Profil użytkownika Ognaruks

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Ognaruks
Rasa: Przemieniony ze smoka
Wiek: 1043 lata


Aura

Silna aura oblana cynkową barwą urozmaiconą o zarówno żelazne, jak i srebrne wstęgi. Otacza ją topazowa poświata, a spod jej uścisku wydobywa się potężne echo trzasku płomieniu, w którym nikną dziwne głosy czy też odległa kakofonia. Wydziela bardzo charakterystyczny zapach, a raczej wiele zapachów trudnych do określenia. Jest nadzwyczaj nietypowy i uparcie szuka w pamięci czytelników nieistniejącego określenia. Imponuje niezłomnością i szorstką powierzchnią, a także z niewielką chęcią się wygina tworząc w głównej mierze tępe, niżeli ostre, wybrzuszenia. Razi pikanterią i ostrością, ale także zagości lepką gorzkością.


Wygląd

W smoczej formie Ognarkus jest olbrzymim molochem. Jego ciało mierzy osiemdziesiąt stóp wysokości (około dwadzieścia cztery metry), w dodatku wtedy, kiedy odejmie się wielkość skrzydeł. Smok ma dziewięćdziesiąt stóp długości, a jego kolczasty ogon drugie tyle. Niegdyś jaskrawoczerwone łuski teraz są odcieni bladej czerni, zostały wypaczone na skutek wieloletniego przebywania w Otchłani. Nie odbija się w nich nawet najsilniejsze światło. Brzuch oraz dół szyi i ogona Ognaruksa jest zgniłożółtej barwy, przypomina kolorem nieco skórę człowieka, ale takiego, który już od wielu lat nie mógł oglądać słońca.
Smok ma dosyć podłużną głowę zaopatrzoną w mnóstwo łuskowych ostrzy. Największe dwa wychodzą ze skroni i są skierowane w odwrotną stronę niż wszystkie inne. Dzięki nim oraz kilku innym Ognaruks może bez większego problemu wyczuwać ruch wokół siebie. Pozostałe kolce pochylone są wzdłuż ciała smoka, przechodzą przez kręgosłup i kończą się dopiero na ogonie. Jego oczy są bardzo niewielkie w stosunku do reszty jego ciała, są w większości białe, pozbawione tęczówki. Pomimo iż smok nie posiada już paraliżującego wzroku, oczy te mogą wzbudzić strach w sercach ludzi o małej odwadze, jeżeli Ognaruks tylko zechce obdarzyć ich gniewnym spojrzeniem.
Skrzydła smoka rozpoczynają się przy jego łopatkach. Ich rozpiętość wynosi blisko dwieście stóp, dzięki czemu rozpostarte wprost oszałamiają swoimi olbrzymimi rozmiarami. Nie wyglądają one jednak dumnie i nie wzbudzają podziwu. Mięśnie skrzydeł skryte pod czarnymi łuskami wydają się być przeraźliwie naciągnięte, włókniste. Jeżeli chodzi o właściwą powierzchnię skrzydeł, to jest ona czerwonej barwy, niezwykle cienka oraz lekka. Podzielona jest na kilka części przez pojedyncze włókna ciała, podtrzymujące całą konstrukcję. Czerwony materiał jest w kilku miejscach naderwany, znajdują się w nim wielkie dziury w których bez problemu zmieściłby się człowiek. W najbardziej wysuniętym w górę oraz do przodu fragmentach skrzydeł znajdują się kolce wielkości rosłego człowieka, zdolne bez problemu zabić większość żyjących stworzeń.
Jego cztery nogi już same w sobie są imponujące – przednie mierzą blisko dwadzieścia pięć stóp, tylne około trzydzieści, przez co musi je zginać, aby stać prosto. Tylne łapy są wyposażone w cztery dosyć krótkie, aczkolwiek bardzo ostre pazury, przednie – w pięć. Jego ogon zaczyna się przy końcu ud, z początku jest gruby, lecz z czasem staje się coraz chudszy, aż osiągnie niecałe cztery stopy w średnicy. Dalej znajduje się samotny szpikulec, wieńczący jego ogon. Inne kolce na ogonie stają się mniejsze aż do trzech czwartych długości, gdzie rozdzielają się na dwie części i kończą się dopiero przy ostatnim, pojedynczym, tworząc coś na kształt olbrzymiego trójzębu na końcu ogona Ognaruksa.

Ludzka postać Ognaruksa to na oko trzydziestoletni mężczyzna, dobrze umięśniony i o smukłej sylwetce. Jest przeciętnego wzrostu, ten wynosi odrobinę ponad pięć i pół stopy.
Twarz Ognaruksa można by uznać za piękną, gdyby nie szkaradna blizna przebiegająca przez czoło i prawy policzek. Jej rysy jednak są niemal doskonałe, rzadko kto potrafiłby odnaleźć w nich jakąś niedoskonałość, a ślad po ranie nie jest aż tak szkaradny, niektórzy nawet sądzą, że jeszcze bardziej dodaje mu to uroku. Posiada także lekki zarost, który stara się utrzymywać na tym poziomie. Posiada czarne, krótkie włosy, które także regularnie przystrzyga, albowiem nie lubi zbytniego owłosienia, jako smok nie posiada czegoś takiego. W strzyżeniach zazwyczaj pomaga mu Agnir, a jako że ten nie ma najmniejszego pojęcia, jak to robić, często włosy Ognaruks przystrzyżone są nieco nierówno.
Smok zmienia strój na tyle często, że niemożliwym jest wskazać jeden, który nosiłby przez dłuższy czas. Zazwyczaj jednak stara się przyodziewać tunikę, na którą narzuca ciemny płaszcz, najlepiej z niewielkim kołnierzem. Często też zakłada na dłonie skórzane rękawice, zdaje sobie sprawę, jak niebezpieczny czasami może być kontakt jakiegoś przedmiotu ze skórą. Nienawidzi strojów uroczystych i takich, które nadto ograniczają jego ruchy i prędzej dałby się ponownie wysłać do Otchłani, niż założyłby taki strój.


Charakter

Ogółem można go opisać jednym słowem: chaotyczny. Charakter Ognaruksa może się zmienić w każdej chwili i to w najbardziej nieprzewidywalny sposób, więc nie jest dużo osób, które zdołałyby wytrzymać naprawdę długo ze smokiem. Nie kieruje się on żadnymi zasadami moralnymi, przynajmniej takimi jasno przez siebie określonymi. Pod pewnym względem przypomina smoki solarne i gdyby nie nietypowy odcień łusek oraz wielkie rozmiary można by stwierdzić, że rzeczywiście takim jest. Kieruje się własnymi kaprysami oraz pragnieniami, aczkolwiek nie daje im się całkowicie opanować. Czasami w mniejszym lub większym stopniu, ale potrafi kontrolować swoje zachcianki i poświęcać się dla czegoś, choć to ostatnie zdarza się zadziwiająco rzadko.
Ognaruks posiada zdecydowaną awersję do wszelkiego rodzaju misji oraz ideałów. Po tym, co go spotkało, gdy ostatnim razem zdecydował się pomóc w takim czymś, postanowił trzymać się od takich rzeczy z daleka. Niezwykle ciężko byłoby przekonać go do zmiany postanowienia, jest bardzo uparty i często trwa przy własnym zdaniu pomimo tego, że jego rozmówca ma rację.
Smok bardzo zimno odnosi się do obcych osób, poza kilkoma wyjątkami, które zdarzają się od czasu do czasu. O wiele cieplej zaczyna traktować ludzi, gdy już jakiś czas z nimi pobędzie i upewni się, że może to zrobić. Jest dumny i pyszny, choć to okazuje dopiero wtedy, gdy ktoś spróbuje wykazać, że jest inaczej. Sam z siebie nie chwali się i nie pragnie uznania, inne osoby najczęściej go nie obchodzą, zwłaszcza obce.
Mówi zazwyczaj krótko i nie rozwija tematu oraz dłuższych wypowiedzi, chyba że naprawdę musi. Rzadko kiedy okazuje większe emocje, poza gronem osób, których nazywa przyjaciółmi, a nie ma takich wielu. Zawsze czuje się inny niż otaczające go osoby, wypełniający go chaos i ciągły ból jest czymś, co bardzo go od nich oddala.

Atrybuty

Krzepa:Stalowe mięśnie, Wytrwały, Odporny,
Zwinność:Zręczny, Niedokładny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Dobry słuch, Wyostrzony węch, Wyostrzony smak, Przytępione czucie, Wyostrzony zm.mag,
Umysł:Niezbyt bystry, Niezbyt błyskotliwy, Żelazna wola,
Prezencja:Brzydki, Nieokrzesany,

Cechy specjalne

Dar Ksersisa [M]Ognaruks jest smokiem, który bardziej niż inne jest powiązany z żywiołem ognia. Pierwsza styczność z Lirą sprawiła, że jego wewnętrzny płomień zaczął się przeobrażać w ognistą burzę niezdolną do opanowania. Setki lat spędzone w Otchłani jeszcze bardziej wzmocniły ten efekt, dzięki czemu jego oddech stał się o wiele gorętszy niż kiedykolwiek wcześniej. Chaos obecny w ciele Ognaruksa jeszcze bardziej wznieca płomienie, przez co są niezwykle wprost trudne do kontrolowania. Gdy smok zieje, trudno mu ukształtować w jakikolwiek sposób ogień, najczęściej zalewa on całą okolicę i spopiela wszystko, na co natknie się na drodze, a ugasić go jest niezwykle trudno, gdyż ciągle jakby jest rozniecany na nowo. Dodatkowo moc jego wewnętrznego płomienia wzmacnia jego magię ognia.
Moc przemian [D]Smok zachował zdolność przemiany w inne zwierzęta pomimo całego czasu spędzonego w Otchłani. Potrafi przyjąć ciało każdego stworzenia, ale pod jednym, jedynym warunkiem. Wcześniej musi znać budowę anatomiczną tego stworzenia. W praktyce zazwyczaj wystarczy tylko, aby smok to stworzenie zjadł, a wypełniająca go magia sama rozpracuje wszystkie potrzebne jej informacje. Może też rzecz jasna uzyskać informacje o budowie ciała stworzeń w sposób bezkrwawy, przez zwykłą naukę, jednak według niego zajmuje to zbyt wiele czasu.
Zmysł przestrzeni [Z]Podczas pobytu w Otchłani jego ciało zyskało ciekawą zdolność. Na jego głowie wykształciły się dwa długie kolce czuciowe, dzięki którym smok potrafi zdobywać informacje o otoczeniu bez korzystania z pozostałych zmysłów – po prostu wyczuwa wszystko, co się wokół niego znajduje, ale tylko wtedy, gdy jest w smoczej postaci. Szczególnie dobrze działa to na wszelaki ruch. Można ten zmysł przyrównać do linii bocznej ryb, jednak jest on o wiele bardziej szczegółowy.
Wypełniony chaosem [S]Ciało Ognaruksa jest po wskroś przesiąknięte destrukcyjną siłą chaosu uwolnioną podczas zniszczenia Liry. I choć smokowi udało się przelać większość tej energii do artefaktu, to jednak spora jej część nadal pozostała i jest wewnątrz niego, paląc jego ciało od środka. Pozwala mu to na manipulowanie mocą Liry Chaosu oraz zrozumienie samej natury chaosu, dzięki czemu jest potężnym magiem tej dziedziny. Przez cały czas jednak jest zmuszony odczuwać ból, który jednak z czasem nauczył się ignorować. Stanowi problem jedynie wtedy, kiedy ktoś go zrani – wtedy ból wzrasta niebotycznie i jest naprawdę nie do zniesienia.

Umiejętności

Jeździectwo [W]
Tropienie [W]
Przetrwanie [W]
Wiedza tajemna [W]
Walka mieczem [M]
Pływanie [W]
Skradanie się [W]
Wspinaczka [W]
Czytanie Aur [W]
Demonologia [W]
Pismo runiczne [O]
Uniki [M]
Gimnastyka [W]
Walka w smoczej postaci [M]
Rzucanie nożami [W]
Sporządzanie trucizn [P]

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rozkazy
Ognia [M]Wewnątrz smoka płonie ogień tak gorący, że potrafi topić metal. Nic więc dziwnego, że zdecydował się nauczyć go kontrolować za pomocą magii. W połączeniu z jego ognistym oddechem ta jest naprawdę śmiercionośnym narzędziem, zwłaszcza w jego smoczej postaci. Potrafi nawet przez kilkadziesiąt sekund utrzymywać ogień bez jakiekolwiek materiału, choć jest to dla niego wyczerpujące. Zazwyczaj woli po prostu używać tej magii zamiast swojego ognistego oddechu, rzecz jasna jedynie w ludzkim ciele.
Przestrzeni [M]Goshvil nauczył Ognaruksa, że dla maga nie ma blisko czy daleko, że przestrzeń jest pojęciem względnym. Smok nauczył się po mistrzowsku korzystać z tej magii i zaczynać wykonywać ciosy jeszcze wtedy, kiedy się nie przeniósł. W połączeniu z jego zręcznością oraz umiejętnością walki magia przestrzeni jest potężną bronią, dzięki której może wybić
Chaosu [A]Chaos wypełniający Ognaruksa sprawił, że ten, chcąc nie chcąc, nauczył się tej magii. Przez setki lat wgłębiał się nieświadomie coraz głębiej w jej strukturę i po przebudzeniu w ciągu kilku miesięcy opanował coś, czego inni uczą się latami. Smok ma z tą magią tylko jeden problem – nie posiada o niej praktycznie żadnej wiedzy, przez co nieco trudniej w niektórych przypadkach mu się nią posługiwać.
Demonów [A]Moc Liry wprawiła Ognaruksa w stan hibernacji, w trakcie którego wiele się nauczył o samej esencji Otchłani oraz naturze demonów. Gdy się obudził bez większego problemu potrafił stworzyć portal i wydostać się ze zniszczonego świata. Podobnie jak w przypadku magii chaosu, tak i tu smok nie posiada zbyt dużej wiedzy na jej temat, aczkolwiek potrafi bez większego problemu stworzyć stabilny portal, a nawet przywołać jakiegoś demona na swoje usługi, choć to ostatnie robi niechętnie oraz niezwykle rzadko.

Magiczne przedmioty

Miecz Czarnego Płomienia [ZAK]Kiedyś Ognaruks znalazł zaklęty miecz. Postanowił zachować go na własność. Miecz ten był niezwykle ostry oraz doskonale komponował się z nim, jakby byli jednym ciałem. Gdy smok upuścił Otchłań, miecz także to zrobił, podążając za swoim właścicielem we wszystkim. Nawet w szaleństwie. Zmienił się w podobny sposób, co smok. Jego ostrze stało się czarne, a on sam wypełnił się chaosem pochodzącym z Liry – to ten miecz ją zniszczył. Teraz nie tylko tnie dobrze, ale i boleśnie. Rany zadane tym mieczem goją się bardzo wolne, a długo nieleczone w dodatku się rozwijają, przyprawiając człowieka o olbrzymi ból. Rozrost ran rozpoczyna się około po dniu od zadania ciosu, jeżeli rana nie została wcześniej w żaden sposób oczyszczona lub wyleczona za pomocą magii.
Lira Chaosu [ART]Potężny, przedwieczny artefakt ukryty niegdyś we wnętrzu uśpionego wulkanu został odkryty na nowo. Lira posiada moce, które ciężko ogarnąć rozumem. Można by ją przyrównać do magii chaosu, jednak jest o wiele potężniejsza i bardziej nieprzewidywalna. Nikt nie zna jej dokładnych zastosowań. Wygląda jak zwyczajna, złota lira, jednak jest o wiele cięższa od zwykłego złota. Ognaruks podejrzewa, że jest wykonana z materiału niewystępującego w Alaranii. Lira Chaosu bardzo gwałtownie wpływa na otoczenie, najczęściej w sposób destrukcyjny. Nie może jej dotknąć nikt poza istotą znającą magię chaosu, i to w dodatku w dość dużym stopniu. Zwykłe umysły nie są w stanie zrozumieć natury kryjącej się w Lirze, która zabija lub poważnie rani tego, kto ośmieli się ją dotknąć.

Towarzysz

Agnir
Jest to połączenie fragmentu świadomości Ognaruksa z mocą Liry stworzone po to, aby mu pomagać. Agnir przyjmuje postać czerwonego smoka o wysokości około dwóch stóp. Potrafi przeobrażać się ponownie w chaos i wracać do środka Liry, po czym przybywać na wezwania Ognaruksa. Agnir nie ma do końca wykształconego charakteru, jest sługą doskonałym, zachowały się w nim tylko te cechy, które mogą pomóc Ognaruksowi. Smok jest bardzo silny jak na swój rozmiar, jego moc pochodzi bezpośrednio z Liry, więc może skrywać jeszcze niejedną zagadkę. Nie potrafi ziać ogniem ani przeobrażać się w inne istoty.

Historia

Dziesiąty dzień Miesiąca Niedźwiedzia, sto drugi rok Ery Alarańskiej
Ocknął się.
Czuł wszechogarniające zimno sprawiające, że każda część jego ciała piekła niemiłosiernym bólem. Przed sobą widział światło, dobiegające jakby zza zasłony, szare i pozbawione blasku. Nie mógł się ruszyć, był wykończony, a z każdej strony napierało na niego coś lodowatego. Przymknął oczy, lecz po chwili szeroko je otworzył.
Przez pokrywę lodu przebiła się pięść. Po chwili otwór powiększył się, a spod śniegu wyszedł nagi mężczyzna. Usiadł na ziemi i zakaszlał kilka razy. Po którymś kaszlnięciu jego oddech przemienił się w ogień, który spłynął na jego dłonie. Mężczyzna sapnął i rozejrzał się. Wszędzie wokół niego znajdował się biały śnieg. Zmrużył oczy, aż w końcu te przystosowały się do oślepiającego światła.
- Gdzie ja do cholery jasnej jestem? I czemu tu jestem?
Mężczyzna z trudem podniósł się i spojrzał na niebo. Wziął głęboki wdech, rozłożył ramiona, a jego oczy rozbłysły czerwienią. Po chwili olbrzymi, czerwony smok wystartował, strącając ze zbocza górskiego kilkaset centarów śniegu.

Po kilku godzinach lotu dostrzegł niewielką wioskę położoną na jednym z niższych stoku górskim. Skierował się tam. Jeszcze w powietrzu dostrzegł, że wśród ludzi znajdujących się na ulicach zapanowało jakieś poruszenie. Wszyscy zaczęli rozbiegać się na wszystkie strony bądź chować w domach. Smok zauważył jednak, że jeden z ludzi nie wygląda na przestraszonego. Wpatrywał się w niego z widocznym oczekiwaniem. Wielki smok po chwili wylądował, a pod jego stopami zatrzęsła się ziemia. Odważny człowiek ruszył w jego stronę. Towarzyszyły mu zalęknione spojrzenia tych ludzi, którzy jeszcze nie uciekli lub nie pochowali się.
- Czego od nas chcesz, smoku? - spytał człowiek głosem tak donośnym, że jego echo przez chwilę jeszcze odbijało się w uszach smoka.
- Informacji – odpowiedział ten niskim tonem. - Gdzie jestem i kiedy jestem?
Człowiek wysoko podniósł brwi.
- Ktoś taki jak ty nie wie?
- Powiedzmy, że mam luki w pamięci. I jeszcze jedno – kim jesteś?
Mężczyzna westchnął.
- Możesz najpierw przyjąć ludzką formę, olbrzymie? Uspokoi to ludzi.
W sumie było to dla niego bez większej różnicy. Skupił się na ludzkim smaku, a następnie przez niego przeszedł do zapamiętanej przez umysł budowy. Już po chwili już stał na drodze jako dość wysoki, ale jednak człowiek. Teraz mógł się lepiej przyjrzeć stojącej przed nim osobie. Mężczyzna miał na sobie błękitny płaszcz, na jego twarzy znajdowała się siwa broda. Skrzywił się, kiedy smok przyjął ludzką formę. Zdjął z siebie płaszcz i wręczył mu go.
- Proszę, załóż.
Smok przyjął ubranie, ale bardziej interesowały go inne sprawy.
- Odpowiesz?
- Chodźmy lepiej do mojego tymczasowego domu, mam dość stania na tym zimnie.
Smok podążył za mężczyzną do niewielkiej chatki stojącej na uboczu. Po drodze zauważył kilka strachliwych spojrzeń, które znikały kiedy tylko je dostrzegał. Wewnątrz chaty znajdowało się mnóstwo ziół, których intensywny zapach uderzył w nozdrza smoka.
- Proszę, siadaj – powiedział mężczyzna, odsuwając jedno z nielicznych krzeseł.
- Postoję – odparł smok.
- Jak sobie chcesz – odrzekł człowiek. - Może najpierw się przedstawię. Nazywam się Goshvil Mindaram i jestem czarodziejem. Pamiętasz, kto to?
- Tacy ludzie żyjący kilkadziesiąt razy dłużej i posługujący się magią. Tak, pamiętam.
- Świetnie. Znajdujemy się w Górach Dasso, jest Miesiąc Niedźwiedzia. Coś ci świta?
- Nie za bardzo – odparł smok. - Nie za bardzo też wiem, co mógłbym robić.
- Może podróżuj ze mną? - Czarodziej uśmiechnął się. - Towarzystwo smoka jest zawsze niezwykłe. Zimuję w tej wiosce, kiedy tylko przyjdzie odwilż wyruszam na północ. Co ty na to?
Smok wzruszył ramionami.
- I tak nie mam nic lepszego do roboty. Tak w ogóle, to nazywam się Ognaruks.

Drugi dzień Miesiąca Jelenia, sto dziesiąty wiek Ery Alarańskiej
Smok przyglądał się czarodziejowi, który w skupieniu odczytywał jego aurę. Ognarkus westchnął, po czym spróbował tego samego, ale zdołał dostrzec jedynie bladą poświatę wokół ciała Goshvila. Niezwykle go irytowało, że ta czynność wymaga od niego tak nietypowego myślenia.
- Chyba nic z tego nie będzie.
Czarodziej uśmiechnął się i spojrzał na smoka.
- Cierpliwości. Jak na tak długowieczną istotę jesteś zdecydowanie zbyt niecierpliwy.
Ognaruks wzruszył ramionami. Nagle wytężył swój słuch. Ktoś wchodził po schodach na górę. Nawet całkiem sporo takich ktosiów.
- Ktoś tu idzie – odezwał się.
- To przecież naturalne, jesteśmy w karczmie, a nie w prywatnym domu.
Smokowi jednak coś tutaj nie pasowało. Wstał z ziemi i ukrył się w kącie. Po chwili drzwi gwałtownie się otworzyły i dwie osoby weszły do środka. Smok zauważył jedynie zdziwienie malujące się na twarzy czarodzieja, on sam znajdował się tuż za otwartymi drzwiami.
- Koniec odpoczynku, karczma zamknięta – powiedział ktoś, po czym w polu widzenia smoka pojawiła się dłoń w skórzanej rękawicy, sięgająca w stronę czarodzieja.
Dla smoka to wystarczyło. Bez zastanowienia popchał drzwi, które uderzyły jednego z mężczyzn, co dało się słyszeć w jego bolesnym okrzyku. Natychmiast z powrotem przysunął drzwi do siebie, samemu wychodząc zza nich. Ujrzał dwóch mężczyzn w zbrojach, najpewniej strażników miejskich. Jeden łapał się za zakrwawiony nos, drugi wyciągał właśnie krótki miecz. Gdy ujrzał Ognaruksa, natychmiast ruszył w jego kierunku. Smok nie czekał. Dopadł do przeciwnika i bez większych kłopotów odebrał mu miecz, po czym cisnął strażnikiem o ziemię. Włożył jednak w pchnięcie więcej siły, niż chciał. Mężczyzna przebił drewnianą podłogę i wylądował na jednym ze stolików. Kilku strażników znajdowało się na dole i wyprowadzało obecnych tam ludzi, teraz przerwali i spojrzeli w górę.
- Oganruks, coś ty uczynił? - jęknął czarodziej.
Smok wzruszył ramionami. Unieszkodliwił jeszcze drugiego mężczyznę, po czym zamknął drzwi i zablokował je jedynym krzesłem obecnym w pokoju.
- To ich na długo nie zatrzyma.
- Nie musi.
Nie musieli sobie niczego wyjaśniać. Po chwili byli już na zewnątrz, wyciągnięci z budynku przez magię przestrzeni. Smok z zaskoczeniem ujrzał, jak z jednego z okien wypada strażnik miejski, a zaraz w ślad za nim mężczyzna, który wylądował na strażniku, amortyzując upadek. Rozejrzał się i ze zdziwieniem ujrzał Ognaruksa i Goshvila. Wycelował w ich stronę mieczem, który trzymał w rękach.
- Nawet nie próbujcie mnie zatrzymywać – warknął, co nie spodobało się smokowi.
- Grzeczniej, smarkaczu.
Mężczyzna zaśmiał się. Wyglądał na trzydzieści ileś lat, natomiast smok w swej ludzkiej postaci o wiele młodziej. Pozory jednak czasem myliły.
- Kto tutaj jest smarkaczem?
- Ty, czuć tym od ciebie.
- Możecie przestać? - spytał zirytowany czarodziej.
Mężczyzna prychnął i ruszył w stronę jedynego wyjścia z uliczki, w której się znajdowali, ale drogę zatarasował mu wściekły smok. Człowiek zamachnął się na niego mieczem, ale Ognaruks wyrwał mu go z rąk, po czym jego samego przyszpilił do ściany. Człowiek próbował się wyrwać i zaskoczony smok o mało nie puścił go z zaskoczenia. Był wyjątkowo silny. Jednak utrzymał go i po kilkunastu sekundach człowiek przestał się szarpać.
- Czym ty jesteś? Ludzie są słabsi.
- Ognarkus, puść go – nakazał smokowi Goshvil. - To jeden z naszych.
- Z naszych? - spytał pogardliwie mężczyzna, kiedy smok już go puścił. - Jakich naszych?
- Ja jestem czarodziejem , a to smok, panie sanginerze – powiedział rozdrażniony czarodziej.
Na twarzy mężczyzny pojawiło się zdziwienie, które zaraz zmieniło się w radość. Spojrzał na Ognarkusa i uśmiechnął się.
- Wybacz mi, mości smoku. Przywykłem do tego, że otaczają mnie tępi ludzie, gdybym wiedział, że mam do czynienia z kimś tak szlachetnym, zachowywałbym się inaczej.
- Przeprosiny przyjęte – mruknął smok, który też się rozpogodził. - Co...
Zanim skończył zadawać pytanie, rozległ się okrzyk. Sanginer obejrzał się i skrzywił.
- Może lepiej porozmawiajmy w jakiejś innej karczmie? Tę już bezceremonialnie zajęła straż.

- A więc poszukujesz artefaktów? - Oczy czarodzieja się iskrzyły.
- Tak – odparł sanginer, który przedstawił się im jako Agnir. - Podejrzewam, że są one kluczem do odnalezienia zbroi wybrańca, zresztą nieważne. Tak naprawdę to mam nadzieję, że kiedyś trafię na tę zbroję i przejdę do historii mojego ludu. A te wszystkie magiczne świecidełka, które znajdę, po prosu oddaję w dobre ręce. Lepiej, żeby miał je ktoś zaufany, niż gdyby wpadły w niepowołane ręce. Znalazłem raz taki miecz, który przecinał skały. Teraz jest w skarbcu na drugim krańcu Alarani. Strach pomyśleć, co jakiś diabeł mógłby z tym zrobić.
- Szlachetną masz misję – powiedział smok, przyglądając się pustemu dnu swojego kufla. - Nie potrzebowałby pan czasami pomocy?
Sanginer rozpromienił się.
- Chcielibyście mi pomóc? Dotąd nikt nie chciał się podejmować tak nudnego zadania.
- Mam sporo czasu – odrzekł Ognaruks. - A chciałbym mieć jakieś magiczne świecidełko. Rzecz jasna nic niebezpiecznego. Dałoby się coś takiego załatwić?
Agnir roześmiał się.
- To, co znajdziesz, jest twoje. A pan, panie czarodzieju?
- Nie ma dla mnie nic ważniejszego od pogoni za wiedzą – powiedział Goshvil. - A cokolwiek związanego z magią musi przynieść jakąś wiedzę. Dla mnie to po prostu będzie kontynuacja mojej podróży.
- A więc postanowione? Ruszacie ze mną?
Smok spojrzał na czarodzieja, a ten lekko skinął głową.
- Z prawdziwą przyjemnością.

Dwudziesty pierwszy dzień Miesiąca Wilka, sto dwudziesty dziewiąty rok Ery Alarańskiej
Zatrzymali się w niewielkiej wiosce, z pozoru wyglądającej identycznie jak te, które mijali. Miała własną karczmę, co Agnir przyjął z radością. Kiedy weszli do środka, o mało nie zostali przekłuci przez pięć włóczni wycelowanych w ich piersi. Smok spojrzał niepewnie na sanginera.
- Starzy znajomi?
- Pierwszy raz ich w życiu widzę – odpowiedział Agnir. - Przynajmniej na trzeźwo.
- Zostawcie ich, przecież widać, że to nie potwór! - krzyknął ktoś, a włócznie natychmiast zostały opuszczone.
Trzej podróżnicy mogli lepiej przyjrzeć się wnętrzu niewielkiej gospody, w której znajdowało się tylko kilka przestraszonych osób. Skrzypiące drzwi i sypiący się sufit jasno wskazywały na to, że temu miejscu przydałby się remont. Ognaruksa trochę zaniepokoił fakt, że ściany się przechylają, ale wyglądało na to, że przez ten wieczór jeszcze wytrzymają.
- O jakim potworze mówicie? - spytał Goshvil, jak zwykle ciekaw wszystkiego.
Obecni w karczmie spojrzeli po sobie z niepokojem. Milczenie przerwał jeden z ludzi dzierżących włócznię, wyglądał na młodego mężczyznę w sile wieku.
- Ostatnimi czasy jakaś bestia pojawiła się w tej okolicy. Co miesiąc zabija jednego z wieśniaków, resztki ich ciał są potem odnajdywane w lesie.
- Pewnie jakiś wilkołak – mruknął smok, ale mężczyzna gwałtownie pokręcił głową.
- O nie, to coś groźniejszego. Sanik, syn wójta, raz w stodole się zamknął i przez szparę widział, jak bestia straszliwa z czterema rękami i dwoma paszczami pożera krowę, po czym biednego jej właściciela, który niczego nieświadom na dźwięk konającego zwierzęcia na pomoc mu ruszył. Ponoć diabli szybkie jak wiatr i wielkie niczym niedźwiedź.
- Muszę to zobaczyć na własne oczy – wymamrotał mag.
- Nie mamy czasu na to... - zaczął Agnir, ale włócznik mu przerwał.
- Ponoć to jeden z miejscowych, Magnor miał na imię, który jako pierwszy zniknął, a ciała jego nie znaleziono. Zawsze był skryty przed ludźmi, skarby jakieś magiczne po lasach chował.
- Skarby magiczne? - Tym razem to wzrok Agnira lśnił. - Opowiadaj dalej.

Las nie wyglądał przyjaźnie. Jego towarzysze tego nie dostrzegali, ale obdarzony instynktem drapieżnika smok wyczuwał to w powietrzu. Coś było nie tak w tych drzewach, w tych zwierzętach, które czasem dostrzegali. Nie potrafił powiedzieć co, ale był pewien, że nie czeka ich nic dobrego.
Podróż do jaskini nie zajęła im zbyt dużo czasu, miejscowi zaskakująco dokładnie opisali drogę do niej. Pierwszy wszedł Ognaruks, bacznym spojrzeniem obrzucając jej wnętrze. Ze zdziwieniem spostrzegł, że jest pusta, jeżeli nie liczyć srebrnego medalionu leżącego w kącie. Smok obejrzał się na towarzyszy i pokazał im ruchem ręki, że mogą wchodzić. Po chwili już cała ich trójka znajdowała się w środku.
- Spodziewałem się czegoś... lepszego – powiedział zawiedziony mag, ale Agnir już podchodził do naszyjnika, nakładając jednocześnie na dłonie rękawice.
- Interesujące. Najpewniej jest przeklęty. Ale gdzie pozostałe skarby?
Sanginer podniósł medalion i nagle rozległ się potężny ryk. Natychmiast wybiegli z jaskini i dostrzegli wielką bestię pędzącą w ich stronę. Miał chyba z dziesięć stóp wysokości, jasnożółte futro i dwie głowy stworzenia, które nieco przypominało połączenie szczura z wilkiem. Czterech rąk nie miało.
- Co to jest? - mruknął smok.
- To musi być niezwykle potężna klątwa – powiedział czarodziej.
- Może byśmy się stąd wynieśli? - zaproponował Agnir.
- Chyba jest już za późno – odrzekł smok.
Wyciągnął miecz i ruszył w stronę stworzenia. Czarodziej zmarszczył brwi i spojrzał na sanginera. Ten przełknął ślinę, skinął głową, wyjął własny miecz i ruszył w stronę stwora. Tymczasem Goshvlil skupił się i stworzył ścianę ognia przed nimi. Po kilku sekundach bestia do niej dotarła i zatrzymała się, wpatrując się przez nią na nich czterema parami oczu.
- To co robimy, zabijamy to? - spytał Ognaruks.
- Chyba nie mamy wyjścia – odparł Agnir.
Czarodziej skrzywił się, ale popchał ścianę ognia w stronę bestii. Jej futro zapłonęło, a ona sam wydała z siebie wściekły okrzyk ale nie wyglądało na to, aby zbytnio się tym przejęła. Kiedy tylko przeszkoda zniknęła, stworzenie rzuciło się na smoka, wyciągając w jego stronę łapy z wielkimi pazurami. Ognaruks przeturlał się na bok i ciął w pachę stworzenia. Atak był skuteczny, ostrze zagłębiło się aż do kości, dopiero ta je zatrzymała. Bestia ponownie ryknęła i chciała chapnąć smoka jedną ze swoich paszczy, ale tym razem zaatakował Agnir. Zakradł się do niej od tyłu i odciął jej szczurzy ogon, który posiadała. Kreatura ryknęła i chciała się obrócić, ale smok wbił jej miecz w stopę. Tym razem chciała zaatakować jego, ale sanginer ponownie odwrócił jej uwagę, przejeżdżając ostrzem po plecach. Nagle w klatkę piersiową stworzenia uderzyła potężna kula ognia, która obaliła je na ziemię. Dwaj wojownicy spojrzeli na czarodzieja, który uśmiechnął się pod nosem.
- Za dobrze się bawiliście.
Smok rzucił spojrzenie Agnirowi.
- Biorę lewą.
- Jak sobie chcesz.
Przypadli do leżącego potwora i wspólnie odcięli mu jego dwie głowy. Kiedy wielkie ciało już nieruchomiało, opadli na ziemię z ulgą, po czym roześmiali się. Czarodziej spojrzał na nich z dezaprobatą.
- Macie ten artefakt?
- Jak najbardziej. - Sanginer poklepał wiszącą przy pasie sakiewkę. - Co z nim robimy?
- Oddamy w ręce Opiekunów – powiedział czarodziej. - Oni już będą wiedzieli, co zrobić z czymś takim.
- Szkoda mi tego stwora – odezwał się smok, przyglądając się bestii. - Był z niego pewnie zdolny myśliwy.
- Szkoda ci tego czegoś? - oburzył się Agnir. - To coś chciało nas zabić!
- Miało w sobie piękno – powiedział Ognaruks. - Żaden samotny człowiek nie miałby z nim szans.
Sanginer spojrzał na czarodzieja, ale ten tylko wzruszył ramionami. Podszedł do smoka i położył mu dłoń na ramieniu.
- Tutaj już sprawa załatwiona, ruszajmy lepiej dalej. Kolejne artefakty czekają na to, aby je odnaleźć i znaleźć im dobry dom.

Trzynasty dzień Miesiąca Sowy, sto czterdziesty szósty rok Ery Alarańskiej
- Ostrożnie – krzyknął Ognaruks, kiedy uderzył głową o skałę. - Nie tak szybko!
Wątpił, aby jego towarzysze na górze coś usłyszeli, bo po chwili znowu poczuł twardy głaz, tym razem na karku. Zagryzł zęby i zaczął wymyślać przekleństwa na temat po trzykroć szurniętych elfów, które skierowały ich do tych jaskiń, jego dwóch towarzyszy, którzy najwyraźniej nie potrafili prawidłowo opuszczać na linie mężczyzny oraz tej dziury w ziemi, która ponoć miała być jaskinią. Zanim zdążył, nagle uderzył plecami w twardą skałę. Krzywiąc się, wstał, po czym rozejrzał się wokół i aż gwizdnął z zaskoczenia.
Znajdował się w jakiejś olbrzymiej sieci tuneli oraz jaskiń rozpościerających się najpewniej na wiele staj. Jęknął, albowiem przeszukanie czegoś takiego zajmie mu kilka dni. Zauważył jednak, że z jednego z korytarzy dobiega blade światło. Pociągnął raz za linę, po czym odwiązał się i ruszył w kierunku światła. Po drodze zaobserwował niezwykłość tego podziemnego cudu. Nie miał pojęcia, w jaki sposób te jaskinie powstały, ale były naprawdę piękne. Na ścianach znajdowały się dziwne, połyskliwe kryształy, które sprawiały, że w tunelach powstały dziwne odmiany dwukolorowych tęczy. Wszystkie one odbijały od siebie nawzajem światło, które tym sposobem rozprzestrzeniało się po korytarzach, lecz każde kolejne świeciło się intensywniej od poprzedniego, co dawało smokowi nadzieję.
Wkrótce potem wszedł do wielkiego pomieszczenia. Była to naprawdę ogromna grota w kształcie koła. Droga, którą dotychczas szedł Ognaruks, stawała się tutaj czymś w rodzaju klifu, który prowadził na sam środek groty, skąd dochodziło światło. Smok zbliżył się tam i ujrzał niezwykłe, białe ostrze, które z niezwykłą siłą odbijało promienie słońca przenikające przez szczeliny w sklepieniu. Smok powoli zbliżył ręce do ostrza. Było ono umieszczone pomiędzy stalaktytem a stalagmitem tak, że wypełniało wolną lukę. Ostrożnie wyjął je i opatulił w kawałek materiału, który miał przy sobie. Odetchnął z ulgą. Nagle cała grota się zatrzęsła, a w sklepieniu zaczęły pojawiać się wielkie pęknięcia. Ognaruks natychmiast pędem ruszył z powrotem tam, skąd przybył.
Był to rozpaczliwy wyścig. Za nim spadające głazy oraz walące się ściany, przed nim – blada poświata światła dobiegająca z wyjścia. W końcu dopadł do liny, błyskawicznie się nią obwiązał i zaczął szarpać szaleńczo tyle razy, aż nagle nie został gwałtownie podniesiony do góry. Wyścig się jednak nie skończył. Smok ze strachem ujrzał, że walą się też ściany dziury w ziemi, przez którą zszedł na dół. Poczuł, że zaczyna mieć klaustrofobię. Gdy w końcu wydostał się na powierzchnię, odetchnął z ulgą.
- Nie ma czasu na pytania, łapcie ten miecz – krzyknął i rzucił w stronę sangiera miecz, a sam zaczął się rozbierać.
Następnie ubranie zwinął i rzucił je czarodziejowi, po czym przemienił się w smoka, chwycił dwójkę towarzyszy i odleciał. Po chwili rozległ się potężny huk, a ziemia za nim zapadła się. Wylądował dopiero po dwóch godzinach, na jakimś niewielkim wzgórzu. Gdy przemienił się w człowieka, wyrwał swoje ubrania oraz zabrany z podziemi miecz z rąk towarzyszy.
- Ten miecz jest mój – wysapał.
Nikt się nie sprzeciwił.

Piąty dzień Miesiąca Dzika, sto sześćdziesiąty dzień Ery Alarańskiej
Ognaruks po piątej godzinie nie miał już żadnych wątpliwości. Zgubili się. Tak zwany skrót Agnira, który miał doprowadzić ich szybko do Kryształowego Królestwa, okazał się zabierać więcej czasu, niż zwykła podróż po udeptanych traktach. Smok już od pierwszej godziny drogi podejrzewał, że coś jest nie tak, teraz był tego pewien.
- Agnir, przyznaj, że nie masz pojęcia dokąd iść – powiedział Ognaruks.
- Ależ oczywiście, że mam – zaprzeczył sanginer.
- Niedługo zapada zmierzch – mruknął czarodziej. - Wolałbym nie spać pod otwartym niebem.
Nagle ujrzeli coś, co zdziwiło każdego z nich. Przed nimi znajdował się budynek i to nie byle jaki. Wyglądał na jakąś starą, dobrze wyremontowaną willę położoną w samym środku lasu. Smokowi coś tutaj nie pasowało, coś zdecydowanie było nie tak, pomijając rzecz jasna to, że wille raczej nie powinny się znajdować w takich miejscach.
- Patrzcie, oto nasze miejsce na nocleg – powiedział Agnir z uśmiechem. - Widzicie, nie zgubiłem się.
Ognaruks spojrzał na zachodzące słońce i westchnął. Tym razem nie mieli innego wyjścia, musiał uciszyć swój instynkt i przetrwać tę noc. Może i był smokiem, ale w tym ciele byle niedźwiedź mógł go z łatwością rozszarpać podczas snu. A wątpił, aby którykolwiek z jego towarzyszy zdołał nie zasnąć na warcie.
Zbliżyli się do drzwi tajemniczego budynku. Czarodziej wyciągnął dłoń, chcąc je otworzyć, ale ze zdziwieniem dostrzegł, że te same się przed nim otwierają. Podniósł wzrok i zauważył twarz ciemnowłosej kobiety. Natychmiast cofnął dłoń i ukłonił się.
- Pani, czy raczyłabyś gościć trzech zmęczonych drogą podróżników w swoich pięknych progach?
Kobieta powiodła po nich spojrzeniem, a w jej oczach pojawił się dziwny błysk, który nie spodobał się smokowi. Szybko jednak zniknął, a kobieta uśmiechnęła się szeroko, pomijając jej oczy. Otworzyła szerzej drzwi i wskazała wnętrze domu.
- Ależ oczywiście, proszę, wejdźcie. Nie mam zbyt wielu współlokatorów, czujcie się, jak u siebie w domu.
Czarodziej skłonił się raz jeszcze i wszedł do środka, za nim smok i sanginer. Kiedy znaleźli się już w pomieszczeniu, rozejrzeli się z zainteresowaniem. Wyglądało na to, że człowiek projektujący to wnętrze już dawno nie żył. Wszystko było w dość staromodnym stylu, pomijając już fakt, że wszystko było po prostu stare. Smok nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział taki dom.
- Bardzo ciekawy wystrój – odezwał się Goshvil. - Kto go zaprojektował?
Kobieta uśmiechnęła się.
- Ja.
Czarodziej podniósł wysoko brwi, a smok nagle poczuł dziwny zapach. Coś jakby smród gnijącego ciała. Żaden z jego towarzyszy widocznie tego nie wyczuł, smok dyskretnie się oddalił w poszukiwaniu źródła irytującej woni.
- W takim razie ciekawy ma pani gust – powiedział czarodziej.
Ognaruks podszedł do dziwnej szafy ozdobionej licznymi płaskorzeźbami. Czuł, że zapach pochodzi od środka, przechodził przez niewielką szparę na samym dole drzwi. Ostrożnie je otworzył i od razu się zjeżył. W środku znajdował się kościotrup z rozkładającymi się kawałkami mięsa na ciele. Gdy zauważył smoka, jego oczy rozbłysły, a Ognaruks poczuł ból w kościach. Natychmiast złapał licha za szyję i przyciągnął do siebie, po czym cisnął nim o podłogę. Wtedy usłyszał krzyk czarodzieja i podniósł głowę. Ujrzał kobietę przyczepioną do jego szyi i Agnira leżącego na podłodze z dłonią przyszpiloną sztyletem. Smok działała intuicyjnie. Wyrwał z ciała licha kość i cisnął nią w wampirzycę. Trafił prosto w oko. Krwiopijczyni złapała się za nie i puściła Goshvila. Ognaruks dopadł do niej nim się zorientowała i jednym zamaszystym cięciem odciął głowę. Podszedł do sanginera, który wyrwał sobie sztylet z nadgarstka i jęknął.
- Po tym zostanie ślad – powiedział.
Czarodziej tymczasem podszedł do martwej wampirzycy i zdjął z jej szyi złoty medalion z rubinem. Podniósł na wysokość oczu i przyjrzał mu się.
- To pewnie dzięki temu mogła wychodzić na słońce. Lepiej to zabrać.
- Czyli co, zostajemy tutaj na noc? - spytał Agnir. - Kto wie, jakie jeszcze skarby mogą się tu ukrywać.
Nagle smok usłyszał, że drewno zaczyna skrzypieć w wielu miejscach jednocześnie. Zbladł momentalnie.
- Lepiej stąd odejść.
Jego dwaj towarzysze spojrzeli na niego ze zdziwieniem, ale nagle na schodach znajdujących się niedaleko pojawił się tłum szkieletów, który zmierzał w ich stronę z bronią w rękach. Nie wahali się. Natychmiast wypadli na zewnątrz, a Ognaruks zatrzasnął drzwi, po czym popędzili przez las byle dalej od tego miejsca.

Dwudziesty czwarty dzień Miesiąca Byka, dwieście pięćdziesiąty dziewiąty rok Ery Alarańskiej
Przejeżdżali traktem, gdy nagle usłyszeli męski krzyk. Czarodziej spojrzał na Agnira, ale ten tylko wzruszył ramionami. Tymczasem smok popędził swojego konia i już gnał w stronę wołania o pomoc. Jego towarzysze nie mieli innego wyjścia niż za nim podążyć. Po kilku minutach ujrzeli trzech mężczyzn w skórzanych strojach, którzy próbowali powiesić człowieka odzianego w kupieckie szaty. Ten wyrywał się, ale na niewiele się to zdało. Gdy zauważył nadjeżdżającego smoka, krzyknął z radości.
- Ognaruks, dzięki bogom, to ty! Mógłbyś mi pomóc z...
Jego kolejne słowa przerwało uderzenie jednego z mężczyzn. Smok zeskoczył z konia i ruszył w ich stronę.
- Ej, ty, lepiej po prostu stąd odjedź – warknął człowiek, który nie przytrzymywał kupca. - To nie twoja sprawa.
- Obawiam się, że tak trochę moja – powiedział smok, wyjmując swój lustrzany miecz z pochwy. - Zostawcie go, a daruję wam życie.
Trzej mężczyźni roześmiali się. Ognaruks nie czekał, aż skończą się śmiać. Zanim w ogóle zdołali się zorientować, co się dzieje, już był przy nich. Wbił miecz w brzuch pierwszego mężczyzny, tego który nie przytrzymywał kupca. Pozostali dwaj natychmiast go puścili i chcieli dobyć broni, ale smok był szybszy. Przejechał ostrzem po nodze jednego z nich, przez co ten upadł na ziemię. Drugi już się na niego zamachnął, ale Ognaruks złapał go za dłoń i pchnął na ziemię, po czym wbił mu miecz w kark. Trzeci mężczyzna chciał uciec odczołgując się po ziemi, ale smok wyrwał powalonemu człowiekowi sztylet z dłoni i rzucił nim w stronę uciekiniera. Nie patrzył nawet, czy trafił. Podszedł do leżącego na ziemi kupca i rozwiązał pętające go więzy.
- Och, bardzo dobrze mieć takiego przyjaciela – powiedział Hamgar, jeden z kupców, którzy przechowywali dla nich najniebezpieczniejsze artefakty. - A gdzie twoi towa...
W tej chwili pojawili się w zasięgu wzroku. Agnir zeskoczył z konia z mieczem w dłoni, ale kiedy przyjrzał się pobojowisku, jęknął tylko i schował broń. Czarodziej spokojnie zszedł z konia i podszedł do kupca oraz smoka.
- Co tak długo? - spytał Ognaruks.
- Na przyszłość nie startuj tak nagle, konie się spłoszyły – powiedział Goshvil, po czym spojrzał na kupca. - Co pan tu robi, panie Hagmarze?
- Mój wóz został obrabowany i zrzucony do wodospadu – jęknął Hagmar. - Przywódca tych bandziorów zabrał prastary artefakt, Zwiastuna, zaczarowaną kuszę, która nigdy nie chybia celu.
Smok spojrzał na czarodzieja, a ten westchnął.
- Tak, raczej będzie się trzeba tym zająć.

Bandyci rzecz jasna mieli swoją siedzibę w jaskini. Trójka towarzyszy przyczaiła się w okolicznych krzakach i przyglądała się z zamyśleniem dwóm strażnikom stojącym na straży wejścia. Póki co nikt nic nie mówił, aż w końcu sanginer nie wytrzymał.
- Na co czekamy?
- Aż zasną – odpowiedział smok.
Agnir wysoko podniósł brwi i spojrzał z niedowierzaniem na czarodzieja, ale ten nie zaprzeczył. Sanginer jękną, ale natychmiast uciszył go smok.
Po kilku minutach jeden ze strażników ziewnął, po kilku kolejnych już spali w najlepsze na ziemi. Agnir spoglądał na to z niedowierzaniem nie mogąc zrozumieć, co tak właściwie się stało.
- Ale... jak? Czemu oni to...?
- Magia – odpowiedzieli chórem czarodziej i smok i to w dodatku takim tonem, że Agnir nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Po chichu wyszli z krzaków i przemknęli do jaskini. Była ona o wiele większa, niż podejrzewali. Mało jednak znajdowało się wewnątrz strażników, większość bandytów spała. Przekradli się bokiem na kamienne wniesienie, skąd mieli widok na całą jaskinię. Była pełna skrzyń i różnych pakunków, co znacznie utrudniało widok.
- Widzisz ją? - spytał czarodziej.
- Nie – odpowiedział Agnir. - A ty, smoku?
Ognaruks wytężał wzrok, ale nigdzie nie mógł znaleźć magicznego artefaktu ani chociażby przywódcy bandytów. Nagle coś wpadło mu do głowy. Wyjrzał zza półki skalnej w dół i spostrzegł mężczyznę pijącego piwo z wielkiej beczki. Obok znajdowało się łóżko, na którym leżała zbroja płytowa, a za nim smok dostrzegł...
- Jest skrzynia – powiedział. - W środku natomiast kilka gratów i lśniąca na niebiesko kusza. Sądzicie, że to może być to?
Jego towarzysze spojrzeli i pokiwali głowami.
- Dobra, teraz będzie trzeba się tam jakoś zakraść i...
Ale czarodziej już wyciągał linę, a Agnir spoglądał znacząco na Ognaruksa.
- O nie! Nie ma mowy!
- Daj spokój, to było ponad sto lat temu.
- To niczego nie zmienia – warknął smok. - Przez was zacząłem bać się lin oraz powolnego lądowania.
- Tym razem nie będzie tak źle – powiedział czarodziej i rzucił Ognaruksowi linę. Ten westchnął i chcąc nie chcąc obwiązał się nią wokół pasa. Następnie wyjrzał zza półki.
- To tylko kilka metrów, nie będzie tak źle – powiedział do siebie, po czym odezwał się do towarzyszy. - Tylko trzymajcie mocno.
Zeskoczył na dół, lina szarpnęła i zatrzymała go jakieś pięć metrów nad ziemią, do której zaczął się powoli zbliżać. Centralnie pod sobą miał skrzynię z bandyckim łupem. Zacisnął zęby i spojrzał na przywódcę bandytów, który dalej żłopał alkohol. Nie wyglądało na to, aby cokolwiek usłyszał. Gdy smok był już przed skrzynią, chwycił kuszę i uśmiechnął się. Jego towarzysze jednak nie przestali go opuszczać i po chwili uderzył w skrzynię, wyrzucając jej całą zawartość i robiąc tak duży hałas, że nieboszczyka by obudził. Trzydziestu bandytów także.
- Łapać go! On ma nasz skarb!
Smok był już na nogach i szarpnął za linę, ale na ziemię spadł jej drugi koniec. Spojrzał w górę i dostrzegł dwóch uciekających towarzyszy.
- WIEJ! - krzyknął Agnir.
Ognaruks nie miał innego zamiaru. Minął przywódcę bandytów, który po pijanemu zakładał na siebie zbroję, po czym pomknął do wyjścia z jaskini, które znajdywało się nawet niedaleko, choć na pewno nie dla smoka. Jakimś cudem dotarł tam przed bandytami i puścił się ile sił w nogach przed siebie, razem ze swoimi towarzyszami.
- Brawo, udało się – krzyknął czarodziej w biegu.
- Gdzieś już to widziałem – warknął smok. - Ostatni raz daję się wam opuszczać na linie.

Pierwszy dzień Miesiąca Motyla, dwieście sześćdziesiąty siódmy rok Ery Alarańskiej
Ugnaruks uznał, że podróż statkiem należy dopisać do listy rzeczy, do których nigdy nie zmuszą go towarzysze. Już na ziemi czuł się wystarczająco nieswojo, na drewnianym, kiwającym się pokładzie czuł się jak ryba na lądzie. Do mdłości dochodził przedziwny ból głowy, który atakował w najmniej spodziewanych momentach i wywoływał różne dziwne halucynacje. Poczuł dłoń sanginera na ramieniu.
- Dobrze się czujesz, stary druhu?
Smok spojrzał nienawistnym wzrokiem na Agnira, a ten się roześmiał.
- Skoro stać cię na takie spojrzenie, to raczej tak – powiedział sanginer. - Przykro mi, nie wiedzieliśmy, że nie znosisz pływać statkiem.
- Bo nie nie znosiłem – odparł Ugnaruks. - Aż nie popłynąłem.
- Tak, coś w tym jest – mruknął Agnir. - Ale wiesz, bez pracy nie ma kołaczy, a ten projekt jest niesamowity! Ukryjemy najniebezpieczniejsze artefakty w sejfie nie do sforsowania na nieznanej niemal nikomu wyspie! Sama myśl o tym, co mamy pod pokładem mnie przeraża. Uspokajam się, że Goshvil wszystkiego pilnuje, ale niezbyt to pomaga.
- Nie podoba mi się ten cały pomysł – odpowiedział smok. - Zbyt dużo ludzi o nim wie, podejmujemy zbyt duże ryzyko. Co, jeżeli jakiś mag przekupi jednego z naszych marynarzy i ten mu o wszystkim powie?
- Zawsze zostaje sejf nie do sforsowania – powiedział Agnir. - Nie przejmuj się, nie będziemy się już musieli o nie troszczyć.
- Może ty. Ja nie będę mógł spać na samą myśl o tym.
Nagle statkiem szarpnęło tak, że smok o mało co nie wypadł za burtę. Ocalił go sanginer, który chwycił się balustrady i przyciągnął go do siebie.
- A ty się dziwisz, że nie lubię pływać! - warknął smok. - Co to było?!
- Pojęcia nie mam.
Nagle uderzenie się powtórzyło, tylko tym razem wypchnęło ich w drugą stronę. Obydwaj upadli na drewniany pokład, ale zaraz się podnieśli. Zobaczyli ze zdziwieniem pobladłego maga, który biegł w ich stronę.
- Nie miałeś czasami pilnować...
- Ognaruks, zamieniaj się. Już! Nie ma czasu na wyjaśnienia!
Zdziwiony smok ściągnął z siebie koszulę, gdy nagle ujrzał potężną mackę wyłaniającą się z morza i zagarniającą okręt.
- Co to jest?!
- Coś, co musisz zabić! - wrzasnął czarodziej. - A jako człowiek nie dasz rady!
Ognaruks bez zbędnych pytań rozebrał się i wyskoczył z okrętu. Podczas lotu przemienił się, jego pazury musnęły wodę, gdy wyrównywał lot. Nagle z morza wystrzeliła macka, która uderzyła go boleśnie w szyję. Smok ryknął i wpadł do wody. Gwałtownie zamachał skrzydłami, starając się wypłynąć na powierzchnię. Zbliżyła się do niego macka, ale otworzył paszczę, z której wystrzelił kłąb gorącej pary, dosyć skutecznie ją odstraszając. Po chwili smok wystrzelił w górę i zdążył zauważyć znikający pod wodą okręt, wciągany przez kilka macek. Ognaruks przyglądał się temu z niedowierzaniem, wisząc w powietrzu. Obudził go dopiero czyjś krzyk nad uchem.
- Smoku, co to miało być?!
Ze zdziwieniem zrozumiał, że jego dwaj towarzysze siedzą mu na głowie. Odetchnął z ulgą. Czarodziej jednak miał refleks.
- Sami spróbujcie walczyć pod wodą – odpowiedział. - Co to właściwie było?
- Dwunastkomackownica – odpowiedział mu czarodziej. - Nie wierzę, że mieliśmy takiego pecha.
- Smoku, wykrakałeś – powiedział Agnir. - Teraz te artefakty bezpieczniejsze być już nie mogą.
Ognaruks przyjrzał się morskiej toni. Nie było tam nawet śladu po okręcie, wszystko zostało wciągnięte na dno razem z bezcennym ładunkiem.
- Macie mój miecz?
- Oczywiście! Chcemy przeżyć.
Smok zawrócił i odleciał w stronę widocznemu w oddali brzegu Alaranii.

Siedemnasty dzień Miesiąca Pawia, dwieście osiemdziesiąty pierwszy rok Ery Alarańskiej
Smok schował się za skrzynią w ostatnim momencie. Po chwili wbił się w nią pierzasty bełt, a Ognaruks zaklął pod nosem. Na dachach znajdowało się trzech kuszników, dwóch zlokalizował, ale trzeci nadal pozostawał poza jego polem widzenia.
- Wiedziałem, że pakowanie się w te ich małe wojny to nic mądrego – mruknął do siebie. - Ale nie, pan czarodziej lepiej wie.
Wyjrzał zza skrzyni i wtedy dostrzegł trzeciego strzelca. Właśnie celował w niego z lewej strony, miał doskonały kąt strzału. Smok nie zamierzał mu pozwolić wystrzelić. Czym prędzej dobiegł do ściany i wskoczył na kilka skrzyń rozstawionych pod nią. Następnie podskoczył i złapał się krawędzi dachu, po czym wskoczył na niego. Natychmiast kiedy stanął na dwóch nogach, przeturlał się, unikając trzech bełtów, które przecięły powietrze nad nim. Teraz strzelcy byli bezbronni. Czym prędzej przeniósł się bezpośrednio do pierwszego, pojawiając się za jego plecami. Mógł w sumie zrobić to wcześniej, ale nie wiedział dobrze, w jakie miejsce ma się przenieść. Będąc za nim, złapał go za skroń i pociągnął za głowę gwałtownie do tyłu wraz z całym ciałem, jednocześnie kopnął w kark człowieka, przez co ten stracił przytomność.
Spojrzał na drugiego strzelca, który właśnie w niego celował. Przeniósł się przed niego i gwałtownie podniósł jego kuszę, uderzając ją go w czoło. Następnie podciął mu nogi i kopnął w brzuch, na co ten jęknął. Ognaruks tak go zostawił. Rozejrzał się i dostrzegł trzeciego kusznika. Wiedział, że jest za późno, więc skupił się na bełcie. Podpalił go, co nie bardzo spodobało się strzelcowi. Tak się wystraszył, że aż spadł z dachu. Smok potoczył spojrzeniem po ulicach w dole i zauważył swoich dwóch towarzyszy, którzy chronili się w niewielkiej uliczce przed oddziałem łuczników. Smok przeniósł się bezpośrednio do nich i oparł się o ścianę.
- Kusznicy unieszkodliwieni – powiedział do czarodzieja. - Tylna furtka otwarta.
- Świetnie! Idźcie tam z Agnirem, ja powodzę ich za nos.
Smok i sanginer skinęli głowami, po czym Ognaruks chwycił towarzysza i razem z nim przeniósł się do zaułka, którego wygląd pamiętał aż za dobrze. Przed nimi znajdowały się drzwi prowadzące bezpośrednio do ich celu. Przedtem były pilnowane przez trzech kuszników, ale ci zostali stamtąd wywabieni przez smoka, a dalej już wiadomo, jak się sprawy potoczyły. Agnir położył dłoń na klamce, smok wyjął zaklęty miecz.
- Gotowy?
Ognaruks skinął głową. Sanginer otworzył drzwi, a smok wytężył wolę i wysłał do środka strumień ognia. Usłyszeli kilka bolesnych okrzyków i wpadli do środka. Dwóch ludzi szamotało się, starając ugasić płomienie. Pośpiesznie ich dobili, po czym odnaleźli schody na górę. Ruszyli nimi, pokonując kolejne piętra. Na każdym czekali na nich dwaj strażnicy, których pokonywali wręcz w biegu. W końcu dotarli na samą górę. Smok wyważył ozdobne drzwi i przebił ostrzem szyję mężczyzny czającego się na nich ze sztyletem. Dwaj masywni strażnicy ruszyli w ich stronę, ale Agnir cisnął w nich dwoma nożami, które trafiły idealnie w ich czoła. Mężczyzna siedzący za biurkiem rozszerzył oczy i wstał. Był odziany w ciemnobrązowy strój i właśnie sięgał po coś do szuflady. Ognaruks doskoczył do niego za pomocą magii przestrzeni i unieruchomił.
- Dobra robota – powiedział sanginer. - Przekaż sygnał, niech czarodziej zajmie się resztą.
Smok skinął głowa, po czym zniknął i pojawił się kilka metrów dalej, tuż przed Goshvilem.
- Wszystko zrobione, można zabierać artefakty.
Czarodziej skinął głową.
- Świetnie sobie poradziłeś. Straż zajmie się resztą.
- Mhm – powiedział smok. - Ta banda terroryzowała to miasto, dobrze, że nie będą mieć już żadnej zaklętej broni.

Piąty dzień Miesiąca Niedźwiedzia, dwieście dziewięćdziesiąty dziewiąty rok Ery Alarańskiej
Ognaruks przeskoczył przez niewielki murek i rozejrzał się, wyżej podnosząc dłoń z unoszącym się nad nią jasnym płomieniem. To pomieszczenie różniło się od tych, w których był wcześniej. Przede wszystkim miało cztery wyjścia, w dodatku z pozoru nie znajdowało się w nim nic godnego uwagi. Smok spojrzał w trzy tunele i zamyślił się.
- Gdzie mam teraz skręcić.
Nagle z lewego korytarza wyszedł Agnir i ze zdziwieniem spojrzał na smoka. Ten odwzajemnił spojrzenie, po czym obydwaj biegiem wpadli do dwóch korytarzy, każdy do tego, który znajdował się naprzeciw niemu.
- Nie ma mowy, abym dał mu wygrać – mruknął Ognaruks.
Od blisko dwóch godzin błąkali się po podziemnych korytarzach ruin jakiejś starej świątyni Pana. Goshvila tym razem z nimi nie było, zajmował się jakimiś czarodziejskimi sprawami, więc sanginer i smok postanowili urządzić sobie mały wyścig. To, jak się potem odnajdą, pozostawało zagadką, na którą smok nie znał odpowiedzi.
Ognaruks pędził korytarzami bez żadnego zastanowienia. Lewo, góra, prawo, lewo, zeskok, dla niego było to bez różnicy. Wierzył w swój smoczy instynkt, który już nieraz go nie zawiódł. Ostatnio uznał, że zdecydowanie zbyt często go ignoruje, więc teraz chciał się zrekompensować. Powiedział sobie, że jeżeli zaprowadzi go do artefaktu, to już nigdy nie będzie w niego wątpił. Nagle wypadł z zakrętu i aż przystanął. Poczuł gorący wiatr na twarzy. Zaniepokoił się lekko, ale postanowił póki co to zignorować. Po kilku minutach, podczas których temperatura stale rosła, przekonał się, że jednak należy zwrócić na to uwagę. Korytarz się kończył i otwierał na wielkie pomieszczenie, tyle że ciężko było tak nazwać wielką jamę pełną lawy. Smok z natury był lepiej nastawiony do ognia niż większość ludzi, lecz ten widok nawet jego przyprawił o ciarki. Dostrzegł, że na środku jeziora lawy coś połyskuje. Wytężył swój smoczy wzrok i ze zdziwieniem ujrzał złotą lirę znajdującą się na pływającym kawałku skały.
- Jeżeli to nie jest mój artefakt, to nie wiem, co nim jest – mruknął smok, po czym zaczął schodzić po kamiennej ścianie w dół, w stronę lawy.
Wylądował na pływającym kawałku skały, który zachwiał się lekko pod jego stopami. Ognaruks odzyskał równowagę, po czym ostrożnie przeskoczył na następną skałę. Czubek jego buta zahaczył o lawę, smok więc czym prędzej się go pozbył. Kolejny skok i kolejna skała – powoli, ale pewnie zbliżał się w kierunku złotej liry, choć ta przez cały czas przemieszczała się, a dokładniej podłoże, na którym się znajdowała.
Gdy smok był już prawie na miejscu – od artefaktu dzieliły go jeszcze dwa kroki, nagle dobiegł go wrzask gdzieś z góry. Ognaruks spojrzał w tamtą stronę i ze zdziwieniem ujrzał Agnira spadającego w dół. Na szczęście trafił akurat tam, gdzie chciał – obok artefaktu. Podniósł się i spojrzał na smoka triumfalnie.
- Widzisz? Lina jest dobra!
Smok mruknął coś pod nosem, po czym przeniósł się tuż obok sanginera. Ten wyszczerzył zęby.
- Prawie ci się udało. Prawie.
- Gdyby nie te twoje zasady, to już dawno bym wygrał – mruknął Ognaruks.
- Właśnie po to są – zaśmiał się Agnir i spojrzał na lirę. - Trzeba to zabrać.
Smok skinął głową. Sanginer pochylił się i chwycił lirę.
- Hm, ciężka – powiedział. - To nie może być czyste złoto. Nie wiem, co...
Nagle lira rozbłysła czerwonym światłem i Agnir został wyrzucony w powietrze. Jak widać nie tylko nieszczęścia, ale też i szczęście chodzi parami, bo wylądował centralnie na innym kawałku skały. Ognaruks odetchnął z ulgą, ale zauważył, że jego towarzysz nie wstaje. Błyskawicznie schował lirę w sporym kawałku materiału, po czym chwycił ją pod pachę i ruszył w stronę sanginera. Wylądował niedaleko, więc nie trwało to długo. Zbliżył się i przyjrzał leżącemu mężczyźnie, przyklękając przy nim. Jego warki układały się w niemej mowie, gałki pod oczami gwałtownie się ruszały.
- Nie wygląda to za dobrze – mruknął smok, po czym zarzucił sobie Agnira na ramię i wstał.
Skupił się i wybrał cel podróży. Z paniką zorientował się, że nic się nie dzieje. Magia nie reagowała na jego wolę.
- No dalej, co jest?! - warknął. Jego zdenerwowanie oraz panika rosły z każdą chwilą, chyba jeszcze nigdy się tak nie bał.
Znowu zebrał myśli i tym razem także nic nie wyszło. Wyszczerzył zęby w gniewie, ale szybko się uspokoił. Odetchnął głęboko i zamknął oczy. Po chwili już go nie było.

Dwudziesty ósmy dzień Miesiąca Smoka, dwieście dziewięćdziesiąty dziewiąty rok Ery Alarańskiej
Ognaruks siedział na drewnianej ławie i nerwowo bawił się palcami. Obok niego leżała owinięta w materiał lira, którą teraz smok miał chęć cisnąć za okno. Czekał tak już kilka miesięcy, nie odstępował od wielkich, drewnianych drzwi o krok. W końcu te się otworzyły, na co Ognaruks natychmiast podniósł głowę i zamrugał, starając się pozbyć sennej mgły sprzed oczu. Ujrzał Goshvila, wychodzącego z pomieszczenia pełnego czarodziei. Spojrzał na smoka, a ten w jego oczach odczytał wszystko.
Ognaruks wstał. Czuł, że jeżeli czegoś nie zrobi, to zaraz straci nad sobą kontrolę. Przez chwilę chodził w tę i z powrotem, starając się ukoić emocje. Na dużo się to nie przydało. Z wściekłością uderzył w kamienną ścianę, a z sufitu poleciał pył.
- Wszystko przez ten cholerny artefakt – warknął.
- Nazywa się Lira Chaosu – powiedział czarodziej. - Jest chyba najpotężniejszym artefaktem, jaki dotąd widzieliśmy.
- Wiedziałeś o tym? - Smok spojrzał z gniewem na Goshvila.
- Oczywiście, że nie – odpowiedział ten. - Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Zwykli śmiertelnicy nie mogą korzystać z jej mocy. Posiada w sobie muzykę Chaosu, coś, co żaden człowiek nie zdoła wytrzymać. Ani sanginer. Jest zbyt niebezpieczna, aby móc ją tak po prostu gdzieś ukryć, lepiej przechowam ją przy sobie.
Ognaruks zmarszczył brwi.
- Nie możemy jej po prostu wrzucić do morza.
- Spowodujemy sztorm, który zniszczy wybrzeże.
Smok spojrzał na pakunek, wzrok czarodzieja także podążył w tamtą stronę, po czym ten uczynił jeden krok.
- Lepie będzie, jeżeli...
- A więc zniszczmy go – warknął Ognaruks. - To nie jest lepsze wyjście.
Coś na twarzy czarodzieja drgnęło.
- Nie, to zbyt niebezpieczne.
- Czemu tak się upierasz przy tym, abyś go zabrał? - spytał smok. - Tak bardzo ci zależy na posiadaniu tak potężnego artefaktu?
- Wcale, że nie! Po prostu chcę wypełnić misję, której podjęliśmy się kilka stuleci temu!
- Ja także. Mamy chronić ten świat, nawet przed nami.
Nagle Goshvil wykonał gwałtowny ruch dłonią i w jego ręku pojawił się pakunek z Lirą. Smok natychmiast rzucił się do przodu i wpadł na czarodzieja, zanim ten zdołał się przenieść. Lira upadła na podłogę, materiał się odwinął, ukazując złocisty instrument. Ognaruks natychmiast się podniósł i ruszył biegiem w jego stronę, wyciągając miecz.
- Nie! Zaczekaj!
Smok pchnął ostrzem prosto w Lirę. Nagle poczuł, jak przez miecz przechodzi olbrzymia fala energii, która wstrząsa jego ciałem oraz umysłem. Ponownie ujrzał czerwoną energię, tę samą, która uderzyła Agnira. Teraz jednak była wszędzie wokół niego, a może wręcz przeciwnie – wewnątrz niego? Świat zaczął znikać, a on poczuł, jak spada w olbrzymią przepaść.

Czas nieokreślony
Smok obudził się i rozejrzał. Wokół niego panował mrok, rozświetlany co jakiś czas fioletowymi rozbłyskami, gdzieś w oddali. Podniósł się powoli. Wszystko go bolało, każdy kawałek jego ciała przesiąknięty był bólem, ale zdecydowanie nie takim zwykłym. Czuł wewnątrz siebie chaos, siłę, która powoli rozrywała jego ciało na strzępy. Ujrzał obok swój miecz, jasnym światłem odbijający fioletowe rozbłyski. Pokuśtykał się do niego z trudem i podniósł z ziemi. Pogładził ostrze i jęknął. Opadł na ziemię, sparaliżowany przez ból. Zamknął oczy. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, ani co się tak właściwie stało. Był krytycznie wręcz słaby i każdy mógł go teraz zabić.
Skupił się na wnętrzu swojego ciała, starając zrozumieć się źródło bólu. Nie było to nic, z czym dotąd się spotkał. Wydawało mu się, że wszystko jest w porządku z jego ciałem, ale pomimo tego odczuwał to tak silnie, jakby rozrywano go na strzępy. Westchnął i zmienił pozycję. Chciał zasnąć, uciec od tego wszystkiego. Trwało to potwornie wręcz długo, ale w końcu mu się to udało.

Obudził się nie mniej obolały niż wcześniej. Z trudem wstał i rozejrzał się. Ku własnemu zdziwieniu ujrzał, że znajduje się w zupełnie innym miejscu niż poprzednio. Był na skraju wielkiego urwiska, którym płynęła rzeka z czarną wodą. Po drugiej jego stronie widział pustynie z bezbarwnym, szarym piaskiem, którą przecinały wielkie trąby powietrzne.
- Gdzie ja do cholery jasnej jestem? - mruknął i od razu tego pożałował. Jego usta jeszcze nie przywykły do ciągłego bólu, teraz poczuł go jeszcze intensywniej.
Podszedł do przepaści i spojrzał w dół, szukając... no cóż, czegokolwiek. Nagle poczuł, jak ktoś pcha go od tyłu. Gdyby był na siłach, bez wątpienia zdołałby się utrzymać i w dodatku zepchnąć w dół śmiałka, który się odważył go popchać, ale teraz nie miał na coś takiego żadnych szans. Uderzył w taflę czarnej wody i zanurzył się w niej. Wydawało mu się, że jest ona dziwnie mulista, ciężka. Rozpaczliwie próbował wydostać się, ale coś wciągało go coraz głębiej w wodną toń, widział nad sobą oddalające się światło.

Czuł się, jakby jego ciało nie istniało, jakby był zawieszonym w przestrzeni duchem, w dodatku w wyjątkowo dziwnej przestrzeni. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się góra, dół, przód, tył, lewo, prawo. Wszystko wydawało się być jednym. Był zawieszony pomiędzy życiem, a śmiercią, pomiędzy ładem, a chaosem. Nie wiedział, ile trwał w tym stanie, czas w tym miejscu nie istniał. Mogły to być sekundy, dni, miesiące, lata, setki lat, tysiące... Dla niego nie było w tym żadnej różnicy. Wszystko było jednym, nie istniały oddzielne rzeczy. I powoli zaczynał rozumieć. Zaczynał rozumieć to, co się stało. Rozumiał chaos uwięziony w Lirze, który uwolnił, przebijając ją mieczem. Teraz znajdował się w nim, spalając jego ciało od środka, płonąc silniej od najmroczniejszych piekielnych czeluści. Uświadomił sobie, że ciągle czuje ten ból, choć teraz nie zwracał na niego większej uwagi, niż na oddychanie. Stał się częścią jego. Szeroko otworzył oczy. Był tu już zdecydowanie zbyt długo. Wreszcie odnalazł coś, co dało mu pojęcie o czasie. Nie wiedział jednak, co miałby zrobić. Nie widział żadnego wyjścia z tego dziwnego stanu, był on dla niego zupełną zagadką. Aż w końcu zaczynał rozumieć. Wypełniający go chaos robił swoje, zmieniał jego umysł i ciało, jednocześnie przekazując mu wiedzę. Wiedział, że jest w Otchłani. Wiedział, że znajduje się w jakimś dziwnym stanie wegetatywnym, odcięty od swojego ciała i zawieszony we własnym umyśle. Wiedział też, jak ma się wydostać z Otchłani. Jej część zaczęła przenikać do jego wnętrza, powoli zespajając się z jego umysłem. Powoli świat zewnętrzny zaczął upominać się o smoka.

Obudził się. Podniósł się, rozpościerając szeroko skrzydła i potoczył spojrzeniem po okolicy. Coś się zmieniło. Był w swej smoczej postaci, musiał się przemienić podczas swojego długiego snu. Co dziwniejsze, widział. Widział w całkowitej ciemności panującej wokół niego, lecz w sposób inny, niż wcześniej. Wyczuwał ruch, wyczuwał przestrzeń wokół niego. Ze zdziwieniem spostrzegł, że już nie przypomina dawnego siebie. Jego ciało było teraz inne, bardziej drapieżne i przystosowane do ciągłej walki o przetrwanie. Smok zamachał skrzydłami, kładąc na ziemię kilka drzew rosnących wokół. Czuł się... inaczej. O wiele silniejszy, niż wcześniej, choć teraz jego ciało wypełniało mnóstwo bólu. Wiedział, co musi uczynić. Spojrzał w niebo i skupił swoją wolę w sposób, jaki nigdy wcześniej nie czynił. Po chwili na niebie pojawił się portal. Smok wbił się w powietrze i wleciał w niego.

Pierwszy rok Miesiąca Pawia, siedemset siedemdziesiąty drugi rok Ery Alarańskiej
Smok wylądował na ziemi i rozejrzał się. Ponownie znajdował się w Alaranii, co do tego nie było wątpliwości; wysoko nad jego głową świeciło oko Prasmoka. Odetchnął z ulgą. Nie wiedział dokładnie, ile znajdował się w Otchłani, ale podejrzewał, że przynajmniej kilka wieków. Czuł się... staro. Starzej niż ostatnim razem.
Znajdował się w jakichś górach, nie miał pojęcia, jakich. Odwrócił pysk i spojrzał na portal umieszczony na górskim zboczu. Skupił się i zamknął go, lecz wcześniej wyskoczyły z niego dwa uskrzydlone stworzenia, które opadły na ziemię i zaczęły z trudem oddychać. Smok obrócił się i spojrzał na nie. Te podniosły wzrok i odskoczyły do tyłu.
- Co to ma oznaczać? - warknął Ognaruks i aż się zdziwił. Jego głos był niezwykle niski, zdanie brzmiało, jakby wypowiadało je kilka osób jednocześnie.
- Eee, panie smoku – odezwała się uskrzydlona istota, podnosząc się. - Chodzi o to, że... no, ja i mój brat byliśmy kiedyś aniołami, ale musieliśmy uciekać z nieba i stać się upadłymi. Potem nas stamtąd wyrzucili i trafiliśmy do Otchłani. Kiedy zobaczyliśmy, jak pan otwiera portal, to podążyliśmy za panem. Pana przebudzenie wywołało wielką panikę wokół.
- Nie obchodzi mnie, kim jesteście – powiedział smok, na co tamci się skulili. - Ale jeżeli już tu jesteście, to możecie się przydać. Znacie dobrze Alaranię? Potraficie poruszać się dyskretnie i odnajdywać informacje.
Dwaj przemienieni pokiwali energicznie głowami.
- Świetnie odnajdźcie człowieka o imieniu Goshvil. Zgromadźcie tyle informacji, ile tylko zdołacie, po czym dołączcie do mnie po roku.
- A gdzie mamy cię znaleźć?
Smok spojrzał na nich z zamyśleniem.
- W Maurii.

Drugi dzień Miesiąca Pawia, siedemset siedemdziesiąty trzeci rok Ery Alarańskiej
Dwaj mężczyźni weszli do karczmy w samym centrum Maurii. Kilku lichów oraz wampirów obrzuciło ich spojrzeniem i wyszczerzyło się w ich stronę. Przemienieni przełknęli śliny.
- Jesteś pewien, że dobrze robimy? - spytał jeden.
- Mieliśmy tu być – odparł drugi.
- I co on by nam zrobił, gdybyśmy nie przybyli? Nawet nie wiedziałby, gdzie nas szukać.
- Nie wiem, ale boję się go. Wygląda na kogoś, kto doskonale wiedziałby, gdzie byśmy się ukryli.
- Masz rację – odpowiedział mu niski głos.
Przemienieni obrócili się i ujrzeli mężczyznę w ciemnym stroju siedzącego w kącie karczmy. Skinął głową, kiedy go zauważyli i nakazał im podejść. Ci to zrobili, patrząc na siebie z lękiem. Usiedli przy tym samym stoliku i spuścili głowy, nie chcąc patrzeć w oczy smoka.
- I jak? - spytał Ognaruks. - Mam nadzieję, że coś znaleźliście.
- Ten czarodziej zamknął się w jakimś pałacu w Górach Druidów – powiedział jeden z przemienionych.
Smok podniósł brwi. Doskonale wiedział, o jaki pałac chodzi, był on stary i opuszczony, ale w gruncie rzeczy należał do czarodzieja. W piwnicy znajdowało się kilka artefaktów, ukrytych tam i zabezpieczonych magią.
- A Lira? Słyszeliście coś o niej.
- Krążą pogłoski – powiedział przemieniony. - Ponoć jest zniszczona na trzy części. Goshvil ma jedną, pozostałe dwie dał dwóm swoim towarzyszom, którzy pomagają mu odszukiwać artefakty z całego świata.
Oczy Ognaruksa zabłysły czerwienią.
- Co takiego?!
- Pomagają mu odnajdywać artefakty, żeby je potem ukryć – powtórzył przemieniony. - Jak dla mnie to jakaś głupota, po co robić coś takiego?
Smok wstał i odrzucił stolik na bok. Zanim przemieniony zdążył zareagować, już był przy nim. Zacisnął dłonie na jego szyi i zaczął dusić. Przemieniony próbował się uwolnić, ale nie miał żadnych szans z taką siłą. Po chwili przestał wierzgać i znieruchomiał. Ognaruks cisnął jego ciało na ziemię i spojrzał na drugiego przemienionego.
- A ty pójdziesz ze mną. Pomożesz mi w polowaniu.
Rozejrzał się. Większość osób w karczmie patrzyła na niego i leżące na ziemi ciało.
- Proszę się nie krępować – powiedział. - Ja i tak nie będę już miał z niego żadnego użytku.

Siedemnasty dzień Miesiąca Motyla, siedemset siedemdziesiąty trzeci rok Ery Alarańskiej
Ognaruks obserwował elfa jadącego traktem. Wyglądał na zrelaksowanego, nie zachowywał żadnych środków bezpieczeństwa. Pewnie wracał po udanym zadaniu, wiózł do pałacu czarodzieja magiczny artefakt. Nie zauważył ukrytego na drzewach smoka, nie miał na to najmniejszych szans. Ten wyczekał na odpowiedni moment, po czym zeskoczył. Elf jednak nie był całkowitym amatorem. W ostatniej chwili zorientował się, co się dzieje i zdążył się przygotować. Kiedy spadł na niego Ognaruks, zrzucił go na ziemię razem z sobą. Przez chwilę się szarpali, ale zwinny elf uwolnił się z jego uścisku i odskoczył, wyciągając z kołczanu łuk i nakładając na niego strzałę.
- A ty to kto? - spytał, celując do niego z łuku.
- Ktoś, kto chce odzyskać swoją własność – powiedział smok.
Elf rzucił szybkie spojrzenie w kierunku juków.
- Ten miecz jest twój?
Ognaruks spojrzał na konia i dostrzegł rękojeść miecza wiszącego przy siodle. Wszędzie by ją rozpoznał. Szybko ją chwycił i wyciągnął swój stary, zaklęty miecz, jednocześnie unikając strzały wystrzelonej przez elfa. Ze zdziwieniem ujrzał, że ostrze stało się czarnej barwy, a on cały był jakiś... inny. Widocznie zmienił się tak samo, jak właściciel. Smok czuł wypełniającą go siłę pochodzącą z Otchłani.
- To też – powiedział, gładząc ostrze. - Ale nie przyszedłem tutaj po to. Oddaj kawałek Liry, a daruję ci życie.
Przez sekundę na twarzy elfa obmalowało się zdziwienie zmieszane z szokiem.
- Jakiej Liry? Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz.
- Obydwaj wiemy, o co chodzi – powiedział smok. - A to, czy zachowasz dzisiaj życie zależy tylko od ciebie. Gdzie on jest?!
Elf puścił cięciwę, a strzała pognała w kierunku Ognaruksa. Ten skupił się i przeniósł tuż za plecy elfa. Łucznik gwałtownie się odwrócił, a smok bez większego problemu przeciął jego łuk. Zauważył, że miecz nadal spisuje się doskonale. Elf chciał dobyć miecza, ale smok chwycił go z szyję i przyszpilił do rosnącego nieopodal drzewa. Elf skrzywił się.
- Nie masz pojęcia, z kim chcesz walczyć – powiedział smok. - Oddaj go, albo cię zabiję.
- Jest... w jukach – powiedział elf. - Owinięty w czerwony materiał.
Ognaruks spojrzał na konia, po czym wbił ostrze w brzuch elfa, jednocześnie puszczając jego szyję. Elf upadł na ziemię, a smok schylił się nad nim i zabrał mu przypiętą do pasa sakiewkę. Otworzył ją i wyjął złociste ramię Liry, przecięte przez jego miecz.
- Miałeś... mnie nie zabić – wychrypiał elf.
- Nie. Miałem cię zabić, jeżeli nie powiesz – powiedział smok, zmierzając w stronę wierzchowca.
- Kim ty jesteś?
Ognaruks obrócił się w jego stronę.
- Zaraz... niemożliwe. Nie możesz nim być... on nie żyje!
- Możliwe – odrzekł smok i wsiadł na konia.
- Zostawisz mnie tutaj?
- Jeżeli nie żyję, to nie mogę ci niestety pomóc – odpowiedział Ognaruks. - Poproś o pomoc zwierzątka, na pewno ci nie odmówią.

Dwudziesty dzień Miesiąca Wilka, siedemset siedemdziesiąty trzeci rok Ery Alarańskiej
Usłyszał jego kroki. Ukryty za kamiennym posągiem smok co prawda nie mógł ujrzeć przybysza, lecz doskonale go słyszał. Zbliżał się powoli, zdecydowanie zbyt powoli. Smok musiał czekać już kilka godzin, wyraźnie go denerwowało to, jak bardzo amatorskich pomocników zdołał sobie znaleźć czarodziej. On zdecydowanie nie szukał tych artefaktów tak długo, właściwie, to wykonywał niemal zawsze wszystko za nich.
W końcu człowiek wyraźnie postanowił jednak znaleźć ten artefakt, bo wszedł do pomieszczenia, w którym ten się znajdował. Ognaruks spokojnie poczekał, aż podejdzie do kamiennej rzeźby i zabierze medalion spoczywający na jej dłoniach. Wyszedł i ujrzał mężczyznę odchodzącego w stronę korytarza. Smok dobył noża i cisnął nim w odchodzącego człowieka. Trafił doskonale pomiędzy żebra. Człowiek krzyknął i zatoczył się na ziemię. Ognaruks powolnym krokiem ruszył w jego stronę, jednocześnie wyciągnął czarny miecz z pochwy.
- Oddaj moją własność – powiedział.
Mężczyzna powoli podniósł się i wyjął własny miecz, ale po chwili padł na kolana, nóż pokryty był wolno działającą, aczkolwiek sprawiającą dość duży ból trucizną.
- O co ci chodzi? - powiedział mężczyzna. - Kim ty w ogóle jesteś?
- Gdzie trzymasz kawałek Liry?
Oczy człowieka szeroko się rozszerzyły.
- To ty! Ty stoisz za śmiercią Javnira, prawda?
- Jeżeli tak nazywał się ten elf, to jak najbardziej – powiedział smok. - Chociaż nie byłem pewien, czy zginął.
- Bierz go – powiedział mężczyzna, wyjmując zza pazuchy złociste ramię Liry i rzucając na podłogę.
Ognaruks przeniósł go do swojej dłoni i uśmiechnął się.
- Lubię cię bardziej od twojego elfiego przyjaciela. Dobrze, że postąpiłeś słusznie.
Ruszył w stronę wyjścia, jednocześnie skupiając się i wysyłając magii jedną, jedyną wytyczną. Kiedy poczuł, że coś się dzieje, obejrzał się jeszcze z zaciekawieniem. Ciało mężczyzny zostało wyżarte przez kwas, w który przemieniła się trucizna. Smok podniósł brwi. Chaos nadal potrafił go zaskakiwać.

Dwudziesty ósmy dzień Miesiąca Smoka, siedemset siedemdziesiąty trzeci rok Ery Alarańskiej
Ognaruks pewnym i dość szybkim krokiem przemierzał korytarze pałacu. Musiał przyznać, że Goshvil miał dość interesującą posiadłość, ale teraz zupełnie co innego zawracało mu głowę. Nagle zbroje porozstawiane pod ścianami ożyły; dzierżąc w dłoniach broń, ruszyły w stronę smoka. Ten odetchnął, po czym rzucił się do przodu i jednocześnie przeniósł za pomocą magii. Pierwsza zbroja upadła na ziemię, przecięta na pół. Doskoczył do kolejnej i przeciął, zanim ta zdołała cokolwiek zrobić. Podobnie uczynił z innymi, dzięki magii przestrzeni pozostawiając poza ich zasięgiem.
- Jesteś taki przewidywalny – mruknął i pchnął wielkie, stalowe drzwi. Wszedł do wielkiego pomieszczenia, które wyglądało na salę tronową. A na tronie rzecz jasna siedział Goshvil.
- Trochę szkoda, że to musi się tak skończyć – powiedział czarodziej. - Ale to twoja wina. Mówiłem ci, że nie wolno niszczyć Liry.
- Chciałeś zagarnąć ją dla siebie – warknął Ognaruks. - Widziałem żądzę potęgi w twoich oczach.
Goshvil gwałtownie wstał.
- A czy ty nie pragniesz tego samego?! Po co zamordowałeś moich przyjaciół i przybyłeś tutaj, skoro nie chcesz mocy.
- Chcę żyć bez bólu rozrywającego moje ciało! - Smok się wzburzył. - Chcę naprawić we mnie to, co Lira zepsuła!
- A potem? Tak po prostu ją zostawisz?
Smok zagryzł wargi.
- Przestań mnie wodzić słówkami! Jeżeli oddasz mi struny, to oszczędzę ci życie i będziesz mógł dalej zbierać swoje artefakty. A jeżeli nie...
- To co?
- To odbiorę je siłą.
- Po tych wszystkich latach?
- Po tych wszystkich latach robienia za was wszystkiego!
Goshvil westchnął i wstał.
- Cóż, skoro naprawdę tak musi być... przykro mi za to wszystko, co przeżyłeś. Współczuję...
- Nie wyobrażasz sobie! - warknął smok. - Nie wyobrażasz sobie, co przeżyłem!
Czarodziej westchnął. W jego dłoni pojawiła się halabarda.
- A więc zakończmy to, skoro musimy.
Zniknął w rozbłysku magii. Ognaruks przewidział jego ruch i obrócił się, blokując cięcie halabardy. Czarodziej nie dał się jednak wytrącić z rytmu. Postąpił krok do przodu, po czym pchnął w niego tępym końcem halabardy. Smok przeniósł się obok czarodzieja i sam pchnął. Ostrze musnęło Goshvila, który zdążył się odsunąć i samemu uderzyć. Ognaruks syknął i złapał się za twarz. Cięcie było na szczęście zbyt płytkie, aby przeciąć oko, ale i tak zostanie mu tam blizna. Teraz się zdenerwował. Przywołał do wolnej, lewej ręki kulę ognia, po czym rozpoczął szaleńczy atak. Zdumiony czarodziej cofał się przed ciosami przeciwnika, lecz nie za dobrze mu to wychodziło. Kilka razy czarne ostrze przecięło jego skórę, jego siły powoli słabły. W końcu smok złapał go lewą dłonią za twarz. Goshvil ryknął i upuścił włócznię. Ognaruks cisnął go na ziemię i pochylił się. Trzymając go za głowę, przeszukał jego ubrania i odnalazł upragniony kawałek. Wyciągnął struny, po czym odsunął się od leżącego czarodzieja. Ten już podnosił dłoń, ale smok skupił się i wysłał w stronę Goshvila potężną ścianę ognia. Jego wrzaski zaczęły się roznosić po całym pałacu. Ale smok już ich nie słuchał. Wyciągnął zza pazuchy dwa złote części Liry i położył je na ziemi, po czym dodał do nich struny. Następnie zamknął oczy i skupił się na wypełniającym go chaosie. Dobrze wiedział, co należy robić. Magia chaosu sprawiła, że trzy części znowu stały się jednością, po czym zaczęła przenosić chaos z ciała Ognaruksa do artefaktu. Smok odetchnął z ulgą, ból malał z każdą chwilą. Nagle przestał. Ognaruks przyjrzał się Lirze i zrozumiał. Nie może oddać więcej, bo wtedy przestanie móc to robić. Potrzebował chaos, aby pozbyć się chaosu. Nigdy nie pozbędzie się całego bólu.
- Trudno – mruknął i podniósł Lirę. - Już nie jesteś taka wroga, co? Może jeszcze uda się z tobą zrobić coś dobrego.
Przeleciał palcami po strunach Liry, a ta nagle rozbłysła czerwonym blaskiem, który po chwili oddzielił się od niej i zmaterializował w postaci niewielkiego, czerwonego smoka, tuż obok niego. Ognaruks szeroko otworzył oczy.
- Czym jesteś?
~ Jestem awatarem Liry Chaosu ~ rozległ się głos w jego głowie. ~ Ty mnie stworzyłeś, jestem częścią ciebie, dlatego możemy komunikować się mentalnie.
- Ale dlaczego powstałeś?
~ Ponieważ potrzebujesz pomocy. Od dziś będę ci towarzyszył wszędzie, gdzie pójdziesz.
- Niezbyt mi to na rękę – mruknął Ognaruks. - Czasami pewnie byś się przydał, ale czasami...
~ Nie martw się ~ odpowiedział smok. ~ Mogę podróżować wewnątrz Liry, w pewien sposób jestem jej fragmentem. Oprócz tego mogę mieć postać eteryczną bądź materialną.
- Bardzo ciekawe. A nazywasz się...?
~ Ja nie mam imienia. Możesz mi je nadać, jeżeli chcesz. Pamiętaj, że jestem połączeniem kawałka twojej świadomości z mocą Liry, nie jestem w pełni żywą istotą.
- Agnir – powiedział Ognaruks. - Będziesz nazywał się Agnir.

Dwudziesty dzień Miesiąca Motyla, siedemset czterdziesty czwarty rok Ery Alarańskiej
Ognaruks otworzył drzwi piwnicy i nie zdziwił się na widok przemienionego buszującego wśród jego artefaktów. Ten obejrzał się i wytrzeszczył oczy na smoka. Spojrzał na trzymany w dłoniach hełm i czym prędzej odłożył go na miejsce.
- Przepraszam! Ja... ja tylko sprawdzam, co takiego się tutaj znajduje.
Smok skinął głową. Przysunął sobie znajdujące się obok krzesło i westchnął, po czym rozejrzał się. Piwnica pałacu była istnym labiryntem, można tu było znaleźć niemal wszystko. Nawet z jakiegoś powodu krzesła.
- Nic nie szkodzi – powiedział Ognaruks. - Możesz wziąć, co chcesz.
Przemieniony spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- I... to ja przepraszam. Niepotrzebnie zabiłem twojego przyjaciela, poniosło mnie trochę.
- E, nie przejmuj się, nigdy go nie lubiłem – powiedział przemieniony.
- Naprawdę? Wyglądaliście na zżytych.
- To przez niego wylecieliśmy z Nieba. A potem z Piekła. Szczerze powiedziawszy, to chyba powinienem ci podziękować. I naprawdę mogę coś zabrać?
- Co tylko chcesz – powiedział smok i zmarszczył brwi. - Właściwie, to nie wiem nawet, jak się nazywasz.
- Gadrun – odrzekł przemieniony. - Ale to nieważne imię, nic nie znaczy.
- Może... - Ognaruks zamyślił się. - Kim według ciebie jestem? Tylko mów szczerze, nie zjem cię za obelgę.
Gadrun zamyślił się.
- Szczerze? Za pokręconego smoka.
- Pokręconego? - Ognaruks podniósł brew.
- Tak. W jednej chwili zabijasz człowieka za nic, w drugiej obsypujesz go bezcennymi prezentami. Masz bardzo... chaotyczny charakter.
- Chaotyczny – mruknął smok. - Dobre określenie.
Gadrum spojrzał na swoją wypełnioną po brzegi torbę.
- No, ja chyba będę ruszał. No to, powodzenia, życzę zdrowia i takie tam. Nigdy nie lubiłem pożegnań.
Smok skinął mu głową na pożegnanie, a ten wyszedł. Ognaruks sięgnął za pazuchę i wyjął Lirę, po czym pogładził ją.
- Agnir.
Smok zmaterializował się niemal natychmiast.
~ Słucham?
- Nie sądzisz, że ten pałac jest za duży na nas dwóch?
~ To bardzo luksusowy pałac, w dodatku wszędzie jest magia. Nie trzeba się niczym przejmować, wszystko robi się samo, poza jedzeniem. Ale fakt, trochę tu nudno.
- A więc postanowione. - Smok wstał z krzesła. - Czas chyba ruszyć w świat. Znam kilka miejsc, które trzeba odwiedzić i odebrać pewną rzecz. Dołączysz do mnie.
~ Z przyjemnością.

Dane gracza: Ognaruks

Nazwa użytkownika:
Ognaruks
Ranga:
Błądzący po drugiej stronie
Inne Postacie:
Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Śr kwi 08, 2015 9:32 pm
Ostatnia wizyta:
So cze 09, 2018 5:23 pm
Liczba postów:
71 | Znajdź posty użytkownika
(0.09% wszystkich postów / 0.06 posty dziennie)
Ostatni post:
[Kurhany] Widziałam smoka cień...
Pn paź 01, 2018 6:29 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Szczyty Fellarionu
(Posty: 26 / 36.62% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Kilka mil od miasta] Nietypowa zwierzyna, nietypowi myśliwi
(Posty: 26 / 36.62% postów użytkownika)
cron