Profil użytkownika Sargybinis

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Sargybinis , syn Lary Rapsodii
Rasa: Przemieniony
Wiek: 28 lat od momentu narodzin


Aura

Emanacja nie odznacza się zbyt dużą siłą magiczną. Jej barwa przybiera głównie żelazny odcień przeplatany kobaltowym pasmami, nieregularnie otaczającymi całą powłokę. W niektórych miejscach da się dostrzec nikłe kropeczki barachitu. Całość zostaje oświetlona ametystowym światłem, otulającym całość niczym przyjemny kocyk. Nie słychać tu żadnych dźwięków i odgłosów. Niesie zaś niespotykaną woń. Ciężko porównać ją z jakimkolwiek znanym zapachem, można wyczuć pewnego rodzaju niepokojącą obcość. W dotyku jest niesamowicie twarda i praktycznie niemożliwym jest jej zarysowanie, a co dopiero złamanie. Negatywnie zaskakuje swoją sztywnością. Z dumą ukazuje ostre jak brzytwa brzegi, zapominając całkiem, iż niektóre z nich są całkiem stępione. Po przejechaniu palcem po powierzchni zdecydowana większość czytających się skrzywi, trafiając na chropowate miejsca, jednakże nieliczni mogą odnaleźć również niezwykle gładkie miejsca, choć jest ich niewiele. W smaku na początku swą suchością wywołuje pragnienie, pogłębia je dodatkowo pikantny posmak, a lepkość pojawiającą się znienacka uniemożliwia przez chwilę, ugaszenie tej pożogi.


Wygląd

Sargybinis jest zasadniczo dość niedużym smokołakiem, jeżeli można tak nazwać jego smokopodobne ciało. Mierzy sobie cztery stopy wzrostu, gdy porusza się na czterech łapach, natomiast gdy stanie na tylnych, ma jakieś siedem stóp wysokości. Na długość, od czubka łba, do końca ogona mierzy około dwunastu, może trzynastu stóp.
Pierwszym, co rzuca się w oczy są pokrywające jego ciało łuski, a raczej różnych rozmiarów i kształtów czarne, stworzone z litej skały płyty. Pomiędzy nimi, w mniej więcej równych odstępach widoczne są szczeliny, przez które prześwituje czerwona poświata, pulsująca w różnym rytmie przywodzącym na myśl ogień w ognisku. Płyty nie są gładkie, tylko popękane, w żadnym wypadku nie przypominają roboty człowieka czy krasnoluda, od razu widać, że są naturalnym pancerzem smokołaka. Z daleka przypominają one jakieś naturalne, skalne formacje, więc gdyby nie poświata, można by było w ogóle go nie dostrzec. Łuski są twarde, czarne niczym smoła, a sprawiają wrażenie, że najlepszy miecz nie da im rady. W ogóle coś, z czego są wykonane, nie przypomina żadnego innego materiału w Alaranii.
Drugim, co można łatwo dostrzec, jest całkowity brak skrzydeł. Na grzbiecie Sargybinisa znajdują się kolce zrobione z tego materiału, co łuska. Ułożone są w taki sposób, że sprawiają wrażenie, iż tuż za szyją smokołaka można by było swobodnie usiąść. Z grzbietu smokołaka prócz licznych kolców z dziwnego kamienia, nie sterczy zupełnie nic. Sprawia to, że Sargybinis bardzo przypomina przerośniętą jaszczurkę, która nieopatrznie wpadła w ognisko. Trudno jest pozbyć się tego wrażenia nawet wtedy, gdy patrzy się w jego wypełnione ogniem i inteligencją oczodoły. Smokołak nie posiada gałek ocznych, lecz z dwóch jasnych, czerwonych plam spogląda para czarnych pionowych kresek, symulujących źrenice.
Pysk smokołaka wygląda... dość zwyczajnie. Pomijając fakt, że również jest z tego samego, czarnego kamienia przypomina zwyczajny, smoczy pysk. Jest on trochę wydłużony, pokryty mniejszą łuską niż reszta ciała. Na końcu znajdują się dwie nieduże dziurki nosowe, odpowiadające za zmysł węchu. Nigdy jednak nie widać, by poruszały się, gdy smok oddycha. Mimo iż jest ze skał, nadal oddycha, choć teraz chyba tylko z przyzwyczajenia. Jeżeli otworzy paszczę, można zobaczyć, że jest stworzony z grubych skał również w środku. Nawet jego zęby są niczym oszlifowane, czarne płyty z litej skały. Zaraz za oczodołami znajdują się dość nietypowe, ułożone na sztorc w górę uszy. Nie są to uszy, jakich ktokolwiek by się spodziewał, gdyż dwie płyty odpowiadające za zbieranie dźwięków są tak mocno oświetlone czerwoną poświatą, że w ogóle uszu nie przypominają. Na końcu, z drugiej strony pyska smoka znajduje się duży, bardzo ostry kolec, najpewniej służący za broń.
Łapy Sargybinisa nie są szczególnie interesujące. Mają dość przeciętne, smocze kształty, z tą niewielką różnicą, że tylne łapy mogą utrzymać ciężar smokołaka same, toteż pozwalają mu na chodzenie we względnym pionie. Przednie łapy są niewiele mniejsze, oraz sprawiają dość mocne wrażenie, że są chwytne. Tak jest rzeczywiście, lecz nieproporcjonalna długość szponów Sargybinisa nie pozwala na używanie przedmiotów zupełnie jak człowiek. Jego szpony również stworzone są z tego czarnego kamienia, z tą różnicą, że są gładkie i idealnie czarne, podobnie jak jego zęby.


Oprócz tego Sargybinis posiada jeszcze trzy postacie. Pierwsza, utworzona ze skał, niewiele się różni od zwykłej. W tej postaci może przebywać nawet do osiemnastu godzin, bez potrzeby powrotu do formy zwyczajowej. W tej formie smokołak posiada zasklepione wszystkie dziury pomiędzy łuskami, które mają dostęp do ognia płonącego zawsze w jego środku. Dzięki temu w ogóle nie roztacza wokół siebie żadnej poświaty. Gdyby jeszcze przycupnął, lub położył się i nie poruszał, stałby się niemal całkowicie ukryty. Zdradzałby go co najwyżej jego kształt, lecz tak właściwie to kto spodziewa się, że czarna skała obok może być smokiem? Oprócz tego jego łuski jeszcze bardziej twardnieją, sprawiając iż staje się niesamowicie dobrze opancerzonym monstrum. W tej formie nie przeszkadza mu również woda, która nie ma możliwości wedrzeć się w żaden sposób do środka organizmu Sargybinisa.
W formie ognistej natomiast staje się zupełnie odwrotnie. To jego zwykłe kamienne łuski zmieniają się w magmę - płynny ogień. Da się wtedy spoglądać przez smoka na wylot, lecz nie widać żadnych narządów, czy czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić, że jest żywą istotą. Ale tam w środku jest tylko ogień. Tak samo jak na zewnątrz. Sargybinis staje się wtedy chodzącym płomieniem. W tej postaci z kolei staje się za to niesamowicie wrażliwy na wodę. W tej formie potrafi przebywać co najwyżej kilka godzin.
Pozostaje jeszcze ostatnia postać Sargybinisa - Pył. To może wydawać się nieco dziwne, lecz ta forma okazuje się być niesamowicie przydatna. To właśnie w niej smokołak regeneruje swoje siły i leczy otrzymane rany. Robi tak jednak jedynie wtedy, gdy są one poważne, w innym wypadku nie ryzykuje. Wygląda wtedy jak spora kupa popiołu, w której znajdują się niewielkie kawałki czarnej skały. Nie zachowuje swojego zwykłego kształtu, lecz posiada zdolność do powolnego poruszania się w tej postaci. Wygląda to tak, jakby pył sam z siebie zaczął przesypywać się w jakimś kierunku. Mogłoby się to okazać wielce przydatne, gdyby musiał zmieścić się do jakiejś wyjątkowo małej przestrzeni. Jest jednak haczyk - w tej formie musi przebywać bardzo długo, w zależności od tego jak bardzo jest ranny i zmęczony, aby wrócić do zwykłej postaci, toteż nie robi tego często. Może nie wygląda wtedy imponująco, ale na pewno niepozornie, co może ułatwić życie.


Charakter

Sargybinis jest dość... interesującą osobą. Dawniej, kiedy jeszcze był wysoko postawionym rangą żołnierzem, mającym przejąć funkcję po ojczymie, miał diametralnie inne poglądy niż teraz, nie wspominając już o samym jego zachowaniu.

Dawniej Sargybinis był również krewnym samej Rapsodii VIII wielkiej na jej dworze, przez co musiał przystosować się do wszelkich panujących tam norm kulturalnych i etycznych. Niespecjalnie przeszkadzały mu te zasady, ponieważ potrafił z łatwością się do nich stosować. Wiedział kiedy jaki ukłon powinien wykonać, kiedy co powiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Nawet zasady dotyczące posługiwaniem się dwudziestoma sztućcami podczas posiłku znał na pamięć. Mimo to, nie przeszkadzało mu to, podobał mu się tamtejszy przepych. Jednak według niego, nawet życie w przepychu, jeżeli trwa i trwa, staje się najzwyczajniej w świecie nudne. Sargybinis jest urodzonym podróżnikiem. Nie potrafił długo usiedzieć w miejscu nawet w młodości, a długie wyprawy w nieznane tylko zwiększały jego apetyt na podróże. Jest to dla niego praktycznie tak samo niezbędne jak dla kogoś innego jedzenie lub sen. Nie zmieniło się to nawet do dziś, kiedy podróż stała się dla niego całkowitą codziennością. Jednak za najlepszą wyprawę uważa tą, która zaprowadzi go tam, gdzie jest jego dusza - do Riveneth.
Fellariankę spotkał wcale nie tak dawno temu, od tamtego czasu minęło może pół roku. Jednak, biorąc pod uwagę impulsywność Sargybinisa, oraz jego niezdolność do dłuższego oczekiwania na własną decyzję, nietrudno się domyślić, że już podczas pierwszych spotkań był w niej zauroczony. Oczywiście, szybko poszło to dalej oraz głębiej. Obrońca tak bardzo mocno odczuwał coś do niej, że nie mógł wytrzymać bez złożenia jej przysięgi wiecznej wierności. Riveneth stała się dla niego wszystkim i pokochał ją jeszcze mocniej niż wcześniej. Fellarianka jest dla niego filarem, bez którego on by się zawalił. Nawet nie tylko w przenośni, gdyż Sargybinis jest świadom tego, że polują na nich trzy demony, które posiadają już jego spalone, dawne ciało. Śmierć Riveneth umożliwiłaby zabicie również i jego, w czym jego nowe ciało w niczym mu już nie pomoże.
Z tego samego względu skalny smok nie szanuje swojego życia. Co prawda nie dosłownie, nie rzuca się z klifów, próbując się zabić. Podoba mu się jego obecna forma, bo ma świadomość, że mogłoby być gorzej. Bardziej chodzi o to, że zawsze wystawia się na pierwszy front i pierwszy ogień. Jest niewiarygodne twardy, nawet jego mięśnie, a przynajmniej ich odpowiedniki są z kamienia, a on nie odczuwa bólu po ich przecięciu czy zniszczeniu. Ma świadomość, że dopóki Riveneth żyje, nie zginie od zwykłego ostrza, upadku z wysokości, czy zmiażdżenia. Dlatego właśnie to ją za wszelką cenę chroni, a w tej kwestii nie ufa absolutnie nikomu z wyjątkiem samej Fellarianki. Nie wspominając już o tym, że to właśnie w niej Sargybinis jest rozkochany.
Jedynym, czego Sargybinis się naprawdę boi, jest rozstanie. Nie wie, jak by zniósł to, że Riveneth jest gdzieś daleko, nie ochraniana przez nikogo. Najpewniej całymi dniami by się o nią zamartwiał, starając się za wszelką cenę jakoś do niej dotrzeć. Nic nie obchodziłoby go to, jak to zrobi, choćby miał jechać w gnojówce, albo stać się główną atrakcją w cyrku.
Sargybinis utracił swoje wyposażenie gdzieś w otchłani, jednak nie zapomniał wyuczonych technik. Jego ciało jest na tyle w ludzkim kształcie, że mógłby chwycić za miecz, albo tarczę, jednak teraz nie widzi w tym większego sensu. Jest dość twardy, by mógł sam służyć za tarczę, a miecz skutecznie zastępują mu szpony i wysoka temperatura, która od niego bije.

Atrybuty

Krzepa:Stalowe mięśnie, Niezłomny, Nie do zdarcia,
Zwinność:Niezbyt zręczny, Niedokładny,
Percepcja:Szczątkowy węch, Pozbawiony smaku, Przytępione czucie, Czuły zm.mag,
Umysł:Niezbyt bystry, Ineligentny, Żelazna wola,
Prezencja:Ładny, Barbarzyński, Szarak,

Cechy specjalne

Głazy, pył, ogień i demon [D]Ciało Sargybinisa jest bardzo nietypowe. Choć posiada kształt, którym przypomina istotę smokopodobną, to jednak nie można powiedzieć, by miał w sobie choć krztynę krwi pradawnych. Po przemianie jego ciało uformowało się na ten wzór ze skał, pyłu i ognia. Ponadto Sargybinis jest w stanie na różne okresy czasu zmieniać swą postać na taką, która całkowicie zrobiona jest z jednego z tych wymienionych wcześniej. W formie skalnej zmienia się najmniej, Sargybinis zachowuje swój zwyczajowy kształt, z tym że wszelkie luki pomiędzy kamiennymi łuskami zasklepiają się, upodabniając go do chodzącej góry głazów. W tej formie łuska smokołaka staje się twarda niczym granit. Drugą formą, w jaką Sargybinis może się przeobrazić, jest ognista. Tutaj również zachowuje poprzedni kształt, lecz wtedy jego łuska zamienia się w magmę, która bucha żywym płomieniem. W tej formie jest bardzo wrażliwy na wodę, która bardzo mu szkodzi. Ostatnią możliwą postacią Sargybinisa jest pył. W tej formie smokołak, lub też jego część dosłownie rozsypuje się w sporą kupkę pyłu, posiadającego świadomość smokołaka, oraz zdolnego do poruszania się. W tej formie smokołak regeneruje swoje rany, oraz energią, co jednak trwa bardzo długo, a ponadto nie może przerwać tego procesu, dopóki się nie zakończy. Oprócz tego w tej postaci jest wrażliwy na wodę, która choć nie robi mu wtedy krzywdy, to znacząco spowania procesy regeneracji. W żadnej ze swoich form nie jest jednak w stanie mówić, co uniemożliwia mu brak ludzkich strun głosowych. Może jednak próbować naśladować odgłosy, które w jego mniemaniu przypominają ludzkie słowa. W praktyce jednak mało kto, z wyjątkiem Powierniczki, potrafi go zrozumieć.
Powierniczka duszy [D]Wytłumaczenie, czym dokładnie jest ta cecha, może się okazać dość skomplikowane i żeby poznać wszystkie jej aspekty nie wystarczyłby jeden wieczór przy piwie. Tak właściwie, mówiąc najprościej, jest to trwałe, nierozerwalne połączenie pomiędzy dwoma zakochanymi osobami. Jest to jednak bardzo rzadka cecha, która występuje tylko w niewielu przypadkach, nie do końca wiadomo dlaczego. Najprawdopodobniej jest to jakoś związane z naznaczeniem danej osoby magiczną esencją, która w przypadku Sargybinisa kipiała w nim od narodzin. Dopiero po spotkaniu Riveneth i wypowiedzeniu słów wieczystej przysięgi wierności, esencja magiczna zapieczętowała to w postaci tej więzi. Jej siła zmienia się wraz z odległością dwóch osób od siebie. Analogicznie, im dalej, tym jest słabsza. Ta więź pozwala obu osobom na to, by instynktownie wyczuwać w jakim kierunku znajduje się jego lub jej towarzysz. Nie jest to wszystko - więź bardzo bazuje na słowach przysięgi. Sargybinis przysięgał wierność duszy, przez co więź zamknęła jej duży fragment w ciele Riveneth, lecz nie powodując na Obrońcy żadnej ułomności. Z tego powodu, nie można ukraść duszy Sargybinisa, ze względu na to że nie jest kompletna. Żadne zaklęcia nie są w stanie go jej pozbawić. Jednakże jest minus, śmierć powierniczki niemal automatycznie oznacza również jego śmierć. Podział duszy sprawia również, że im obojgu mniej szkodzą zaklęcia z dziedziny umysłu. Mag musiałby jednocześnie rzucić zaklęcia kontroli umysłu na ich oboje, aby osiągnąć normalny efekt. Oprócz tego, więź ta wspomaga komunikację dwóch kochanków, poprzez bezpośrednią wymianę myśli. Niestety, w ich wypadku działa to w tak minimalnym stopniu, że jest niemal nieodczuwalne.
Ognista plowocina [Z]Sargybinis stosunkowo niedawno odkrył tę cechę. Przypadkowo, kiedy splunął na ziemię, zauważył, że jego ślina jest idealnie czarnego koloru. Nie byłoby to niczym dziwnym, gdyby nie to, że Sargybinis za bardzo zbliżył do tej substancji jedną z ognistych luk w jego łuskach. Wtedy temperatura obok czarnej cieczy wzrosła nieznacznie, ale wystarczyło to do zajścia reakcji. Substancja w momencie zapłonęła cała, wywołując bardzo niewielką falę uderzeniową, która lekko go odepchnęła. Ostatecznie substancję można chyba porównać z bardzo łatwą do podpalenia smołą. Sargybinis jednak nie posiada nielimitowanych zasobów tego surowca. Może je jednak uzupełniać, poprzez spożywanie kamieni. Nie do końca wiadomo, dlaczego kamienie w organizmie smoka zmieniają się w smołę, ale tę kwestię można już pozostawić naukowcom, którzy będą mieli odwagę choćby podejść do skalnego smoka.
Przekleństwo potwora [S]Sargybinis jest w pewnym sensie demonem. W sumie w pewnym sensie to trochę mało powiedziane. Jest nieposiadającym nawet szkieletu skalnym demonem. W pewnych aspektach raczej ciężko jest brać to za pozytyw, z uwagi na to, że demony mają swoje słabości. Sargybinis na przykład nie jest w stanie nawet dotykać srebra. Dotyk przyprawia go o ból mniej więcej porównywalny do tego, gdyby człowiek wsadził rękę do ogniska. Broń wykonana z tego metalu dużo łatwiej przebije się przez jego kamienny pancerz. Co ciekawe, odcięcie mu kończyny taką bronią sprawi, że ta rozsypie się w pył, a Sarbyginis odczuje ból z tym związany, podczas gdy zrobienie tego zwykłą bronią nie uczyniłoby na nim najmiejszego wrażenia. Oprócz tego odcięty fragment Sargybinisa będzie potrzebował o wiele więcej czasu na zregenerowanie się i powrót do poprzedniej postaci, jeśli broń będzie wykonana ze srebra. Oprócz tego, Sargybinis jest ogromnie wrażliwy na wodę. Substancja ta nie szkodzi mu tylko wtedy, gdy znajduje się w formie skalnej. W swojej zwyczajowej formie zetknięcie z wodą powoduje przedostanie się jej pod łuski, skąd dociera do płomieni które zasilają jego organizm. Na szczęście gasi ich tylko tyle, ile jest w stanie dotrzeć. W takiej sytuacji Sargybinis nie jest w stanie zmienić postaci, czy choćby poruszyć zgaszoną kończyną. Gdyby zanurzył się w wodzie cały, niechybnie oznaczałoby to dla niego śmierć. W formie pyłu również ma problemy z wodą, która choć nie może go wtedy zgasić, to znacznie utrudnia mu powrót do jakiejś innej postaci. Natomiast w formie ognistej łatwo jest się domyślić, z jakiego powodu nie lubi wody. Jest wtedy czystym płomieniem, który w kontakcie z wodą gaśnie. Gdyby zetknął się w tej formie z wodą, wiele czasu zajęłaby mu regeneracja. To jeszcze nie są wszystkie słabości smokołaka. Sargybinis jest również podatny na święte insygnia. Jako demon nie jest w stanie znieść choćby dźwięków modlitwy, mimo, że jako człowiek dość często się modlił. Nie jest w stanie wytrzymać długo w pobliżu jakiegokolwiek ośrodka wiary, co sprawia mu ewidentny ból fizyczny. Toteż mimo jego pozornej wytrzymałości, jest dość łatwo pokonać skalnego smoka.
Brak funkcji życiowych [Z]Sargybinis nie ma żadnych funkcji życiowych. Nie potrzebuje powietrza, ani oddychania, by żyć. Za to posiada zmysł powonienia, dzięki któremu jest w stanie tropić. Nie musi jeść, energii do życia dostarczają mu jego wewnętrzne płomienie. Mimo to skalny smok lubi jeść, w szczególności pieczone mięso. Pożywienie zaraz po połknięciu wpada w ogień i zostaje spalone, dzięki czemu Sargybinis nie musi wydalać pochłoniętego pokarmu. Jednak tego jest również wada. Poprzez specyficzną budowę magia życia nie ma na niego żadnego wpływu, przez co nie można sztucznie przyspieszyć na przykład czasu regeneracji smokołaka.

Umiejętności

Jeździectwo [W] Za czasów, gdy był człowiekiem, tyczyło się to dokładnie tego, czego możnaby się było spodziewać, czyli jazdy konnej. Teraz jednak ma się to zgoła inaczej - służy za wierzchowca. Przyjmuje wtedy skalną formę, by bijące od niego gorąco nie było problemem. Nie pozwala jednak, by dosiadał go ktokolwiek oprócz jego Powierniczki.
Odnajdywanie portali oraz magii [W] Od momentu przemiany zmysły Sargybinisa uległy wyostrzeniu. Najbardziej zmienił się zmysł magiczny, dzięki któremu to potrafi lokalizować magię oraz jej źródła.
Otwieranie zamków [P] W zasadzie można powiedzieć, że to wyważanie, lecz właściwie efekt pozostaje ten sam.
Polowanie [O] Są to dość podstawowe informacje, oraz umiejętności. Sargybinis wciąż uczy się, jak korzystać ze swoich nowych zmysłów, więc może wkrótce dojdzie do lepszej wprawy
Przetrwanie [W] Z łatwością radzi sobie w dziczy.
Tropienie [O] Dopiero zaczyna trenować tropienie, co przy wyostrzonym węchu i słuchu stało się o wiele łatwiejsze.
Unieszkodliwianie mechanizmów [O] Ogranicza się to raczej do wykonywania poleceń typu: zniszcz, spal itd.
Polityka [P] Podstawy pochodzące jeszcze ze szkolenia żołnierskiego.
Władanie mieczem [W] Dzięki dobremu opanowaniu tej umiejętności został przydzielony jako strażnik dla podróżującego maga, mającego do spełnienia ważną misję. Niestety, teraz już raczej do niczego mu się nie przyda
Strategia [O] Głównie wynik obserwacji dowódców.
Taktyka [O] Tak jak powyżej.
Uniki [W] Ta zdolność okazała się być mu przydatna w wielu bitwach. Jednak po przemianie nie radzi sobie z nimi już aż tak dobrze.
Walka wręcz (jako smokołak) [W] Wbrew pozorom walka w tej postaci nie jest bardzo trudna. Skupia się raczej na atakach, niż obronie.
Kaumflaż [M] Smokołak nawet baz żadnego przygotowywania wygląda jak spora, czarna skała. mało kto spodziewa się, że jest to żywa istota (lub też prawie żywa, ciężko to określić)
Defensywa [W] Poznał wyższe techniki umożliwiające obronę przed nacierającymi przeciwnikami i dobrze je opanował.
Etykieta [W] Znajomość etykiety to konieczność na dworze Rapsodii VIII wielkiej.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Ach... Rapsodia! Miasto cudów, elfów, czarodziei i ludzi. Nad budynkami z białego i różowego marmuru przepływa czyste, pięknie pachnące, rześkie powietrze. Na skrzyżowaniach ulic skrzą się w słońcu różnorakie fontanny, z których każdą można by podziwiać przez długi czas. Pośrodku miasta jest naturalne jezioro, z którego powierzchni wyłania się wielka wyspa. Na niej stoi Pałac czarów, z murami z białego marmuru, jest idealną siedzibą dla władczyni, oraz dwunastu rządzących czarodziejek. Miasto, będące prawdziwym rajem na ziemi!

W tych dniach jednak nikt nie świętował. Jedna z członkiń najwyższej rady Rapsodii, siostra Rapsodii VIII Wielkiej, miała siostrę imieniem Lara, która z niewyjaśnionych przyczyn pewnego dnia zemdlała. Z początku nie uznano tego za nic poważnego, jednakże gdy incydent się powtórzył, uzdrowiciele dokładniej zbadali kobietę. Jak się nagle okazało, nie była to żadna choroba. Kobieta po prostu była w ciąży. Kiedy to odkryto, była już w trzecim miesiącu. W zasadzie nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że Lara nie miała męża. Nikt też nie zauważył wokół niej żadnego adoratora. Było to dość problematyczne, gdyż kobieta, która utraciła swą cnotę, a przy tym nie była w jawnym związku, musiała liczyć się z konsekwencjami. Co innego, gdyby była chłopką, gdyż wtedy nie byłoby wokół tej sprawy żadnego szumu. Lecz w takim wypadku jej reputacja w Pałacu, oraz w ogóle na dworze została poważnie zszargana. Nie musiała co prawda obawiać się o dziecko, które w cywilizowanej Rapsodii było bezpieczne, lecz sama musiała pożegnać się całkowicie ze wstępem do Pałacu.

O całej sprawie głośno było po całej Rapsodii. Dowiadywał się o tym każdy, kto choćby w mieście tylko nocował. Gdy sprawa dotarła do pewnego kawalera, będącego wysokim rangą oficerem stacjonujących w mieście oddziałów Rododendronii, postanowił on przyznać się przed radą do postępku, którego w rzeczywistości nie popełnił. Zrobił to, ponieważ znał Larę od dawna i było mu jej żal. To mocno nadszarpnęło również i jego reputacją, jednakże gdy dowiedziano się, że dziecko Lary jednak będzie mieć oboje rodziców, w dodatku będących po ślubie, to cała sprawa mocno przycichła, a tematy rozmów skierowane zostały ku nadchodzącemu weselu Lary, oraz Roana.

Niestety, przyszła matka dziecka zachorowała mocno w ostatnim miesiącu ciąży. Zaklęcia wspomagające jej organizm niewiele pomagały, gdyż nie chciano zaszkodzić dziecku. Sama Lara mówiła, że woli oddać życie za to, by jej dziecko mogło żyć. Mimo tych zapewnień, czarodzieje i czarodziejki umyślnie raz za razem zwiększali moc używanych zaklęć, bo widziano jak Lara gaśnie z dnia na dzień. Całe miasto wpadło ponownie w ponury nastrój, nie wyłączając Roana. On właśnie cierpiał najbardziej, bo choć w rzeczywistości pokochał Larę, to nie był w stanie zrobić dla niej nic więcej poza powiedzeniem dobrego słowa.

Pewnego dnia nadszedł dla niej czas rozwiązania. Lara po długim czasie narodziła syna, którego jedna z uzdrowicielek trzymała na rękach. Chłopiec płakał głośno, co świadczyło o tym, że jest zdrowy.
- Daj mi je... - powiedziała Lara słabym głosem. - Chcę je potrzymać.
- To chłopczyk. - oznajmiła uzdrowicielka, po czym włożyła płaczące dziecko w ręce matki. Lara chwyciła chłopca, po czym ten przestał płakać, rozpoznając matczyny dotyk.
- Będzie się nazywał... Sargybinis. - oznajmiła Lara, po czym uśmiechnęła się. Imię to znaczyło tyle, co "kamienny", czy też w żargonie "obrońca". Kobieta najwyraźniej chciała, by został żołnierzem. Po ledwie paru minutach okazało się, że to jej ostatnie życzenie - Lara odeszła z uśmiechem na ustach, oraz dzieckiem na rękach. Nie pomogły nawet zaklęcia, które działały z pełną mocą od chwili narodzin dziecka. Lara odeszła na zawsze.

Rycerz został wtedy jedynym prawowitym rodzicem dla małego chłopca. Przez parę pierwszych lat życia Sargybinisa zajmowały się nim piastunki w odpowiednich warunkach, podczas gdy Roan otrzymał do użytku własną niedużą posiadłość w pobliżu. Roan starał się jak mógł, by chłopczyk dobrze się rozwijał. Respektował ostatnią wolę Lary, zamierzał wychować go na wojownika. Co prawda, nie obyło się bez sprawdzenia, czy cała ta magia, której użyto na matce przed porodem, odbiła się w jakiś sposób na chłopaku. Jednak Sargybinis, wbrew wszelkiej logice, przejawiał do magii antytalent, a jedynym, co mu w z nią wychodziło, było jej szukanie. To tylko utwierdzało Roana w postanowieniu odnośnie przybranego syna. Miał być Obrońcą.

Obrońcy to wyspecjalizowana kadra wojowników konnych. Ich zadaniem w bitwie jest nie gruchocząca szarża na przeciwnika, lecz podjazdy i ucieczki spod szeregów wroga, mające na celu prowokowanie do ataku. Natomiast gdy wróg uderza, Obrońcy tworzą szyki defensywne przed swoimi oddziałami dystansowymi. Bowiem zarówno strzelcy, jak i magowie, nie najlepiej radzą sobie, gdy wpada na nich z impetem piechota albo konni.
Obrońcy znani są z tego, że niewiele korzystają z kopii, którą posiadają tylko nieliczni z nich, a zamiast niej noszą ze sobą tarczę, która powierzchnią przewyższa prawie czterokrotnie zwykłe tarcze. Jest doskonała przeciw odpieraniu prawie wszystkich ataków, szczególnie wtedy, gdy Obrońcy ustawią się w żywy mur. Ściana tarcz jest tak skuteczna, że oddziały atakujące przeważnie wycofują się, chcąc znaleźć drogę naokoło. Daje to strzelcom mnóstwo czasu do przeprowadzenia skutecznego ostrzału.

Jednak teraz, gdy nie trwała żadna wojna, Obrońcy, których nie było bardzo wielu, rozjeżdżali się po państwie, do przydzielonych posterunków. Stawali się wtedy zwykłymi konnymi, z normalnymi tarczami i przypasanymi mieczami, lecz gotowymi w każdej chwili zjechać się, aby bronić pierwszej linii w armii. Taki właśnie los przeznaczony był młodemu Sargybinisowi.

Roan wychowywał chłopca w swojej posiadłości w Rapsodii. Nie była wcale duża, ale nie zabrakło tam służby, więc nie przeszkadzało to bardzo. W końcu chłopak miał być żołnierzem, nie powinien przywyknąć do luksusów. Mimo to w pierwszej kolejności nauczył go zasad dworskich, czyli jak zachowywać się na zamku, jak jeść, jak mówić. W końcu był bliskim krewnym samej Rapsodii VIII. Od tamtej pory chłopak uczył się nie tylko tego, co potrzebne jest wiedzieć wszystkim ludziom, a również i tego co tyczyło się polityki. W końcu był ważną osobą i byłoby nietaktem, gdyby trzeba mu było gdzieś na ważnych spotkaniach tłumaczyć wszystkie polityczne zawiłości.

W wieku ośmiu lat Sargybinis otrzymał na urodziny sprzęt wojskowy, składający się z broni treningowej, dopasowany do niego rozmiarem. Razem z Roanem zaczęli pierwsze wojskowe ćwiczenia. Chłopcu podobało się to, co robili i tak naprawdę była to pierwsza rzecz, którą robił aż tak instynktownie. Już teraz widać było, że Lara się nie pomyliła. Szczególnie dobrze radził sobie z parowaniem i odbijaniem ciosów mieczem, tarcza jednak nie bardzo przypadła mu do gustu. Roan jednak przyłożył do tego ogromną wagę, gdyż zależało mu, by Sargybinis rzeczywiście został Obrońcą. Chłopak starał się, jak mógł, jednak dalej lepiej radził sobie z mieczem.

Gdy miał lat trzynaście, Roan ofiarował mu młodego rumaka bojowego. Był już po treningach, więc nie było obaw, że chłopiec po prostu z niego spadnie, gdy koń się czegoś wystraszy. Nauczono go, jak obchodzić się z końmi, jak się nimi zajmować oraz jak zdobywać ich zaufanie. Dopiero gdy już to opanował, zaczęto go trenować w jeździe konno. Sargybinis bardzo szybko sobie to wszystko przyswajał, nie było większych problemów z nauką. Gdy miał lat osiemnaście, nauczył się, jak walczyć w siodle tak, by z rumaka nie spaść. Była to niezwykle przydatna umiejętność, bo czasem walka na własnych nogach to za mało.

Mniej więcej tak minęło dzieciństwo Sargybinisa. Osiem następnych lat jeszcze szlifował swoje umiejętności, po czym nareszcie gotów był przyjąć zaszczytny tytuł Obrońcy. Został pasowany na prawdziwego rycerza. Roan był z niego wielce zadowolony. Co prawda, cała ceremonia była mało oficjalna, lecz młodemu wojownikowi to wystarczyło.

Jako że w tych czasach Rapsodia i Rododendronia nie prowadziły żadnych działań wojennych, to Sargybinis miał pozostać w zamku do czasów wojennych, jeśliby miały takie nastąpić, lub dopóki nie przejmie funkcji oficera po swoim ojcu. Czas ten, miał poświęcić całkowicie na naukę dowodzenia, która miała w przyszłości wspomóc go w jego zawodzie. Jednak teraz nauka Sargybinisowi szła bardzo opornie. Marzył o tym, by opuścić mury miejskie i wyruszyć w świat. Po roku nauk zadecydował, że będzie żył jak zwykły Obrońca, czyli pojedzie patrolować obszary wokół jednego z posterunków. Decyzji tej nie przyjęto zbyt dobrze, lecz sam Sargybinis był dostatecznie wysoko urodzony, by móc samemu o tym zadecydować. Najbardziej szkoda było tak naprawdę Roanowi, który nie chciał się rozstawać z synem. Sargybinisa jednak niewiarygodnie ciągnęło do świata, którego jeszcze niewiele widział. Młody wojownik wkrótce wyruszył w świat.

Miejsce, do którego się udał, wydawało się przechodniom być dość przeciętne. Zwyczajna wieża strażnicza, o grubych murach, stojąca niedaleko granicy terytoriów. Nic szczególnie nadzwyczajnego. Parę komnat, jadalnia i niewielka zbrojownia. Stajnia, w której pasą się dwa konie należące do strażników. W wieży stacjonuje niewielka załoga, licząca sobie ledwie kilku żołnierzy. Wszyscy nie byli szczególnie dobrze wyszkoleni. Ot, ludzie od poboru opłat, straszący tylko wyglądem. Raz na jakiś czas objeżdżali teren, w poszukiwaniu jakichś uchyleń od prawa, czy też jawnego jego łamania. Nie sprawiało to jednak, by cokolwiek znajdywali, bo były to na tyle rzadkie i regularne objazdy, że potencjalni złoczyńcy mogli obrabować całą okolicę, poczekawszy po prostu jeden dzień po patrolu. Na szczęście okolica była nader spokojna, a złoczyńców nie było ani widać, ani słychać.

Tak czy siak, była to pierwsza strażnica, jaką na swojej drodze napotkał Sargybinis. Było to już parę dni jazdy, więc już wcale nie tak blisko Rapsodii. Obrońca zadecydował, że pozostanie w niej przez jakiś krótki okres czasu, przed wyruszeniem w dalszą drogę. Może tydzień, może dwa. W tym czasie zamierzał pełnić funkcję strażnika granicznego, pomagając stacjonującemu tu niewielkiemu Rododendrońskiemu oddziałowi.
Jednakże obrońca został przyjęty tu niezbyt miło. Nie żeby oczekiwał pokłonów, czy czegoś w tym rodzaju, ale zaskoczyło go, gdy ludzie ze strażnicy obchodzili się z nim tak po prostu, tak jakby nic w ich szeregach nie znaczył. Sargybinis nie wyjawiał im swojego pochodzenia, zresztą wcale nie widział takiej potrzeby. Nie miało to większego sensu, choć nie był przyzwyczajony do takiego... normalnego traktowania. Nie zaoferowano mu również żołdu, lecz służbę w zamian za wyżywienie i niewielkie pieniądze. Obrońca wkrótce zauważył, że zwykli żołnierze z tej strażnicy otrzymują nie tylko jedzenie, ale i normalne wynagrodzenie. Być może dlatego, że nie spodziewano się dodatkowych wydatków, lecz w jego opinii było to po prostu wyzyskiwanie go.
W tej kwestii akurat się nie pomylił. To właśnie jemu wyznaczano najbardziej niewdzięczne zadania. Sprzątanie stajni, czy czyszczenie kuchni jednogłośnie przydzielono właśnie jemu. Oprócz tego, to właśnie jemu kazano jeździć na patrole, dzięki czemu cała reszta żołnierzy mogła nie robić nic.

Sargybinis szybko zechciał wyjechać stamtąd jak najszybciej. Zdecydował jednak zaczekać z tym do czasu, aż otrzyma żołd. Pieniędzy nie miał ze sobą bardzo dużo, a dodatkowe monety na pewno mu się jeszcze przydadzą. Żołd przydzielano akurat tego dnia kiedy tam przyjechał, toteż do następnej zapłaty trzeba było poczekać pełny tydzień.

Obrońca najwięcej czasu spędzał na patrolach. Przeprowadzał je codziennie, przez długie godziny obserwując okolicę. Czasami nawet robił to dwa razy w ciągu jednego dnia, co do tej pory się nie zdarzało. Sargybinis w ten sposób odsuwał się od trudniejszych i mniej przyjemnych zadań, samemu tylko jeżdżąc konno. Było to w sumie najbardziej przyjemne zadanie, które spotkało go podczas tego postoju. Niestety, rzeczywiście okolica była aż nazbyt spokojna i nie działo się zupełnie nic. Sargybinis w ogóle nie miewał okazji by przetestować swoje długo nabywane umiejętności w praktyce. Trochę tego żałował, ale nie rezygnował z zakładania pancerza, który uznał za bardzo potrzebny.

Na ósmym patrolu, czyli dnia piątego, Sargybinis pojechał dalej niż zwykle. Po zrobieniu normalnego objazdu, Obrońca skierował konia w drugą stronę niż zazwyczaj, czyli w stronę granicy. Sargybinis po prostu nie chciał jeszcze wracać do strażnicy, a wiedział, że i tak nikt go nie sprawdzi. Poza tym, zamierzał pojechać tą drogą ponownie, już po zwolnieniu z czasowej pracy na strażnicy. Uznał, że uprzednie zbadanie terenu nie jest wcale złym pomysłem.
Po przekroczeniu granicy, Obrońca zdjął tarczę z pleców. Teren, na który wjeżdżał nie należał do nich, więc nie wiedział, czego można się spodziewać. Gdzieś po bokach drogi mogli kryć się rozbójnicy, lub ktoś inny, pragnący obrabować wędrowca. Wolał móc szybko zasłonić się przed atakiem, jeśliby miał on nastąpić.

Jak na razie jednak nie działo się nic. Sargybinis jechał po prostu głównym traktem z wyciągniętą tarczą. Jednak po tej stronie granicy okolica najwyraźniej była równie spokojna, co po tamtej. Obrońca nie do końca wiedział, czego szukał, kiedy tu przyjeżdżał. Może najbliższej wioski, albo strażnicy? Chciał może poznać obyczaje tutejszych? To raczej był zwykły impuls, który sprowokował go do złamania rutyny.
Sargybinis zadecydował o zjechaniu z traktu, jako że obok niego pojawiła się mała, lecz zdecydowanie wydeptana polna dróżka. Obrońca najwyraźniej po prostu świadomie pakował się w kłopoty. Co z tego, że zjeżdżał nie wiadomo gdzie? Coś po prostu zmusiło go do zjechania tam, lecz nie do końca wiadomo co.

Wtem usłyszał cichy szelest, gdzieś dalej. Może było to tylko zwierzę, ale Sargybinis nie miał co do tego pewności. Mogło to być wszystko. Dźwięk powtórzył się, jednak tym razem rozległ się jeszcze cichy dźwięk wyginanego drewna. W sekundę później powietrze przeciął świst, a Obrońca wiedział już, że w jego stronę leci strzała, lub bełt. Wyprostował rękę z tarczą i zasłonił się przed nadlatującym pociskiem. Rozległ się metaliczny brzęk, gdy grot strzały prześlizgnął się po metalowym okuciu.

Obrońca zeskoczył z konia, bo wiedział, że na wierzchowcu dużo łatwiej będzie go trafić. Tarczę ustawił przed sobą, kierując ją w stronę, z której nadleciał pocisk. Upewnił się, że miecz można łatwo wysunąć, po czym szybko ruszył do przodu, z nadzieją na złapanie strzelca. W tej chwili widok jeszcze zasłaniała mu roślinność, poza tym nie wiedział dokładnie gdzie szukać.
Tuż przy drodze, zaledwie parę stóp od miejsca gdzie zostawił konia, była niemal niewidoczna z zewnątrz polanka. Sargybinis patrząc zza tarczy, dostrzegł gdzieś na jej brzegu młodą dziewczynę. Stała w lekkim, ale pewnym rozkroku, ze skupieniem celując w niego ze sporego łuku. Broń sama w sobie wyglądała okazale, wykonana z dużą pieczołowitością, ale Obrońcę najbardziej zaniepokoiły strzały. Groty były z ciemnego, najpewniej twardego metalu, jednak zakończone pięcioma bliźniaczymi końcami. Coś takiego umożliwia strzale na przebicie się głęboko w ciało, a nawet na przejście na wylot. Nawet opancerzony człowiek może w wyniku takiego strzału mocno ucierpieć.
Sama dziewczyna natomiast nie wyglądała groźnie. Była przeciętnego wzrostu, niczym zwyczajna kobieta. Nie miała mocno zarysowanych mięśni, przez co wydawała się trochę wątła. Oprócz tego wydawała się być jeszcze chuda, w porównaniu z innymi kobietami. Miała za to nadzwyczaj długie włosy, które sięgały jej aż do pasa, a były w kolorze ciemnych migdałów. Kształty jej ciała również były nadzwyczaj urokliwe, co najmniej w jego opinii. Miała skupiony wyraz na twarzy, a na widok zbrojnego mężczyzny chyba trochę zagniewany. Obrońca zauważył też, że jej oczy są w różnych kolorach, jedno błękitne, a drugie zielonkawe. Gdy Sargybinis ją zobaczył, postanowił spróbować załatwić tę sprawę pokojowo.

- Wiesz, że mam prawo by cię aresztować? - zapytał spokojnie, powoli jedną ręką odpinając pas z bronią, po czym rzucił nim na ziemię. - Nie zrobię tego. Po prostu opuść łuk.
Dziewczyna zerknęła najpierw na niego, potem na tarczę. Nie odezwała się do niego ani jednym słowem. Chyba mu nie uwierzyła.
- Nie jestem groźny. - powiedział, po czym wyjął ukryty sztylet i rzucił za siebie na ziemię. - Widzisz?
Dziewczyna wciąż nie odpowiadała. Widział wahanie w jej oczach, możliwe, że zastanawiała się nad jego propozycją schowania broni. Jej twarz jednak nadal nie okazywała pozytywnych uczuć.
- Nic ci nie zrobię... - powiedział, po czym zatrzymał się parę kroków od niej. - Ani tobie, ani twoim przyjaciołom, jeżeli takich masz. - oświadczył. Zaczął się poważnie zastanawiać, dlaczego to robi, jednak najwyraźniej nie zamierzał przestać. Z jakiegoś powodu, stojąca przed nim kobieta stała się dla niego nagle bardzo ważną osobą. W zasadzie to był gotów na to, by zdać się na jej łaskę i niełaskę, choć nie znał jej wcale. Sargybinis odrzucił tarczę na bok, a ręce rozłożył na boki, pokazując, że prócz zbroi nie posiada już niczego. - Teraz mi wierzysz?
Łuczniczka powoli opuściła broń, a chwilę potem zdjęła strzałę z cięciwy i włożyła do kołczana. Sargybinis uśmiechnął się przyjaźnie, po czym usiadł tam, gdzie stał, by nie denerwować dziewczyny.
- Nazywają mnie Sargybinis, miło mi poznać. Jak ci na imię, piękna niewiasto? - zaczął, stosując występującą w Rapsodii etykietę. Miał nadzieję, że w ten sposób pokaże jej, że jest osobą, której można zaufać. Gdy Sargybinis usłyszał jej piękny, kobiecy głos, ciarki przeszły mu po plecach.
- Jestem Riveneth.

Spotkanie z łuczniczką nie trwało długo. Dzień powoli się kończył, a Sargybinis musiał szybko wrócić do strażnicy. Gdyby tego nie zrobił, mógłby zostać ukarany za włóczenie się bez celu. Obrońca zamienił z nią ledwie kilkanaście zdań, opowiedział trochę o sobie i wysłuchał co ona mówiła. Zapytał też, czy będzie tu ponownie, dnia następnego, na co usłyszał odpowiedź twierdzącą.

Jak się potem dość szybko okazało, spotykali się na tej polance codziennie, każdego wieczoru. Rozmawiali tam o różnych sprawach, o swoich zajęciach, czy zainteresowaniach. Sargybinis z jakiegoś "niewyjaśnionego" powodu, po wypłacie żołdu oświadczył, że zostanie tu na dłużej. Wiedział już, na co zamierza wydać pieniądze. Potrzebował ich jeszcze sporo więcej. Żołnierze ze strażnicy zaczynali go tymczasem coraz bardziej brać za swojego. Wyręczał ich w dostatecznie wielu zadaniach, że znacznie zwiększono jego żołd.
Obrońca zaczął jeszcze chętniej wybierać się na patrole, z których nie rezygnował nawet podczas choroby. Niedługo potem zorientował się, że Riveneth zawróciła mu w głowie. Nie było chwili, by nie myślał o ich następnym spotkaniu, o tym, gdy znów usłyszy jej piękny głos. Dziewczyna natomiast każdego dnia przybywała na spotkanie z Obrońcą, ona również nie chciała rezygnować z tych spotkań.

Po paru miesiącach, Sargybinis nareszcie uzbierał wystarczającą ilość pieniędzy. Nie chciał, by były to monety które mu podarowano przed wyjazdem, a te, które zarobił własnoręcznie. Miał je przeznaczyć na coś dla niego bardzo ważnego. Pożegnał się z Riveneth na dwa tygodnie, oświadczając, że już wkrótce do niej wróci. Zaraz potem, nie zwlekając udał się spiesznie do Rapsodii.

Zajechał tam po pięciu dniach, po czym niemal od razu udał się do najlepszego jubilera w mieście. Bardzo mu zależało, by to co zamówi było jak najwyższej jakości. Na wykonanie zamówienia musiał poczekać cztery dni, lecz gdy zobaczył gotowy wyrób, ani trochę nie wahał się zapłacić z nadwyżką. W czasie oczekiwania odwiedził ojca, któremu opowiedział o swojej podróży, oraz oczywiście o Riveneth. Powiedział mu również o swoich zamiarach na najbliższą przyszłość, oraz wyjaśnił, z jakiego powodu znalazł się z powrotem w Rapsodii. Roan ugościł go, lecz przez te cztery dni Sargybinis nie mógł już doczekać się, aż znowu wyruszy. Gdy już dostał to, po co przyjechał, niezwłocznie wyruszył z powrotem.

Wrócił akurat po upływie dwóch tygodni. Zrobiło się już ciemno, ale Sargybinis o to nie dbał. Miał nadzieję, że Riveneth wciąż jeszcze jest na ich małej polance, że jeszcze czeka.
Rzeczywiście była. Przecudnie ubrana w suknię, która pięknie podkreślała jej kształty, oczekiwała jego powrotu. Sargybinis zeskoczył z siodła, po czym przytulił mocno dziewczynę.
- Tak bardzo mi cię brakowało...
- Mnie ciebie też.
- Gdy mnie tu nie było, zrozumiałem, że nie umiem bez ciebie żyć. To nie jest tylko przyjaźń, czuję, jak to rozpiera mnie od środka. - oświadczył Sargybinis. Przyklęknął na jedno kolano, po czym wyciągnął z kieszeni torby mały lśniący przedmiot. Był to srebrny pierścień, zdobiony w motywy liści i winorośli. Obrońca założył pierścień na palec serdeczny jej lewej dłoni, po czym uśmiechnął się promiennie. Spojrzał w niebo, na którym roiło się od gwiazd, a księżyc przyświecał im, nadając całej sytuacji jeszcze więcej romantyzmu.
- Ja, Sargybinis, od teraz, po całą wieczność, nie zważając na żadne przeciwności, przyrzekam ci wierność. Moja dusza nawet po śmierci nigdy cię nie opuści. Zaś ja obiecuję, że będę chronić cię przed wszelkimi niebezpieczeństwami i zapewnię nam byt. Przysięgam, że na zawsze będę twój i nigdy nie odwrócę się od ciebie. Obiecuję to, a jeślibym miał nie dotrzymać tych postanowień, niechaj moja dusza spłonie. Czy zgodzisz się być moją, na zawsze?
Riveneth przez dłuższą chwilę stała tak, patrząc raz na podarowany jej pierścień, raz na tego, który go ofiarował, z wyrazem niedowierzania na twarzy. Nie odpowiadała tak długo, że Sargybinis zaczął się nagle zastanawiać, czy go nie odrzuci, jednak wkrótce powiedziała:
- Tak, po stokroć, tak!

Wtedy, Sargybinis poczuł jakby wstrząs, choć ziemia nawet nie drgnęła. Coś błysnęło jasno, chociaż Obrońca nie zdążył dostrzec co to było. A potem... potem nie wydarzyło się już nic dziwnego. Oprócz tego, że Sargybinis poczuł potężną więź z Riveneth, tak silną, że wątpił, by kiedykolwiek miał ją zostawić. Zauważył, że również i ona to dostrzega.
- Poczułaś to? - zapytał.
- Tak. - oświadczyła. - To miłość.

Niestety, po jakimś miesiącu musieli się rozstać. Wszystko to z powodu jednego, głupiego listu, który nadano wprost do strażnicy. Obrońca miał niezwłocznie opuścić tamto miejsce i stawić się do Rapsodii na wezwanie. Fellarianka nie chciała tam jechać, ponieważ stroniła od większości ludzi. Sargybinnis był od tego jednym z bardzo niewielu wyjątków, lecz rozumiał, że kobieta źle czuje się w tłumie. Przysiągł Riveneth, że nieważne co się wydarzy, to on do niej wróci. Był pewien, że tak będzie, bo czuł wciąż bardzo mocno więź, która łączyła trwale ich serca i dusze.
Podróż nie trwała długo. Po paru dniach Sargybinis znalazł się przed obliczem swojego ojca który od jakiegoś już czasu nie pełnił funkcji oficera z powodu choroby. To właśnie od niego dostał ten list, który nakazał mu się stawić. Chciał, by wykonał dla niego jedno, niebezpieczne zadanie, aby mógł opowiedzieć o jego wyczynach w radzie i tym samym uzyskać dla niego stopień oficerski. Z początku Obrońca chciał od razu odmówić, zależało mu tylko na tym, by wrócić na strażnicę. Jednak, gdy Roan powiedział mu, że od powodzenia tego zależy życie paru śmiertelnie chorych osób, a w tym jego, Sargybinis zmienił zdanie. Gdy chodziło o czyjeś życie, a już tym bardziej jego ojca, to nie zamierzał ot tak tego zostawić. Strażnica oraz spotkanie z Riveneth mogło poczekać, zwłaszcza że jego zadanie nie było skomplikowane.

Przydzielony został do pewnego brodatego czarodzieja z siwizną. Do jego zadań należało przede wszystkim obrona starca przed czymkolwiek, co chciało wyrządzić mu krzywdę. Nie miał być bardzo zaangażowany w to, co czarodziej miał robić. Miał tylko pilnować jego bezpieczeństwa. Wkrótce dowiedział się też, że wysłani zostali w poszukiwaniu niezwykle rzadkich ziół, których znalezienie wręcz wymaga magii. Nie do końca rozumiał dlaczego, lecz jako żołnierz nauczył się by nie zadawać żadnych pytań, tylko wykonywać rozkazy.

Wyruszyli gdzieś na północ, prosto w góry. Czarodziej miał na imię Erin. Na szczęście miał własnego konia, w dodatku nie byle jakiej rasy, przez co dystans jaki mogli pokonać jednego dnia sporo się zwiększył. Drogi wyłożone luźnymi kamieniami wiły się od jednego wzniesienia do drugiego, co po paru dniach zrobiło się już irytujące. Sargybinis miał nieodparte wrażenie, że prawie się nie ruszyli przez cały ten czas, bo szczyty wydawały się być równie daleko.
Sargybinisowi nie zajęło dużo czasu zorientowanie się, że Erin jest niesamowicie roztrzepany i tak oderwany od rzeczywistości, jakby żył w kilku miejscach jednocześnie, a każdemu swojemu bytowi musiał poświęcać mnóstwo uwagi. Był w stanie zapomnieć o tym, że jest głodny i spragniony, przez co okazało się, że trzeba go pilnować nawet w tej kwestii. Sargybinis zastanawiał się nawet, czy nie zdarzyło mu się już kiedyś zapomnieć o wypróżnianiu.

Po upływie dwóch tygodni zaczęło im powoli brakować zapasów w jukach. Co prawda, czarodzieja wcale to nie martwiło, gdyż zdążył o tym zapomnieć ledwie w ciągu godziny, ale Sargybinis naprawdę się niepokoił, bo nie potrafił łapać pożywienia w dziczy. Oprócz tego, Obrońca zaczął się również zastanawiać, czy na pewno jadą w dobrym kierunku, skoro to właśnie Erin prowadził. Były spore szanse, że wcale nie uda im się wrócić, choćby i teraz zawrócili, chociażby ze względu na skurczone zapasy. Już nie mówiąc o tym, że Sargybinis całkiem zapomniał drogi, a niedawno padający deszcz zatarł wszystkie ich ślady.

- To tutaj. - usłyszał nagle nieobecny głos Erina i aż podskoczył z zaskoczenia w siodle. Westchnął, będąc szczęśliwym, że jednak nie zgubili się na całkowitym odludziu w górskich szczytach Felarionu.
- Masz szczęście... - mruknął Sargybinis, z lekką dozą zniechęcenia. Nie chciał marnować tu czasu, chciał tylko wrócić do fellarianki.
Miejsce nie wyglądało szczególnie nadzwyczajnie. Pokryta trawą prawie okrągła powierzchnia była dość płaska, a od jednej ze stron zasłonięta przez stromy nawis skalny. Dookoła tejże powierzchni rósł sobie las. Nic niezwykłego, zwyczajny górski krajobraz.
- Dobra, zaczynaj. - oświadczył Obrońca.
- Ale co? - zapytał Erin.
- Że jak? Sprawdż sobie w książce, notatniku, czymkolwiek! Miałeś jakichś ziół szukać...
- Aaa, że to... - mruknął czarodziej, a Sargybinis najchętniej walnąłby go teraz w łeb. Miał zdecydowanie dość tego nierozgarniętego człowieka.

Erin zsiadł z wierzchowca, po czym wyciągnął z juków spore, drewniane pudło. Otworzył je, po czym wyjął różnych rozmiarów przedmioty, w tym drewniane płytki z narysowanymi znaczkami nie do rozpoznania, jakieś naszyjniki, oraz coś przypominające but, a co okazało się być nakryciem głowy. Czarodziej zaczął rozkładać te wszystkie rzeczy w różnych miejscach, a kapelusz z buta założył sobie na głowę. Wyglądało to po części magicznie, a po części komicznie, a Sargybinis nie był w stanie zdecydować się, co bardziej. Nie przeszkadzał jednak w przygotowywaniu tego czegoś.
- To miało być tu? A może tam... - czarodziej zaczął drapać się po głowie, ale tego co powiedział, Sargybinis nie dosłyszał. Potem Erin pozamieniał ze sobą miejscami kilkanaście ze znaków.

- Co my właściwie robimy? - spytał Obrońca.
- Przywołuję ducha. Pomoże nam w poszukiwaniach, a nawet więcej, wskaże nam drogę i trafimy na miejsce o wiele szybciej.
- Ducha? - spytał Sargybinis z lekkim niedowierzaniem. Wydało mu się mało prawdopodobne, by jakieś latające straszydło miało wskazywać mu drogę do magicznego zielska. Ale trudno, to nie było dla niego, tylko dla jego ojca. Trzeba było tak zrobić...

Nagle krąg eksplodował jasnym światłem. Coś zagrzmiało, jakby burza, choć na niebie nie zapowiadało się by miało choćby kropić. Sargybinis zasłonił oczy przed nagłym rozbłyskiem. Nie zdążył nawet zorientować się, co się stało, bo Erin zdematerializował się gdzieś w tym świetle. Nagle Obrońca zorientował się, że do tego światła jakby coś wciąga. Nie był to wiatr, ale coś ewidentnie mocno przyciągało go w tamtą stronę. Na dodatek zaczęło przybierać na sile, tak że wierzchowiec czarodzieja wpadł do środka i również się zdematerializował. Sargybinis nagle stwierdził, że chyba nie było warto tu przychodzić. Spróbował zejść z własnego konia, lecz ten również mimo wyraźnego oporu przemieszczał się w stronę tego światła. Sargybinis zeskoczył, mając nadzieję że wyjdzie z zasięgu, jednak była to płonna nadzieja. Jego koń również wleciał w środek magicznej dziury i już go tam nie było. Sargybinis próbował łapać się trawy, czy czegokolwiek, lecz magia była silniejsza. Poczuł, że jego również wessie ta nieznana siła. Chwilę potem cała polanka wyglądała dokładnie tak, jak wtedy zanim ktokolwiek tam przybył. Żadnej magii.

Co się dokładniej stało? Trudno powiedzieć. Miał pojawić się duch. Tymczasem pojawił się magiczny tunel, który wciągnął ich wszystkich nie wiadomo gdzie. Obrońca czuł we wszystkich kończynach piekący ból, a także ogniste zadrapania na plecach.
Otworzył oczy. Miejsce, w którym się znalazł wcale nie przypominało Alaranii. To było całkowicie szare pustkowie, gdzie nie rosła ani trawa, ani drzewa, ani krzewy. Ziemia wydawała się jakaś szara i jałowa. Nawet niebo było całe w odcieniach szarości.

Wtedy zobaczył czarodzieja. Nie było tam co prawda jego konia, ale nie był sam. Wokół jego osoby stały trzy, wysokie istoty. Nie przypominały ludzi. Wszystkie trzy miały na sobie dziwne, wymyślne pancerze, które wydawały się rozpraszać jego uwagę. Wszystkie miały rogi, ciemną, lub czarną skórę, a u ich stóp odzianych w pancerne obuwie wiła się smolista, czarna mgła. Każda z istot dzierżyła broń: Pierwsza miała miecz, z dziwnymi zębami na klindze, druga dzierżyła włócznię, której szpic wyglądał niczym smoczy ząb, a trzecia miała w ręku ogromny topór.
Wszystkie trzy istoty stały wokół czarodzieja, który rozpaczliwie rzucał zaklęcia, licząc że uda mu się obronić. Sargybinis nawet nie myśląc w momencie rzucił się tam biegiem dobywając tarczy, lecz zabrakło mu dziesięciu stóp. Miecz jednej z istot, dotychczas wiszący tuż przy twarzy czarodzieja, w momencie wbił się w jego czaszkę, wychodząc z drugiej strony. Sargybinis niewiele myśląc rzucił się z mieczem na tego stwora, celując w odsłonięte miejsca. Pierwszy cios nawet się udał. Trafił lekko ponad zbroją, tnąc skórę i rozcinając coś w środku. Z bojowym okrzykiem ciął ponownie, lecz tym razem spotkał się z ripostą przeciwnika. Miecz zgrzytnął, gdy zderzył się z innym ostrzem.
- Uch... - sapnął, zaskoczony brutalną siłą swojego przeciwnika. Gdyby nie trenował defensywy, najpewniej byłby już przecięty w pół. Odskoczył do tyłu i przygotował do sparowania następnego ciosu. Istota zamiast twarzy miała dziwną maskę, przypominającą smoczy łeb, co dodatkowo utrudniało mu zgadnięcie kiedy nastąpi atak.
Ostrze nagle bez żadnego ostrzeżenia śmignęło ku jego czaszce. Sargybinis musiał się uchylić, bo wątpił, by tak silny cios dało się odbić. Ostrze, zaraz po tym jak minęło go o parę cali zawróciło znów ku niemu. Obrońca zasłonił się tarczą, której metalowa struktura zgrzytnęła ciężko. Poczuł ogromny ból w ramieniu i już wtedy wiedział, że nie ma najmniejszych szans na wygraną. Następny druzgocący cios nastąpił z góry, lecz ten Sargybinis odbił w bok, a sam ciął mocno z prawej strony. Miecz uderzył w pancerz i... utknął. Obrońca nie był w stanie go stamtąd wyciągnąć. Cofnął się, ukrywając za tarczą. Chwilę potem potężny łomot pogruchotał jego tarczę, która złamała się w pół.

Sargybinis upadł na ziemię, łapiąc się za całkiem zdrętwiałe ramię. Stwór stanął nad nim, celując w niego czubkiem ostrza. Obrońca przegrał walkę - teraz zapłaci za to życiem. Wiedział, że za chwilę skończy dokładnie tak samo jak czarodziej, którego nie zdążył ochronić. Zauważył, jak dwie pozostałe istoty podchodzą dopiero teraz, zupełnie tak jakby wynik walki nie był żadnym zaskoczeniem. W sumie, rzeczywiście nie był.
Poczuł, że demon, bo tym najwyraźniej był ten stwór, zaczyna robić coś dziwnego. Czubek ostrza zaczął drgać. Sargybinis zaczął odnosić dziwne wrażenie, że coś przyciąga go do tego ostrza. Tymczasem jego ciało pozostawało na miejscu. Demon, gdyby chciał, już by z nim skończył. Więc, co teraz robił? "Kradnie mi duszę" pomyślał Obrońca. To było jedyne racjonalne wytłumaczenie. Nie potrafił stwierdzić, jak to się dzieje. Najgorsze jednak było to, że nie potrafił się obronić. Po stokroć bardziej wolał chyba zostać przebity mieczem.
Nagle wszystko się zatrzymało. A Obrońca dalej żył. Darowali mu życie? Tak się czuł ktoś, kto nie miał duszy? Nie czuł niczego szczególnego. Może coś się zepsuło? To przypuszczenie potwierdzał chyba fakt, że demon z mieczem spojrzał na pozostałych.
- Akaen? - mruknął basowy, chrapliwy głos. - Jego dusza...
- Co z nią? - zapytał inny demon, lecz o identycznym głosie.
- Trudno wyjaśnić... Jak dotąd ostrze karmiło się duszami wszystkich napotkanych śmiertelników... Teraz po prostu tego nie robi...
- Hmm... - mruknął demon zwany Akaenem. - Spróbuj jeszcze raz... Energia zawarta w tym ostrzu będzie nam potrzebna, pamiętaj.
Tym razem kradzież duszy również nie odniosła żadnego skutku, a przynajmniej tak się wydawało Sargybinisowi. Może nie będzie aż tak źle.
- Po prostu go zabij. - oświadczył trzeci, o równie identycznym głosie co jego towarzysze. - Wtedy się uda.
- Nie. - oświadczył Akaen. - Nie ma przedmiotu, zdolnego ochronić duszę przed kradzieżą. Takie coś nie istnieje, a nawet jeśli, to nie może tego posiadać zwykły żołnierz. On ma powiernika.
- Powierniczkę. - poprawił Akaena pierwszy. - to na pewno ona.
- A co to przeszkadza w zabiciu go? - warknął trzeci.
- Jak go zabijemy, to stanie się duchem, który pójdzie do swej powierniczki. Przysięgał wierność duszy, tego nie można zerwać ot tak. A wtedy ona o wszystkim się dowie. Nie muszę ci chyba przypominać, że się ukrywamy? - wyjaśnił Akaen.
- Zostawmy go tutaj, to problem z głowy. - oświadczył pierwszy, nie opuszczając miecza sprzed twarzy Sargybinisa.
- Może mieć więź z powierniczką. Tego nie da się sprawdzić. A jeśli tak, to ona i tak wkrótce się o nas dowie. - powiedział Akaen, który najwidoczniej znał się na tych sprawach najlepiej.
- Zobaczy nas jego oczami?
- Tak.
- Wątpię. - oświadczył pierwszy, po czym wyciągnął dwa palce i zanim Sargybinis zdążył coś zrobić, dźgnął go prosto w oczy. Po otchłani rozległ się głośny krzyk śmiertelnika.

Oślepł. Nie widział niczego. Czuł się tak, jakby ogień tańczył w jego oczodołach. Czuł krew spływającą po jego twarzy razem ze łzami płynącymi ze szczątek oczu. Płakał.
- Co to da? - Sargybinis już nie umiał rozróżnić kto mówi.
- Pozbawmy go zmysłów. Wtedy nic nie zobaczy.
- To i tak nic nie da. Zobaczy wspomnienia. Widział nas już.
- Więc co proponujesz?
- Mam pewien plan...
Obrońca usłyszał kroki na dziwnej glebie, zmierzające w jego stronę. Drgania w glebie, wiedział, że któryś z nich się zbliża. Nie wiedział, co chce zrobić. Wtem poczuł, jak opancerzony but staje na jego nodze, a potem ogromna siła działa na jego kość. Wrzasnął, lecz nie był w stanie powstrzymać bólu. Noga była złamana, kość chyba wystawała na zewnątrz. Wykrwawi się tu i tyle. Sargybinis przewalił się na ziemię, łapiąc się za nogę. Udał, że stracił przytomność i przestał się poruszać. Wymagało to od niego ogromnej siły woli, ale chyba udało mu się nabrać demony.

Damy mu wrócić na ziemię. Tak po prostu. Pozbędziemy się wspomnienia z naszym wyglądem. Pozwolimy mu wrócić do powierniczki. Pójdziemy jego śladem. A gdy już ich znajdziemy, zabijemy ją, a wtedy również on zginie. Nikt nie zdąży się o nas dowiedzieć. - powiedział jeden z demonów, prawdopodobnie Akaen.
- Przecież wszystko wygada...
- Dopilnuję, żeby tak nie było.
- A jak on tam dojdzie? To kaleka.
- Mam na to sposób, choć to skomplikowane. Pamiętacie lekcje Fena?
- Jeśli zadziała, to może być. - zgodził się któryś.
Przez dłuższy czas zostawiono go samemu sobie. Nie słyszał niczego, nic też nie czuł. Nie wiedział, co się dzieje, lecz nadal udawał zemdlonego.
Po jakimś czasie usłyszał kroki i dziwne szuranie. Któryś z nich złapał go za ramię i pociągnął zmierzając w jakimś kierunku. Po jakimś czasie wciągnął go na jakąś górę kamieni. Coś grzmotnęło mocno. Potem poddźwignął go i przycisnął do drewnianego słupa. Poczuł, jak wiąże jego ręce i nogi sznurem. Czuł się jak skazaniec. Miał dość udawania.
- Co się tu dzieje? - zapytał słabo.
- Zobaczysz. - usłyszał tylko i miał nieodparte wrażenie, że demon tam, za maską, perfidnie się uśmiecha.
Sargybinis spróbował się wyrwać, lecz złamana noga skutecznie mu to uniemożliwiała. Zresztą, więzy były zbyt silne.
Wtem usłyszał trzy, identyczne, demoniczne głosy dobiegające z trzech stron. Mówiły równo, bez żadnych zająknięć, w jakimś niezrozumiałym dla niego języku. Trwało to dobrych parę minut, gdy zgodnym chórem demony krzyknęły w jego języku:
- Niech cię ogień pochłonie!


Dopiero wtedy Sargybinis zrozumiał. Ta góra kamieni, na którą go wywleczono, była stosem. Miał spłonąć, przywiązany do pala, nie mogąc nic zrobić.
Wpierw poczuł nieznośne gorąco u swoich stóp. Jeszcze przez chwilę był w stanie wytrzymać, lecz temperatura gwałtownie wzrosła. Sargybinis zaczął wrzeszczeć, pewien, że jego stopy płoną. Wkrótce ogień rozprzestrzenił się, a Obrońca ledwo oddychał, stojąc w płomieniach. Był pewien, że zaraz zginie. Nagle poczuł rwący ból w klatce piersiowej, w okolicach serca. Nie wiedział dlaczego, ale był pewien, że to włócznia Akaena.

Konał jednak dużo dłużej, niż przypuszczał. Ale z jakiegoś powodu, im bliżej był śmierci, tym mniej bólu odczuwał. Gdy płomieniami zajęła się również jego głowa, nie czuł prawie nic. Czuł jednak, jak z rany w piersi wypływa obficie jego krew i kapie na płonące głazy. Czy tak czuł się umarły? Widział swoją własną śmierć? Sargybinis miał nawet wrażenie, że umie zobaczyć płomienie, które otuliły i zabiły jego ciało, oraz smolistoczarne kamienie, na których się to dokonało. A potem znów była tylko ciemność.

*******************************

Zobaczył trawę. Rosła na ziemi i bujała się na wietrze. Kawałek dalej były drzewa. Zwykłe, Alaranijskie sosny, które wyglądały tak, jak jeszcze kiedy żył. Nie miał żadnych wątpliwości, że umarł. Najpewniej był teraz duchem, który rozmyślał o swoim dawnym życiu. Chciał obrócić się, by spojrzeć w inne miejsce, lecz zorientował się, że bycie niematerialną istotą chyba nie jest takie łatwe. Nie drgnął nawet. Spróbował się poruszyć tak, jakby miał ciało, jakby używał mięśni. Udało się.

Podparł się, a potem uniósł w górę. Właśnie wtedy zorientował się, że jednak nie jest duchem. Naprawdę miał ciało.
Widział tylko fragment, lecz było czarne, zupełnie niczym kamienie w których spłonął. Pomiędzy tym, co przypominało głazy, były nieduże wyrwy, w których pulsowało czerwone światło. Sargybinis obrócił szyję, dzięki czemu zobaczył, że ma również ogon, z tego samego materiału, z identyczynymi ognistymi przerwami. Miał też łapy, cztery, z czego dwie przednie bardzo przypominały ludzkie dłonie, miały tylko duże szpony.
Sargybinis przeszedł kawałek. Nogi działały, a on był w stanie chodzić. Znalazł małe jeziorko, w którym spojrzał na swoje odbicie. Z wody spoglądał na niego smok, nieduży, o czarnej łusce z ognistymi przerwami pomiędzy pancerzem. Sargybinis prawie się ucieszył. Dalej żył.
To znaczyło, że może dotrzymać przysięgi wierności. Słyszał, jak demony mówiły o tym, że chcą zgładzić Riveneth. Mówiły, że ją znajdą. Nie zamierzał pozwolić na to, by cokolwiek jej się stało. Fellarianka nie tylko była dla niego skarbcem, w którym trzymał duszę. Była dla niego miłością, a miłości nie mógł zostawić. Zamierzał nie tylko ją chronić, ale i znaleźć odpowiednią pomoc. Skierował swe kamienne ciało w stronę, w którą coś podpowiadało mu, żeby iść. I poszedł. Obrońca. Czarny smok zrobiony z kamieni. Sargybinis.

Dane gracza: Sargybinis

Nazwa użytkownika:
Sargybinis
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Inne Postacie:
Nanwe, Skierra, Ferren, Squamea, Morengvarg, Arrisa,
Martwe postacie:
Calvemir, Ringlid
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Wt cze 07, 2016 6:11 pm
Ostatnia wizyta:
Wt lut 20, 2018 5:18 pm
Liczba postów:
13 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.02 posty dziennie)
Ostatni post:
[Droga do Rapsodii] Półtora żywiołaka
Wt lut 20, 2018 1:33 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Szczyty Fellarionu
(Posty: 8 / 61.54% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[gdzieś u podnóża gór] Smok i jego księżniczka
(Posty: 7 / 53.85% postów użytkownika)
cron