Moneo, słyszy stanowcze: ,,nie".
Trudno mówić w ich przypadku o jakiejkolwiek relacji - Mansun jest dla Monitum panem i częścią jego małego światka zachowań, ale nie może on nic wobec niego czuć. Kotołak widzi to jednak zupełnie inaczej — dla niego zrzędliwa maskotka jest ważnym towarzyszem i wierzy, że tak naprawdę się o niego troszczy. Traktuje Moneo jak starszego rangą kolegę, swojego doradcę. Niejednokrotnie próbuje wszcząć z nim dyskusję lub zacząć dialog i bardzo często do niego mówi. Kiepsko sobie jednak wybrał, gdyż jego Monitum nie umie powiedzieć nawet jednego pełnego zdania, a nawet gdyby umiał i tak nie należałby do najrozmowniejszych (ani najmilszych).
Mimo iż większość się z niego naśmiewa Mansun uparcie twierdzi, że długo 'żyjące' (czy jak wolą mówić inni ,,używane") Monituma wykształcają w sobie coś na kształt duszy i samoświadomości. Nie wiadomo skąd wziął ten pomysł, skoro ich ekspedycja na dobrą sprawę dopiero się zaczęła, a żaden z Monituów nigdy nie wykazywał podobnych skłonności.

Historia

- Więc... - Urzędnik odłożył podanie i przyjrzał się młodemu karakalowi uważnie i jakby niechętnie - Dlaczego chcesz zgłosić się na ochotnika do obsługi statku ,,Gekonda"?
- Jak to? - Kahu zrobił zdziwioną minę - Przecież płynie do Alarari!!
- Do Alaranii - Urzędnik poprawił go burkliwie i przesunął papiery na brzeg rozwalającego się już biurka - Poza tym to żaden powód. Odejdź dzieciaku, jak nie masz co robić to idź sprzedawać owoce. Pomóż rodzicom!
- Ale to bardzo ważne! I też... no... byliby zadowoleni gdyby mi się udało...
- Kto?
- No, rodzice...
- Aaa! Nie obchodzi mnie to.
- Ale sam pan...!
- Nie ważne. - Sunbaryjczyk walnął otwartą dłonią w blat. - Z tego nie wynika abyś miał jakiekolwiek doświadczenie! - Szerokim gestem wskazał porozwalane podanie, które młodzian pisał całą noc.
- Ależ mam! A poza tym... czego potrzeba do zmywania pokładu?
Stary spojrzał na niego ponuro.
- Odrobiny więcej inteligencji niż jej panicz posiada. Szmata i wiadro nie powinny wstydzić się własnego partnera. DALEJ!
I tak Souhara po raz kolejny wrócił do domu z podkulonym ogonem i czekał pod drzwiami aż rodzina pójdzie spać, by wślizgnąć się niepostrzeżenie do swego pokoju. Zhańbiony i bezradny mógł tylko pogrążyć się w myślach. A potem napisać kolejne podanie.

POCZĄTEK


Mansun urodził się w przeciętnej rodzinie średniego stanu jako Kahu Souhara, jedno z czwórki dzieci pewnego weterana, byłego porucznika, poważnie rannego w czasie służby i odesłanego na zasiłek, oraz jego żony sprawnie zajmującej się tak domem jak i handlem.
Jego dzieciństwo przebiegało spokojnie. Biegał na targi, wraz ze starszą siostrą latał po sprawunki, a kiedy tylko mógł pomagał wujkowi w porcie.
Wujek Kankhan, brat jego ojca był karakalem niezwykle optymistycznie nastawionym do życia i tego co go otacza. Był marzycielem o otwartym umyśle i przez to odstawał nieco od praktycznych rodziców Kahu. Godzinami potrafił snuć opowieści o morzu i o tym co można na nim zobaczyć - o lądach poza Panqusem, z których przywoził najróżniejsze towary. Tropikalne raje, krainy dzikich węży, na pozór mroczne portowe miasteczka - wszystko co młody Sunbaryjczyk usłyszał ożywało w jego umyśle i napełniało go podnieceniem i chęcią ujrzenia tego na własne oczy. I tak przez lata wujek, nie do końca nawet świadomie, rozbudził w chłopcu pragnienie tak wielkie i silne, że postanowił on ponad wszystko inne zostać podróżnikiem. Nie handlarzem jak wujek - ale prawdziwym odkrywcą!

- Hahaha! Kahu, toż to śmieszne! - Siostra wytknęła go palcem surowo - I jak niby chcesz to zrobić? Wziąłbyś się do pracy i pomagał rodzinie, a nie siedzisz z tym leniwcem i wysłuchujesz bzdur! Nie mamy szansy na takie rozrywki jak podbijanie lądów. Możesz co najwyżej kupić maleńką łódkę, wypłynąć i się utopić. Żaden interes.

Realistyczne podejście siostrzyczki zasmuciło kotołaka, ale ani na moment nie odrzucił swych marzeń. Za to coraz bardziej odcinał się od rodziny, nieuchronnie dziwaczejąc śladem wujka, który przyczepioną miał łatkę nieprzydatnego, samolubnego lenia, mimo iż pracował, a mieszkając po sąsiedzku chętnie wpadał i dzielił się z rodziną swoim optymizmem i opowieściami. Jednak tylko dwójka z domowników umiała to docenić i dostrzec w tym jakąś większą wartość. Były to najmłodsze dzieci - nasz Kahu i Luame, mała Panquska o niezwykłej urodzie, co w przyszłości miało sprowadzić na nich tak błogosławieństwa, jak i kłopoty.

6 weidronów
(ok. 12 lat alarańskich: fizycznie 15 lat)


Kahu jak i jego rodzeństwo uczeni byli w domu, przez specjalnie najętych do tego celu nauczycieli (jest to popularna praktyka w ich kraju), ale po opanowaniu podstaw uznano, że więcej im nie trzeba i postanowiono wysłać ich na praktyki. Jego starszy brat wiele miesięcy przepracował jako cieśla, starsza siostra zaś była już całkiem wprawioną krawcową. Tylko on i Luame nie mieli jeszcze żadnego fachu w ręku. Rodzeństwo jak mogło odwlekało podjęcie decyzji - chyba oboje nie mogli się zdecydować co chcieli by robić… czy może raczej nie wiedzieli jak mogą robić to co naprawdę chcą. Mieli wielkie marzenia, ale ich sytuacja wcale nie sprzyjała ich spełnieniu. W końcu jednak postanowili znaleźć coś blisko portu. Najpierw spróbowali szczęścia jako pomocnicy na bazarze, potem w tawernach, Kahu próbował nawet zakraść się w łaski brata, ale po pechowym zatopieniu jego łódeczki jako cieśla był stracony. W końcu na względnie długi czas zatrudnili się w sadzie. Potem próbowali pomagać przy hodowli kóz, ale ostatecznie z zajęć tych niewiele wychodziło. Wujek wiedział co się dzieje, ale rodzice tej dwójki nie chcieli go słuchać. Byli zaniepokojeni o los swoich dzieci. Jak mają dać sobie radę skoro przez tyle czasu nie przyuczyli się do żadnego zawodu?
Niesforna parka biegała stale po okolicy, ale ich wkład w utrzymanie rodziny był praktycznie żaden. Do czasu.
Kiedy Luame odbywała naste praktyki jako kelnerka w jednym z tak zwanych ‘owocowych barów’, które serwowały głównie słynne soki, pełne składników potrzebnych zwłaszcza marynarzom, poznała młodego księcia Kaanhani (książąt w Sunbirii i na Panqusie jest naprawdę dużo). Ten zakochał się w niej tak silnie, że wkrótce zaproponował jej zostanie jego żoną oraz spory majątek i wiele przywilejów. Kto by się nie zgodził? Ame, której zawsze marzył się dostęp do wszelkich bibliotek wyższych sfer, oraz kontynuowanie krztałcenia propozycja ta była bardzo na rękę. Jedno słowo wystarczyło, a uszczęśliwiła rodziców, swojego adoratora i zapewniła sobie i Kahu dostęp do nie byle jakich środków finansowych.
Ze wsparciem jej i jej świeżo upieczonego męża młody karakal przeniósł się do stolicy, by poszukać dla siebie jakiejś dobrej szkoły (książę za sprawą Luame zawsze patrzył na niego przychylnie). Tak zaczęło się pierwsze dorosłe życie młodszego z braci Souhara (potem zrobił sobie od niego krótką przerwę i ostatecznie usamodzielnił się dopiero gdy wstąpił do Służb Królowej).

8 weidronów
(ok. 16 lat alarańskich: fizycznie 18)


Chociaż po pewnych perypetiach młodzieniec dostał się do dobrych szkół nie czuł, że wynosi z nich coś ważnego - poza tym nauka dla nauki nie była jego mocną stroną i po minięciu weidronu przestał widzieć jakikolwiek sens w tym co robi. To przeświadczenie źle na niego wpływało, tak więc w końcu pokonany wrócił do domu, by przez następne miesiące odgrywać rolę rodzinnego nieudacznika.
Jednak to nie tak, że z pobytu w stolicy nic nie wyniósł...

* * *


- To znowu ty? - biurokrata (pracujący było nie było na świeżym powietrzu, pod daszkiem zamontowanym pomiędzy dwoma rosłymi palmami) westchnął i wziął do ręki kolejne podanie. Przeczytał je pobieżnie i rzucił Kahu spojrzenie męczennika, który może nagle stać się katem.
- Czy od wczoraj zmieniło się coś w twoich kompetencjach? - Zapytał znużonym głosem.
- Nie, ale (proszę mi wybaczyć) uważam, że już wtedy były odpowiednie! - Uśmiechnął się szczerze i tak uroczo jak potrafił.
Po czym pozbierał z ziemi swoje papiery i poszedł znowu czatować przed drzwiami domu.

10 weidronów
(ok. 20 lat alarańskich: fizycznie 19)


Choć przychodzenie dzień w dzień do tego samego, nie wytrzymującego już psychicznie jego natręctwa urzędnika nie podnosiło nijak kwalifikacji Kahu, kotołak nie zamierzał się poddawać. Nie za bardzo wiedział co może robić poza ciągłym zgłaszaniem się na pokład ,,Gekondy". Czuł, że to jego jedyna szansa odkąd Luame rozstała się ze swoim mężem i straciła majątek. Oboje byli w kropce i musieli jak najszybciej stanąć na nogi. Ame jednak nie była traktowana jak ofiara losu, w przeciwieństwie do niesfornego brata, który na własne życzenie zrezygnował z nauki. Czuł, że ma coraz mniej czasu na podniesienie się, inaczej jak nie wywalą go z domu, to przynajmniej skreślą na zawsze jako wartościowego (i pełnoprawnego) członka rodziny.
Ostatecznie jeszcze raz, ostatniego dnia poszedł z podaniem pod znajome palmy.
- NIE. - Usłyszał w odpowiedzi nim zdążył wyjąć z torby choćby skrawek papieru. Słońce zachodziło, robiło się ciemno, a znajomy urzędnik zbierał się do zwinięcia swojej tymczasowej bazy. Tym razem na dobre.
- Ale panie, dlaczego!? - Młodzieniec niemal położył się na biurku, w błagalnym geście na przemian składając i rozkładając ręce.
- Nie i już! Nie masz kwalifikacji i tyle. - Stary karakal był nie ugięty i gwałtownie zabrał mu swoje rzeczy spod łap, by skończyć się pakować.
- Ale oni też nie maaająąą!
- Jacy oni?
- Wszyscy, których przyjęliście!
- Nie twoim zadaniem jest ich oceniać! - Skarcił go urzędnik - Nadawali się. I tyle.
- Ale...!
- Nie i już!
I karakal zabrawszy swoje rzeczy wrócił na statek.

* * *


Biedny Kahu stracił ostatnią szansę. Oklapł, usiadł na ziemi i całą noc siedział opierając się o stojące między palmami biurko zastanawiając się co może zrobić. Nie zmrużył oka, a do jakiegokolwiek ruchu zmusili go nad ranem dwaj żołnierze zabierając spod jego pleców stary mebel. Nawet nie pytali, kiedy jakiś nieznany im bezdomny klapnął na ziemię z szeroko otwartymi oczami. Widzieli i dziwniejsze rzeczy, zostawili więc go bez słowa, do Kahu zaś dotarło jak niewiele znaczy. Dla Panqusu, dla Sunbirii, dla miasta, dla jego mieszkańców i w końcu... co teraz pomyśli o nim rodzina. Znów nic nie osiągnął! Jak on im się teraz pokaże na oczy!? I co będzie musiał znosić gdy go dopadną!?
Za tymczasowe rozwiązanie swoich problemów uznał więc nie pokazywanie im się. Zakradł się do domu, gdy nikogo nie było akurat w pobliżu i z żalem lecz w pośpiechu zaczął pakować najpotrzebniejsze rzeczy (i masę kompletnie bezużytecznych, ale dla niego bardzo ważnych i cennych) i najzwyczajniej w świecie uciekł.
Szedł i szedł przed siebie, przez znajome pola, piaszczyste ścieżki i wydmy z niedającym się przepędzić natłokiem myśli, które chyba pragnęły całkowicie go ogłuszyć. Wędrował dzielnie, zajadając co znalazł, aż po dwóch dniach ocknął się, przemyślał całą sprawę i uznał, że jest kretynem.
PO CO UCIEKAŁ!? CO TERAZ ZROBI!? To przecież niczego nie rozwiązuje! Powinien wziąć się w garść i udowodnić im, że będzie przydatny! I do tego nie będzie byle kim! Tak, będą mogli z dumą mówić jego imię, a wszyscy będą im zazdrościć, że mają takiego syna!
Tylko... głupio było teraz wrócić. Normalnie mógłby powiedzieć, że poszedł na biwak, ale na pewno zauważyli, że zabrał małą rzeźbę swojego idola, która była dumą jego kolekcji (bo była jedynym okazem jaki w niej posiadał).
Załamany usiadł na piasku i spojrzał na rozległe morze. Dwa dni temu było niebo to teraz będzie morze. Mimo tego, że najwidoczniej był wioskowym głupkiem czuł się w tej chwili dziwnie wolny. Oczywiście wiedział, że to uczucie nie będzie mu towarzyszyło długo, bo zapewne w końcu wróci do domu i znów stanie się małym, niegrzecznym chłopcem, którego wyrzuciliby, bo dorósł, ale nie wyrzucą, bo jest ich kochanym synkiem i do tego ciot... nie do końca umie sobie poradzić.
W sumie nie podobało mu się takie podejście do niego. Przecież był inteligenty, bystry, wesoły i całkiem silny! Naprawdę nie rozumiał dlaczego mu się nie powodziło.
Wreszcie pod wieczór wstał i pomyślał, że skoro już jest w drodze to nie zawróci. Uda się do następnego miasta, a co! Znajdzie pracę w jakimś sklepiku i nakupi rodzinie tyle pamiątek, że już w życiu nie odważą się w niego zwątpić!
Podbudowany takimi myślami ruszył dalej, aż pięć dni później dotarł do Ekhturhian. Wspaniałego miasta sklepów i handlu wszelkiego!

W pierwszej kolejności zgubił spodnie.
Nie, oczywiście nie te, które miał na sobie... ale kiedy się przepakowywał z plecaka wypadły mu drugie porwał je wiatr.
Pomocy na szczęście udzieliła mu podstarzała gosposia, która widziała całe zdarzenie, a która nie mogła powstrzymać śmiechu. Był to jednak śmiech serdeczny i pełen uroku i młody krakal zamiast się obrażać zaczął się śmiać razem z nią. Jakoby w zamian za tę rozrywkę, której kobieta już dawno nie uświadczyła zaprosiła go na obiad, a kiedy opowiedział jej swoją historię zaoferowała mu mieszkanie po synu.
- On niedawno wstąpił do Służb Królowej - Powiedziała z westchnieniem - Teraz długo go tu nie będzie... nie widzę potrzeby, aby jego pokój stał pusty. Ale w zamian młodzieńcze od razu napiszesz do swoich rodziców i nie będziesz ich denerwować! - Zastrzegła, umiała bowiem zrozumieć jak rodzice Kahu się o niego boją, nawet jeżeli on tego nie widział.
Sunbaryjczyk z chęcią i pokorą zgodził się na tą propozycję i jeszcze wieczorem wysłał list mówiąc o tym gdzie jest i co zamierza.

W kilka dni potem rodzice przeczytali:

,,Szanowna rodzino!
Wyruszyłem na małą wyprawę, wybaczcie, że bez uprzedzenia, ale była taka ładna pogoda, że aż nie mogłam się oprzeć. Podróż była naprawdę przyjemna i może nawet trochę pouczająca.
Obecnie jestem w Ekhturhian. Mam gdzie spać i co jeść i chyba niedługo znajdę pracę. Póki co jednak rozejrzę się po mieście. Pamiętacie kiedy ostatni raz tam byliście? Możecie mi zazdrościć - na ulicznej loterii (wpisowe tylko 3 kheny!) wygrałem dwa razy po 1 khenie! Oczywiście nie zamierzam zarabiać w taki sposób, choć coś czuję, że szczęście mi sprzyja. No, tylko pierwszego dnia porwało mi spodnie. Ale spokojnie, mam jeszcze jedne. Radzę sobie dobrze i mam nadzieję, że u Was rzeczy mają się po staremu, albo i jeszcze lepiej.
Do Luame: Proszę, zajmij się moimi sukulentami! Nie mogłem zabrać ich ze sobą.
Pozdrawiam Was wszystkich!
Kahu ~"


Nie trudno domyślić się jakie miny miała rodzinka kiedy przeczytała te niewinne brednie, ale na szczęście następny list był nieco bardziej pocieszający:

,,Kochani!
Przez ostatni miesiąc udało mi się sprzedać 7 arbuzów! U 7 różnych pracodawców, ale zawsze. Moja wielka (sercem) gospodyni mówi, że dobrze sobie radzę. Jest wspaniała, prawda? Nie mam jak jej płacić (nie wiem jakim cudem, ale skończyły mi się oszczędności), ale stwierdziła, że wystarczy jak będę pomagać jej w domu. Jednak ostatnio i tego mi zabroniła. Twierdzi, że powinienem zostać komikiem i tylko dlatego, że ją rozśmieszam nadal mnie trzyma. No czyż nie złota kobieta?
Ale za ten posążek to chyba będę jej musiał zwrócić... i za obrus, ale (tylko jej tego nie mówcie) on i tak był okropny. Jak już zarobię kupię jej nowy!
A Wy jak sobie radzicie? Czy Luame dba o roślinki?
Ściskam Was!
Kahu ~ "


Tak, pocieszające w tym liście było to, że nie mógł wydać już więcej pieniędzy, bo wszystkie już przegrał.
Jednak Kahu nie doceniał wiary rodziców w swoje umiejętności. Choć bywali surowi wierzyli, że młodszemu synowi w końcu uda się osiągnąć... coś. Ale zaczęli okazywać to dopiero kiedy w końcu się wyniósł i mogli od niego odpocząć.

12 weidronów
(ok. 24 lat alarańskich: fizycznie 20)


Faktycznie, Kahu w końcu udało się COŚ osiągnąć. Nieco podłamany brakiem powodzenia zawodowego w mieście, przechadzał się zabudowanym brzegiem morza i snuł marzenia. Był od nich tak daleko! Dlaczego? Nie za bardzo umiał to pojąć. Może zamiast siedzieć w Ekhturhian powinien ruszyć dalej? Zacząć swoją podróż od Sunbirii zamiast dalekich krajów? Ale... nie był na tyle głupi by nie zauważyć, że ma problem ze znalezieniem pracy, a to oznaczało kłopoty jeśli zapuści się dalej. Z drugiej jednak strony wierzył w swoje szczęście - przecież zawsze może trafić taka miła gospodyni, która go przygarnie!
Szczęście czy nie, jeszcze tego samego dnia coś się wydarzyło, a Kahu dostał kolejną szansę.

Do portu przybił potężny statek, nieco podobny do nieszczęsnej ,,Gekondy", która przywiozła jeszcze bardziej nieszczęsnego ,,zapisowego", który kategorycznie nie chciał przyjąć Karakala. Tym razem jednak nie było nikogo z tak wyczuloną intuicją, a i pobór był do czego innego.
Służby Królowej. Tak się to nazywało.

Choć w Sunbirii jest wiele księżniczek i książąt nie mają oni zbyt wielkiej władzy - robią za bogatą szlachtę, nic poza tym. Mieli swoje ziemie i poddanych im kotołaków, ale sami (tak jak wszystcy inni) są bezwzględnie poddani Królowej. Królowa w Sunbirii cieszy się niepodzielną władzą (nie ma tam pojęcia ,,Króla", więc ,,Królowa" to nie jego żona, a po prostu władca płci żeńskiej), poniekąd za sprawą tamtejszych wierzeń, po części przez samą, nie skorą do szukania kłopotów naturę karakali, a po części dzięki Wielkiej Kapłance, stworzeniu posiadającemu niezwykłą magiczną moc i stającemu - zawsze! - po stronie władczyni, o ile ta dobrze wykonuje swoje obowiązki. Czczona kapłanka decyduje o losie władczyń i czuwa nad całą Sunbirią, chroniąc ją, choć raczej nie osobiście. Ma za to możliwość obdarowania mocą innych. Większość z obdarowanych to wybrańcy, ze ,,Służb Królowej".
Służba Królowej to dość ogólne miano, które cechuje wszystkich czynnie służących królowej wojowników, doradców, uczonych, wynalazców i inne osoby, których obowiązkiem jest zapewnianie jej (a więc i swojemu państwu) bezpośrednich korzyści. Czy łatwo czy prosto było dostać się do tych służb zdania są podzielone. Na pewno każdy kto do nich należy musi na bieżąco czymś się wykazywać, być lojalny (jeszcze bardziej niż inni obywatele) i najlepiej posiadać jakiś talent.
Tak czy siak Kahu zaciekawił się, usłyszał, że jest pobór, wypełnił formularz i popłynął na spotkanie z przyszłymi przełożonymi.
W kilka dni później był już jednym ze Służbistów.

* * *


Trudno powiedzieć co skłoniło go do wstąpienia w te szeregi. Potrzebowali więcej rezerw do wojska i tam właśnie został przypisany - osoba, która brzydziła się przemocą bardziej niż krocionogami i w ogóle nie miał do tego zacięcia. Była to jednak decyzja impulsywna - coś mu mówiło, że jak nie teraz to nigdy. Za bycie w rezerwie (Sunbiria z rzadka prowadziła jakieś niewielkie bitwy graniczne) dostawał jedzenie, trochę pieniędzy, dach nad głową... krótko mówiąc wikt i opierunek za darmo! No... za wysiłek i codzienne ćwiczenia, ale za darmo!
Kilka dobrych weidronów młody karakal spędził więc w wojsku, gdzie uczono go sztuki przetrwania, wojaczki i... sportów. (Naprawdę, konfliktów było tam tak mało, że gdyby nie sporty w wszyscy koszarach by się zanudzili). Kahu nauczył się całkiem nieźle walczyć, radzić sobie w terenie i przede wszystkim pracować zespołowo. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że to było pierwsze miejsce które naprawdę wiele mu dało. Nawiązał tam liczne przyjaźnie i po raz pierwszy opanował swoją powodowaną pechem ciapowatość ukazując tak sobie jak i innym swoje drugie, naprawdę szlachetne oblicze, z którego mógł być dumny.

Nie wyróżniał się jednak za bardzo z tłumu sobie podobnych - trochę lepszy w zawodach sportowych, trochę gorszy w pojedynkach, nie był najgorszy ani najlepszy w żadnej właściwie dziedzinie. Myślano o nim głównie jako o miłym, zawsze uśmiechniętym kumplu, z którym można wpakować się w niegroźne kłopoty i który pomoże się z nich wydostać (lub którego trzeba wydostawać). Bardzo lubił rozśmieszać innych i słuchać dowcipów i ostatecznie udało mu się wejść w łaski lubujących się w tym samym przełożonych.

Jednak jak to się stało, że znalazł się bliżej Królowej?

16 weidronów
(ok. 32 lat alarańskich: fizycznie 22)


Tak się złożyło, że w końcu, wyszkolony już Kahu został przydzielony do garnizonu strażniczego w Ekhturhian. Tak! Blisko domu, w znajomym miejscu... w sumie przydzielili go tam na podstawie ankietki, w pełni świadomi tych faktów, bo zapewniało to większą wydajność. Tyle, że w typowej sunbaryjskiej mieścinie...
Działo się tak niewiele, że połowa i tak niewielkiego oddziału przez większość tygodnia jak nie nudziła się to grała w karty i chodziła po bazarach. Kiedy przełożeni poznali się już z pewną niezdarnością Kahu dla dobra wszystkich umieścili go w grupie, która miała najmniej do roboty. Mógł snuć się po mieście, tylko raz na dwa trzy dni miał zgłaszać się do bazy. I tak też robił. Sumiennie i pilnie, aż wyprosił sobie mały urlop, by odwiedzić rodzinę. Oczywiście pozwolenie takowe w końcu dostał (ale musiał przekupić porucznika arbuzem).

I wtedy właśnie nastąpił kolejny (drugi chyba) przełom w jego życiu. Choć oczywiście zapowiadało się spokojnie...

PORWANIE LUAME


Tak jak wspominałam na samym początku, nietypowa uroda młodszej siostrzyczki miał przynieść im tak błogosławieństwa jak i kłopoty. Tym razem padło na kłopoty. Wśród obywateli Sunbirii niewielu jest takich, którzy ruszaliby tyłki po to by szukać kłopotów lub kogoś zaczepiać. Jednak i tam zdarzały się grupy wyjęte spod prawa, a byli to głównie ci, którzy nie umieli do zasad się dostosować i byli wyganiani z miast lub wiosek rodzinnych. Niemal zawsze były to grupki młodych mężczyzn, bo tylko ci potrafili być na tyle agresywni i buńczuczni (w grupie), by na dobre wyłamać się z uporządkowanego świata spokojnie żyjących karakali. Jedna z tych grup przechadzała się po okolicach, aż dotarli do miejsca pracy Luame i jeden z nich natychmiast zapragnął mieć ją dla siebie. Po dobroci nie miał szans (Ame była szanującą się i rozsądną dziewczyną) została więc przemoc i porwanie.
Właśnie na taki stan rzeczy trafił Kahu wracający po wielu latach na łono rodziny. W takim wypadku nie było nawet czasu na witanie się. Rodzina szybko opowiedziała mu co się stało, choć brat zamiast polegać na tej niedołędze wolał wziąć kij i już, natychmiast ruszać Lue na ratunek. Młodszy powstrzymał go jednak i to wyjątkowo zdecydowanie. Wojsko mimo wszystko trochę go odmieniło. Najlepiej zaś wpłynęło na jego rozum. Wiedział, że aby odbić siostrę będą potrzebowali pomocy i wiedział też do kogo się zwrócić. Ojciec poparł jego decyzję. Był dumny z syna.
A syn z którego był dumny wysłał wiadomość do nie tego miasta. Literówka.
Zorientowali się kiedy po dwóch dniach nadal nie nadeszła odpowiedź.

Kiedy już zlali najmłodszego syna wysłali wiadomość ponownie, tym razem prosto do garnizonu Kahu. Nadal jednak musieli być gotowi na dłuższe oczekiwanie na przybycie żołnierzy. Jak można się domyślić starszy syn nie wytrzymał i sam ruszył do nadmorskiej kryjówki tych łotrów, którzy ośmielili się położyć łapska na Luame.
Kahu zaś jeszcze tej samej nocy poszedł za nim, bo czuł się odpowiedzialny (i słusznie) za tę zwłokę. Poza tym Ame dbała o jego sukulenty przez cały ten czas! (Z wyjątkiem okresów kiedy studiowała w odległym mieście, ale to można jej było wybaczyć).

Co dalej... szczegóły rozmowy braci, którzy w końcu stanęli ramię w ramię pod kryjówką zbirów nie są chyba istotne, choć była to chwila pełna burzliwych emocji i braterskiego zjednoczenia... Ale nie, ważniejsze, że ostatecznie włamali się tam, zaskoczyli wypłoszy, odbili Luame i zszokowani beznadziejnością oprychów wrócili razem z całą i zdrową dziewczyną do domu. Nie wiedzieli tylko, że ci których napadli zwerbowano na końcu, a brunatna śmietanka tego towarzystwa po powrocie do bazy zaczęła przygotowywać brutalny plan odwetu.

ATAK NA MIASTO


Jako, że bandyci nie wiedzieli gdzie napastnicy (ani Luame) mieszkają postanowili zaatakować całe portowe miasteczko. Nie miało ono własnych stróży, rządziło się swoimi spokojnymi prawami i sterroryzowanie go wydawało się być stosunkowo łatwe. Dodatkowo, jako, że dziewczynę odbili najwyraźniej jej krewni, banda nie spodziewała się, że już wezwali oni posiłki (które notabene chcieli odwołać, ale Kahu było głupio, więc wstrzymał się z tą decyzją).
Dzięki temu kiedy zjawili się napastnicy, wojskowi byli już niedaleko, co rodzina karakali szybko rozpowiedziała, by mieszkańcy nie wpadli w panikę. Mimo to wszyscy, którzy tylko mogli pozamykali się w domach i tylko kilku odważnych mężczyzn postanowiło wyjść na ulicę i stanąć do obrony. Kahu i jego brat stali na przodzie. Po raz pierwszy ramię w ramię i to młodszy z nich lepiej wiedział co robi. Nie żeby był na to mentalnie gotowy. Nawet poprzedniej nocy większość odwalił brat. Ale skoro już zdobył potrzebną wiedzę teoretyczną... czas odbyć praktyki!

Wojskowi dotarli na miejsce kiedy ci, którzy zdecydowali się walczyć zapędzili napastników do jednej z położonych na skraju tawern. W jakiś niewyjaśniony sposób przewodził im Kahu, który zadziwiająco dobrze odnalazł się w tej sytuacji. Sytuacji, która szybko została opanowana przez przybyłych żołnierzy. Jednak ten, który powinien, dostrzegł w Kahu coś szlachetnego i napisał stosowny list z prośbą o przydzielenie go do swojego oddziału. Oczywiście nim list dotarł na miejsce ów oficer zdążył zapoznać się z niczego nieświadomym zainteresowanym i wypytać go o różne rzeczy, a także rozmyślić się ze trzy razy.
Ostatecznie jednak słowo się rzekło i Kahu trafił do niego - do Regionu Królowej.

17 weidronów
(ok. 34 lat alarańskich: fizycznie 22-23)


Dla wychowanego i pracującego w zwykłych, zakurzonych miasteczkach karakala Regiony Królowej były niczym nowy świat pełen kwiatów, ogrodów, wspaniałych rzeźb i innych drogocenności. Tam miał od teraz mieszkać i uczyć się na oficera.
Podczas tej nauki poznało go wiele wysoko postawionych osób, których sympatię zdobył. Dowiedzieli się o jego (jeszcze nie porzuconych!) marzeniach i zafascynowania odkrywaniem tego co nieznane. Kiedy już zdawał egzaminy, normalnym trybem i w sumie bez większych niespodzianek jeden z jego uczonych znajomych poprosił go na rozmowę i oświadczył, że został wybrany aby uczestniczyć w kolejnej wyprawie do Alaranii, wielkiego, odległego kontynentu pełnego zagadek i rzeczy do zbadania, opisania i odkrycia. Oczywiście o ile się zgodzi. Biedy młodzian o mało nie padł na miejscu. Skakał i dziękował wszystkim przez następne trzy dni, śpiewająco zdał ostatni egzamin i pełen niepohamowanej energii zaczął wypytywać o szczegóły.

Szczegóły były takie: pierwsza wyprawa sprawdziła i wyznaczyła trasę i sporządziła odpowiednie mapy morskie. Zdobyli trochę informacji odnośnie języka, ras i kilku kultur mieszkających w nadmorskich rejonach, ale nie udali się wgłąb lądu. To będzie zadanie następnej wyprawy, w której on sam, po odpowiednim przygotowaniu weźmie udział. Będzie się musiał liczyć z tym, że będzie to eskapada na wiele weidronów i nie prędko wróci na ojczyste ziemie. Będzie miał też sporo roboty... To już nie będzie spokojny Panqus, tylko zupełnie nieprzewidywalne połacie nieodkrytych przez karakale ziem... W tym momencie Kahu poleciał się pakować.

* * *


Musiał jednak powściągnąć nieco swój entuzjazm - następny kurs ruszał za 10 weidronów - do tego czasu wszyscy mieli zostać odpowiednio przygotowani do tej misji, a jeszcze wcześniej trzeba było przeszkolić ich nowych instruktorów i spisać to, czego dowiedzieli się uczestnicy pierwszej wyprawy.

I tak następne lata Kahu, tak jak i wielu innych spędził na nauce (i zawiązywaniu nowych znajomości. W między czasie też awansował i uczestniczył w wielu misjach przygotowawczych). Zaczęło się jednak od podstaw - trochę geografii, spis ras rozumnych i zwierząt występujących na obcym kontynencie, język i zmiana imienia - Alarańczycy ich rodzimych imion i nazwisk nie potrafiliby wypowiedzieć. Po opanowaniu nowego alfabetu Kahu przybrał więc imię Maeno Sunfiks i otrzymał pseudonim Mansun, który można było wymawiać tak w manierze Alarańskiej jak i Sunbaryjskiej i brzmiał wtedy zupełnie inaczej. Potem zaczęło się doszkalanie w terenie - opanowanie łucznictwa i przetrwania w trudnych warunkach, lekcje etykiety i długie debaty o tym jak należy się zachować gdy... . Wreszcie przyszedł też czas na zgłębianie sztuki magicznej - czytania aur, gdyż to mogło okazać się bardzo pomocne, oraz opanowania rytuałów. W Alaranii bardzo wiele osób posiada jakieś magiczne zdolności, ekipa karakali nie mogła być więc od nich dużo gorsza. Oficerowie szkoleni byli pod współpracę z Monitum, z reszty wyciągano na ile było każdego stać:
Hamer otrzymał Monitum w postaci białego geparda o fioletowej grzywie. Nie mógł on mówić, ale znacząco poszerzał zasięg magii lodu dyplomaty, a jako, że działał za pośrednictwem rozkazów stał się najszybszym z oficerskich towarzyszy.
Mansun dostał swojego Moeno (zbierzność imion była przypadkowa), potęgującego rytuały magii istnienia karakala.
Zaradi - jego samozwańczy, porywczy rywal dostał małego serwala o gigantycznych, stojących uszach, który jak się okazało znacząco wzmacniał jego moce emocji, a także potrafił wyszukać z otoczenia osoby, u których dominowały konkretne uczucia.
Bankan dumny był bardzo ze swojego niebieskiego tygrysa - jedynego monitum zdolnego do bezpośredniej walki (gepard Hamera był tylko medium do przedłużania magicznych ataków), wielkiego, silnego, ale i najmniej korzystającego z magii, w niej bowiem Bankan nie był mistrzem. Jednak jego intuicyjna magia Energii usprawniała nieco ataki bestii.
Monitum Drauga w sumie nikogo nie zdziwił, choć po tygrysie sprawiał wrażenie mało imponującego: pers o barwach kota syjamskiego sprawował funkcję doradcy, trochę tak jak Monitum Mansuna, ale jego wachlarz ostrzeżeń i podpowiedzi był znacznie bardziej rozbudowany.
Na końcu zaś Kanhuma, niepozorny i raczej nieporadny porucznik, wierny wielbiciel Maeno otrzymał aż dwóch towarzyszy. Pierwszy, rdzawosierstny karakal ogrzewany przez jego magię ognia mógł robić za piecyk, dziki kotek zaś umiał znaleźć i przynieść dziko rosnące owoce.
I tak o ile większość Monituów otrzymała imiona po swoich właścicielach tak Kanhuma, śladem Mansuna dał swoim strażnikom indywidualne miana (Kahu nigdy nie wytłumaczył mu, że to Kapłanka nazwała Moeno, a on nie miał na to żadnego wpływu). I tak karakal dostał imię Kuma, a kotek Han.

Wracając zaś do treningu:
Mansun na nowo wrócił do rysowania i dostał nawet zadanie z tym związane.
Ostatecznie awansowany na Kapitana, stanął pewnego pamiętnego dnia razem ze swoimi towarzyszami przed wielkim galeonem ,,SUNBIRIA", który w towarzystwie trzech mniejszych miał dopłynąć do obcego kontynentu.

Była to podniosła chwila - morze szumiało w nieznajomym języku, wschodzące słońce rzucało intensywnie żółte światło na nowe deski okrętów, a także na futra wszystkich zebranych na plaży.

Maeno, to znaczy Kapitan Mansun miał łzy wzruszenia w oczach i wielki, znoszony plecak, z którym postanowił się nie rozstawać na plecach.

Kapitan Zaradi, blondofutry i najmłodszy z oficerów wypiął się dumny, gotowy na nowe podboje.

Major Hamer, wysoki i chudy dyplomata noszący długie, fioletowe szaty kontrastujące z jego matowym futrem, myślał o wszystkim co stosowne w takim momencie.

Pułkownik Bankan, z postury i pasków przypominający objedzonego, szarego tygrysa gotowy był ponieść odpowiedzialność za wszystkich powierzonych mu karakali!

Generał Draug, jeszcze większy i jeszcze masywniejszy od Pułkownika, z miną nieugiętą i skrajnie poważną, póki coś go nie rozśmieszyło, układał w kieszeniach banany, by się nie pogniotły, gdy będzie wchodził na pokład, a jeszcze wcześniej gdy będzie przemawiał do podwładnych.

Porucznik Kanhuma, stojący w rzędzie za nimi, z nadzieją i podnieceniem patrzył na tył głowy kapitana Mansuna, wierząc, że jest w dobrych rękach.


I w końcu odpłynęli, otuleni przez błogosławieństwo swojej królowej i odprowadzani jej łagodnym spojrzeniem.

Dane gracza: Mansun

Nazwa użytkownika:
Mansun
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Nagrody:
Obrazek
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Lucy,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Śr lis 16, 2016 8:48 pm
Ostatnia wizyta:
So maja 27, 2017 9:06 pm
Liczba postów:
17 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.05 posty dziennie)
Ostatni post:
Rozwiązać sprawę Klątwy
Pn wrz 04, 2017 3:14 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Równiny Andurii
(Posty: 11 / 64.71% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Bezkresne równiny] Spotkanie z Wampirem
(Posty: 8 / 47.06% postów użytkownika)
cron