Profil użytkownika Sillis

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Sillis Geáraìltach
Rasa: Czarodziejka
Wiek: Liczy sobie tysiąc siedemset pięćdziesiąt trzy lata, wygląda na góra dwadzieścia siedem


Aura

Emanacja zaskakuje swą nadzwyczajną siłą. Charakteryzuje się również rozbudowaną paletą barw. Już z oddali widać, iż w głównej mierze pokrywa ją srebro, przeplatane kobaltowymi wstążkami, wijącymi się niczym węże. Podstawę stanowi zaś grube, żelazne pasmo. Natomiast u góry miedziana spirala została przyozdobiona rtęciowym pyłkiem. Szmaragdowe światło zdaje się błądzić wokół, raz słabnąc, by po chwili znów przybrać na sile. Niespodziewane grzmoty niejednego mogą wystraszyć, dodatkowo nastepuje ciekawe zjawisko, a mianowicie włosy na głowie się unoszą. Później owe burzowe odgłosy zastępuje głęboki, lekko buczący ton, którego nie da się zagłuszyć. Jednakże niespodziewanie znika, a jego miejsce zajmuje echo czyichś słów, nie da się ich niestety zrozumieć, towarzyszy temu melodia płynącą z oddali. Zagłuszają ją uderzenia młota kowala oraz ciche brzęczenie, które raz jest silne, a raz słabe. Można wyczuć przyjemną woń kadzideł oraz świec. Przechodząc do wrażeń dotykowych, okazuje się całkiem twarda. Ochoczo wygina się na różne strony, jakby tańcząc, by ukazać, jak jest elastyczna. Nieraz grozi ostrymi jak brzytwa końcami, które wydają się gotowe do ataku. Jednocześnie powierzchnię okrywa warstwa aksamitnego puchu, który mimo zagrożenia kusi niemal każdego. Pikantny posmak połączony z chwilową suchością wywołuje pragnienie, natomiast lepkość aury uniemożliwia jego ugaszenie.


Wygląd

Wyłączając dość nieuchwytną, eteryczną urodę, Sillis niewiele wyróżnia się wyglądem od przeciętnej, ludzkiej kobiety. Mierząc pięć stóp i osiem cali delikatnie wybija się - dosłownie - pod względem wzrostu spośród przedstawicielek płci pięknej, jednak nie na tyle, aby wydawała się zbyt wysoka.
Ma owalną twarz, a jej cera mocno kontrastuje z burzą kruczoczarnych włosów. Z przodu głowy krótsze i niesforne, często zasłaniające jej lico, w tylniej cześci zaś sięgające do obojczyków. Dodatkowo, nieco nad uszami pradawna ma całkiem sporo dłuższych kosmyków, z których zaplata dwa warkocze, na potylicy łączące się w jeden, kończący się między łopatkami.
Jej oczy mają duże, intensywnie zielone tęczówki, które wręcz skrzą się od ciekawości. Ma wąski i długi noc oraz niezbyt szerokie usta.
Jednak tym, co najbardziej przyciąga wzrok, są liczne kolczyki - najlepiej widoczny jest ten oplatający wargę, z jednej strony zakończony metalową kuleczką, a z drugiej kształtem przypominającym hybrydę grotu strzały i ramion kotwicy. Bez problemu można też zobaczyć kilka kolejnych, które nosi w uszach.

Ubiera się w taki sposób świetnie współgrający z jej smukłą sylwetką; najczęściej można ją zobaczyć w ciemnej, lekko konturującej przeciętnej wielkości piersi i akcentującej wcięcie w talii lnianej koszuli, której długie, rozszerzające się przy końcach rękawy ukrywają dłonie, pozostawiając widoczne jedynie końcówki palców.
Luźne spodnie mają podobny kolor oraz pozbawione są niemalże wszelakich ozdób, dlatego odcina się od nich wykonany specjalnie dla niej skórzany pasek, posiadający srebrną sprzączkę i wytrawiony wzór przypominający poszczególne włókna rozplecionej nici, którego często używają jako ozdoby druidzi i druidki. Do paska przypięty jest metalowym łańcuszkiem mieszek oraz mała sakwa, w której nosi najpotrzebniejsze rzeczy.
Na nogach przeważnie ma niskie, skórzane buty z metalowymi sprzączkami.

Jej głos jest piękny i melodyjny, jednak dla prawie wszystkich sprawia wrażenie… obco brzmiącego. Spowodowane jest to tym, iż przez te wszystkie lata swojego życia, czarodziejka nie wyzbyła się swojego śladowego akcentu z północno-zachodnich terenów leżących poza centralną Alaranią.


Charakter

Sillis jest osobą inteligentną i pewną siebie. Dodatkowe połączenie tych cech z silną ambicją, rezultuje skłonnością do rywalizacji, a mimo iż stara się być jak najbardziej logiczna, to czasem sprawia to, iż podejmuje nagłe, impulsywne decyzje. Taka mieszanka była przyczyną wielu kłopotów, ale zawsze potrafiła tak obrócić sytuację, aby wyjść z niej cało i bez uszczerbu na zdrowiu.
Nie stroni od towarzystwa innych, a wręcz przeciwnie, jest przyjazna, dowcipna i gadatliwa, lecz cechy te nijak nie ograniczają jej bezpośredniości; zrazić ją do siebie jest trudniej, niż w przypadku większości ludzi. Wyruszając gdzieś, zawsze stara się znaleźć kogoś, kto może jej choć przez jakiś czas potowarzyszyć.
Często sięga po magię, uważając, iż skoro potrafi się nią posługiwać, powinna ją także wykorzystywać; podobne podejście ma także w kwestii swojej zdolności manipulowania czasem.
Dodatkowo, pod względem pogoni za wiedzą, pradawna nie wyróżnia się spośród czarodziejów i czarodziejek - jest ciekawska i uporczywa w swoich poszukiwaniach, co najlepiej obrazuje chyba fakt, iż tyle lat węruje po całej Alaranii. Nauczyło ją to, że zamiast mieć nadzieję na wydarzenie się czegoś, należy jak najsilniej do tego dążyć. Wcześniej też była uparta, ale po długich latach szukania, idealnie pasuje do niej określenie „niezłomna”.

Atrybuty

Krzepa:Wytrzymały,
Zwinność:Zręczny, Bardzo szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Dobry słuch, Czuły nos, Bardzo czuły język, Przytępione czucie, Wyczulony na magię,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, B. silna wola,
Prezencja:Olśniewający, Szarmancki,

Cechy specjalne

Ponadczasowość [M]Sillis jest ponadczasowa - w jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie chodzi tutaj o jej ciało które już dawno przestało się starzeć, a o to iż jest świadoma prawdziwej natury czasu; jeśli chce, może zobaczyć jego niezmieszaną niczym formę, pozbawioną normalnego ograniczenia do »tu i teraz«, a rozszerzoną o dodatkowy kierunek: »kiedyś«. Wtedy nie tylko widzi wycinek dziejów danego miejsca, lecz może także sięgać w przeszłość i przywracać przedmioty do ich wcześniejszych stanów. Każde takie działanie jest silnie ograniczone przez to do jak dawna próbuje się odwołać oraz kaliber dokonywanych zmian. Gdyby spróbowała wpłynąć na coś naprawdę dużego, jedynym skutkiem byłoby pozbycie się energii magicznej.
Czarodziejka odziedziczyła tę zdolność po swojej matce; sztuczki z czasem potrafi robić odkąd pamięta, lecz gdy była dzieckiem nigdy nie potrafiła ich kontrolować. Później, na skutek coraz większego opanowywania kolejnych dziedzin magii, była w stanie lepiej kontrolować swój dar, aż w końcu była nagięła go całkowicie do swojej woli.
Dodatkowo, dzięki tej zdolności kobieta jest w stanie przywołać te momenty swojego życia, które miały miejsce już po opanowaniu tej umiejętności, w formie tak wyraźnej, jakby dopiero co je przeżyła.
Teleportacja [D]Zdolność, którą zawdzięcza swojemu pochodzeniu. Niezliczoną ilość razy pomagała jej wydostać się z tarapatów, jednak czasem zdarzało się i tak, iż była ich przyczyną. Niezależnie od tego, zawsze uważała że stanowi ona większą pomoc, niźli przeszkodę.
Pomnik erudycji [Z]Czarodzieje to rasa która z poznawania mądrości uczyniła sztukę. Sillis nie jest w tej kwestii wyjątkiem i podczas swego długiego życia poznała zarówno pragmatyczne obszary wiedzy, jak i zupełne abstrakcje, które w codziennym życiu przydatne są rzadko, o ile nie wcale. To jednak w ogóle jej nie przeszkadza, ponieważ dla niej najważniejsza jest sama czynność uczenia się.
W dodatku dzięki swojemu długiemu życiu, była w stanie poznać wiedzę, która niegdyś oczywista, dziś była całkowicie zapomniana, a na nieliczne jej pozostałości można było natknąć się tylko w pradawnych zapiskach. Dotyczy to także tych informacji, które zostały uznane za zbyt niebezpiecze, aby mogły być przez kogokolwiek studiowane.
Psychiczna więź [Z]Pradawna połączona jest ze swoją matką pewnego rodzaju magiczną więzią, która w nieregularnych odstępach czasu pozwala jej na odebranie emocji odczuwanych przez swoją rodzicielkę - najczęściej wtedy, gdy są one bardzo silne. Przy okazji, kobieta jest w stanie wyznaczyć przybliżone miejsce pobytu Jaśmin. I choć dla Sillis pozostaje to kwestią spekuacji, cecha działa tylko w jedną stronę.

Umiejętności

Historia [M] Jako istota długowieczna, Sillis zapoznała się ze sporym kawałkiem historii kontynentu niezależnie od swojej woli, po prostu obserwując ją, jak powstaje, albo nawet biorąc udział w jej tworzeniu. Zaś jako czarodziejka, interesuje się tą kwestią, ponieważ jest ona kolejną porcją wiedzy, o tyle przydatnej, iż mającą realny wpływ na otaczający ją świat - niektóre państwa były w nieprzyjaznych relacjach z powodu prawdziwych drobnostek, które miały miejsce wiele pokoleń wstecz.
Kulturoznastwo [M] Jako iż od bardzo długiego czasu prowadzi poszukiwania, zwiedziła już spory kawałek łuski Prasmoka, przy okazji poznając przedstawicieli innych kultur i ras. Ze względu na swój charakter, rzadko kiedy opuszczała jakieś miejsce nie zapoznając się wcześniej z choćby cząstką tego, co miało do zaoferowania - a najczęściej było tego więcej, niż wiele. Wszystko to zaowocowało doskonałą znajomością tego tematu oraz zrozumieniem życia różnych ras.
Znajomość pisma runicznego [M] Chcąc poszerzać horyzonty swojej wiedzy, Sillis nie mogła ograniczyć swojej znajomości pisma tylko do alfabetu ludzkiego, najczęściej używanego w całej Alaranii, lecz musiała także zgłębić zawiłości innych sposobów zapisu - runicznych, czy obrazkowych. Starania te niejedenokrotnie były bardzo mozolne, nie tylko ze względu na trudność materiału, lecz także małą dostępność różnych źródeł. Mimo tego, kobieta była w stanie poradzić sobie z przeciwnościami losu, stając się ekspertką w tej dziedzinie.
Poliglotyzm [M] Sama znajomość sposobów zapisu oraz umiejętność ich odczytywania nie wystarcza, jeżeli czytający nie zna znaczeń poszczególnych słów. Mając do dyspozycji mnóstwo czasu na poszukiwanie i naukę, a także niezmierzone wręcz pokłady samozaparcia, czarodziejka była w stanie bez problemów nauczyć się wszystkich najczęściej używanych języków na całym kontynencie, tych mniej rozpowszechnionych, a także kilku najprawdopodobniej wymarłych.
Władanie nożami [M] Magia nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów, a czasem czasem lepiej po prostu obejść się bez niej. Z tego też powodu pradawna postanowiła nauczyć się sztuki posługiwania się jakąś bronią. Szybko jednak przekonała się, że nie jest stworzona do użwania niczego o dłuższym ostrzu - miecze, szable czy pałasze sprawiały jedynie, że wyglądała groźniej, lecz gdyby miała naprawdę z nich skorzystać, prędzej ucięłaby sobie uszy, niż zraniła przeciwnika. Jednak tak samo prędko, jak zniechęciła się do tamtych, znalazła inny rodzaj oręża, który nie dość, że było łatwiej jej przechowywać, to jeszcze idealnie pasował jej pod względem użytkowania - błyskawiczne i precyzyjne cięcia wyprowadzane z szybkich doskoków były czymś, w czym czuła się najlepiej ze względu na predyspozycje swojego ciała.
Czytanie aur [W] Jako istota mająca doczynienia z magią od urodzenia, posługująca się nią dokąd tylko pamięta, nie jest dziwne iż zainteresowała się czytaniem aur, w szczególności że ze względu na swój tryb zycia bardzo dużo podróżuje, co przekłada się na poznawanie wielu nowych osób. Gdyby nie ta umiejętność, niejednokrotnie mogłaby skończyć martwa.
Etykieta [W] Od małego uczyła się nie tylko o magii, ale poznawała także wiele tematów z ogólnej znajomości świata. Jej ojciej, będąc świadom iż czarodzieje i czarodziejki często mają kontakt z nobilitowanymi, uczył Sillis poprawnego zachowania w towarzystwie. Mimo tego że nie lubiła długich i nudnych wykładów, żmudnych ćwiczeń i podchwytliwych pytań, po latach była naprawdę wdzięczna o to, że Adaidh zadbał o takie wykształcenie.
Fizyka [W] Ktoś mądry powiedział kiedyś, iż fizyka opisuje świat który widzimy i w którym żyjemy. I mimo tego, iż teza ta jest równie śmiała, co prawdziwa, wielu ludzi traktuje to pole nauki jako czysto teoretyczną odskocznię od bardziej przyziemnych rzeczy.
Sillis ma do tej kwestii zupełnie odmienne podejście, ściśle związane ze swoją zdolnością: wie, jaka jest wartość tej nauki dlatego, iż to ona pokazała jej naturę czasu - a przez to też naturę jej odmienności.
Gimnastyka [W] Kiedy zaczęła prowadzić bardziej aktywny i - co ważniejsze - awanturniczy tryb życia, musiała nauczyć poruszać się zwinniej; wspięcie się gdzieś, przeskoczenie z jednego miesca w drugie czy choćby walka za pomocą noża - te wszystkie czynności wymagają wysportowanego, gotowego na tego typu akrobacje ciała i odpowiednich umiejętności u osoby, która je wykonuje.
Jeździectwo [W] Teleportacja gdzieś - mawet jeśli możliwa - nie zawsze jest najlepszym pomysłem. W dodatku, przyjemniej jest przemierzyć jakiś dystans samodzielnie, niż przenieść się tam za pomocą magii, szczególnie gdy podczas podróży można dowiedzieć się czegoś ciekawego, lub choćby podziwiać widoki. Jako iż Sillis nie stroni zarówno od pieszej wędrówki jak i podróży konno, nauczyła się tego czy owego w tej kwestii.
Kaligrafia [W] Pradawna ma w zwyczaju zapisywać swoje co błyskotliwsze spostrzeżenia, teorie i eksperymenty myślowe. Jednak jej charakter zawsze nakazuje jej przekazanie tych koncepcji dalej, aby nie zaginęły tak łatwo w zawierusze dziejów. Po tym, kiedy jej notatki które udostępniła skrybom wracały do niej bez żadnych efektów, nauczyła się pisać w znacznie czytelniejszy i przyjemniejszy dla oka sposób.
Matematyka [W] Ta dziedzina nauki jest dla niej swego rodzaju substytutem tego, czym dla większości istot interesujących się wiedzą jest fizyka - teoretycznym poletkiem, na którego obszarze bezproblemowo można popuścić wodze fantazji. Nigdy jednak nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że gdy manipuluje czasem, tworzy rzeczy które nie istniały w przeszłości, w efekcie zamieniając te dwie dziedziny miejscami, zgodnie z powiedzeniem iż to właśnie matematyka opisuje to, co mogło się zdarzyć.
Otwieranie zamków [W] Nie raz, nie dwa zdarzyło jej się trafić na drzwi, które bardzo chciała otworzyć, skrzynię, której zawartość bardzo ją interesowała, albo też cokolwiek innego, co próbowało powstrzymać jej wścibskie, zielone oczęta przed zajrzeniem w każdy możliwy kąt aby tylko znaleźć coś interesującego.
Rzadko bywała pewna, że za przeszkodą kryje się to, czego szuka, lub też cokolwiek, co będzie warte takiego wysiłku, lecz mimo wszystko była skłonna nauczyć się sztuki otwierania zamków - tak ściśle kojarzoną ze złodziejami i ich niecnymi czynami - aby tylko zaspokoić swoją ciekawość.
Odnajdywanie źródeł magii [W] Dla Sillis zdobycie biegłości w tej dziedzinie było w zasadzie czystą przyjemnością - będąc obdarzoną tak silnym zmysłem magicznym, jedyna nauka, którą musiała wyciągnąć, była praktyką w określaniu kierunku i siły takiej anomalii.
Jak się później okazało, umiejętność, którą poznała głównie po to, aby nauczyć się stosować teorię magii, zaczęła być niesamowicie przydatna, gdy tylko wyruszyła w świat - niejednokrotnie to właśnie przez to potrafiła odnaleźć jakieś specyficzne miejsca, albo uniknąć przypadkowej teleportacji w losowy zakątek kontynentu.
Śpiew [W] Sillis jest w pełni świadoma tego, iż posiada piękny głos. Potrafi ten fakt bezbłędnie wykorzystać i rzadko kiedy nie korzysta z okazji, w której może coś zaśpiewać.
Taniec [W] Jako że jest bardzo zręczną osobą, nauka przyszła jej dość łatwo - dla Sillis największym problemem było zapamiętanie kroków, do tych wszystkich tańców z którymi się spotkała. Umiejętność ta często przydaje jej się, kiedy ma okazję zawitać w wyżej postawionym towarzystwie - tam nie trudno o zabawy i bale.
Alchemia [O] Jedna z dziedzin, której nauczył ją jeszcze jej ojciec. To dzięki niemu zdobyła wiedzę nie tylko z tej naukowej strony alchemii, traktującej o teorii, ale także tej znachorskiej, skoncentrowanej na tym, co z czym powinna wymieszać, aby otrzymać coś, co może pomóc cierpiącemu.
Anatomia [O] Niejednokrotnie dzięki tej wiedzy ratowała życia - zarówno innych, jak i swoje; podczas wypraw łatwo nie tylko o drobne skaleczenia, ale również o poważne rany, które szybko mogą doprowadzić do śmierci; bez znajomości magii życia nie może poradzić sobie z nimi w ten sposób, więc musiała poznać te bardziej konwencjonalne metody.
Botanika [O] Jak zostało już powiedziane wcześniej, Sillis zna się na alchemii także w kontekście leczenia; to wymusza na niej duży stopień wiedzy o roślinach, aby mogła skutecznie pomagać innym i stosować się do podstawowej zasady: »nie szkodzić«.
Geografia [O] Sporo podróżując, nie miała szans nie podłapać choć kawałka tego, co jak ukształtowany jest cały kontynent, gdzie leżą jakie państwa i więcej tym podobnych szczegółów. Jej wiedza nie ogranicza się tylko do terenu centralnej Alaranii - jej wyprawy często rzucały ją w bardzo egzotyczne miejsca, a w dodatku sama nie pochodzi z tegoż obszaru.
Medycyna [O] Nie znając magii życia, jest zmuszona radzić sobie z wszelakimi ranami za pomocą metod bardziej konwencjonalnych - maści, opatrunki i okłady ziołowe to dla niej normalność. Sama nie byłaby w stanie zliczyć, ile razy ta umiejętność ratowała życie jej, bądź osób które jej towarzyszyły.
Uniki [O] Sama umiejętność walki jakimś rodzajem broni niewiele daje, jeżeli walczący nie jest w stanie obronić się przed atakami innych.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rozkazy
Energii [M]Czarodziejka nie pochwala walki niekonwencjonalnymi metodami, ale biorąc pod uwagę porywczość sporej części magicznej braci, była zmuszona przynajmniej nauczyć bronić się przed atakami innych, bo inaczej już dawno skończyłaby z przemrożonymi płucami albo rozwodnioną krwią w jakiejś karczemnej zwadzie. Jednak przy okazji poznawania podstaw, nauczyła się sporej liczby zaklęć ofensywnych, a jej własne ciekawskie eksperymenty, wymuszone kilkoma dość niebezpiecznymi sytuacjami, doprowadziły do opracowania kolejnych.
Istnienia [M]Dla Sillis ta dziedzina magii jest jedną z najprzydatniejszych jakie zna. Podczas manipulowania czasem może wykorzystać ją do odtworzenia przedmiotów, które zostały zniszczone lub zniknęły z jakiegoś miejsca; w codziennym życiu, władza nad tego typu magią jest niesamowicie praktyczna, bo pozwala na kreację wielu przydatnych akurat przedmiotów. W końcu co jej z możliwości rozpalenia magicznego ognia, skoro będzie potrzebowała bukłaka na wodę?
Przestrzeni [A]Kolejna domena, której zastosowania są bardzo wszechstronne - od teleportacji, przez telekinezę aż po lewitację. Niejednokrotnie w trakcie majstrowania przy delikatniejszych elementach świata fizycznego była zmuszona posługiwać się tego typu zaklęciami, a czasem trzeba dokonywać zmian w miejscach, do których nie sposób dosięgnąć.
Mocy [A]Pradawna stosuje tę domenę magii najczęściej w dwóch przypadkach - gdy chce ułatwić sobie lewitację, lub zmusić jakiś przedmiot do rozpadnięcia się. Mimo wszystko, szerokie możliwości magii sił nie pozostają dla niej tylko teorią - częste korzystanie z niej, a także liczne doświadczenia mające na celu zaspokojenie jej dociekliwego umysłu, zaowocowały dość dobrym opanowaniem tej dziedziny.
Struktury [U]Ten rodzaj magii traktuje głównie jako pomoc podczas korzystania ze swojej unikalnej zdolności - łatwiej i szybciej może złączyć różne rzeczy w całość, po prostu wydając im taki rozkaz, niż tworzyć je na nowo, przy okazji oszczędzając energię magiczną. Poza tym, raczej jej nie stosuje.

Magiczne przedmioty

Naszyjnik [ART]Złoty łańcuszek na którym zawieszony jest jakiś rodzaj szaroniebieskiego kryształu, obszlifowany i orżnięty tak, że przypomina włosy splecione w warkocz. Sillis kupiła go całe wieki temu w Danae na pchlim targu, od razu poznawszy się na magicznej aurze przedmiotu.
Wystarczy że ozdoba dotyka jej skóry - czy to kryształem, czy tylko samym łańcuszkiem - a pradawna jest w stnie przywołać dwa noże, po jednej na każdą rękę. Co ciekawe, naszyjnik wydaje się być zdolny do stworzenia dosłownie każdego typu, od puginałów, przez mizerykordie i kindżały, na krisach - z których kobieta korzysta zdecydowanie najczęściej - kończąc.

Towarzysz


Historia

Adaidh czytał notatki które sporządził przez poprzednie kilka godzin lektury, kiedy coś wyrwało go z zamyślenia - płacz. Był zdziwiony tym faktem, ale wrócił do swoich zapisków. Nie udało mu się to jednak na długo - nadzieja na to, iż ktokolwiek szedł z maluchem odejdzie dalej okazała się płonna.
Będąc już kilka pięter niżej, otworzył drzwi.
Początkowo miał zamiar się rozejrzeć, jednak okazało się iż nie musi - na trawie, niedaleko od wejścia do wieży stał koszyk który od razu zauważył; to z niego dobiegało zawodzenie. Zaintrygowany, podszedł do niego szybko; rzeczywiście, odkrywszy koc, ujrzał dziecko, które było przyczyną tego harmidru. Wziął je szybko na ręce i zaczął uspokajać. Od razu ocenił, że brzdąc był góra kilka tygodni po urodzeniu.
Cały czas mówiąc coś, przykładając uwagę tylko do tego, żeby mieć monotonny, uspokajający ton głosu, schylił się i podniósł wiklinową konstrukcję. Dobrze że to zrobił, bo zauważył na dnie złożoną kartkę na której widniał ozdobny, pełny zawijasów napis. Chwilę zajęło mu zrozumienie że ktokolwiek to pisał, używał elfickiego alfabetu, w dodatku stosując dziwaczne zasady, lecz w końcu udało mu się rozszyfrować treść - czyli jego imię.
To jeszcze bardziej rozbudziło jego zainteresowanie. Najpierw musiał jednak uspokoić dziecko…

–––

Maluch zasnął niedługo później, więc czarodziej odłożył je do stworzonej kołyski i wziął do ręki wiadomość. Była więcej, niż lakoniczna - na drugiej stronie kartki, najprawdopodobniej ta sama osoba napisała tylko jedno słowo: „dziękuję”.
Charakter pisma wydawał się dziwnie znajomy, jednak za nic nie mógł przypomnieć sobie do kogo mógł należeć. Zarzucił te rozmyślania, bo miał aktualnie ważniejszą rzecz do zrobienia - znaleźć mamkę. W pobliskiej wiosce raczej na pewno była jakaś kobieta która niedawno urodziła i karmi piersią, jednak najtrudniejsze będzie przekonanie jej i jej rodziny do zgody na tę propozycję. Ewentualnie będzie mógł skorzystać z usług jednej z tych kobiet które zajmują się tym zawodowo, lecz to mogłoby kosztować go znacznie więcej wysiłku - w każdym znanym mu mieście nie było ich wiele, a przeważnie wynajmowali je nobilitowani, którzy na pewno nie chcieliby zostać odsunięci od tej możliwości.
Wziął śpiące dziecko na ręce, a po chwili już go tam nie było.

–––

Sillis znowu zaczęła płakać. Czarodziej, przyzwyczajony już do pobudek w nocy wstał i przeszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie spała dziewczynka.
W jakiś sposób Dairin - kobieta która podjęła się zostania mamką i opiekunką - zawsze była tam przed nim, zupełnie jakby wyczuwała tego typu sytuacje już wcześniej. Adaidh nie miał na to żadnego wytłumaczenia oprócz instynktu macierzyńskiego, a kobieta nigdy nie chciała zdradzić mu jak to robiła.
Starał się poruszać najciszej jak tylko potrafił - gdy tylko wieśniaczka orientowała się, że jest w zasięgu jego wzroku, stawała się strasznie nerwowa. Nie dziwił się temu - koniec końców był magiem, a to że zawsze starał się pomóc miejscowym, nigdy nie był wystarczające żeby przełamać tę barierę bojaźni. Owszem, próbował, tylko że zawsze byli tylko piekielnie uprzejmi i starali się zakończyć rozmowę najszybciej jak tylko się dało.
Plan został jednak zniweczony; mała na chwilę otworzyła szerzej oczy, a zauważywszy go, zagaworzyła coś niezrozumiale. Mamka zaczęła coś mówić, ale Adaidh już jej nie słuchał; zatopił się we wspomnieniach.
Jej wzrok przypomniał mu pewną kobietę, która miała dokładnie takie same oczy jak Sillis. Kobietę, która miała w zwyczaju pisać ozdobnie i dziwacznie.
Pamiętał, co się wtedy zdarzyło; trudno byłoby zapomnieć, biorąc pod uwagę niezwykłe okoliczności. Tamte dni zawsze wydawały mu się nieco bajeczne i nierzeczywiste, lecz cały czas posiadał te kilka rzeczy które pomogła mu zdobyć Jaśmin, a które nie pozwalały uznać całego zdarzenia za wymysł swojej wyobraźni.
Zastanawiał się tylko w jaki sposób udało jej się przedsięwziąć coś tak skomplikowanego…

––––––

Skrobał powoli coś w swoim notatniku, co jakiś czas przygryzając koniuszek języka i wyglądając na zewnątrz aby pomóc sobie złapać myśl. Nie było słychać nic więcej oprócz szumiących liści oraz przesuwanej po papierze końcówki pióra.
W jednej chwili, przez okno - które ze względu na letnie upały było tylko iluzją - wleciał podmuch wiatru silniejszy niż inne, zrzucił kilka zapisanych starannymi runami kartek na ziemię i przewrócił kałamarz, zalewając resztę.
Miał już ochotę zakląć, ale przypomniał sobie iż Sillis jest w pomieszczeniu razem z nim. Dotychczasowo nie była taka cicha, lecz ostatnie wydarzenia sprawiły że niemalże zupełnie przestała z nim rozmawiać. Rozumiał psoty, jak to dziecko, jednak smuciło go to iż nie potrafiła się przyznać. A ona jak to ona, uparła się że nie wie o co chodzi.
Zatem nie mówiąc nic, spróbował odzyskać wszystko to co zostało najmniej zniszczone. Niestety, szybka ocena strat ujawniła iż wszystko, co miało kontakt z atramentem, było już nie do odzyskania.
Tymczasem, całkowicie bez słowa, dziewczynka zebrała wszystko to co rozwiał wiatr, ułożyła na kupkę i znów zajęła się tym co robiła wcześniej - spoglądaniem na krajobraz przy okazji powolnego przeglądania jakiegoś opasłego tomiszcza.

–––

Wszedł do pomieszczenia, przywołując do swojej ręki lampę i zaczął szukać wzrokiem. Klucze odnalazły się dość szybko.
Jednak w głębi ducha jakaś rzecz całkowicie mu się nie zgadzała - coś było wyraźnie nie na miejscu, tylko że sam nie wiedział co. Był świadom faktu, iż wszystkie fragmenty układanki leżały mu przed nosem, lecz miał duży problem ze znalezieniem tego który powinien być w rogu oraz wszystkich przedstawiających niebo.
Nie mogąc dojść do żadnych sensownych wniosków wyszedł, gasząc przy okazji palący się knot - w końcu nie chciał puścić dymem całej wieży.

–––

Po pustce wokoło wywnioskował że Sillis wstała już jakiś czas temu, a potem poszła pochodzić po lesie. Czarodziej nie pochwalał takiego zachowania - może i miejscowi byli świadomi że jest jego wychowanką, ale różnoracy przejezdni nie mogli zdawać sobie z tego sprawy. Poza tym, zwierzęta też raczej nie bardzo będę przejmowały się tego typu faktem.
Niestety jednak, nie chciał jej zabraniać takich wypraw - podejmowała się ich raczej rzadko, a wiedziała już na temat magii wystarczająco aby przynajmniej potrafić bezpiecznie przeteleportować się do wieży.
Kiedy zjadł już śniadanie, ponownie zabrał się za przelewanie swoich uwag na papier. A raczej spróbował, bo pióro którym posługiwał się dzień wcześniej tym razem było znacznie mniejsze.
Zanim jednak zdążył się porządnie zdenerwować, zauważył coś dziwnego - nie było po prostu pomniejszone, lecz zdecydowanie zmienił się jego wygląd - powierzchnia była bardziej miękka, a zarysowany puchem kształt nie przywodził już na myśl ostrza, tylko przypominał owal.
Rzut okiem pozwolił zauważyć kolejną zmianę - wczorajsze zalane atramentem strony wyglądały jak nowe, a niektóre z nich sprawiały wrażenie jakby oderwał się od pisania w środku runy. W dodatku, niekiedy dalej na kartach pojawiał się dalszy ciąg słów, zupełnie jakby poprzednie w ogóle nie zniknęły.
To kazało my się zastanowić - jeśli dziewczynka nie wiedziała co na nich umieścił, to w jaki sposób mogłaby odtworzyć ich zawartość? W dodatku, dlaczego miałaby działać wybiórczo? Zupełnie nic by na tym nie zyskała.
Długo próbował rozwikłać tę niezwykłą zagadkę, jednak miał do zgryzienia naprawdę twardy orzech. Mimo wszystkich przeżytych lat, nigdy nie natrafił na problem tego rodzaju. Kłopotem nie były odpowiedzi - tych miał przed sobą cały komplet - ale pytania które musiał zadać aby je uzyskać.
Zaczął od nowa, tym razem jednak biorąc coś na czym mógłby notować.
Z taką pomocą rozbił wszystko na mniejsze części, łatwiejsze do ogarnięcia umysłem i przeanalizowania, a potem zaczął szukać wspólnych cech każdego wydarzenia całej historii.
Szybko udało mu się odrzucić wszystkie niemożliwe wytłumaczenia. Pogrom idei ocalała tylko jedna, która - niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobnie brzmiała - musiała być tym prawdziwym rozwiązaniem.
Teraz tylko musiał nieco poczekać…

–––

– Sillis, poczekaj! Przepraszam za to że obwiniałem cie za to, co się wokół działo. Powinienem był posłuchać tego co mówiłaś. – Zatrzymała się. – To nie twoja wina że nie potrafisz tego kontrolować – jeśli wcześniej chciała jeszcze się do niego obrócić, to po tych słowach jedynie zacisnęła pięści i ruszyła gniewnie dalej.
Czarodziej zaklął cicho, wyrzucając sobie nieodpowiedni dobór słów. Jednym zaklęciem przeniósł się przed swoją wychowankę i chwycił ja za ramiona, jednocześnie pokazując jej swoje notatki.
– Widzisz w nich coś dziwnego?
– Tak. Nie ma tam wszystkich run. To pewnie ja je wymazałam, bo nie potrafię się kontrolować, tak? – Jak na jej wiek, potrafiła być bardzo szorstka i uszczypliwa.
– Nie. Kochana, nie chciałem żeby to tak zabrzmiało…
– Ach, no tak, pewnie miałeś w zamiarze przekazać mi to w grzeczny sposób, z pełnym zachowaniem etykiety dworskiej!
– Na wszystek kręgów, posłuchaj chwilę swojego ojca! – Uniósł się, to prawda, lecz to najwyraźniej zmusiło jego córkę do chwilowego powstrzymania się od jakichkolwiek komentarzy. – Teraz już zdaję sobie sprawę z tego, że nie wiesz nic o tych wydarzeniach. W jakiś sposób jesteś ich przyczyną, nie wiem jeszcze w jaki, jednak mam świadomość iż nad tym nie panujesz.
– Co? O czym ty mówisz? – zapytała zdziwiona. Dziwaczne wieści wytrąciły ją z jego dotychczasowego wojowniczego nastroju.
– W jakiś sposób kontrolujesz otaczający cię czas. Jeszcze nie ustaliłem w jaki, a już tym bardziej nie wiem nic o możliwych ograniczeniach, ale najwyraźniej musisz zacząć swoją naukę wcześniej niż przypuszczałem.

––––––

– A teraz powoli, spokojnie… Bardzo dobrze – pochwalił czarodziej, widząc jak moneta leżąca na głazie rozdzieliła się na kilka części. Nie mógł jednak nie zauważyć, że Sillis dosłownie pada z nóg. – Zbierajmy się. Przyda ci się odpoczynek.
– Spróbuję jeszcze ją złączyć.
– Nie, to może być groźne. Dzisiaj i tak już za bardzo się przemęczyłaś.
Położył jej rękę na głowie, a sceneria wokół nich zmieniła się - nie stali już nad strumieniem, tylko przed wejściem do wieży. Dziewczynka była niezadowolona z takiego obrotu spraw, lecz wiedziała że lepiej nie przeciągać struny.
– Chodź, zjemy coś dobrego.

Będąc w środku, mężczyzna zaczął krzątać się po pomieszczeniu aktualnie służącym im za kuchnię, a Sillis usiadła na jednym z kilku krzeseł. Z miłą chęcią pomogłaby swojemu ojcu, jednak nie miała siły; miał rację - za dużo ćwiczyła. Oparła się jedynie o stolik i czekała.
Po kilkudziesięciu minutach czekania, gdy zdążyła zrobić się naprawdę głodna, Adaidh postawił przed nią talerz z parującym jedzeniem - gotowane mięso, warzywa i nieco chleba.
Zaczęła jeść. Niezbyt szybko, choć konsekwentnie. Czuła, że z każdym kęsem powoli wraca do niej energia, jednak i tak była świadoma że nie obejdzie się bez kilku godzin snu - utrzymanie stałego kontaktu z rzeczywistością wymagało coraz więcej wysiłku, podobnie jak ciągłe podnoszenie powiek.
Kończyła już swoją porcję, kiedy czarodziej wstał. Niestety, gdy szedł potknął się, a talerz wyleciał mu z rąk i roztrzaskał się o podłogę.
Słowa dobiegły do niej jakby z bardzo dużej odległości, bo coś innego przykuło całą jej uwagę - w jednym momencie widziała odłamki rozsiane po pokoju, a w drugim to, co tworzyły wcześniej - naczynie. Wydawało jej się, że wystarczy sięgnąć po nie, aby odzyskało swoją dawną formę, więc nawet się nie wahała.
Podeszła i pewnie chwyciła coś, co dla pradawnego było po prostu powietrzem, a potem - zanim udało jej się pociągnąć - straciła przytomność.

–––

Pobudka nie była miła. Czuła się jakby ktoś wywrócił ją na drugą stronę i zostawił tak, żeby sama sobie jakoś z tym poradziła. Jej dłonie były czymś obwiązane.
Podniesienie powiek wymagało nieco wysiłku, lecz w końcu jej się udało. Wtedy jednak rażące światło wschodzącego słońca pokazało jej, że nie był to najlepszy pomysł.
Leżała jakiś czas, przy okazji sprawdzając, czy wszystko ma na miejscu - coś, co zupełnie nie przyszło jej do głowy zaraz po przebudzeniu. Wydawało jej się, że wszystko jest z grubsza w porządku - czuła jedynie pieczący ból dłoni, więc domyśliła się, że najprawdopodobniej rozcięła się odłamkami, a później Adaidh ją opatrzył.
W końcu, mocno mrużąc oczy, udało jej się powoli przygotować swoje źrenice na jasność dnia. Potem podniosła się, nie zważając na protesty zastałych mięśni. Miała nieodparte wrażenie że straciła kontakt ze światem na dość długi okres.
Kilka ostatnich minut świadomości było zasnute bardzo gęstą mgłą - Sillis wyczuwała, że jakieś wspomnienia tam są, lecz rozbiegały się na wszystkie strony gdy tylko próbowała się na nich skupić.
Zostawiła to w spokoju, dochodząc do wniosku, że wcześniej czy później odzyska te fragmenty pamięci. Następnie wstała z łóżka; ugięły się pod nią nogi, jednak dokonując cudów zręczności udało jej się chwycić za ramę łóżka i zapobiec upadkowi. Chwiejnie bo chwiejnie, wyszła w końcu z pomieszczenia. Zorientowała się, że jest na jednym z wyższych pięter i zaczęła zastanawiać się, czy zejście po schodach będzie dobrym pomysłem. Postanowiła zaryzykować i zrobiła pierwszy krok. Potem ostrożnie i konsekwentnie pokonywała kolejne stopnie, uważając na to gdzie stawia nogi, żeby o nic się nie potknąć - w szczególności o samą siebie. Jednak mniej więcej w połowie drogi jej ciało ją zawiodło; powinęła jej się noga i zaczęła lecieć na dół, w kierunku podłogi.
Upadek był bardziej niż bolesny. Nie wydała żadnego dźwięku, nie ze względu na szczególną odporność na ból, tylko przez to iż uderzenie wypchnęło całe powietrze z płuc.

Potem przybiegł jej ociec i pomógł na powrót stanąć na nogi i zaczął rozmowę. Rozkojarzona po uderzeniu nie bardzo wiedziała o co chodzi, ale starała się pociągnąć wątek. Jednak mimo tego znów powoli odpływała i niedługo później po raz kolejny wylądowała w objęciach ciemności.

–––

Tym razem pobudka była przyjemniejsza. Mogła nawet powiedzieć, że całkiem solidnie wypoczęła. Była też piekielnie głodna, choć na szczęście wiedziała że to da się dość szybko załatwić.
Ale zamiast ryzykować kolejny upadek, po prostu przeniosła się na niższe piętro wieży. A potem znów i znów, dopóki nie była tam gdzie mogła znaleźć coś do jedzenia.
Jednak jej działania nie przeszły niezauważone - Adaidh zjawił się niedługo później i wyraźnie był zadowolony widząc swoją córkę na powrót stojącą na nogach.
– Sillis! – przytulił ją mocno, a potem spojrzał jej prosto w oczy. – Mam nadzieję, że tym razem wstałaś już ostatecznie.
– Chyba tak. Co się ze mną działo?
– Straciłaś przytomność, a potem wpadłaś w letarg. Budziłaś się raz na jakiś czas, ale te przebudzenia nie trwały zbyt długo. I przeważnie kończyło się to dla ciebie boleśnie.
– Raz na jaki czas?
– Dwa, trzy razy w ciągu jednego dnia. Łącznie byłaś nieprzytomna cztery doby. Już kiedy wracaliśmy miałaś w sobie krztynę energii, a potem wykorzystałaś nawet te resztki, które ci pozostały. Niemądrze, choć przynajmniej teraz jesteś świadoma czym grozi nieuwaga.
– Było nieprzyjemnie, jednak jako krok ostateczny mogłoby – zaczęła, lecz jej ociec nie dał skończyć myśli.
– Nie. Gdybym w ostatnim momencie nie pozbawił cię przytomności, to musiałbym wyprawić ci pogrzeb. – Pytający wzrok Sillis sprawił, że zaczął wyjaśniać. – Właśnie dlatego chciałem poczekać z nauką aż będziesz mieć solidne podstawy… Zajęłoby to całe lata, ale przynajmniej nie naraziłabyś się na przypadkowe popełnienie samobójstwa. Tak jak musisz oddychać, tak samo musisz mieć w ciele choć trochę magii. Nikt nie ma pewności dlaczego tak jest, choć wszyscy wiedzą, jakie są skutki empirycznych eksperymentów. Śmierć. Nijak nie da się jej zapobiec. Oczywiście, można potem taką osobę próbować ożywić… Jednak to jest piekielnie trudne. A teraz obiecaj mi jedno – powiedział i spojrzał jej w oczy. – Kiedy będę cię uczyć, „dość” to będzie naprawdę dość. Jeden werdykt, z którym nie możesz dyskutować. Obiecujesz?
Widział, jak zastanawia się nad tym co jej powiedział. Pierwszy raz spotkała się tak blisko ze śmiercią - a w dodatko to ona prawie została ofiarą jej kosy ostrzejszej niż jakakolwiek brzytwa. Takie okoliczności bezsprzecznie skłaniają do myślenia.
Sam bał się uczyć jej magii, bo w życiu każdego adepta i adeptki przychodzą takie momenty gdy nie może być pewien, że następne zaklęcie nie będzie tym ostatnim. To trudna nauka, lecz inaczej nie da się wpoić znajomości własnych granic, których przekroczenie jest ostateczne. Wolałby, żeby jego córka nie ryzykowała w ten sposób tylko po to aby być w stanie używać magii.
Choć wolałby, nie mógł tego zmienić. Sillis, krew z jego krwi nie tylko była czarodziejką, to posiadała jeszcze bardzo specyficzny talent, który nieokiełznany wcześniej czy później ją zabije.
– Obiecuję – te słowa wyrwały go z zamyślenia. Przytulił ją mocno.

––––––

Narastający szum odwrócił jej uwagę od długo prowadzonej myśli. Wiedziała co to za miejsce - w końcu jak mogłaby nie pamiętać swojego pierwszego treningu? Skrzywiła się na wspomnienie późniejszych bolesnych upadków, gdy półprzytomna budziła się i próbowała walczyć z sennością i głodem, ale jej ciało raz za razem okazywało się zbyt słabe.
Uświadomiła sobie, że przez te wszystkie lata nie pojawiła się tutaj dlatego, iż podświadomie unikała tej okolicy. Na swoich spacerach zawsze omijała je szerokim łukiem i nawet tego nie zauważała. A teraz pojawiła się na swojej osobistej terra prohibita tylko dlatego że przestała zwracać uwagę na to gdzie idzie.
Wyłoniła się spomiędzy drzew na otwarty teren.
Sceneria wyglądała niemalże identycznie do tej ze wspomnień. Tylko tutaj źle ułożone gałązki, nie oddziaływujące już tak żywo na wyobraźnię, co kiedyś… wzór stworzony przez małe kamyczki nie był dokładnie taki sam, wywołując dziwną chęć przywrócenia przeszłości; gdzieniegdzie brak drzewa był równie denerwujący co dziura po zębie, wytwarzająca jakieś dziwne przyciąganie i kusząca język do nieustannego powracania tam. Za to w gdzie indziej było kilka dodatkowych, przeszkadzających szybko przeskakującemu od punktu do punktu wzrokowi w zalezieniu bardziej znanego kawałka przestrzeni…
Ale bez wątpienia było to to samo miejsce, tylko że poddane upływowi czasu. Chyba największą zmianą był brak głazu, jednakże dość szybko sobie z tym poradziła - wszystkie dotychczasowe treningi przydały się w tym właśnie momencie, pozwalając jej na taki czyn. Kamień nie był idealnym odzwierciedleniem tamtego, ale niemalże idealnie spełniał rolę swoistej repliki. Oparłszy się o niego, zaczęła podziwiać otoczenie.
Kilkanaście sążni od każdej ze ścian lasu wił się strumyk. Wił się było bardzo dobrym określeniem, bo wyrytym korytem rwała szybko lodowato zimna, przejrzysta woda, pod którą widać było żwir i większe kamienie, opłukane do obłych kształtów otoczaków. Nie mogła nie zauważyć, że ruczaj często zmieniał swój bieg - ziemię znaczyło kilka mniej bądź bardziej głębokich bruzd, w których widać było pozostałości po rzeczach ciągniętych przez nurt.
Liczne iglaste drzewa tworzyły zwartą barierę jakby odcinającą to miejsce od rzeczywistego świata. Tu i tam na gałęziach można było zobaczyć jakieś ptaki albo nawet biegnącą wiewiórkę. Rośliny rozrosły się bujnie, zajmując większe połacie terenu niż wcześniej, były nieco wyższe i bardziej strzeliste, a patrząc teraz, zauważyła że las powoli zbliża się do strumienia, jakby odzyskiwał dawno utracony teren.
Zaczęła iść w górę potoku, a drobne kamyczki grzechotały pod podeszwami jej butów.

Pagórkowate tereny wokół wieży dawały naturze liczne możliwości do okazania swojego piękna, jednakże ta kotlinka wyglądała doprawdy szczególnie. Leżała u stóp jednego ze szczytów, których było w całym łańcuchu tyle, iż nikt nie zawracał sobie głowy nazywaniem ich. Dla druidzkich społeczności pełniących rolę okolicznej inteligencji nie było to ważne, bo oni rozróżniali je w inny sposób, tak samo jak chłopi żyjący w tamtej okolicy i korzystający z dobrodziejstw gór. Reszta ludzi miała inne, ważniejsze sprawy.
Sillis lubiła siadać w zacisznych miejscach z ładnym widokiem, a potem nadawać im skomplikowane miana oraz wymyślać związane z nimi zawiłe historie. To było lepsze niż kręcenie się po okolicy której znała już każdy zakątek i czytanie ksiąg Adaidha. W jego kolekcji prawie wszystkie traktowały o magii, a do ich zrozumienia potrzebowała wiedzy której jeszcze nie miała. Nieliczne pozycje niemające związku z mistycznymi, okultystycznymi praktykami poznała już dawno temu, a teraz przerabiała powoli tytuły podpowiadane jej przez ojca.

Po kilkunastu minutach marszu - głównie pod górę - stanęła przed wodospadem. Chciała wspiąć się wyżej, lecz nie odnalazła żadnego możliwego uchwytu. Zaczęła się odwracać, gdy nagle poczuła jakby przez jej umysł przesunęła się fala. Zdenerwowanie połączone z jednoczesną lekką ekscytacją.
Niespodziewany napływ obcych uczuć przeraził ją tak mocno, że odruchowo przeniosła się z powrotem pod wieżę i wbiegła do środka, a potem oparła się o ścianę i próbowała uspokoić oddech.
Początkowo była przepełniona grozą, ale potem odezwała się racjonalniejsza część jej umysłu - ta, która była czarodziejką aż do rdzenia każdej z myśli.
Poczuła coś takiego po raz pierwszy. Pod wodospadem. To oznaczało, że w tamtej okolicy żyje jakaś istota potrafiąca mieszać w umysłach innych. Będzie musiała powiedzieć o tym ojcu.

–––

Adaidh wysłuchał opowieści Sillis w milczeniu, czasem tylko przerywając żeby zadać jakieś pytanie. Widać było, że poważnie podszedł do tematu. Nie można mu się było zresztą dziwić - w końcu miał zadbać o bezpieczeństwo okolicy, w której mieszkał wraz ze swoją córką.
Udał się - tak jak ona wcześniej - w górę rzeki. Siedziała teraz na głazie, który wcześniej odtworzyła i czekała na niego. On zdążył zapomnieć o tym miejscu. Ona nie.
Od jakiegoś czasu silnie zastanawiała się nad tym procesem. Zauważyła, iż spośród ostatnich wydarzeń nie ma takiego, co do którego nie byłaby pewna jego przebiegu. Umykały jej mniej lub bardziej drobne szczegóły, jednak kluczowe elementy niezbędne do zachowania sensu i chronologii zawsze były na miejscu, gotowe tylko na moment, aż zechce sobie je przypomnieć.
Niepokoiło ją to, nawet pomimo tego, iż nie posiadała pamięci absolutnej - jeżeli nie zwracała na to szczególnej uwagi, to nadal zdarzało jej się zapominać o różnych sprawach - ale nadal wydawało jej się to nienaturalne.

Gdy zobaczyła iż jej ojciec wraca, stanęła z powrotem na ziemi. Nie miał zbyt zadowolonej miny, ale nie potrafiła orzec, czy to dlatego iż znalazł coś paskudnego, czy też może nie znalazł nic. Wiedziała jednak że szybko pozna odpowiedź na to pytanie.
Po kilku chwilach Adaidh był już obok i zaczął mówić.
– Rozglądałem się tam dosyć uważnie, ale… – przerwał, widząc że ugięły Sillis osuwa się na ziemię. Złapał ją i pomógł utrzymać równowagę, jednak nie mógł nie zauważyć jej nieobecnego wzroku.
Przeklął sam swoją nieuwagę, odciągnął Sillis od kamienia i przyciskając ją do swojej piersi, nogą zakreślił krąg. Następnie postawił wszystkie swoje zmysły w stan gotowości.
Trwał tak parę minut, nerwowo zastanawiając się jak wyjść z patowej sytuacji, aż w końcu poczuł iż jego córka rozluźniła napięte dotąd mięśnie. Puścił ją, a ona odsunęła się od niego delikatnie, nadal pozostawając w kręgu.
– Co się teraz tak właściwie stało?
Mężczyzna musiał czekać na odpowiedź, bo czarodziejka próbowała uspokoić oddech i opanować trzęsące się dłonie. Wreszcie, po dość długiej chwili udało jej się to i była w stanie podnieść wzrok, chociaż wyglądała na… nieobecną.
– To najwyraźniej jest tutaj, w pobliżu. Czułam ból i strach.
– Sillis spójrz… – zaczął mówić, ale przerwał, żeby użyć bardziej stanowczego tonu. – Sillis, spójrz na mnie. – Kiedy wreszcie uzyskał to o co prosił, podjął powoli. – W promieniu kilku mil jedyne żyjące istoty oprócz nas to ptaki, wiewiórki i dżdżownice. Obawiam się, że to nie bestia jest przyczyną tych problemów.
Wyciągnął rękę w jej stronę.
Dokładnie taka była prawda - bał się czegoś innego, niż nieznanego potwora. Głównie dlatego, że teraz był pewien iż ten w ogóle nie istnieje. Jego obawy wzbudzały myśli że problem stanowi talent jego córki. Miała pewną władzę nad pozycją przedmiotów w czasie; zdolność ta nie objawiła się zaraz po urodzeniu. To co działo się teraz, mogło być początkiem prekognicji. Losowo sięgała pamięcią w przyszłość, trafiając na różne momenty. Ten który wyciągnęła teraz, musiał być dość drastyczny.
Widział kilka osób zdolnych do jasnowidzenia. Wiedział też że jeśli odpowiednio szybko nie opanuje się tej umiejętności, to najczęściej doprowadza to do szaleństwa. Ludzki umysł nie był stworzony do tak swobodnych wędrówek po czasie - szczególnie, jeśli nie potrafił dobrze rozróżniać teraz od wtedy i kiedy.
Sillis zrozumiała jego intencje i chwyciła jego dłoń. Chwilę później prawie nic nie wskazywało na to, iż ktokolwiek w ogóle przebywał w tamtym miejscu.

–––

Trudno było przekonać ją do przerwania ćwiczeń. Jeszcze trudniejsze było zmuszenie jej do przyznania, iż nie czuje się już w pełni sił. Nigdy nie przesadzała na tyle, aby zrobić sobie krzywdę, lecz dobrze widoczne skutki treningów były dla niej coraz lepiej widoczne w jej coraz większej pewności w korzystaniu z magii i swojego talentu, a także spadającej liczbie przypadkowych incydentów, zdarzających się od czasu do czasu. Dlatego nie mógł jej się dziwić chęci do kontynuacji nauki - w końcu otrzymała od losu możliwość zmiany świata w tak plastyczny sposób, niedostępny dla przeważającej większości innych osób.
Miała niesamowicie żywy umysł, który bardzo trudno było poskromić. Bez większych problemów i potrzeby ponownego tłumaczenia odnalazła się w pogmatwanych teoriach dotyczących działania świata i tej niezwykłej jego części zwanej magią, matematyce oraz innych naukach ścisłych. Kilkukrotnie udało jej się zaskoczyć swoimi wnioskami nawet jego. Przez to czuł się źle, gdy zamiast pogłębiać z nią niezbadane dotąd przez rozum dziedziny wiedzy, on wymagał od niej nauki etykiety, historii rodów i równie nudnych tematów. Wiedział, że to może w życiu przydać się jej częściej, niż filozoficzne rozważania, a jednak nadal czuł się źle.
Dlatego kiedy podczas odpoczynku na małej polance padło pytanie, on zaczął zastanawiać się nad przyczyną zadania go tak późno, a nie nad właściwą odpowiedzią. Tak zajęło to jego myśli, że Sillis była zmuszona wywalczyć sobie chwilę uwagi.
– Ojcze, więc? Jak poznałeś moją matkę?
– To było tyle lat temu… W ruinach pochodzących jeszcze z czasów Środkowego Królestwa. Ale niech no zacznę od początku…

–––

Wyprawa na niegdysiejszy obszar państwa ustanowionego wieki wcześniej przez Archentara musiała być owocna - liczne stare, dawno wymarłe i opustoszałe miasta oraz forty pełne były zapomnianej wiedzy, a także - co było dla niego nie mniej ważne - pozostawionych tam skarbów. Dotychczasowo tułał się od jednego wybrzeża kontynentu do drugiego, szukając szczęścia, które było łaskawe obdarzyć go swoim uśmiechem dopiero teraz.
Drzewa dawno odzyskały już teren ulic i domów w bitwie, w której miasto było postawione na z góry przegranej pozycji. To, co działo się teraz, przypominało pobojowisko, przemierzane przez maruderów, zajmujących się swoim standardowym zajęciem - obdzieraniem zmarłych i pomaganiem konającym w przemianie w obiekty do obdzierania.
Początkowo, gdy pod jego stopami pojawiły się spasowane kamienie myślał, że trafił na teren jakiejś starożytnej świątyni, wzniesionej by czcić tego bądź owego bożka płodności lub plonów - albo obu na raz - jednak zauważenie pozostałości po budynku kuźni pomogło dojść do odpowiednich wniosków.
Udało mu się; przedzieranie się przez gęsty las nie było przyjemne, a teraz w dodatku mógł spokojnie oddać się poszukiwaniom - przynajmniej dopóki wystarczy mu zapasów. Oczywiście nie wieszczył sobie rychłych sukcesów, lecz nic nie stało mu na przeszkodzie, aby powoli i skrupulatnie przekopał się przez każdy budynek, zajrzał pod każdy kamień i zbadał dokładnie każdy zakątek. Miał naprawdę mnóstwo czasu. Teraz pozostało mu tylko znalezienie czterech ścian, między którymi nie zamieszkały zwierzęta do spółki z roślinami - albo przynajmniej nie były zbyt inwazyjne i poczynione szkody mógłby bezproblemowo naprawić za pomocą magii.
Otoczenie wyglądało fantazyjnie: stary kamień - z którego wykonano większość domostw - pokryły pajęczyny pęknięć, mech oraz rosnące gałęzie; okna - dawno pozbawione szyb lub tego, co miało za nie uchodzić - przez które wychylały się szerokie, pokryte kroplami wody liście nieznanych mu roślin; zdradziecka, zasłana liśćmi i obficie zroszona wilgocią oraz poszatkowana niezliczonymi odnogami korzeni droga, grożąca, iż każdy ruch jest potencjalnym kontaktem z gruntem, skręceniem kostki lub nawet paskudnym złamaniem. Nawet największy idiota nie zapytałby się „to opuszczone miasto?”, bo od tego miejsca biła tak silna aura ekstremalnego wyludnienia, że wydawało się nie tylko opuszczone, lecz także odpuszczone, przypuszczone, zapuszczone, przedpuszczone i śródpuszczone.

Po kilkunastu minutach przemierzania zaniedbanych ulic, znalazł w końcu budynek, który wydawał się w miarę nienaruszony; z zewnątrz przypominał arystorkacką rezydencję. Gdy tylko wszedł do środka, zapach wilgoci wyczuwalny na zewnątrz nasilił się, a także dołączyło do niego parę innych, bardziej nieprzyjemnych - stęchlizna, rozkładające się zbutwiałe drewno i pleśń. Omijał wszelakie skupiska zieleni, nie chcąc trafić na nic silnie trującego.
Zaczął przemierzać pomieszczenia, kierując się wgłąb budowli. Tam rośliny nie przejęły jeszcze tak dużej przestrzeni, a każdy kolejny pokój wyglądał lepiej. Zapewne w tej okolicy nie rosło nic, co byłoby przystosowane do prawie całkowitego odcięcia od światła słonecznego. Nic nie zachowało swojego dawnego stanu i nie było zdatne od użytku, ale takie miejsce mógł spokojnie doprowadzić do relatywnego porządku. Kiedy wszedł do kolejnego pomieszczenia, natrafił na schody - jedna ich część prowadziła w dół, do jakiegoś rodzaju piwniczki, a druga w górę, na wyższe piętro.
Doszedł do wniosku że parter musiał służyć głównie jako pomieszczenia dla służby, bo rozglądając się zauważył znacznie więcej ozdób, a same rozrzucone tu i tam przedmioty wydawały się lepiej wykonane. Najlepszym świadectwem tego był sam fakt przetrwania próby czasu w zgrubsza nienaruszonym stanie.
To, co znalazł za kolejnymi drzwiami, było prawdziwym uśmiechem fortuny - czyjaś pracownia, wypełniona starymi księgami i notatnikami. Owszem, były nie pierwszej świeżości, bo pokryte przez pleśń i zniszczone przez wilgoć, jednak miał nadzieję, iż część z nich uda mu się odnowić, przeczytać, przepisać i utrwalić przed zapomnieniem.

–––

Minęły kolejne dni, spędzone przez niego na żmudnym oglądaniu kolejnych stronnic i robieniu szczegółowych notatek. Podczas dokładniejszego przeszukiwania rezydencji znalazł jeszcze kilka interesujących pomieszczeń, w tym nawet skromną bibliotekę, lecz nadal gabinet, do którego udało mu się trafić na początku był najciekawszym z nich. Potwierdziły się też jego podejrzenia, że najprawdopodobniej był miejscem pracy skryby zatrudnianego przez nobilitowaną rodzinę. Ten akurat był bardzo skrupulatny i podchodził do swojego zajęcia poważnie, ponieważ prawie wszystkie z jego zeszytów oprawione zostały w porządną skórę oraz - co najważniejsze - nałożone zostały na nie zaklęcia ochronne, które powstrzymały czas przed dokonaniem jakichkolwiek poważnych zniszczeń.
Adaidh jednak wtedy postanowił ich nie czytać. Jego zapasy były na wykończeniu, przez co zmusiło go do zaplanowania rychłego powrotu do cywilizacji. Wolał zachować sobie jakąkolwiek rozrywkę na czas wędrówki.
A teraz, podczas drogi z powrotem do ruin, w trakcie czytania końcówki jednego z nich, natrafił na dość dziwną notatkę. Wcześniejsze zapiski dotyczyły rzeczy tak przyziemnych jak narodziny dzieci, śmierci krewnych, nabytki nieruchomości, stosunki z innymi okolicznymi rodami nobilitowanych oraz stan wszelakich posiadłości. Ta czy owa była jakąś plotką, która wydała się zapisującemu ważna na tyle, aby umieścić ją na papierze.
Opowieść była o dość niecodziennej sytuacji w Onyeth. Skutki magicznej katastrofy nie dotknęły tak silnie mieszkańców, ale znaczna ich część postanowiła porzucić mieszczańskie życie na rzecz zgody z naturą.
Takie masowe wyjazdy miały miejsce już wcześniej, jednak teraz to pozostający w swoich domostwach byli w mniejszości. Nawet członkowie władającego miastem rodu Laewyn postanowili się od nich przyłączyć. I gdy wszystko było już przygotowane, do miasta dotarł goniec z ważną wiadomością dla nich, a kilkoro z nich zabarykadowało się w jednym ze swoich domów, otoczyli wszystko silnymi zaklęciami i odmawiali wyjścia. Reszta, której zależało na szybkiej ucieczce, wolała nie czekać na rozwinięcie sytuacji, tylko wyjechali już następnego dnia.
Tym razem mieszkańcy nie mogli i nawet nie próbowali zaklinać rzeczywistości - została ich tylko garstka, przeważnie starych i nie chcących zmieniać swoich przyzwyczajeń. Onyeth przestało istnieć, nawet jeśli oficjalnie było jeszcze umieszczone na mapie świata.
Sytuację pogarszali jeszcze arystokraci. Wszyscy mające choć trochę rozsądku opuścili miasto, lecz pozostału kilku zawziętych, którzy teraz mieli chrapkę na opuszczone budynki, a nawet całe dzielnice. To doprowadziło do sporów, które - gdy tylko wszyscy zorientowali się, iż nie reguluje ich już żadne prawo - przerodziły się w walki, zarówno za fizyczne, jak i magiczne.
Szybko wyłonił się zwycięzca - chłopak z rodu Koern, który zatrudniał skrybę - ale ironicznie, jedyne czym władał to opuszczona przestrzeń. Jedynym, niezdobytym przez niego terytorium pozostał mały pałacyk, zamknięty na cztery spusty i otoczony magicznymi barierami.
Dalej notatki opisywały już tylko to, jak popadał w coraz głębsze szaleństwo, próbując wedrzeć się do ukrycia pozostałych przy życiu członków dotychczas panującej rodziny.

Adaidh zastanawiał się, czy uda mu się dostać do środka. Wiedział jednak, że nie omieszka spróbować.

–––

Kiedy tylko wyruszał po zapasy, szukał kogoś, kto mógłby pomóc mu z zaklęciami otaczającymi pałac. Nikt niczego nie obiecywał, ale każda osoba, bez wyjątków, rezygnowała dość szybko.
– Nie poradzę nic na to, to zbyt stara magia. Niewiele o niej wiem, bo prawie nikt jej nie pamięta.
To zawsze się tak kończyło i tym razem nie było inaczej. Nie miał w sobie zbyt wiele nadziei, lecz wolał spróbować.
Teraz, gdy jego towarzysz już odszedł, jedyne co mu pozostawało to zajrzeć do kilku budynków, posegregować znaleziska i spróbować się z nich czegoś domyśleć.
Wrzucił kilka polan do ogniska tak, aby przykryły ogień, lecz go nie wygasiły, a potem ułożył się na podłodze oraz naciągnął na siebie koc. Nie miał specjalnej ochoty na sen, jednak wiedział, iż nie może go zlekceważyć. Chwilę po zamknięciu powiek usłyszał miękki i przyjemnie kobiecy głos.
– Więc próbujesz się tam dostać?
Otworzył oczy - na jednej z szafek siedziała kobieta i machała nogami, którymi nie dostawała do podłogi. Tylko tyle mógł o niej powiedzieć, ponieważ usadowiła się w miejscu tuż za linią silnego światła rzucanego przez ogień.
Nie mógł powiedzieć, że go nie przestraszyła, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby chciała go zabić, już dawno by jej się to udało.
– Tam?
– Do pałacu - uściśliła.
– Tak. Skąd wiesz?
– Pytałeś o osoby, które znają się na starych zaklęciach, wracasz tutaj, a w okolicy to jedyne miejsce chronione taką magią.
– Masz jakiś sposób, żeby sobie z tym poradzić?
– Nie.
– Więc co tu robisz?
– Trafiłam na ciebie przypadkowo.
– Skąd zatem wiesz o…
– Słyszałam to i owo – przerwała mu.
– Dobrze, poddaję się. Jesteś zbyt tajemnicza. – powiedział, teraz już kompletnie przybity.
– Tajemnicza? Wcale nie chciałam wywrzeć takiego wrażenia! – kobieta chyba zreflektowała się. Pozstając nadal na miejscu, wyciągnęła rękę w jego stronę. – Jestem Jaśmin.
Z jednej strony niechętnie opuszczał swoje miejsce, a z drugiej była to na razie jedyna okazja, aby przyjrzeć się nieznajomej nie wzbudzając podejrzeń. Wstał więc i podszedł do niej.
– Adaidh – jej dłoń nie była duża, a skóra na niej delikatna. Widać było, że w życiu nie zwykła pracować fizycznie. Cała sylwetka kobiety była tak drobna, że odruchowo przyszło mu na myśl ochronne otoczenie jej ramieniem. Najwyraźniej przemyślała to lepiej od niego - zobaczył niewiele więcej, bo sam zasłonił blask ognia. Wskazał jej miejsce naprzeciwko swojego kłębowiska kocy. – Przy ogniu będzie chyba przytulniej, co?
– Może. Na razie zostanę tutaj. – Zauważywszy minę czarodzieja, dodała jeszcze. – Połóż się, jeśli chcesz. Nie musisz się mną przejmować. Nie najmniejszego zamiaru zrobić ci cokolwiek złego.
Niechętnie bo niechętnie, ale wrócił do ognia, tym razem jednak nie kładąc się - wolał porozmawiać, często brakowało mu jakiegokolwiek rozmówcy podczas swoich pobytów w dziczy.
– Nie powiedziałaś mi w końcu co tu robisz.
– Szwędam się tu i tam w poszukiwaniu przygód.
– I, jak mniemam, wiele ich znajdujesz.
– Och, oczywiście że tak! – chyba nawet nie próbowała ukryć entuzjazmu w swoim głosie. – Świat jest pełen interesujących tajemnic. Choćby to miasto. Jaka jest jego historia? Co stało się z mieszkańcami? – Gdy zauważyła, że Adaidh chce się odezwać, ubiegła go. – Wiem, że o tym czytałeś. Masz przy sobie kilka sfatygowanych notatników, których zawartość rozszyfrowujesz w wolnych chwilach. Ale takich miejsc jak to na kontynencie są setki, jeśli nie tysiące! Sekrety ilu z nich uda ci się zgłębić? Kilkudziesięciu? Góra stu kilku. Jeśli chcesz robić to rzetelnie, to na więcej nie starczy ci życia. A poza nimi świat ma przecież jeszcze mnóstwo do zaoferowania.
– Czyli, jak rozumiem, nie specjalizujesz się w niczym konkretnym? – zapytał, lekko skołowany.
– Nie. Jakby to powiedzieć, chwytam się tego, czym rzuci we mnie los.
– A co to najczęściej jest? – zapowiadała się ciekawa, chociaż trudna rozmowa.

–––

Ktoś potrząsał jego ramieniem, jednocześnie mówiąc coś do niego. Kiedy podniósł powieki, spojrzał prosto w intensywnie zielone, skrzące się inteligencją i entuzjazmem oczy. Dopiero potem spojrzał na twarz - wyróżniała się dziwną, niespotykaną przez niego dotąd urodą. Jego skórę łaskotały długie blond włosy. Na jednym z jej policzków biegła długa, ledwo widoczna kreska. Blizna nie mogła być świeża. Adaidh nie potrafił orzec, czy kobieta podoba mu się, czy nie.
– Miałam cię obudzić, pamiętasz?
Chwilę zajęło mu zebranie myśli. Nie wydawało mu się, żeby spał zbyt długo - powoli się przejaśniało gdy się kładł, a teraz był najdalej późny ranek. Jaśmin za to wydawała się pełna życia, jakby odpoczywała kilka długich godzin.
– Tak. Dziękuję – powiedział, gdy przypomniał sobie całonocną rozmowę. Nieustannie miał wrażenie, że wtedy wyjawił znacznie więcej informacji, niż udało mu się uzyskać. Cieszył się jednak z tego, iż nieznajoma obiecała mu pomoc z dostaniem się do pałacu. Nie chciała wyjaśnić skąd miała umiejętności radzenia sobie z takimi przeszkodami, ale skoro to potrafiła, to pradawny był w stanie powierzyć jej to zadanie. – Twoja propozycja nadal jest aktualna, tak?
– Tak. Wstawaj szybko, bo śniadanie ci wystygnie. Cały ten czas żyłeś tylko na sucharach?
– Nie – podniósł się powoli. Dopiero teraz wyczuł apetyczny zapach atakujący jego nozdrza. – Wcześniej kupowałem dodatkowo nieco warzyw i owoców, ale podczas ostatniej wizyty w mieście nie miałem na to czasu.
– Gonił cię jakiś zazdrosny mąż? – zapytała się złośliwie.
– Mnie nie. Ale moj towarzysz deinitywnie chciał jak najszybciej stamtąd zniknąć, więc teoretycznie i to może być prawda – uśmiechnął się. – A poza tym, to co tam przygotowałaś?
– Zobaczysz gdy wstaniesz – powiedziała i odeszła. Czarodziejowi nie pozostało nic innego, niż tylko spełnić jej żądanie.

Smażone mięso może i nie było czymś zbytnio wykwintnym, ale sprawdziło się świetnie jako prosty posiłek na wzmocnienie ciała. Jako że był głodny, to szybko pochłonął swoją porcję, a potem obserwował Jaśmin, gdy ta jadła swoją część.
– Nie musiałaś tego robić, więc dziękuję. Szczególnie za to, że poświęciłaś nieco swoich zapasów.
– To drobiazg. Mi moje zapasy i tak wystarczą na długo, a ty pociągnąłbyś na tych sucharach ledwie kilka dni.
– Chyba masz rację…
– Mniejsza o większość – rzuciła i wstała. – Miałam ci w czymś pomóc, pamiętasz?

–––

Stali przed frontowym wyjściem, a kobieta zamknęła oczy i chyba nad czymś się zastanawiała. Wcześniej obeszli cały budynek dookoła, a Jaśmin zadawała mu różne pytania dotyczące historii tego budynku. Nie mógł za bardzo zrozumieć ich celu, ale dostarczał na tyle szczegółowych odpowiedzi, na ile starczało mu czasu i wiedzy.
Zaczynał mieć niejasne wrażenie, że zmitrężył ponad godzinę na bezcelowym łażeniu i tkwieniu w miejscu jak kołek wbity w ziemię. Nie bardzo jednak chciał się oddalać, bo jego towarzyszka zawsze mogła zechcieć znów się go o coś zapytać, albo też poprosić go o pomoc. Jeśli taka miała być cena dostania się do środka, to był gotów ją zapłacić.
Uświadomił sobie iż padł ofiarą tej samej obsesji, co Tonar, dziedzic rodu Koern, tylko że w jego przypadku objawiała się ona w znacznie mniej inwazyjny sposób. W tym samym jednak momencie jego rozmyślania przeciął głos.
– Udało się. Droga wolna.
Zawahał się. Dotychczas spędził tyle czasu na zastanawianiu się co jest w środku, że teraz nie chciał zawieść swych oczekiwań. Nie mógł jednak tak czekać w nieskończoność; z trudem postawił pierwszy krok, a potem każdy kolejny był nieco łatwiejszy.
– Idziesz ze mną? – zapytał, choć nie liczył na odpowiedź twierdzącą…
– Oczywiście że tak! Bez wątpienia wydarzyło się tam coś ciekawego – …więc jej słowa były dla niego dość zaskakujące.
To, co zastał w środku przekroczyło jego najśmielsze oczekiwania - budynek wyglądał znacznie lepiej od innych w mieście. Zapewne dużą rolę odegrał w tym brak roślin, które nie mogły przekroczyć linii kręgu, a te z środka nie rozrosły się zbyt agresywnie.
– Ktoś tutaj mieszał z czasem – usłyszał.
– Co? Skąd o tym wiesz?
– Mam doświadczenie. Zresztą, spójrz. – Podniosła zardzewiały nóż i uderzyła nim o ścianę. Sztuciec nadal był w jednym kawałku, tylko skorodowana część wyszczerbiła się, odsłaniając nienaruszony metal pod spodem. Nie mógł dyskutować z tak oczywistym dowodem jej racji.
– Więc co o tym sądzisz?
– Powinniśmy uważać, nigdy nie wiadomo co tutaj znajdziemy.
Chodząc po budynku znaleźli kilka interesujących rzeczy, lecz nigdzie nie mógł znaleźć żadnych zapisków. Zupełnie, jakby zostały zniszczone, aby nikt ich nie przeczytał.
I gdy miał podzielić się tym spostrzeżeniem z Jaśmin, poczuł, że traci grunt pod nogami, wyraźne uczucie spadania, a potem… A potem sam nie pamiętał.

–––

Obudziło go przeraźliwe, przenikające do szpiku kości zimno. Otworzył oczy, ale niewiele mu to dało - wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Próba poruszenia się wywołała wybuch bólu, od którego - paradoksalnie - pociemniało mu przed oczami jeszcze bardziej.
– Jaśmin… – wychrypiał. Jego głos był bardzo cichy i najprawdopodobniej całkowicie zagłuszony przez szum płynącego nieopodal strumyka. Czuł, że ma chyba pęknięte żebro. – Jaśmin?
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Postanowił, że zanim zacznie się zamartwiać, zajmie się swoimi ranami. A tych było wiele - od siniaków, przez bardziej bądź mniej głębokie rozcięcia, aż po naruszoną strukturę kości. Kolejne, mamrotane po cichu zaklęcia wyczerpywały go coraz bardziej, ale nie mógł pozostawić nic poważniejszego. Nie chciał zużywać magii na nic drobnego, bo nie wiedział czy jego towarzyszka będzie w stanie poradzić sobie z własnymi obrażeniami.
Wstał i przywołał małą kulę światła. W tej sytuacji i tak był to rozbłysk jasności - w końcu znajdował się gdzieś pod ziemią, najprawdopodobniej głęboko, odcięci od słońca, więc nawet pojedynczy promień mógłby tutaj osiągnąć spektakularne efekty - przy okazji oślepił go na chwilę.
Gdy ozdyskał już wzrok, rozejrzał się wokoło. Sytuacja nie wyglądała zbyt jasno - zarówno dosłownie, jak i w przenośni - utknęli na dnie podziemnej jaskini, z której nigdzie nie było wyjścia. Jedyna droga prowadziła na górę, obok wodospadu. Udało mu się też znaleźć kobietę - była nieprzytomna, ale żywa. W porównaniu do niego, wyglądała jak nowo narodzona.
Kiedy wziął ją na ręce, jęknęła cicho. Miał nadzieję, że nie miała uszkodzonych narządów wewnętrznych.
Lewitacja nigdy nie była jego specjalnością, więc skupił się całkowicie na tym, żeby zacząć wznosić się równomiernie i nie stracić równowagi, dlatego też nie usłyszał kroków. Za to uderzenie w potylice poczuł z całą jego siłą, nawet jeśli tylko przez ułamek sekundy.

–––

Tym razem nie nastąpiło to tak skokowo, ale płynnie przeszedł od nieprzytomności do przytomności. Po jakim czasie to się stało nadal pozostawało dla niego zagadką. Różnica z wcześniejszym przebudzeniem polegała na tym, że wcześniej był obolały, ale wolny. Teraz miał skrępowane ręce. Dosłownie i w przenośni.
Z miłą chęcią sprawdziłby, do czego został dodatkowo przywiązany, ale na drodze ku temu stały dwie przeszkody; pierwsza była taka, że gdy tylko podnosił powieki, oślepiało go światło ogniska; druga polegała na tym, że nawet gdyby udało mu się spojrzeć, to nie miał tak giętkiego karku, aby odwrócić swoją głowę tak mocno.
Usłyszał dwa głosy - męski i damski. Niestety, nie potrafił rozróżnić zbyt wielu słów - przypominały dialekt Przodków, ale nie do końca nim były, bo słyszał różne naleciałości, błędy językowe i zapożyczenia z innych języków - najczęściej elfiego, którego konstrukty też były często wtrącane.
Rozumiał jednak ogólny sens rozmowy - przez wtargnięcie na teren pałacu mieli zostać zabici. Jego tajemnice zostaną zachowane, a czary odnowione.
– Nie wiemy. Żadnego. Każde nie. – Tyle udało mu się z siebie wydusić. Nie dość, że mówienie w tym języku było nacznie trudniejsze niż pisanie i czytanie, ci tutaj posługiwali się swego rodzaju pozszywanymi zwłokami tegoż, a w dodatku nigdy nie przykładał zbyt wielkiej wagi do tego, w jaki sposób posługiwali się Przodkowie.
Zwykła rozmowa zamieniła się w jedną wielką szeptaninę. Odezwał się ktoś jeszcze.
– Adaidh. Oni nie mogą nas uwolnić. Kazali im pilnować tego przeklętego budynku, więc będą go pilnować choćby nie wiem co.
– Znasz ich?
– Znałam takich jak oni. Robią co im się każe, mimo że nie wiedzą kto tak naprawdę wydał rozkaz i jak głupi on jest. – Kiedy tylko wyrzekła te słowa, tamci nagle zamilkli. Dało się usłyszeć ruch, a potem uderzenie. Czarodziej miał już skorzystać z magii, ale przerwał mu niewyraźny głos kobiety. – Zoftaw. I tak nic im nie zrobif.
Rozmowa całkowicie się urwała. Adaidh zaczynał żałować, że zgodził się na propozycję Jaśmin. Gdyby nie to, to może i nadal łamałby sobie głowę, ale byłby - albo byliby - bezpieczni.
Tym razem jednak jego oczy były gotowe na blask ognia. Ujrzał dość dużą pieczarę obwieszoną skórami zwierząt, poupychane w beczkach tu i tam zapasy oraz kilka nieoświetlonych wyjść. Nawet wolni, bez przewodnika ich szanse można było streścić jako nieistniejące.
To musiało być jakieś miejsce spotkań, bo nie było tutaj dosłownie żadnej rzeczy, którą możnaby nazwać osobistą. Wszystko miało jakieś praktyczne zastosowanie i ani jeden przedmiot nie pełnił roli ozdoby.
Zastanawiały go te istoty. Domyślał się ich pochodzenia, ale chciał dowiedzieć się o nich nieco więcej. Szybko zatopił się w swoich rozmyślaniach, więc zaskoczyło go, gdy Jaśmin znów się odezwała.
– Adaidh…
– Tak?
– Obiecaj mi, że nie zrobif nic głupiego.
– Ale dlaczego?!
– Oni mają dofwiadczenie w obchodzeniu się z takimi jak my. Może nie bezbofrednie, ale na pewno mówili im jak fobie radzić.
– Jaśmin, sama się posłuchaj! Albo to, albo zginiemy! Sama zobacz jak cię potraktowali…
– Pofłuchaj mnie! – przerwała mu krzykiem, a w jej głosie słychać było rozpacz. – Mogą to załatwić na dwa fpofoby, łatwy albo trudny. A ja… Boję fię bólu. – Po tych słowach pradawny zamilkł. Dotychczas kobieta ukazywała podejście nieustraszonej poszukiwaczki przygód - obraz siebie który kreowała był nieco nienaturalny, to prawda, ale nie spodziewał się w nim takiej wyrwy. – Fłyfyf mnie? Jefli zrobif cof, przez co będę cierpiała, to znajdę cię nawet po fmierci.
– Dobrze – odpowiedział zrezygnowany. Biła od niej taka pewność siebie, że wątpił czy groźba ta była tak niemożliwa do spełnienia, jak mogło się początkowo wydawać.
Jako że nic więcej mu nie pozostało, zaczął wspominać. Niedługo później zgasło ognisko, a w pieczarze zaczęło robić się coraz zimniej.

–––

Jego pęcherz ledwo wytrzymywał, kiedy ktoś wszedł z powrotem. Ale zanim cokolwiek zdążyło się stać, poczuł jakąś zmianę w powietrzu, a potem wszystko ucichło. Po kilku minutach ciszy, z pomieszczenia obok mężczyzna krzyknął coś - najprawdopodobniej imię. Chwilowy brak odpowiedzi i zjawił się w pieczarze, w której Adaidh był uwieżiony z Jaśmin. Niósł pochodnię i dość szybko zmierzał w ich stronę. W górze, na granicy światła pojawił się wielki kamień i po chwili unoszenia się w miejscu, spadł tamtemu na głowę w momencie gdy tamten pod nim przechodził, pozbawiając go przytomności.
– Rozwiąż fię i mi pomóż – usłyszał głos swojej towarzyszki. – Użyj najmniej magii jak tylko możef, bo jestefmy w jakimf piekielnym kręgu, który pożera energię.
– Przecież sama mówiłaś… – zaczął, jednocześnie próbując osiągnąć coś w sprawie sznurów krępujących mu ręce.
– Wiem co mówiłam. Ja miałam plan, a ty nie, rozumief?
Adaidh postanowił nic nie odpowiadać, ponieważ cała jego uwaga skupiała się na uwolnieniu się. Musiał przyznać, że ktokolwiek zajmował się sznurami, wykonał kawał dobrej roboty - węzły nie chciały przesunąć się nawet o ułamek cala. Za pomocą dziedziny przemian przeciął więzy w jednym miejscu…
…i zaraz poczuł, jak coś zaczyna powoli kraść energię zmagazynowaną w jego ciele. Na szczęście nie trwało to długo - sznur przebiegający przez pierś i drugi, krępujący nogi, nie były zawiązane tak fachowo.
Odszedł kilka sążni w kierunku, z którego wcześniej słyszał głos Jaśmin i dopiero wtedy stworzył małą kulę energii, która znów rozświetliła jaskinię.
– Fybciej, człowieku, nie mamy całego dnia! On lada chwila może wftać!
– Co masz zamiar teraz zrobić? – zapytał, gdy oboje byli już uwolnieni.
– Uciec ftąd – odpowiedziała lakonicznie i zaczęła iść w stronę powalonego mężczyzny. Adaidh musiał mocno nadganiać, ale nie mógł nie zauważyć, że na standardowej, wcześniej ustalonej ścieżce pojawił się sześcian skały o boku około dziesięciu stóp.
– Zamknęłaś ją w środku?
– Tak. Albo to, albo by naf zabiła.
Nie miał zamiaru dyskutować, szczególnie w momencie, gdy krępowała nieprzytomnego prześladowcę.
– Chodźmy.
– Chciałem się tutaj jeszcze rozejrzeć…
– Nie. Nie wiemy czy byli tutaj tylko we dwójkę.
– Tego właśnie mogę się dowiedzieć. Poza tym, zbiorę wszystko co ciekawe i uciekniemy.
– Dobrze, idź.

–––

Było tylko ich dwoje, osłabieni i zagubieni, ale udało im się wydostać.
Poszukiwania Adaidha okazały się bardzo pomocne - oprócz świetnie zachowanych zapisków i kilku interesujących sztuk broni znalazł też jedzenie. Gdyby nie to, to długi, trwający na pewno więcej niż jeden dzień powrót na powierzchnie byłby chyba niemożliwy. Poza tym, może i nie był mistrzem fechtunku, ale na pewno przypasany miecz sprawiał, że czuł się w jaskiniach pewniej.
Tunele najpierw zaczęły wyglądać na takie, których ktoś kiedyś intensywnie używał, potem zamieniły się w krypty, a na końcu w podziemia. Po krótkiej orientacji w terenie, okazało się iż wyszli około milę od miasta, do którego zresztą i tak wrócili.

–––

– Uratowałaś mi życie. Albo zabiliby mnie oni, albo kręgi wyssałyby ze mnie całą energię przy próbie ucieczki. Nawet nie wiem, jak mogę ci się odwdzięczyć – powiedział po długiej chwili ciszy, która zapadła przy ognisku. Na twarzy Jaśmin wykwitł uśmiech.
– Jest jedna rzecz, którą mógłbyś mi podarować.

–––

– Następnego dnia, kiedy się obudziłem, jej już nie było. Zabrała swoje rzeczy, ale zostawiła dość lakoniczny, pożegnalny list.
– Spodziewałam się raczej burzliwego romansu niż takiej historii – odezwała się po chwili Sillis.
– Coś mi mówi, że twoja matka nie przeżyła takich wiele – powiedział, śmiejąc się. – Z tego co wtedy zobaczyłem, jest nietuzinkową kobietą, nieporównywalną z innymi. Jedna z najinteligentniejszych osób, które kiedykolwiek spotkałem. Polubiłem ją, nawet bardzo… niezależnie od tego co się między nami wydarzyło. Próba wpasowania jej w jakąś fikcję literacką to tylko niepotrzebna umysłowa gimnastyka. Nie chciałem żeby odchodziła, ale w głębi serca wiedziałem chyba, że tak się po prostu musi stać. – Przerwał na moment. Po jego oczach widać było, że jeszcze raz wraca myślami do tych wspomnień. Pradawna zaczęła zastanawiać się, czy jej ojciec żałuje tego, że pozwolił Jaśmin odejść. Szybko jednak wyrwał się z zamyślenia i podjął wątek. – Ale teraz wstawaj, szybko. Moja opowieść trwała chyba na tyle długo, żebyś zdążyła odpocząć. Czas na chwilę wysiłku.

––––––

Znalazła to miejsce zaledwie kilka tygodni wcześniej, ale gdy tylko chciała coś głębiej przemyśleć, udawała się tutaj, siadała wygodnie i oddawała się kontemplacji.
Ojciec podzielił się z nią swoimi podejrzeniami co do natury tych dziwnych zdarzeń, lecz ostatnio sama przestawała w to wierzyć. Owszem, widziała analogiczność z poprzednimi wydarzeniami, ale zdecydowanie nie pasowało jej to, jak często odczuwała te przypływy obcych uczuć. Pierwsze z nich wydarzyły się w krótkim odstępie czasu, jednak później to już tak nie wyglądało - zdarzało się to coraz rzadziej i bardziej nieregularnie. Poza tym, nauka prekognicji nie dawała żadnych efektów.
Nie miała aktualnie żadnej teorii tłumaczącej co to mogło być, a mimo to coś w duszy mówiło jej, iż jej ojciec się myli.
Nagle poczuła chęć uwolnienia się od tego wszystkiego. Gdyby tylko miała skrzydła, wyszłaby z cienia sklepienia wgłębienia w skale, rozłożyła je i skoczyła, żeby tylko dać ponieść się powietrzu i doświadczyć tego pięknego oraz jakże wyzwalającego uczucia lotu…
Zreflektowała się; przecież nigdy nie leciała, więc skąd mogła wiedzieć jakie to uczucie? Lecz wtedy jej uwaga spadła na coś nieco innego - czuła się, jakby ktoś ciągnął jej umysł. I to na pewno nie w stronę krawędzi. Racjonalnie rzecz biorąc, kierunek jak każdy inny.
Ale ona już wiedziała.

––––––

– Co się stało?
– Chciałabym chwilę odpocząć.
– Tak, tak, oczywiście – Adaidh powiedział zdziwiony; jak na Sillis, to zachowanie było niecodzienne - lub nawet bezprecedensowe - więc wolał nie zwlekać. Po tym, gdy usiedli na trawie - przy czym jego córka musiała podejść te kilkanaście stóp - zapadła cisza. Czarodziej pozwolił jej trwać kilka minut, lecz potem postanowił przejąć inicjatywę. – O co chodzi? Nie patrz tak. Do tej pory twoje prośby o jakiekolwiek przerwy były nieistniejące. Skoro coś takiego się wydarzyło, to coś musi być tego przyczyną.
– Chciałam zapytać się o jedną rzecz, która nie daje mi spokoju od kilku dni. Zastanawiałam się… – przerwała na chwilę, najwyraźniej zbierając myśli – Zastanawiałam się, czy istnieje jakiś inny sposób używania magii.
– Inny, czyli?
– Uczysz mnie o kręgach, dziedzinach… Ale to nie ma sensu! Magia jest… jak świat! Jednolita i niepodzielna na kawałki całość! Można powiedzieć że pień, gałęzie i korzenie to różne rzeczy, lecz to nadal części drzewa… Nie wiem, naprawdę nie wiem w jaki sposób to wyrazić… Paradoksalnie wszystkie te myśli prowadzące do porządku są jednym wielkim chaosem.
– Gdyby nie nasza obietnica, zacząłbym zastanawiać się czy nie czytałaś pewnych ksiąg, o których nie czytanie cię prosiłem. Jednak – podjął, gdy zobaczył wzrok swojej córki – jako iż dałaś słowo, zapytam się tylko: skąd?

––––––

Podskoczyła, gdy usłyszała głos.
– Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? To pogoń za cieniami; jednaego od dawien dawno nikt nie widział, a drugi nie chce być znaleziony.
– Tak, ojcze – powiedziała, odchodząc od stolika. Była zaskoczona, gdy Adaidh uścisnął ją mocno i uśmiechnął się.
– Może i płynie w tobie moja krew, ale duszę masz po matce. Wiedziałem, że będziesz chciała odejść tak jak ona. To mogło zadziałać tylko raz. – Przerwał na chwilę, zbierając się w sobie. – Nie sądziłem, że to zdarzy się tak wcześnie… Jednak mogę z czystym sumieniem ogłosić, że od teraz jesteś w pełnym władaniu swojego losu. To, co z nim zrobisz jest tylko i wyłącznie twoją decyzją. Możesz nazywać się mistrzynią, z nauczania Adaidha Geáraìltacha.

–––

Miał rację, że nie chciała się żegnać. Wszystko dlatego, że takie rozstania mają w sobie coś ostatecznego. Jak gdyby mieli już nigdy więcej się nie zobaczyć.
Alarania… To brzmiało obiecująco.

Dane gracza: Sillis

Nazwa użytkownika:
Sillis
Ranga:
Szukający drogi
Inne Postacie:
Ignis, Kirsi, Mamaria, Marwolaeth, Satoria,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Wt maja 17, 2016 6:19 pm
Ostatnia wizyta:
N maja 14, 2017 5:47 pm
Liczba postów:
45 | Znajdź posty użytkownika
(0.06% wszystkich postów / 0.09 posty dziennie)
Ostatni post:
[Rapsodia] Mały smok w wielkim mieście
N maja 14, 2017 10:06 am
Najaktywniejszy w dziale:
Góry Dasso
(Posty: 21 / 46.67% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Gdzieś w górach] Dwa kroki za szczęściem
(Posty: 21 / 46.67% postów użytkownika)
cron