Profil użytkownika Haxam

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam
Rasa: Runiczny
Wiek: Sześć lat (to jedynie wiek jego ciała, jego dusza w sumie ma około tysiąc lat)


Aura

Aura raczej słaba, za to stanowiąca istną mieszaninę barw - srebrny wymieszany jest z kobaltem, miejscami przebija się także cynowy. Aura staje się na przemian bardzo jasna i ciemna. Otaczająca ją szafirowa poświata jest bardzo słabo dostrzegalna, ale zdarza się, że przybiera na sile i zmienia barwę na szmaragdową. Wokół nie słychać żadnych dźwięków. Wydziela za to mocny zapach starości i gliny oraz wywołuje w ustach słono-gorzki posmak. Aura jest twarda i niebywale sztywna, a gdy przejedzie się po niej dłonią, można bez wątpliwości stwierdzić, że w dotyku jest szorstka i sucha, a do tego niezbyt ostra.


Wygląd

Ciało runicznego jest zbudowane z jasnoszarego, lekko popękanego budulca skalnego noszącego ślady długiej przeszłości. Jego kształt został tak zaplanowany, aby usunąć wszystko, co jest niepotrzebne. Haxam nie posiada uszu, nosa czy rysów twarzy, a jego usta i oczy są bezkształtne. Widać w nich fale niezwykłej, błękitnej energii stanowiącej zewnętrzną sferę jego duszy – to właśnie ta moc jest tworzona przez jego runy i przekazywana na zewnątrz, to ona kontroluje całe ciało, a świadomość i podświadomość Haxama kontroluje duszę. Na całym jego ciele znajdują się ciemnobłękitne, magiczne runy, od których runiczny wziął swoją nazwę. Układają się one w niezwykle skomplikowane wzory i współistnieją ze sobą w sposób tak bardzo utrudniający ich odczytanie, że jedynie prawdziwy arcymistrz zdołałby to uczynić. Pojedyncze runy da się odczytać, o ile zna się chociaż podstawy ich czytania. Ktoś z wielką determinacją zdołałby najpewniej w kilka miesięcy wyjaśniać każdą runę i powoli układać je w ogólne znaczenie, ale potrzebowałby do tego jeszcze wielkiej cierpliwości i silnych nerwów.

Na szyi Haxam nosi czerwony kryształ zawieszony na sznurku, który pozwala mu raz na jakiś czas przybrać się w iluzję człowieka. Nie nosi na sobie żadnych ubrań, są one mu całkowicie zbędne, albowiem zupełnie inaczej niż ludzie odczuwa temperatury, a nie ma potrzeby niczego zasłaniać. Jedyną jeszcze rzeczą, którą zazwyczaj dzierży w ramionach jest kij. Nigdy nie jest to ten sam, ponieważ ciągle je gubi, więc za każdym razem znajduje nowy na każdą podróż. Z jakichś powodów nie może się bez takiego obyć. Na jego prawym ramieniu znajduje się rysunek przedstawiający srebrzysty zamek na błękitnym tle zamknięty w tarczy o złocistych krawędziach. Jest to znak jednego z zakonów paladynów, dosyć znanego w Alaranii. Dość dużo osób gdy go dojrzy będzie wiedzieć, że runiczny służy w słusznej sprawie dla dobra ludzi.


Charakter

Charakter Haxama jest specyficzny. Jak może zachowywać się sztucznie stworzona istota ze świadomością stworzoną z wielu innych? Otóż gdyby dusza runicznego była w pełni aktywna, to byłby najbardziej chaotyczną istotą na łuskach Prasmoka. Jest jednak inaczej. Naturalna reakcja sprawiła, że większość duszy Haxama pozostaje w spoczynku, większość cech jego stworzycieli została po prostu wyłączona i odizolowana od aktywnej świadomości runicznego. Haxam nie posiada żadnych wspomnień poprzednich wcieleń, choć podczas podziału jego duszy takowe mogą wystąpić i nie tylko one. Część, która pozostała nie jest zbyt duża. Runiczny posiada bardzo mało emocji, a w dodatku bardzo mało ich okazuje. Można by powiedzieć, że jest dosyć obojętny na to, co dzieje się wokół niego – bardzo łatwo akceptuje nawet najgorsze rzeczy i żyje dalej. Jest też niezwykle obiektywny.

Haxam jest bardzo ufny i naiwny, choć to raczej wynika z jego obojętności. Nie potrafi zrozumieć, czym jest zło i dobro, dla niego istnieje tylko podział na opłacalność i nieopłacalność. Nie patrzy na świat przez soczewki kogoś innego, bardzo słabo zdobywa doświadczenie i zazwyczaj nie potrafi umiejętnie z niego korzystać. Ma niesamowicie słabą inicjatywę, cudem byłoby, gdyby sam coś by zrobił bez nakazu ze strony kogoś innego. Nie potrafi nijak zrozumieć wszelkiej formy sztuki: malarstwa, poezji, tańca. Jedynie rzeźbiarstwo wydaje się mieć dla niego jakiś sens.

W kontaktach z innymi stworzeniami runiczny jest oszczędny w słowach i rozwija konwersacji. Często też przemija mnóstwo szczegółów i detali, które nie wydają mu się być ważne – bardzo wszystko uogólnia, mówi tylko to, co dla niego ma znaczenie. Często też przemawia w sposób niezrozumiały dla zwykłych ludzi – nie wyjaśnia rzeczy, o których tylko on może wiedzieć, zakłada, że jest to oczywiste. Posiada niezwykłą wprost pamięć i nie potrafi zrozumieć, że inni mogą zapomnieć całkiem dużo rzeczy ze swojego życia, dlatego nigdy nikomu o niczym nie przypomina sądząc, że ta osoba o tym pamięta. W zamian on nigdy o niczym nie zapomni, zawsze wykona to, co mu się nakaże.

Atrybuty

Krzepa:Słaby, Niezłomny, Nie do zdarcia,
Zwinność:Niezdarny, Flegmatyczny, Niedokładny,
Percepcja:Dobry wzrok, Słaby słuch, Pozbawiony węchu, Pozbawiony smaku, Szczątkowe czucie, Wyczulony na magię,
Umysł:Niezbyt bystry, Niezbyt błyskotliwy, Łatwy do złamania,
Prezencja:Brzydki, Nieokrzesany, Poddańczy,

Cechy specjalne

Wzrok ciała [Z]Runiczny posiada nieludzki wzrok. Potrafi wręcz widzieć całą płaszczyzną swojego ciała. Jest to naturalnie wbudowany system, który umożliwia mu kontrolowanie tego, co dzieje się wokół niego i znacząco zwiększa jego poziom bezpieczeństwa. Nie jest jednak tak, że Haxam jest wszechwidzący. Istnieje dość duże ograniczenie polegające na tym, że wyraźnie widzi jedynie niewielki obszar, odpowiadający mniej więcej zasięgowi ludzkiego wzroku. Pozostały obraz jest bardzo rozmazany i choć runiczny może dostrzec ruch i ogólne zarysy przedmiotów, to musi naprawdę się skupić, aby dostrzec coś dobrze. Zdolność ta jest ograniczana w bardzo wysokiej bądź niskiej temperaturze, jeżeli zbytnio będzie odbiegać od przeciętnej, Haxem może czasowo stracić swój nadludzki wzrok i zyskać normalny bądź nawet oślepnąć. Oprócz tego jego wzrok rozpoznaje iluzje, każda z nich posiada wokół siebie cienki, białawy obrys, który jednak jest widoczny dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się, a runiczny nie robi to zbyt często. Im lepsze iluzje, tym trudniej dostrzec jest obrys, mistrzowskie posiadają tak cienki, że nie można go zauważyć.
Syntetyczna dusza [D]Każde żyjące stworzenie musi posiadać swoją duszę, Haxam nie jest żadnym wyjątkiem. To tylko dzięki niej może poruszać się i myśleć, nie posiada żadnych narządów wewnętrznych czy komórek, które mogłyby utrzymywać go przy życiu. Jego dusza tak naprawdę jest sztucznym tworem magii, która pełni role zarówno mechaniczne, jak i psychiczne. Jest to jednocześnie nośnik świadomości runicznego, dzięki któremu może myśleć. Dusza ta powstała poprzez połączenie magii wszystkich osób biorących udział w stworzeniu Haxama. Była to rzecz, której nikt nie przewidział, całkowicie zmieniła działanie runicznego. Dusze oraz umysły magów uległy zmieszaniu wskutek którego powstała jedna, w miarę stabilna dusza i zawarty w niej umysł. Jest jednak pewna wada. Wyjątkowo wysoka temperatura jest w stanie naruszyć zazwyczaj stabilną strukturę ducha i doprowadzić nawet do jego podziału. Naprawdę wysoka temperatura może sprawić, że dusza Haxama podzieli się na tak małe części, że przestanie móc istnieć. Dlatego w jego umyśle automatycznie umieszczony jest strach przed ogniem i nie tylko. Dusza wytwarza samoistnie mnóstwo informacji, których zadaniem jest utrzymanie Haxama przy życiu. Jedyne odruchy, jakie posiada to te naprawdę ratujące życie. Oprócz tego ciekawym widokiem jest jego aura. Wydaje się być ona mieszaniną wszelkiego rodzaju barw i cech – połączone aury wszystkich magów dały niezwykle ciekawy efekt, który jednak szybko może doprowadzić do sporego bólu głowy. W dodatku wszelkie działania mające na celu w jakikolwiek sposób oddziaływać na umysł Haxama działają zupełnie inaczej. Uaktywniają one niewielkie fragmenty jego duszy, które zazwyczaj pozostają wyłączone. Dla przykładu jeżeli ktoś będzie próbował odczytać jego myśli lub w inny sposób wpłynąć na jego umysł, runiczny może zacząć niespodziewanie żonglować. To, co się stanie, nie w sposób jest przewidzieć, może to być praktycznie wszystko, ale oddziałujące tylko i wyłącznie na samego Haxama, efekty uboczne nigdy nie sięgną kogoś innego.
Naczynie magii [M]W pierwotnych planach Haxam miał obdarzać swojego stwórcę niemal boską mocą. W praktyce jednak wygląda to nieco inaczej. Owszem, runiczny zwiększa moc tego, kogo zechce, ale choć jest to znacząca zmiana, to bardzo, bardzo daleko jej do boskiej mocy. Haxam potrafi kontrolować to, dla kogo ma być przekazywana magia oraz w jakich ilościach, choć w tym drugim przypadku w o wiele mniejszym stopniu i z dość dużymi ograniczeniami. Na pewno nie może uczynić z nowicjusza arcymaga, a im mag potężniejszy, tym mniej może wzmocnić jego moc. Najlepiej umiejętność ta sprawdza się w przypadku słabych, ale posiadających dużą wiedzę magów. Jest jednak pewna wada – Haxam nigdy nie zdoła nauczyć się żadnej z dziedzin magicznych, jest to najpewniej rodzaj zabezpieczenia, aby runiczny nie zyskał mocy większej od każdego z magów żyjących w Alaranii, czego jego stwórcy na pewno by nie chcieli. Oprócz tego magia ta ma także zastosowanie obronne – w przypadku naruszenia struktury ciała Haxama, rozpoczyna jego naprawę. Potrzeba do tego czasu oraz odpowiednią ilość skał. Jeżeli dusza runicznego pozostanie nietknięta, może on odtworzyć każdą część swojego ciała, ale w przeciwnym wypadku dusza musi się zregenerować jako pierwsza. Jeżeli ciało zostanie zbyt uszkodzone i nie rozpocznie przez jakiś czas naprawy, dusza przestanie być utrzymywana w jednym miejscu i rozproszy się, kończąc tym samym życie Haxama. Samo ciało jest niezwykle wytrzymałe oraz odporne. Runiczny jest niemal niewrażliwy na ogień, aby go spalić potrzeba by temperatur występujących w wulkanach.

Umiejętności

Wiedza tajemna [W] Halan nie chciał, aby Haxam wspomagał innych w używaniu magii, samemu nie mając o niej żadnego pojęcia. Podzielił się więc z runicznym znaczną częścią wiedzy, której sam posiadał, jednak zdecydowanie nie całą. W połączeniu z niezwykle potężnym zmysłem magicznym pozwala mu ona idealnie wyliczyć, jak dużo mocy powinien przekazać, aby mag był w stanie użyć określonego zaklęcia. Potrafi także wykryć oraz rozpoznać niemal każdy rodzaj magii, która działa w pobliżu. Można by powiedzieć, że magia stanowi część jego życia, w każdej jego chwili odczuwa jej wpływ na siebie oraz najbliższe otoczenie.
Gotowanie [W] Ciężko sobie wyobrazić kamienną istotę sporządzającą jakąś potrawę w kuchni, ale w przypadku Haxama jest to jak najbardziej realne. Halan nauczył go, jak sporządzić sporą ilość najróżniejszych dań pomimo wrodzonej niedokładności runicznego. Specjalną potrawą, którą opanował nadzwyczaj dobrze jest legendarna wprost zupa Halana, którą może sporządzić zawsze, ilekroć posiada odpowiednią ilość składników, ogień oraz gar. Runiczny posiada jednak pewną istotną wadę – nie potrafi wymyślać własnych dań i eksperymentować, zawsze trzyma się otrzymanego przepisu i nigdy nie zaryzykuje nawet najmniejszej zmiany, o ile ktoś nie każe mu tego zrobić. Pomimo tego jego dania są dosyć smaczne, ponieważ nigdy nie zapomina przepisów.
Fizyka [O] Ivelia nauczyła go tej umiejętności, chcąc podzielić się z nim jak największą częścią swojej wiedzy. Miała na to jednak tylko kilkanaście tygodni, więc nie zdołała nauczyć go wszystkiego, co sama potrafiła. Pomimo tego runiczny zna podstawowe prawa fizyki panujące w Alaranii, co jeszcze bardziej zwiększa jego poziom rozumienia świata na poziomie innym, niż zwykli ludzie. Dzięki swojemu niezwykłemu wzrokowi może dostrzec wszystkie zjawiska fizyczne, które zachodzą wokół niego, dzięki czemu wierzy, że nigdy niczego nie przegapi. Rzecz jasna nie widzi wszystkiego dokładnie, ale pomimo tego jest w stanie przewidzieć, co się stanie, gdy rzuci ze zbocza góry wielki głaz. Oprócz tego zna także sposoby, aby wzmocnić swoją słabą siłę dzięki prawom fizyki, chociażby używając dźwigni, choć nie jest to wielka zmiana.
Geologia [O] Kolejna umiejętność, którą poznał dzięki elfce. Ta uznała, że runiczny powinien wiedzieć, z jakiego materiału jest wykonany oraz jakiej skały potrzebuje, aby rozpocząć samoregenerację. W rezultacie nauczyła go, jak odróżniać różne rodzaje skał oraz rozpoznać tę, z której jest zbudowany. Na jego szczęście można ją odnaleźć niemal wszędzie na kontynencie, jeżeli tylko odpowiednio dobrze się poszuka. Gdy Ivelia doszła do tego wniosku, postanowiła poświęcić cztery tygodnie aby nauczyć go, jak znaleźć ten materiał. W rezultacie Haxam może się zregenerować w niemal każdym miejscu, jeżeli tylko będzie posiadał odpowiednio dużo czasu na poszukiwania.
Handel [P] Alear na darmo chciał nauczyć Haxama czegoś więcej, niż podstawy sztuki handlowania. Runiczny po prostu nie potrafi zrozumieć, na czym dokładnie opiera się handel pomiędzy poszczególnymi miastami czy państwami, jednak radzi sobie z oceną wartości bardziej powszechnych produktów. Dotąd jeszcze nigdy mu się to nie przydało, jednak elf wierzył, że ta umiejętność będzie mu kiedyś potrzebna.
Targowanie [P] Kolejna zdolność, którą na marne próbował nauczyć runicznego elf. Zdołał wepchnąć mu do głowy jedynie podstawy targowania, dzięki czemu nie każdy kupiec będzie w stanie okraść go w biały dzień. Pomimo tego ich większość nie będzie miała zbyt dużych trudności, aby to zrobić.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Iluzjonistyczny naszyjnik [ZAK]Niewielki amulet, który w połączeniu z magią Haxama jest w stanie rzucić na niego iluzję człowieka. Nie jest ona bardzo dobra, każdy wyszkolony mag pustki bez trudu by ją przejrzał, ale w przypadku większości ludzi wystarcza, aby zmylić ich wzrok. Jest to prosty naszyjnik wykonany ze sznura oraz czerwonego kamienia wyglądem nieco przypominającym rubin. Może zabłysnąć czerwonym światłem, jeżeli tylko runiczny tego zapragnie, rozświetlając ciemności.

Towarzysz


Historia

Jest takie miejsce gdzieś,
Gdzie noc spotyka dzień.
Gdzie szczęście, prawda, miłość jest.
Jest takie miejsce gdzieś.

Jest taka droga gdzieś,
Przez którą musisz przejść.
Na końcu której dowiesz się,
Czy dobrze wybrałeś swój cel.

Jest taka siła gdzieś,
Co życiu nadaje sens.
I każdy z Was może ją mieć,
Wystarczy tylko chcieć.
Wystarczy tylko chcieć.
Wystarczy tylko chcieć.

Pieśń, którą słyszałem przez połowę mojego życia i która obudziła w mnie żar, który przemienił się teraz w smoczy ogień.


Prolog
Moc demonom ukradziona,
Do złowrogich celów przeznaczona

Mroczna postać przechodziła pomiędzy regałami ksiąg wypełnionymi przedwieczną wiedzą. Złodziej szukał jednej, niezwykle cennej księgi, którą chciał zdobyć za wszelką cenę. Póki co jednak nijak nie potrafił jej odnaleźć, nazwisko autora było skomplikowane, w dodatku w każdym języku brzmiało inaczej. A złodziej nie miał najmniejszego pojęcia, w jakim języku spisał akurat tę księgę. Sprawdził już Wspólną Mowę, Czarną, elficki język oraz język pradawnych. Powoli kończyły mu się możliwości. W końcu jednak jego oczy rozbłysły, gdy dostrzegł nazwisko autora wypisane Smoczą Mowę na jednej z ksiąg. Szybko ją wyjął i schował do torby, którą miał przy sobie. Natomiast rozejrzał się i ruszył w stronę okna, którym się tu dostał.
Nagle rozbłysło światło, a złodziej znieruchomiał w półkroku. Mrużąc oczy spojrzał w kierunku wielkich wrót biblioteki, z której biła oślepiająca biel, na której odrysowały się sylwetki sześciu mężczyzn odzianych w szaty. Złodziej zaklął i ruszył pędem ku najbliższemu oknu, podczas biegu mamrocząc jakieś słowa i machając rękami. Gdy dobiegł do szyby, ta nagle pękła, a złodziej wyskoczył przez okno, lądując w ogrodzie zamku. Nad jego głową przeleciało sześć magicznych pocisków, każdy należący do zupełnie innej dziedziny magii. Złodziej przełknął ślinę. Gdyby którykolwiek trafił w niego, nie miałby żadnych szans na przeżycie, zginąłby na miejscu. Ścisnął mocniej torbę z księgą i rozejrzał się. Oglądał kilka razy plany całego pałacu, ale o ogrodach nie zapamiętał zbyt wiele. Dostrzegł jednak wyjście, które, o ile dobrze pamiętał, prowadziło do mostu. Doskonale!
Ruszył biegiem w tamtą stronę ile miał sił w nogach. Niedługo potem dotarł do marmurowej konstrukcji łączącej dwie brzegi wielkiej przepaści. Postawił nogę na moście, gdy nagle tuż przed nim nastąpił potężny wybuch, który zatrząsł mostem. Ten po chwili runął w dół, odcinając złodziejowi jedyną drogę ucieczki. Mężczyzna obejrzał się za siebie. Ujrzał trzy jaskrawe pociski zmierzające w jego stronę. Niewiele myśląc rozpędził się i skoczył w przepaść przed sobą.
Trzej magowie po chwili dobiegli do skraju przepaści i zaczęli lustrować ją uważnym spojrzeniem. Jeden z nich krzyknął i wskazał palcem jakiś punkt w oddali. Pozostali dwaj zacisnęli pięści i śledzili spojrzeniem odlatującego, niewielkiego smoka.

- Oto ona – powiedział Ylen, kładąc na stole starą, skórzaną księgę o sporej grubości.
Odziany w czarną szatę mężczyzna bez słów po nią sięgnął i otworzył. Ylen wzdrygnął się. Ci ludzie zdecydowanie napełniali go pewnego rodzaju lękiem. Teraz jeden z nich przerzucał kartki księgi, a na jego pozornie pozbawionej wyrazu twarzy Ylen zdołał dostrzec... pewien rodzaj zirytowania? Mężczyzna spojrzał na strony i wstrzymał powietrze. Wszystkie były puste.
- Ja... - jąkał się Ylen. - Ja nie wiem, co to oznacza. Jestem pewien, że to ta księga. Przecież na okładce jest nazwisko... niczego nie rozumiem, co...
Człowiek w czarnej szacie obrzucił go przeszywającym spojrzeniem, które skutecznie uciszyło Ylena. Następnie wyjął spod szat sztylet o czarnym ostrzem, na co Ylen się cofnął ze strachem. Mężczyzna jednak nie wstawał z krzesła, podniósł do pionu jedną stronę, po czym przejechał nożem przez jej krawędź. Ylen ze zdziwieniem dostrzegł pożółkłą stronę ukrywającą się pomiędzy dwoma sklejonymi kartkami. Mężczyzna w czerni uśmiechnął się i położył tę stronę na stole, przyglądając się jej z wyraźnym zadowoleniem.
- Dobra robota – odezwał się zimnym tonem. - Wygląda na to, że jeszcze nam się przydasz.
Ylen przełknął ślinę i skinął głową. Mężczyzna wstał, zagarniając starą stronę i zostawiając resztę księgi. Zbliżył się do jednej ze ścian, po czym wymamrotał kilka słów, a ta zniknęła. Skinął głową na Ylena, który chcąc nie chcąc musiał podążyć na dół. Weszli do dość dużego pomieszczenia wypełnionego stołami, na których leżały dziwne rzeczy, i płótnami zapisanego papieru zawieszonych na ścianach. Znajdowało się w nim kilku mężczyzn, którzy bez ustanku coś na nich notowali, robiąc tylko przerwy na dokładne oględziny jednej z dziwnych rzeczy na stołach. Ylen przyjrzał im się dokładniej. Wydawało mu się, że w większości są to bryły różnych skał.
- Ejże – odezwał się człowiek towarzyszący Ylenowi, podnosząc do góry papier. - Wygląda na to, że można się wziąć na poważnie do roboty.
Natychmiast zbliżył się do niego mężczyzna z siwą brodą, który wyjął mu stronę z ręki. Przyjrzał się temu i uśmiechnął się szeroko.
- Zaprawdę radosna to nowina.
- Kiedy będziemy mogli rozpocząć prawdziwą pracę?
- Niedługo. Trzeba jeszcze tylko odbyć jedną małą wycieczkę do Otchłani i będziemy gotowi.
- Jak chcesz.
Ylen spojrzał z obawą na dwóch mężczyzn. Jeżeli dobrze zgadywał, to właśnie on będzie musiał udać się na tę „wycieczkę”. Nie wiedział dobrze, czym jest ta Otchłań, ale słyszał o niej mrożące krew w żyłach pogłoski. Ludzie może mieli tendencję do przesadzania, ale Ylen wątpił, żeby aż taką.
- Mam tego dość – krzyknął nagle jeden z mężczyzn i podszedł wściekły do człowieka w czerni. - Pracujemy tutaj ciągle, a nadal nie mamy swojego wynagrodzenia. Odchodzę!
Człowiek, do którego zwrócił się mężczyzna zareagował błyskawicznie. Błysnął sztylet i rozgniewany osobnik upadł na ziemię, łapiąc się za szyję z której gęstym strumieniem lała się krew. Człowiek w czerni kopnął umierającego, przesuwając go na bok.
- Z tego projektu się nie odchodzi – mruknął.
Ylen ponownie przełknął ślinę.

Otchłań była o wiele ciemniejszym miejscem, niż się spodziewał. Kłębiące się nad ich głowami czarne chmury wyglądały niepokojąco, podobnie jak fioletowe pioruny, które w oddali uderzały w jałowe wzgórza.
- Co my tutaj, do jasnej cholery, mamy zrobić? - spytał Ylen, przekrzykując ryk wiatru.
- Znaleźć jakiegoś demona i zabrać jego ciało – odparła kobieta w skórzanym stroju z łukiem przewieszonym przez ramię. - Te amulety powinny nas chronić od tej pogody, ale nie wiem, czy można im zaufać. Lepiej nie zbliżać się do tej burzy.
Ylen nie zamierzał się kłócić. W tej ciemności ledwo widział coś na odległość kilku metrów od siebie, co dopiero dalej. Ale kobieta ponoć potrafiła wzrokiem przebić się przez mrok – była mroczną elfką.
- Widzisz coś?
- W oddali znajduje się las – odpowiedziała. - Dostrzegam też jakąś wieżę na.... dobra, nie mam pojęcia, gdzie tu może być północ, a gdzie południe. Trochę na lewo od lasu, ale dalej.
- Może najpierw sprawdźmy ten las.
Powinno być bezpieczniej, dodał w myślach. Ruszyli w jego stronę, rozglądając się po drodze za wszystkim, co wydawało im się podejrzane. Zostali ostrzeżeni przed tym miejscem. Ponoć każda żywa istota, na jaką się natkną będzie starała się ich zabić. Było to nieco niepokojące, ale póki co żadnej nie widzieli. Gdy zbliżyli się do lasu, nagle elfka przystanęła. Ylen zrobił to samo.
- Co się stało?
- Ten las... jest jakiś dziwny.
- Co? Dlaczego?
- Wygląda na martwy, a przecież rośnie.
Ylen przywołał niewielki płomień, który dawał trochę światła i wtedy ujrzał to, o czym mówiła elfka. Kora drzew była czarna, podobnie jak liście, a mimo tego nie wyglądał na zniszczony. Ylen poczuł, jak coś zaciska mu się na gardle.
- Lepiej stąd iść...
Nagle coś wypadło z lasu. Wyglądało jak wielkie drzewo, które pędziło w ich stronę hasając na wielkich korzeniach.
- W nogi!
Czym prędzej popędzili w stronę wieży. Słyszeli, jak upiorne drzewo jest coraz bliżej, z każdą minutą się przybliżało. Kiedy było już jakiś metr od nich, a jego gałęzie sięgały w ich stronę, dotarli do wejścia do wieży. Wpadli na spiralne schody i pobiegli w górę. Nagle Ylen usłyszał, jak coś zbliża się w ich stronę. Nim się zorientował, jakiś czarny kształt wypadł zza zakrętu i podciął mu nogi. Smokołak upadł twarzą na stopień. Jęknął i złapał się za twarz, na której pojawiało się coraz więcej krwi.
- Przeklęci! - warknął i powoli podniósł się. Obejrzał się za siebie. Elfka przytrzymywała nogą rzecz, która go przewróciła. Ylen ze zdziwieniem dostrzegł, że jest to jakieś człekopodobne stworzenie, tyle że wyposażone w kończyny zakończone śmiercionośnymi broniami i straszliwe, niesymetryczne skrzydła. - Cholera, co to za diabeł?!
- Masz złamany nos – mruknęła elfka. - Cieknie ci krew.
Ylen dotknął go i skrzywił się.
- To demon?
- Nie, syrenka. Na lądzie nie są już takie ładne.
- W takiej sytuacji sarkazm to czysta głupota – odpowiedział Ylen. - To nie żyje?
- Na to wygląda. Nie czuję pulsu, oddechu też nie ma, ale ciało nadal ciepłe.
- To coś zginęło przed chwilą?
- Pewnie piorun ją trafił i spadła na schody. Doskonałe wyczucie czasu.
Ylen mruknął coś po złamanym nosem i czym prędzej wziął się za otwieranie portalu. Opatrzyć może się potem, teraz trzeba było zabrać się z tego przeklętego świata. Bo nawet jeżeli znajdzie tutaj jakiś opatrunek, to najpewniej będzie chciał go zabić.

- Doskonała robota, w ostatnim czasie rzeczywiście jest z ciebie całkiem duży pożytek.
Ylen postanowił przyjąć to jako komplement, jak na tych ludzi to rzeczywiście było całkiem sporo. Przemierzał razem z człowiekiem w czerni korytarze czarnego, mrocznego zamku położonego na jakimś odludziu. Smokołak zastanawiał się, kto tak w ogóle chce mieszkać w takim miejscu, ale wtedy przypominał sobie o tym, dla kogo pracuje, i odpowiedź pojawiała się sama z siebie.
- Czym tak właściwie było to stworzenie?
- Demonem. Masz szczęście, że była już martwa, bo jakby do ciebie podeszła, to byłbyś już martwy.
- Ona? - zdziwił się Ylen.
- Tak, ona. Spisałeś się doskonale, lepszego obiektu badań chyba nie mogliśmy zdobyć.
Ylen skinął głową. Dotarli do końca korytarza, gdzie czekały na nich wielkie, czarne wrota. Smokołak spoglądał na nie z lekką obawą. Czuł, że za nimi czai się coś złego.
- Co ja tak właściwie tutaj robię?
Człowiek w czerni obrócił się w jego stronę.
- Dziś będziemy świętować zakończenie naszej misji, a przynajmniej jego pierwszego etapu. Zostałeś wybrany jako jeden z nielicznych magów, którzy wezmą udział w finiszu naszego misternego planu. Powinieneś czuć się zaszczycony. Tylko jeszcze jedna sprawa. Jeżeli powiesz komukolwiek, KOMUKOLWIEK o tym, co zobaczysz za tymi drzwiami, umrzesz. Czy to jasne?
Ylen przypomniał sobie człowieka, który kilka miesięcy wcześniej chciał odejść i skinął głową, jednocześnie przełykając ślinę. Podejrzewał, że nawet gdyby wcześniej coś komuś coś powiedział, to skończyłby podobnie. W co ja się najlepszego wpakowałem, pomyślał. A to wszystko przez to, że chciałem trochę zarobić. Póki co dostałem tylko tyle, ile starcza mi na wyżywienie i zakwaterowanie. Mam nadzieję, że po tym ich zakończeniu w końcu dostanę coś konkretniejszego.
Wielkie wrota otworzyły się pod wpływem słów wypowiedzianych przez mężczyznę w czerni, a Yleonowi ukazała się olbrzymia sala. Z początku stał przez chwilę oszołomiony, aż w końcu zrozumiał, że na ścianach jest pełno wielkich luster, które tak go myliły. Na środku pomieszczenia znajdował się duży, kamienny stół wokół którego stały z dwa tuziny osób, każda różniła się od innych. Ylen wyraźnie czuł potężną magię, którą te postaci wokół siebie roztaczały. Już miał zapytać mężczyznę w czerni, kim oni są, ale ugryzł się w język. Ten ruszył w stronę zgromadzonych, a smokołak chcąc nie chcąc musiał ruszyć za nim.
- Mości panie i panowie – odezwał się. - Jestem zaszczycony, móc was gościć w moim pałacu. Zapewniam was, że nic wam nie grozi i jedynym człowiekiem na moich służbach obecnym w zamku jestem ja sam. Ale przejdźmy do rzeczy. Przez dziesięć lat czekaliśmy na ten dzień. Na dzień w którym stworzymy narzędzie, które da nam boską moc! Mogę was zapewnić, że podzielę się z wami jej częścią, naturalnie po równo.
Ylen spojrzał na człowieka z niedowierzaniem. Nie bardzo wierzył, żeby był tutaj tylko on. A to, że chciał zdobyć boską moc to już dopiero był absurd. Chociaż... Ylen zastanowił się. Nigdy nie był silnym magiem. Uzdolnionym owszem, ale zawsze był słabszy od pozostałych. Nie mógł przekroczyć pewnego progu, a teraz... teraz nadarzała się okazja. Ale zaraz, przecież on i tak nie może teraz nic zrobić. Wszystko zależy od mężczyzny w czerni.
Drugie drzwi komnaty uchyliły się i do środka wmaszerowało czterech ludzi, pchających na wózku coś, co przypominało człowieka wyciosanego z kamienia. Ale za to jak wyciosanego! Rzeźbiarz dbał o każdy szczegół, a na powierzchni kamienia znajdowały się magiczne runy, których znaczenie umykało Ylenowi. Były po prostu zbyt rozległe, zbyt skomplikowane... Mężczyźni dopchali wózek na środek pomieszczenia i przełożyli rzeźbę na kamienny stół. Następnie pośpiesznie się oddalili.
- Jak widzicie forma jest już gotowa – odezwał się ponownie mężczyzna w czarnej szacie. - Należy jeszcze tylko tchnąć w nią magię. Wiem, że spodziewaliście się czegoś innego, ale musimy stworzyć istotę posiadającą przynajmniej najprymitywniejszą ze świadomości. W przeciwnym wypadku każdy mógłby korzystać z tej mocy.
Wśród magów rozległ się szept, a po chwili jeden z nich odezwał się głośno:
- Czy to mądre? Stworzenie zupełnie nowego rodzaju istoty może być niebezpieczne. Poza tym już pierwszy cel był trudny, teraz mamy w dodatku stworzyć życie?
Mężczyzna w czerni rzucił mu zimne spojrzenie.
- W tej sali zgromadzono specjalistów w każdej dziedzinie magii. W dodatku w ostatnim czasie poznaliśmy wyjątkowo dużo tajemnic, jakie skrywała magia demonów. Sądzę, że jesteśmy jak najbardziej w stanie to zrobić. Wystarczy tylko, że połączymy nasze świadomości. Wiem, że każdy z was zna magię umysłu, sprawdziłem to. Musimy działać jak jeden umysł, a uda nam się stworzyć nowy.
Kilku magów wymieniło zaniepokojone spojrzenia, ale nikt się nie odezwał. Mężczyzna w czerni podszedł do leżącej na stole formy i uśmiechnął się.
- A teraz skierujcie swoje umysłu ku mnie. To ja będę wydawał wam bezpośrednio polecenia, bo tylko ja wiem, jak ma przebiegać to zaklęcie.
Wszyscy się skrzywili, ale nie protestowali. Ylen wahał się chwilę, ale w ostateczności także i on połączył swój umysł z mężczyzną. Jak wszyscy, to wszyscy. Pozostali magowie zaczęli już wykonywać swoje zadania, kilku z nich mamrotało coś pod nosem, kilku machało rękami, a kilku marszczyło brwi w skupieniu. Ylen póki co nie otrzymał żadnego polecenia i tylko wpatrywał się w ten pokaz. Po chwili ciało kamiennego człowieka zaczęło błyszczeć i jarzyć się niezwykła gamą kolorów. Kilka z nich Ylen widział po raz pierwszy, nigdy wcześniej nie podejrzewał nawet, że takie istnieją. Przez jakiś czas światło stawało się coraz mocniejsze, aż Ylen usłyszał w swojej głowie głos. „Teraz, wszyscy skierujcie swoje umysły ku tej istocie!” W tym rozkazie było coś, co zmuszało do wykonania go. Ylen już chciał to wykonać, ale największym wysiłkiem woli powstrzymał się. Ujrzał, że lustra stają się czarne, a po chwili potężna eksplozja światła całkowicie go oślepiła i powaliła na ziemię. Poczuł, że zaczyna odpływać i zdołał wymamrotać jeszcze dwa słowa:
- Cholerne zakapiory.

Rozdział I
Świat zaczyna o swoją rzecz się upominać,
A kamienny człowiek podróż swą rozpoczynać.

Obudził się. Widział pod sobą kamień, nad sobą dziwne sklepienie, a dookoła? Dookoła widział jakieś kamienne posągi leżące na kamiennym stole. Nie, zaraz, widział swoje odbicia. Istniał. Żył. Czuł energię wypełniającą jego ciało. Dlaczego istniał? Gdzie był? Czym było to dziwne uczucie, które było wszędzie w jego ciele? Szczególnie silne było na jego plecach, gdzie naciskał na kamień. Coś dziwnego było w środku niego. Skupił się na tym. Ujrzał, że może się poruszać. Ruszył ręką i miał wrażenie, że świat wokół niego zawirował, ale po chwili wrócił do normy. Powoli i uważając na całe ciało wstał. Ze zdziwieniem zrozumiał, że potrafi to robić. Że wie, jak powinien się ruszać. Przekręcił głowę i dostrzegł, że obraz po jednej ze stron wyostrza się, ale po jednej zamazuje. Zauważył, że coś się za nim ruszyło i obrócił się, chcąc się temu lepiej przyjrzeć. Było to jakieś stworzenie, całkiem podobne do niego, ale chyba innego rodzaju. Wyglądało na miękkie i wodniste. Skąd on znał takie pojęcia? Wokół leżała cała masa podobnych stworzeń, ale tamte się nie ruszały. To jęknęło i powoli podniosło się. Kiedy go ujrzało, krzyknęło i odskoczyło.
- Czemu wydaje ten dźwięk? - spytał. - Czemu ja wydaje dźwięk?
Twarz istoty przed nim zmieniła się, dziwne białe kule zniknęły i pojawiły się. Stworzenie z kamienia przestraszyło się i cofnęło o krok. Wtedy uświadomił sobie, że musi przeżyć pomimo wszystkich zagrożeń. Dlaczego? Czuł taką nieodpartą potrzebę zakorzenioną głęboko w jego umyśle.
- Ty, ty umiesz mówić? - spytał ze strachem.
- Tak – odpowiedziała istota z kamienia. - Wiesz, kim jestem?
Stworzenie nie odpowiedziało na jego pytanie, tylko rozejrzało się wokół. Przypadło do jednego z ciał i zaczęło je dotykać w kilku miejscach. Po chwili wypowiedziało słowo, którego znaczenia kamienna istota nie znała.
- Co się stało z twoimi?
- Co się stało? Nie żyją, do jasnej cholery! Prasmokowi niech będą dzięki, że nie przyłączyłem się do nich.
- Prasmok? Co to jest?
Stworzenie wypuściło ustami powietrze.
- Wiesz co, lepiej się stąd czym prędzej wydostać. Wątpię, aby tu było pośpiesznie.
- A tu, to gdzie?
- Na jakimś odludziu! - Stworzenie mówiło głośno, co nie spodobało się istocie. - Wiesz co, ty lepiej chodź za mną. Potem ci wszystko wyjaśnię.
- Potem? Czas... Zagadkowa dziedzina.
Stworzenie ponownie westchnęło i pchnęło wielkie wrota. Otworzyły się, ukazując wielki, ciemny korytarz.
- Wcześniej nie było tak ciemno – mruknęło stworzenie. - Spokojnie, zaraz to rozświetlę.
Uniosło dłoń i wymamrotało kilka słów, których znaczenie istota pojmowała, a które różniły się od tej mowy, którą się przedtem posługiwali. Na dłoni stworzenia pojawił się płomień, który natychmiast gwałtownie się zwiększył i po chwili przeniósł się na ciało stworzenia. Te zaczęło naprawdę głośno wrzeszczeć.
- Pomocy! Pali! Argh!
Dźwięki były straszne, a ognia coraz więcej, więc istota z kamienia cofnęła się przerażona. Coś było nie tak, ten ogień był z jakiegoś powodu zły. Wiedział, że jego nie spali, ale było coś jeszcze. Poczuł, jak jego ciało zaczęło drżeć, więc cofnął się jeszcze bardziej. Gdy dotarł do chłodniejszej strefy, drgania ustąpiły. Trwał w całkowitym bezruchu, czekając aż płomienie zgasną. Trochę to trwało, a krzyki palonego żywcem mężczyzny długo rozchodziły się po zamku. W końcu jednak umilkły, a po jakimś kwadransie ogień zgasł, pozostał jedynie drobny żar. Istota ruszyła w stronę stworzenia, które teraz leżało na ziemi, całe czarne. Dotknął go. Już nie było miękkie, lecz szorstkie i kruche. Szturchnął je kilka razy, ale w efekcie tylko podzieliło się na kilka części. Nie odezwało się już.
- To było dziwne, ale dzielne stworzenie – mruknęła skalna istota.
Spojrzała w głąb korytarza. Było zbyt ciemno, aby mogła coś dostrzec. Ruszyła przed siebie, ale szybko ziemia usunęła się jej spod nóg i poczuła, jak spada.

Szedł przez las, obserwując wszystkie te cuda, które go otaczały. Rośliny były niesamowite, a zwierzęta jeszcze bardziej. Tych zauważył tylko kilka, w dodatku wszystkie przed nim czmychały. Ale dlaczego? On tylko chciał im się przyjrzeć. Nagle dostrzegł jakiś ruch za sobą. Stanął w miejscu i obejrzał się, ale w wyostrzonym spektrum zauważył jedynie jakiś krzak. Ruszył dalej, ale znowu coś za nim przemknęło, zdołał dostrzec, że to coś przypomina kształtem stworzenie, które spotkał w pałacu.
- Kim ty jesteś? - spytał, odwracając się. - Czyżby moim przyjacielem z pałacu?
Z krzaku wyłoniło się stworzenie w ciemnym płaszczu zlewającym się z otoczeniem i z dziwną rzeczą trzymaną w dłoniach. Wyglądała na niebezpieczną, jej koniec był dosyć ostry.
- Co to jest? - spytał, wskazując na ten przedmiot.
Stworzenie zerknęło na nią, ale szybko podniosło na niego wzrok oraz ową rzecz. Zmarszczyło brwi.
- Masz jedenaście i pół sekundy, albo zaraz wpakuję ci strzałę w...
Tu się zawahał i zaczął uważnie przypatrywać się kamiennej istocie, jakby czegoś szukał.
- W... no, po prostu ci ją wpakuję w ciało... z kamienia. – Stworzenie obniżyło dziwny przedmiot. - Ech, po prostu powiedz, coś ty za jeden?
- Nie wiem – odparła istota z kamienia. - Byłem w zamku, a tam było podobne stworzenie co ty, ale był też ogień i to stworzenie zrobiło się mniej wodniste. No i nie wiem, co teraz zrobić.
Stworzenie wsadziło dziwną rzecz w drugą dziwną rzecz, którą miało zawieszone na plecach.
- Jesteś jakimś eksperymentem tego maga, tak?
- Jakiego maga? Mag to ktoś, kto potrafi posługiwać się magią... Tamto stworzenie to mag! Wyczarował ogień! Tylko za duży mu wyszedł.
Stworzenie przez chwilę przyglądało mu się z zamyśleniem. W końcu wyciągnęło w jego stronę dłoń.
- Nazywam się Alaear. Jestem elfem.
Kamienna istota przez chwilę przyglądała się wyciągniętej dłoni Aleara. W końcu doszedł do wniosku, że powinien ją uściskać. Zrobił to, a elf skrzywił się, cicho krzyknął i cofnął rękę, po czym zaczął ją rozmasować.
- Ale nie tak mocno.
- Przepraszam, włożyłem w to całą siłę.
Elf spojrzał na swoją dłoń.
- No, silny to ty nie jesteś. Chodź za mną.
- Ale gdzie?
- Do kogoś, kto chyba jako jedyny może ci pomóc.

Czarodziej Halan w zamyśleniu mieszał składniki w garncu, obserwując nietypowego gościa. Aleara znał jak własnego syna, od kilkudziesięciu lat uznawał ten las za swoją własność, ale jego towarzysz był zaprawdę niezwykły. Halan widział w swoim długim życiu wiele magii, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Najdziwniejsze było to, że przed przybyciem tej istoty nagle poczuł się tak, jakby znowu miał zaledwie trzysta lat. Rzucił wtedy jeden czar, który o mało nie wylał na niego wrzątku. Zaskoczyła go siła, jaką nagle zyskał. Tak, z tą istotą zdecydowanie było coś nie tak.
- A więc powiadasz, że przybywasz w zamku?
- Tak, tam się obudziłem.
Halan pokiwał głową i spojrzał na bulgoczącą ciecz w garncu. Chyba była już gotowa. Sięgnął po wielką chochlę i nalał substancję do dwóch misek. Jedną wręczył elfowi, który skinął z podziękowanie głową, drugą zachował dla siebie. Po chwili już siedzieli przy stole, zajadając smaczną zupę.
- Magiczne wywary wychodzą ci jak owczarkowi mleko – mruknął elf. - Ale dla tej zupy warto zostać w tym lesie.
Halan prychnął i spojrzał ponownie na kamienną istotę, która jako jedyna nie usiadła. Stała i wpatrywała się w nich z zainteresowaniem
- Nie jesteś głodny?
- Głodny? Widzę to wspomnienie gdzieś wewnątrz i nie, nie jestem.
- W sumie głupie pytanie – wymamrotał speszony czarodziej. - Nie masz imienia? Trzeba ci jakieś nadać, bo długo tak nie przetrwasz.
- Może Haxamandurimanderar – zaproponował Alear, mlaszcząc głośno.
- Haxamandurimanderar. - Istota zamyśliła się. - Podoba mi się, niech tak będzie!
- Błagam, skrócie to – jęknął czarodziej. - Niech będzie Haxam, to przynajmniej zapamiętam.
- Jak sobie chcesz, staruszku. - Elf zaśmiał się i spojrzał na kamienną istotę. - I jak, może być?
- Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam. Już sam siebie polubiłem.
Elf zachichotał, a Halan jęknął. Nie tylko ze względu na imię Haxama. Zdał sobie sprawę, że życie z tą istotą na pewno łatwe nie będzie. Będzie musiał nauczyć go, jak porozumiewać się z ludźmi, no i ogółem jak żyć. Może i nie musiał jeść, ale przecież... nie, w sumie spać chyba też nie musi. Rety, pomyślał czarodziej. Ten to ma dopiero dobrze. No ale przecież w końcu z czegoś musi brać tę energię. I jeżeli pobiera ją z otoczenia, to bardzo niedobrze.

Haxam przypatrywał się, jak Alear strzela do owoców zawieszonych wysoko na gałęziach drzew. Podczas kilku tygodni ich znajomości Haxam doszedł do wniosku, że z elfów są naprawdę dobrzy łucznicy, choć sam nie wiedział, skąd ma to porównanie. Zaobserwował mnóstwo dziwnych zwyczajów tych stworzeń. Musieli przez kilka godzin leżeć nieruchomo, a kiedy już wstawali, to przez jakiś czas nie nadawali się do niczego. Haxam przez cały ten czas stał w miejscu i rozmyślał. Halan uznał, że magazynuje w sobie energię pobieraną z otoczenia ale w tak małych ilościach, że nie wpływa to zbytnio na nic. Musiałby w jakimś miejscu pozostać z dziesięć lat, aby można było dostrzec jakieś zmiany, przynajmniej wedle jego przypuszczeń. Zaobserwował też, że Haxam posiada niezwykłą zdolność widzenia samym swoim ciałem, choć strasznie niewyraźnie. Fascynowało to Haxama, ale czuł, że czarodziej przez cały czas coś przed nim ukrywa. Kamienna istota jeszcze nie dość znała się na ludziach, aby móc zgadnąć, o co chodzi. Póki co Halan uczył go mówić oraz myśleć w sposób jak najbardziej człowieczy.
- Hej, Haxam, widzisz w okolicy jakiegoś ptaka? Chętnie bym sobie postrzelał do ruchomego celu.
Haxam skupił się na ruchu dookoła niego. Zauważył coś niemal natychmiast. To coś poruszało się nad nim. Uniósł wzrok i dostrzegł olbrzymiego ptaka wysoko nad nimi. Tak wielkiego zwierzęcia jeszcze nie widział.
- Nad nami jest wielki ptaszor.
Alear uśmiechnął się i podniósł głowę, ale na jego twarzy niemal natychmiast pojawił się strach.
- Haxam, chowaj się do domu, już!
- Co? Dlaczego?
Ale elf już pędził w stronę chatki maga, gdzie czym prędzej się schował. Kamienna istota podążyła za nim, nie za bardzo wiedząc, dlaczego ma to zrobić. W środku czarodziej mieszał coś w garnku, a paskudny zapach upewnił Aleara, że to nie jest zupa.
- Co się stało? - spytał, kiedy tylko weszli do środka.
- Nad tą polaną krąży smok – powiedział elf. - Wielki jak stodoła, czarny jak smoła smok.
Halan spojrzał po kolei na elfa i Haxama, jakby podejrzewał, że to żart. Po chwili jednak uprzytomniał sobie, że mówią prawdę. Natychmiast wylał zawartość garnka za okno, skąd dobiegł dźwięk przypominający nieco ten, który wydawał ogień zalany wodą.
- Co smok robi na takim odludziu? - spytał elf.
- A pomyśl chwilę – warknął Halan. - Przybył tu po naszego żywego inaczej przyjaciela. On zwiększa na niesamowitą skalę siłę magii w swoim otoczeniu, a smoki są zaprawdę potężnymi magami. Strach pomyśleć, co by było, gdyby jeden z nich dostał w swoje pazury Haxama.
- Czekaj, czekaj – Haxam nagle coś zrozumiał. - Ja wzmacniam magię wokół siebie?
Czarodziej spojrzał na niego, wściekły sam na siebie że wypaplał ten sekret.
- Tak. Ten człowiek w pałacu zginął przez to, że nie był tego świadom. Ten smok musi to w jakiś sposób wyczuwać.
W tym momencie jakby na potwierdzenie jego słów na zewnątrz rozległ się potężny ryk. Elf i czarodziej wzdrygnęli się, ale Haxam był zbyt zajęty własnymi myślami. Już wiedział, co to było za niezwykłe uczucie, które przez cały czas czuł na runach oplatających go. Czyżby wytwarzały energię? A mógł to kontrolować? Zawsze warto spróbować. Nagle Halan zgiął się wpół i głęboko wciągnął powietrze. Spojrzał na Haxama.
- Czuję, że opuściły mnie te siły. Ty to zrobiłeś?
Haxam kiwnął głową, a czarodziej wyjrzał przez okno. Smok wyglądał i brzmiał na rozzłoszczonego, choć kto tam wie te gadziny? Może po prostu starał się ich nastraszyć, aby wyszli na zewnątrz? Po dłuższej chwili krążenia nad lasem jednak nagle skręcił i odleciał w dal. Czarodziej westchnął z ulgą.
- Odleciał – powiedział.
- Tak po prostu? - zdziwił się elf. - Nie wiedział, gdzie szukać?
- Istnieje kilka rodzajów smoków – odparł Halan. - Ten najwyraźniej należał do mniej inteligentnych i bardziej dzikich. I cieszmy się, bo w przeciwnym razie bylibyśmy już upieczeni! No, może poza naszym żywym inaczej przyjacielem.
- Smoki... - mruknął Haxam. - Kojarzę je. To takie latające jaszczurki ziejące ogniem?
Obydwaj natychmiast spojrzeli na kamiennego człowieka.
- Nie, to zupełnie nie tak! - powiedział elf. - To latające, OLBRZYMIE jaszczurki ziejące ogniem.
- Aha. Nie są czasami rzadkie?
- Właśnie są – westchnął mag. - To, że jeden z nich zainteresował się tobą to nie może być dobry znak.

- Ładny ten twój domek – powiedział Haxam. - Trochę trudno tu wejść, ale piękny masz stąd widok.
- Wiem. - Alaer wyszczerzył szeroko zęby. - Żaden bandzior nie ukryje się w tym lesie, kiedy ja jestem na posterunku!
Drewniana konstrukcja umieszczona w koronie drzew potężnego dębu nie tylko zapewniała doskonały widok na okolicę, ale też była prawie całkowicie niewidoczna, zasłonięta przez gałęzie. Tylko ktoś, kto wiedziałby o tym budynku, zdołałby go dostrzec.
- A jeżeli już o bandziorach mowa – powiedział Haxam. - To ścieżką jedzie jakaś banda zakapiorów na koniach. Nie wyglądają zbyt miło.
- Wiesz, już samo słowo „zakapior” definiuje ich jako niewyglądających miło – zaśmiał się elf. - Ale dobra robota, ten twój nieludzki wzrok może się jeszcze przydać. Chodźmy lepiej sprawdzić, co też oni chcą. Choć może lepiej ja tam pójdę, bo ty zrobisz za dużo hałasu.
Haxem spojrzał na swoje kamienne nogi. No tak. Czasami w towarzystwie elfa zapominał, czym tak właściwie jest. Żyli w tym lesie razem już trzy miesiące, zdołali do siebie przywyknąć. Alaer zszedł na dół przez otwór w podłodze, a Haxem pozostał sam w drewnianej konstrukcji. Pozostawało mu czekać, w tym był chyba najlepszy. Po kilkunastu minutach usłyszał stłumiony krzyk elfa gdzieś w oddali. Natychmiast zerwał się z miejsca i niewiele myśląc wyskoczył przez otwór. Upadł na ziemię, trochę go to bolało, ale szybko się podniósł i rozejrzał wokół. Dostrzegł czterech mężczyzn, którzy dzierżyli w dłoniach włócznie. A może to były piki? Haxemowi te dwie rzeczy się myliły. Stali osłupieni wokół niego.
- Gdzie jest Alaer? - spytał Haxem.
Otaczający go ludzie przez chwilę przyglądali się sobie nawzajem, nie bardzo wiedząc, co tak właściwie w takiej sytuacji mają zrobić. Nagle jednego z nich najwyraźniej olśniło.
- A, chodzi ci o tego elfa? - zarechotał. - Tak, mamy go. Lepiej nie rób niczego złego, bo możemy łatwo skręcić mu kark, a tego byś chyba nie chciał, co?
Haxam nie do końca rozumiał wyrażenie „skręcić kark”, ale była to chyba część ciała ludzi i to bardzo ważna. Następne zdanie wypowiedziane przez człowieka upewniło go w tym, że nie jest to nic dobrego.
- Zaprowadźcie mnie do Alaera.
- Och, nie omieszkamy.
Ludzie ruszyli przed siebie, zmuszając Haxema do tego samego, cały czas otaczając go ze wszystkich stron. Nie za bardzo mu się to podobało, ale nie miał wyjścia. Zresztą nie sądził, aby te wykałaczki mogły mu coś zrobić. Czarodziej już dawno powiedział mu, że dużo broni może okazać się nieskutecznych w starciu z nim. Teraz najważniejszy był Alaer.
Niedługo potem dotarli do niewielkiego obozowiska. Kiedy tylko Haxam wszedł na maleńką polanę, wszyscy natychmiast się zerwali i chwycili broń. Gdy jednak ujrzeli swoich towarzyszy, uspokoili się trochę, choć nie opuścili oręża.
- Mahar, co to do licha jest?! - spytał jeden z nich z dziwnym, rogatym hełmem na głowie.
- Nie wiem, znalazłem to w lesie – odpowiedział jeden z włóczników. - Wygląda nieźle, zażądało od nas zaprowadzenia do tego elfa.
- Mahar, to nie jest niebezpieczne?!
- Spokojnie, wszystko...
Haxam jednak nie słuchał ich przypatrywał się uwiązanemu Alaerowi, który przywiązany był do drzewa znajdującego się na granicy obozowiska. Wyglądał na ciężko rannego, na jego ubraniu znajdowało się mnóstwo krwi. Kamienna istota nie wiedziała, co uczynić. Jedyne co mógł uczynić, to mieć na oku wszystkich bandytów, był za słaby, aby ich pokonać. Może i nie mogli mu zrobić większej krzywdy ale co z tego, jeżeli mogli go przygnieść samym swoim ciężarem.
- Dobra, może uda nam się to coś nieźle sprzedać magom – mruknął człowiek w hełmie. - Chociaż nie mam pojęcia, ile to może być warte.
- Człowieku, ten kawał głazu chodzi i mówi! To na pewno jest warte fortunę.
- Być może, choć jak mamy tego pilnować. Pewnie jest diabli silny.
- Zależy mu na tym elfie.
Mężczyzna w hełmie uśmiechnął się, podszedł do włócznika i poklepał go po ramieniu.
- Jeszcze będą z ciebie ludzie.
Haxem gorączkowo myślał, co takiego mógłby uczynić. Jeden z bandytów zbliżał się do elfa z mieczem w ręku. Alear dostrzegł go i zaczął się wiercić, ale wiele to nie dało. Haxem spojrzał na mężczyznę w rogatym hełmie, ale ten tylko roześmiał się.
- Nie martw się, twojemu przyjacielowi nic nie będzie, jeżeli tylko będzie grzeczny. A teraz może odezwij się, bo coś nie dowierzam, żebyś potrafił.
Nagle Haxem zauważył jakiś ruch po swojej prawej stronie. Rzucił tam szybkie spojrzenie i ze zdziwieniem dostrzegł Halana, który przykucnął w krzakach ze swoim dębowym kijem w ręku. Wysyłał dłonią dziwne sygnały w stronę Haxema, ale ten nie potrafił ich zrozumieć. Jeden z bandytów spojrzał w tamtą stronę i czarodziej szybko zniknął.
- Hej, odpowiadaj, jak się szef pyta, a nie że patrzysz na jakieś tam krzaki.
- Zauważyłem tam zaznajomionego jeża, musiałem się przywitać.
Jeden z włóczników zasłonił sobie usta głową.
- Rety, on gada ze zwierzętami! Dostaniemy za niego fortunę.
Człowiek w hełmie zmarszczył brwi i przyjrzał się uważniej Haxamowi. Ten rozpaczliwie myślał, jak mógłby pomóc magowi. Mężczyzna z mieczem podszedł już do Aleara i rozciął linę trzymającą go przy drzewie. Nagle Haxam wpadł na pomysł. Już wcześniej widział, jakie efekty daje wzmocnienie czarów. Skupił się i ponownie uruchomił runy, nie robił tego od czasu pojawienia się smoka. Poczuł się, jakby jego ciało nagle się powiększyło, jakby wyszedł poza nie, ale uczucie to szybko minęło. Jeden z bandytów nagle zmarszczył brwi, rozglądając się ze zdezorientowaniem. Szybko jednak zamarzł, lodowy kolec wystrzelił z ziemi i pochłonął go. Wśród bandytów zapanował chaos, który jeszcze bardziej powiększały szalejące żywioły. Ziemia pochłaniała nogi ludzi,wiatr powalał ich na kolana, a ogień spalał. Haxam z niedowierzaniem przypatrywał się temu, co robił czarodziej. Ten po chwili się pojawił, szedł pomiędzy ginącymi bandytami jakby nigdy nic i z zadowoleniem przypatrywał się swojemu dziełu. Po chwili elf wstał, najwyraźniej jeden z lodowych odłamków latających wokół trafił w jego więzy, i podszedł do nich.
- Chyba wyszedłem już z dawnej wprawy. Żeby dać się tak łatwo podejść takim amatorom... Halan, ty to robisz? Rety, wybacz te wszystkie żarty o twoich eliksirach.
Czarodziej roześmiał się, lecz szybko przestał, gdy zorientował się, że trochę nie wypada. Właśnie ostatni człowiek umarł, a burza żywiołów natychmiast się uspokoiła.
- Ja sam nigdy nie dałbym radę czegoś takiego zrobić. To Haxamowi to zawdzięczam. Już od dawna nie zrobiłem takiego pokazu mocy, dziękuję ci, Haxamandur... nie, tego nie dam nadal rady powtórzyć.
- Czego chcieli ci ludzie? - spytał Haxam.
- Łatwo zarobić. Odebrać wam to, co macie przy sobie, a potem sprzedać. Na ich nieszczęście ty akurat niczego nie masz przy sobie poza sobą rzecz jasna.
- Mówili o magach, którzy będą wiedzieć, co ze mną zrobić.
Czarodziej westchnął.
- Wiesz, istnieje kilka magicznych akademii, każda dałaby wszystko, aby tylko móc cię przebadać. Pewnie pokroiliby cię na kawałki, a potem nie mogliby poskładać do kupy. Choć pewnie znalazła by się taka, która zajęłaby się tobą, jak należy.
- Czy mogliby o mnie powiedzieć coś więcej? - spytał Haxam. - Czy mogliby powiedzieć, dlaczego tak właściwie istnieję i kim jestem?
- Być może – mruknął czarodziej, po czym zastanowił się przez chwilę. - Wiesz, mam nawet takiego znajomego, który chyba mógłby się tobą odpowiednio zająć. Mieszka w Fargoth i dość sumienny oraz honorowy z niego mag. Miał kiedyś zostać paladynem, ale cóż... życie różnie się układa.
- I on mi pomoże?
- Tak.
- Świetnie.
- Ale zastanów się – powiedział Halan. - To nierozważne.
- Wyruszam natychmiast – powiedział twardo Haxam. - I żaden z was nie zdoła mnie zmusić do zmiany decyzji.

Osiem miesięcy później Haxam stał w chatce czarodzieja i przypatrywał się elfowi, który rozmasowywał swoje ramię i wykonywał nim najróżniejsze ruchy.
- Wszystko już w porządku? - spytał.
- Ależ naturalnie. - Alear uśmiechnął się i szybkim ruchem chwycił leżący nieopodal łuk, po czym go napiął. - Jeżeli udało mi się trafić jaskółkę, to dam sobie radę.
- Wygląda na to, że wszystko już z tobą w porządku – mruknął czarodziej.
Alear spojrzał z zaciekawieniem na mieszającego coś w swoim garncu czarodzieja. W powietrzu nie unosił się jeszcze żaden zapach, więc nie miał jak poznać, co tak właściwie szykuje czarodziej. Płyn był jasnoszary.
- Mam nadzieję, że to nie znowu jakiś eliksir uzdrawiający. Od tego ostatniego dostałem biegunki i wymiotów.
Dłoń Halana zadrżała, a jego czoło zmarszczyło się. Czarodziej cisnął chochlę, którą mieszał substancję, do środka garnca, gdzie jasnoszara ciecz wciągnęła ją, wydając przy tym syczący odgłos.
- Właśnie szykowałem ci zapas zupy na kilka tygodni, ale skoro moje wywary tak ci nie pasują, to chyba jakoś obejdziesz się bez niej.
- Co?! - Na twarzy elfa pojawił się szok i niedowierzanie. - Ależ nie, twoje wyroby są przecudowne! Błagam, nie pozbawiaj mnie kosztowania tych rozkoszy przez kolejny tydzień! Wszystko, tylko nie to!
Czarodziej uśmiechnął się złośliwie, po czym zwrócił się do Haxema.
- Alear doskonale zna Alaranię, trzymaj się go, a nie zginiesz. Tylko uważaj na niego i nie daj mu zginąć, po długo nie przetrwasz.
- Hej, ja tu jestem! Potrafię sobie poradzić, jakiś kamienny stwór nie musi mnie pilnować.
- Tak? Tak samo sobie poradzisz, jak wtedy, gdy załatwili ci to ramię?
- Wzięli mnie z zaskoczenia – wymamrotał elf. - Poza tym to żadne porównanie!
- Tak sądzisz? Ciesz się, że tu byłem, bo inaczej nigdy byś się nie wygoił!
Elf uśmiechnął się i podszedł do czarodzieja.
- I za to ci dozgonnie dziękuję. Nie wyobrażasz sobie, ile dla mnie dobrego zrobiłeś.
- I ty dla mnie, łobuzie – roześmiał się czarodziej i obaj się uścisnęli. - Konik z jukami czeka na was przed drzwiami, zdołałem przekonać jakiegoś dzikusa, aby wam towarzyszył. Wróćcie kiedyś.
- Nie omieszkamy. Tylko przygotuj wtedy zupę!
Haxam nie do końca rozumiał, co się tak właściwie stało. Jego umysł działał na zasadzie logicznej analizy i rozkładu na czynniki pierwsze, ale tutaj widocznie logika nie mogła sobie poradzić. Cóż, liczył się fakt, że nareszcie wyruszali w drogę. Zdecydowanie warto było czekać te wszystkie miesiące. Czarodziej spojrzał na niego.
- Haxamandurimanderarze – powiedział wyraźnie, na co elf wydał z siebie sarkastyczny okrzyk. - Naprawdę udało ci się sprawić, że moje życie stało się ciekawsze. Mam nadzieję, że twoje będzie na tyle spokojne, na ile może być. Uważaj, aby zawsze wstrzymywać swoje moce i dzielić się nimi tylko z zaufanymi osobami. Nie po to tyle ćwiczyliśmy, abyś chlastał tym na prawo i lewo.
- Tak zrobię – powiedział Haxam.
- I zapamiętaj jedno. Wielu magów będzie chciało cię wykorzystać, ale ty nie możesz odsłaniać przed nimi prawdziwej natury. Omijaj gościńce, jak już, to wędruj tylko nocą. I nie waż się wchodzić do miasta, bo to dopiero byłaby sensacja.
Haxam skinął głową. Alear otworzył za nim drzwi i skłonił się, wskazując ciemne, nocne niebo. Kamienna istota wyszła i dostrzegła niewielkiego konia, który objuczony był jukami elfa. Zadziwiająco dużo potrzebował, jak na kogoś niby tak samowystarczalnego. Ten dołączył do niego wkrótce.
- To co, Haxam, czas wyruszyć w świat?
- Tak – mruknęła kamienna istota. - Pora wyruszyć w świat, którego całkowicie nie znam.
- Jeszcze go poznasz – zaśmiał się Alear. - Nie masz pojęcia, jak ciekawe są takie podróże.
Ruszyli przed siebie. W niewielkie chatce na odludziu mag obserwował przez okno, jak dwie sylwetki znikają za wzgórzem. Westchnął i spojrzał na wnętrze swojego niewielkiego domostwa. Nagle jego wzrok padł na manierkę wypełnioną porcją jego najlepszej zupy. Zmarszczył brwi i ta po chwili zniknęła. Czarodziej uśmiechnął się i jeszcze raz spojrzał za okno. Niech ma ten swój upragniony posiłek.

Rozdział II
W cieniu przyjaciel jest ukryty,
Dla światła wciąż wewnątrz należyty.

- Opowiedz mi to jeszcze raz.
- No dobrze – mruknął Alear z lekkim zniecierpliwieniem. - Na początku istniał Prasmok, który potrafił wędrować pomiędzy wymiarami...
- Zaraz, co tak właściwie było w tych innych wymiarach? I jak Prasmok mógł być na początku, skoro przed nim istniały te wymiary?
Elf westchnął. Haxam przyczepiał się do najdrobniejszych spraw związanych z tymi legendami. Kamienna istota najwyraźniej nie potrafiła się pogodzić z faktem, że niektórych rzeczy po prostu nie można wyjaśnić lub że istoty zamieszkujące Alaranię nie potrafiły tego zrobić.
- Nie mam pojęcia, co to były za wymiary, ale Prasmok istniał na początku dla nas, dla naszego wymiaru. Otóż zauważył on, że wymiar nasz jest pełen magii i postanowił tutaj...
- Pełny magii? - przerwał mu Haxam. - Czym tak właściwie jest magia? Wyczuwam ją sam, ale nie potrafię tego zrozumieć.
- To już nie pytanie do mnie, tylko do tego maga.
- A daleko jeszcze do Fargoth?
Elf zamrugał. W sumie nie było to głupie pytanie. Podniósł się i zapukał w jedną z drewnianych ścian.
- Hej, daleko jeszcze do miasta?! - krzyknął.
- Dzień! - odpowiedział mu niski głos.
Alear westchnął. Miał nadzieję, że wóz z prowiantem będzie poruszał się szybciej, niż oni na piechotę, ale widocznie woźnica tak nie uważał. Nie mogli jednak iść dalej pieszo – nie wiadomo było, kiedy trawi się równie przekupny człowiek. Zresztą zapłatę wziął z góry.
- Dzień – mruknął Haxam. - To niedługo.
- Może cały dzień nic nie robienia to dla ciebie nic, ale nie wszyscy mają tak dobrze – odpowiedział elf. - Dla mnie to jest istny koszmar. Nie dość, że przez taki czas siedzę w miejscu, to w dodatku w zamkniętej przestrzeni! Czy ty wiesz, jaka to udręka dla elfa?
- Niestety nie potrafię sobie tego wyobrazić. Nie powinienem się czasem trzymać z dala od miasta?
Elf westchnął. Po raz kolejny.
- Niby tak, ale musimy się jakoś spotkać z tym człowiekiem. Mam tutaj jego portret, chyba w końcu czas zobaczyć tego gagatka. - Alear wyjął z rozwalonych po całym krytym wozie juków zwój papieru, który szybko rozwiązał, po czym przyjrzał mu się. - Nie no, to są chyba jakieś żarty.
- Co takiego?
Alear pokazał mu bez słowa portret, a Haxam przez chwilę mu się przypatrywał. Pierwsze, co zwracało uwagę, to była naszkicowana twarz maga o szalonym wyglądzie i roztarganych włosach, z charakterystyczną blizną na prawym policzku. Drugą rzeczą był wielki napis „POSZUKIWANY” znajdujący się nad portretem. Ostatnią rzeczą były...
- „Za zabójstwo, rozbój i gwałt w biały dzień poszukiwany listem gończym. Dla każdego, kto żywego lub martwego (choć tutaj nie ma nigdy pewności) doprowadzi go przed oblicze sprawiedliwości czeka nagroda w wysokości trzech tysięcy ruenów” - przeczytał na głos Haxem.
- Zabójstwo, rozbój i gwałt – mruknął elf. - Ciekawa kolejność. Mam nadzieję, że to jakiś stary list, bo póki co na sumiennego i honorowego ten mag nie wygląda.
Przez jakiś czas panowało pomiędzy nimi milczenie.
- Potrafisz grać w kości? - spytał w końcu Alear.
- W co?
Elf uśmiechnął się szeroko.

Po pięćdziesięciu siedmiu przegranych rundach Haxam uznał, że kości to wspaniała gra, o ile jest się elfem. Nie do końca rozumiał jej zasad, ale wyglądało na to, że Alearowi sprawiała ona radość. A to się liczyło dla Haxama. On sam mógł czekać ile chciał i chętnie pomógł elfowi przeczekać ten dzień. Zanim zdołał po raz pięćdziesiąty ósmy raz z rzędu wygrać, nagle wóz gwałtownie się zatrzymał, a kości potoczyły się po podłodze.
- Co się...
- Cicho – uciszył Haxama elf. - Chyba jesteśmy pod miastem.
Przez chwilę stali w miejscu, aż nagle ruszyli do przodu, ale tylko na kilka sekund, a następnie znowu stanęli. Haxam nie potrafił tego zrozumieć w przeciwieństwie do elfa.
- Musi być niezły tłok pod miastem.
- I on to powoduje?
- No tak, teraz wszystkie wozy naraz chcą wjechać przez bramę i tworzy się zator. Trochę to potrwa, zanim nasz wóz zdoła się tam dopchać.
- Ludzie są dziwni. Czemu po prostu nie ustawią się w kilku szeregach i nie będą wjeżdżać kilku naraz? Zaoszczędziłoby to bardzo ich czas.
Alear spojrzał z zamyśleniem na Haxama.
- Niestety ludzie bardzo często postępują nielogicznie. Zresztą nie tylko oni. Jesteś szczęściarzem, Haxam, potrafisz patrzeć chyba na wszystko obiektywnie.

Woźnica zawiózł ich do niewielkiego magazynu, skąd mogli dostać się niemal do każdego rejonu miasta. Elf zaprowadził Haxama do miejskich kanałów, gdzie kazał mu się skryć i czekać na jego powrót. Kamienna istota znieruchomiała i Alear musiał przyznać, że gdyby nie wiedział, że to on, to nigdy by nie przypuszczał, że ta rzeźba może się ruszać. Elf następnie udał się w głąb miasta, poszukując jakichkolwiek informacji o poszukiwanych przez nich magów. Z listu gończego wynikało, że nazywał się Dalan (elfowi chciało się śmiać, kiedy to przeczytał), ale pytani o niego ludzie zachowywali się dziwnie. Nie odpowiadali na pytania i zaraz umykali. W końcu jednak elf znalazł kogoś, kto nawet sam się do niego odezwał.
- Szukasz Dalana? Masz do niego jakiś interes?
Alear odezwał się i ujrzał niskiego, łysego mężczyznę w skórzanej kamizelce. Wyglądał trochę jak krasnolud, ale zdecydowanie nie należał do tej rasy – był zbyt wysoki i nie miał żadnej brody.
- Można tak powiedzieć – odpowiedział wymijająco.
Mężczyzna rozejrzał się i pomimo tego, że na ulicy było mnóstwo ludzi, skinął na elfa i ruszył w boczną uliczkę. Alear bez słowa podążył za nim. Coś czuł, że ten człowiek niechętnie odpowiada na pytania. W końcu dotarli do dosyć porządnej kamienicy wyróżniającej się od innych budynków w okolicy. Łysy otworzył drzwi i wskazał na nie elfowi. Ten wszedł do środka i rozejrzał się. Wnętrze było ciemne i wypełnione jakimś dziwnym zapachem. Jednak znajdowało się tu na tyle dużo światła, aby mógł dostrzec niewielki salon z kominkiem i kilkoma meblami mizernej roboty. Drzwi za Alearem zamknęły się i ten się wzdrygnął. Łysy mężczyzna podszedł do kominka, wyjął krzesiwa i zaczął rozpalać ogień.
- A więc mnie szukałeś? - odezwał się ktoś nagle.
Elf wzdrygnął się i spojrzał na jeden z foteli, gdzie dostrzegł mężczyznę w ciemnej szacie. Bez wątpienia była to osoba z listu gończego, pomimo zadbanej twarzy i włosów nadal posiadała rzucającą się w oczy bliznę.
- Chyba tak – odrzekł elf.
- Proszę, siadaj – powiedział mężczyzna, wskazując na sąsiedni fotel.
Elf to zrobił. Siedzenie było bardzo miękkie, zdecydowanie zbyt miękkie jak na niego. Nagle poczuł, że coś zaciska się na jego nadgarstkach. Ze zdziwieniem i strachem ujrzał żelazne okowy wokół rąk. Podniósł wzrok na Dalana, ale w tej chwili łysy mężczyzna wstał i obrócił się w jego stronę. Alear dostrzegł wyjątkowo długie kły w jego uzębieniu.
- To dobrze, zdecydowanie brakuje mi sługów, dobrze będzie go odebrać jednemu z moich wrogów.
Wampir zaczął zbliżać się w jego kierunku, a elf spanikował.
- Przysyła mnie Halan! - krzyknął. - Powiedział, że mi pomożesz.
Dalan natychmiast podniósł dłoń i wampir stanął w miejscu, spoglądając z zainteresowaniem na człowieka na fotelu.
- Interesujące kłamstwo, czyli wiesz o moim starym przyjacielu? Tym gorzej dla ciebie.
- Naprawdę mnie przysłał! - wrzasnął elf. - Mieszkaliśmy w jednym lesie przez jakieś dziesięć lat, robił doskonałą zupę, ale jego mikstury to była jakaś porażka!
Dalan roześmiał się i spojrzał na Nira.
- Nie tym razem. To rzeczywiście przyjaciel Halana.
Wampir skinął głową i oddalił się, a Alear poczuł, że uścisk wokół jego nadgarstków znika. Rozmasowując swoje dłonie, spojrzał na Dalana.
- Czy każdy krwiopijca ma coś, co pozwala mu chodzić za dnia?
Dalan otworzył usta, ale szybko je zamknął, wyraźnie speszony. Elf podejrzewał, że odpowiedź na to pytanie m się nie podobała, więc przez dłuższy czas milczał. Kiedy Alear myślał już, że powinien się odezwać, nagle wrócił wampir niosąc dwa kieliszki i butelkę wina. Postawił ją na niewielkim stoliku stojącym przed nimi i oddalił się.
- Napijesz się?
- Dziękuję, odmówię.
Dalan otworzył butelkę i nalał sobie napoju, po czym wziął dość spory łyk. Widząc zaniepokojone spojrzenie elfa, uśmiechnął się.
- Bez obawy, nie jestem wampirem. Co najwyżej nekromantą. To towarzystwo jest dla mnie naturalne.
Alear przez chwilę się zastanowił. Rzeczywiście musiało coś pójść bardzo nie tak, że kandydat na paladyna został nekromantą. Nagle zdał sobie sprawę, że zabójstwo przed gwałtem mogło być jak najbardziej możliwe, ale na tę myśl wzdrygnął się.
- Halan powiedział, że można na tobie polegać. Czy to prawda?
- Dla przyjaciół Halana zrobię wszystko.
- A zeszedłbyś do kanałów?
Oczy Dalana rozszerzyły się.
- Nigdy.
Elf uśmiechnął się i wyjął za pazuchy niewielką manierkę.
- A za porcję jego najlepszej zupy?
Nekromanta zerwał się z fotela.
- Idziemy?

Haxan musiał przyznać, że kanały stanowiły całkiem przyjemny widok. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego elf tak się krzywił, kiedy tutaj wchodził. Dla niego samego ten teren wydawał się być przyjemny, tylko ta woda była jakaś taka dziwna.... Już nie raz stał w miejscu przez dłuższy czas bez ruchu, pierwszyzną dla niego to nie było. Nagle jednak dostrzegł, że coś wyłoniło się za rogu i płynie w jego kierunku. Ze zdziwieniem zrozumiał, że to niewielka łódź, która sunie przez kanały. Ucieszył się, bo to mógł być Alear. Kiedy jednak barka zatrzymała się tuż przed nim, ujrzał dwóch zupełnie obcych ludzi, którzy przyglądali mu się z zainteresowaniem.
- A widzisz? A nie mówiłem ci, że tutaj może być coś ciekawego? A nie wzbogacimy się teraz?
- Zrobiłem to tylko dlatego, że nie mam nic do roboty, ten smród jest straszny. Ale ta rzeźba.... jest warta przynajmniej z dwieście ruenów, jak nic.
- Jakie dwieście? Prędzej pięćset, a to i tak minimalna cena! Widzisz te zdobienia? Zabieramy to na łódź!
- Ale czy ta to wytrzyma?
- Jeżeli wytrzymuje ciebie, to wytrzyma wszystko.
- Bardzo śmieszne.
- Dobra, bierzemy to!
- Przepraszam – odezwał się Haxam i spojrzał na dwóch mężczyzn. - Ale ja się nigdzie nie ruszam.
Rezultat przerósł jego oczekiwania. Dwaj mężczyźni cofnęli się przerażeni i całkiem zapomnieli, że znajdują się na łodzi pośrodku kanałów. Wpadli do zanieczyszczonej wody i przez dłuższy czas z niej nie wypływali. Haxam spojrzał z niedowierzaniem na bulgoczącą ciecz.
- Ludzie tak szybko odchodzą... nawet nie zdążyłem poznać ich imion.
Wrócił do dawnej pozy i znieruchomiał. Po kilkudziesięciu minutach ujrzał Aleara, zmierzającego w jego kierunku razem z mężczyzną w czarnej szacie, niewątpliwie Dalanem. Nie poruszył się jednak. Alear nakazał mu się nie ruszać, aż ten mu na to pozwoli.
- Co to takiego jest? - spytał Dalan marszcząc brwi.
- To mój drogi jest Haxamandurimanderar. Możesz się już ruszyć.
Dalan spojrzał ze zdziwieniem na elfa, ale jego wzrok szybko przeniósł się na Haxama, który niespodziewanie obrócił się w jego stronę i wyciągnął dłoń.
- Nazywam się Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam. Jak podejrzewam, ty jesteś Dalan. Miło mi cię poznać.
Mag ku jego zdziwieniu nie odpowiedział na gest. Stał przez chwilę w miejscu i wpatrywał się zafascynowanym wzrokiem w kamienną istotę. Trwało to tak długo, że Haxam w końcu upuścił dłoń i tylko odwzajemniał spojrzenie. Jako pierwszy nie wytrzymał elf.
- Przepraszam, ale nie mamy całego dnia. Znaczy pewnie mamy, bo nic do roboty innego nie... wiecie, o co chodzi!
- Fascynujące – powiedział powoli Dalan. - Istota z martwej materii ruszająca się i myśląca... czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
- Możesz mi pomóc dowiedzieć się więcej o sobie? - spytał Haxam.
- Nie wiesz nic o sobie samym? - odpowiedział pytaniem zdziwiony Dalan.
- Mało. Obudziłem się w jakimś pałacu, spadłem z niego i udałem się przez las. Tam spotkałem Aleara, który zaprowadził mnie do Halana. Zamieszkałem z nimi, Halan trochę mi o mnie opowiedział.
- Miałeś rację – mruknął Dalan do elfa. - Rzeczywiście jestem zafascynowany. Muszę go zabrać do mojego domu, tam będę mógł przeprowadzić badania.
- Jakie badania? - spytał podejrzliwy elf. - I jak chcesz go tam zabrać, na ulicy raczej się nie pokaże.
- Spokojnie, nic mu nie zrobię, zapewniam cię – powiedział Dalan, kładąc rękę na sercu. - I nie obawiaj się, znam się na magii przestrzeni. Mogę tam nas zabrać niemal natychmiast.
- Czekaj, ja...
Elf nie dokończył, bo rozbłysło światło, a oni wszyscy, łącznie z łodzią, zniknęli.

- Niesamowite – mruknął Dalan, gdy tylko odszedł od stołu, na którym leżał Haxam. Zanurzył dłonie w beczce z wodą, nabrał jej sporą garść po czym obmył sobie twarz, starając pozbyć się uczucia oszołomienia. - Zaprawdę niesamowite.
- Co jest tak niesamowite? - spytał elf, który otworzył drzwi do laboratorium Dalana. Nekromanta spojrzał na niego kraczącym wzrokiem.
- Już ci lepiej?
- Tak – burknął Alear. - Od czasu zażycia tej mikstury uzdrowicielskiej Halana mam wymioty, ilekroć ktoś mnie gdzieś przenosi. Czasami też same się pojawiają, ale na szczęście bardzo rzadko.
- Nie wierzę, że dałeś sobie wcisnąć jedną z jego mikstur.
- Pachniała i smakowała dobrze, nie spodziewałem się, że wywróci mój żołądek do góry nogami.
Dalan zarechotał pod nosem i spojrzał na Haxama. Kamienna istota była jeszcze bardziej pasjonująca, kiedy już się jej przyjrzało z bliska.
- Możesz już wstać – powiedział nekromanta. Haxam natychmiast to zrobił. - Mogę powiedzieć, że jesteś odkryciem mojego życia. Nie wiem, kto cię stworzył, ale musiał być geniuszem! Te twoje runy... w cholerę nie potrafię rozgryźć ich znaczenia, ale wiem jedno – generują magię! Oto dowód, że magia rzeczywiście jest energią!
- No no no – mruknął elf. - Zostaniesz sławny.
- Taa... pewnie wielcy magowie po raz kolejny znajdą jakąś wymówkę. Zresztą i tak im tak szybko nie pokażę Haxama. Te runy nie tylko utrzymują go przy życiu, ale mogą zwiększać siły magów w pobliżu. Coś niesamowitego ale i niebezpiecznego.
- Tyle już wiedziałem – powiedział Haxam.
- Och – Dalan udał zatroskanie. - A wiedziałeś, że wewnątrz tej skorupy masz potężny wir magii, który pełni rolę twojej duszy i umysłu?
- Co takiego?
- Nie mam pojęcia, jak komuś coś takiego się udało. Musiałby... nie wiem, co musiałby zrobić, ale bez wątpienia by nie przeżył, gdyby nie był naprawdę potężnym magiem.
- Czekaj – Alear spojrzał na Haxama z niepokojem. - Chcesz powiedzieć, że jeżeli ktoś odrobię mu rękę, to jego dusza się rozleci?
- Wprost przeciwnie. - Nekromanta się uśmiechnął. - Ta dusza naprawi jego rękę, choć trochę to potrwa i będzie potrzebowała kontaktu ze skałą. Ta dusza korzysta z magii, aby zapewnić Haxemowi bezpieczeństwo. Zupełnie, jakby żyła własnym życiem... Pasjonujące.
- Nadal niewiele o sobie wiem – odezwał się Haxam. - I nie wiem, kim jestem.
Dalan podszedł do niego i dotknął jego niezwykle skomplikowanych run.
- Te runy i tylko one utrzymując cię przy życiu. Postanowiłem nazwać cię runicznym, pasuje ci chyba, co?
- Runiczny – mruknął Haxam. - Haxamandurimanderar, zwany runicznym, dla przyjaciół Haxam. Wspaniale.
Nekromanta miał coś powiedzieć, ale nagle coś mu przerwało. Głośne łomotanie we frontowe drzwi. Elf i runiczny spojrzeli po sobie nieco zaniepokojeni.
- Kto to taki?
- Pewnie nikt ważny – powiedział Dalan. - Ale pewnie muszę otworzyć. Zaczekajcie tutaj, zaraz dokończymy rozmowę. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, którą muszę wam powiedzieć, ale to dopiero po dodatkowych badaniach.
Haxam i Alear skinęli głowami, a nekromanta wyszedł z pomieszczenia i zaczął wspinać się po schodach. Elf spojrzał na towarzysza z zamyśleniem.
- Ciekawych rzeczy się dowiadujemy, czyż nie?
- Nadal nie jest to coś, co odpowiadałoby w pełni na moje pytania. Każda odpowiedź rodzi kolejne pytania.
- Tak to już w życiu jest – zaśmiał się Alear.
Usłyszeli, jak drzwi na górze się otwierają i do środka wchodzi kilku ludzi, których kroki głośno dudniły nad ich głowami. Dosłyszeli kilka podniesionych głosów i oburzony ton Dalana. Po chwili kłótni ktoś krzyknął naprawdę głośno, rozległ się wybuch, a nekromanta wrzasnął. Elf natychmiast wstał ze stołka, na którym dotąd siedział. Usłyszeli szybkie kroki na schodach i do pomieszczenia wpadł łysy wampir, zatrzaskując za sobą drzwi i barykadując je wszystkim, co znajdowało się nieopodal.
- Co się dzieje? - spytał Alear.
- Paladyni – syknął Nir. - Już dawno się na niego uwzięli, ale teraz to już naprawdę przesadzili. Zażądali od niego wstępu do mieszkania, a gdy ten nie chciał ich wpuścić, spalili go. Teraz przetrząsają dom.
- Co mamy robić?
Wampir spojrzał po nich.
- Dalan chciał, abym was stąd zabrał razem z jego najważniejszymi miksturami. Oto one. - Nir wskazał na rząd pięciu butelek na jednej z półek. - Bierzcie je!
Alear dopadł do nich i wszystkie schował w pustym mieszku, po czyn przywiązał go sobie do pasa. Wampir już na nich czekał pod naprzeciwległą ścianą i trzymał dłoń na pochodni zawieszonej na ścianie.
- O, ukryte przejście? - zapytał podekscytowany elf.
- Skąd wiesz? - Nir spojrzał na niego z wyraźnym zdziwieniem.
- Zawsze otwiera je pochodnia, ewentualnie jakaś książka, ale tutaj żadnej nie widzę.
Wampir mruknął coś pod nosem i pociągnął na pochodnię, a ściana rozsunęła się, ukazując ciemny korytarz.
- Prowadzi do magazynów, czeka tam już na was wóz, który zabierze was w jakieś bezpieczne miejsce. A teraz uciekajcie.
Haxam posłusznie wszedł do tunelu, ale elf tego nie zrobił. Spojrzał na wiszący u jego pasa mieszek i na wampira, po czym zapytał:
- Byliście przygotowani na coś takiego?
- Zawsze jesteśmy przygotowani. Znaczy byliśmy. A teraz uciekaj.
- Ale co z tobą?
- Ze mną? - Nir roześmiał się. - Niech paladyni myślą, że zdołali wykonać swoje zadanie. I tak już długo żyłem, nie żal mi umierać. Tylko... W Kryształowym Królestwie żyje moja była żona. Prowadzi taką małą aptekę. Jeżeli kiedyś tam się udacie...
- Przekażemy jej to – powiedział Alear. - Żegnaj, krwiopijco chodzący za dnia.
- Żegnajcie, dziwni wędrowcy. I nie jestem takim jedynym, jakbyście chcieli wiedzieć.
Elf wszedł do przejścia i wampir już miał je zamknąć, gdy nagle nastąpiła potężna eksplozja i drzwi wypadły z zawiasów odrzucając na bok wszystkie rzeczy, które miały je zablokować. Do środka wpadli paladyni, a Nir gwałtownie podniósł pochodnię do góry. Tajemne drzwi zamknęły się, ale Haxem zdążył jeszcze wymienić spojrzenie ze zdumionym paladynem.

Mury miasta oddalały się, ale według Aleara trwało to o wiele za wolno. Jak na złość znowu dostali tego samego, wolnego woźnicę, który najwyraźniej przyjmował łapówki od każdego, kto tylko mógł mu zapłacić. Zdecydowanie nie chciał tak szybko opuszczać miasta, nawet nie zdążył wpaść do gildii złodziei oraz zobaczyć, jak się trzyma. Westchnął i uśmiechnął się. Ostatni raz odwiedził ją jakieś sto dwanaście lat temu, pewnie nie przyjęliby go tak miło, jak kiedyś. Ale teraz musieli opuścić tereny miasta, bo straż ogłosiła stan wyjątkowy. Zdążyli przed zamknięciem bram, ale dużo nie brakowało.
- Dokąd teraz jedziemy? - spytał nagle Haxem.
Alear zastanowił się. To była poważna sprawa. Dalan zginął i nie miał pojęcia, dokąd mogliby się udać. Chociaż... wampir wspominał, że miał w Kryształowym Królestwie żonę, która może by ich ugościła. Poza tym elfy znały się nawet dobrze na magii, może odmienny punkt widzenia powie im coś nowego o Haxemie?
- Co powiesz na Szepczący Las? Żyją tam moi pobratymcy.
- Nigdy nie spotkałem innego elfa – powiedział Haxam i przez chwilę się namyślał. - Jeżeli są podobni do ciebie, to z wielką przyjemnością.
- Doskonale. - Elf szeroko wyszczerzył zęby i sięgnął za pazuchę. Natrafił dłonią na mieszek z miksturami. Ano właśnie, przecież ponoć były one jakieś strasznie ważne. Wyjął je, ale nijak nie mógł rozpoznać, do czego służą. Etykiety były w jakimś dziwnym języku, którego kompletnie nie znał. Same litery wyglądały strasznie dziwnie. Westchnął i schował je z powrotem. Może ta aptekarka powie im o nich coś więcej? Póki co pozostawała inna sprawa.
- Co powiesz na małą partyjkę kości?
Haxam uniósł głowę i spojrzał na kubek trzymany przez Aleara.
- Z największą przyjemnością, drogi przyjacielu.

Alear mocniej zacisnął futrzany płaszcz, dygocząc z zimna. Nie przewidział, że będą musieli przeprawiać się przez Góry Dasso. Już zapomniał, jak tutaj może być zimno. Spojrzał na runicznego, który najwyraźniej miał drobne kłopoty z orientacją w terenie. Ciągle się wszędzie rozglądał, jakby szedł we wszystkich kierunkach naraz.
- Czemu to robisz? - spytał elf.
- Mój wzrok – powiedział Haxem. - Zanika. Widzę wokół siebie coraz mniej.
Alear poczuł, że robi mu się jeszcze zimniej. Jeżeli przez jego głupi pomysł jego towarzysz straci teraz tak niesamowitą umiejętność, to chyba nigdy sobie tego nie wybaczy. Każdy człowiek oddałby wiele za coś takiego. Strach pomyśleć, co by zrobił obdarzony nią, wyszkolony wojownik.
- Wytrzymaj, nie zostało nam już dużo drogi – odpowiedział Alear. - Niedługo dotrzemy do ciepłego Kryształowego Królestwa.
Haxem skinął głową, lecz nagle ta zniknęła elfowi z widoku. Alear przystanął i ze zdumieniem przyglądał się miejscu, w którym przed chwilą stał jego towarzysz. Podszedł tam i ujrzał otwór w ziemi, który prowadził do lodowej jaskini. W niej ujrzał wstającego Haxema.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Mój wzrok... poprawia się. Tutaj jest o wiele cieplej, a ten tunel chyba prowadzi tam, dokąd zmierzamy.
Elf spojrzał na ich dalszą drogę i zastanowił się. A co tam, przecież i tak nie wyciągnie stamtąd runicznego. Zeskoczył i miękko wylądował na lodzie, po czym rozejrzał się. Natura stworzyła piękny system jaskiń o błękitnych, lodowych ścianach. Alear uśmiechnął się. Tutaj rzeczywiście było o wiele cieplej. Słyszał jednak coś, co go lekko niepokoiło. Odgłos, który przypominał trochę chrapanie olbrzymiej bestii. Dochodził z jednego z korytarzy, których ta jaskinia posiadała mnóstwo. Powoli ruszył w stronę dźwięków. Nagle za rogiem ujrzał coś, co go zamurowało. Dużą jaskinię z wielką górą złota, na której spał olbrzymi, zielony smok. Przez chwilę stał w miejscu. Skarb był wspaniały, za jeden szczerozłoty przedmiot mógł sobie załatwić spokojne życie. Z drugiej strony smok... Elf spojrzał na Haxama, który stał obok niego i przypatrywał się śpiącej gadzinie.
- Nawet nie drgnij – wyszeptał elf, po czym zaczął się skradać w stronę wielkiego stosu złota.
Gdy wszedł do jaskini, zrozumiał, jak dużo tutaj było tego skarbu. A ten smok po prostu sobie na nim spał. Mógł sobie przecież wybudować własne miasto! Alear cicho jak tylko umiał podkradł się do stosu złota i zaczął szukać czegoś odpowiednio dużego. Dostrzegł złoty kirys, który w dodatku był wysadzany kamieniami szlachetnymi. Doskonale! Tak ostrożnie, jak tylko umiał wyjął go ze stosu złota. Smok nawet nie drgnął. Elf odetchnął, ale wtedy wielkie smocze oko otworzyło się.
- Złodziej! - wrzasnął zachrypłym, ale bardzo donośnym głosem, od którego jaskinia zadrżała.
Alear rzucił się do ucieczki ile tylko miał sił w nogach. Słyszał, jak smok rzuca wyzwiska, obracając się wokół i starając się dostrzec intruza.
- To znowu wy, smarkacze?! Jak teraz złoję wam łuski, to mnie popamiętacie! No dalej, Weihlonder, Dérigéntirh, Oilkhasir, pokaż się no który!
Elf nie miał pojęcia, o czym mówił smok, ale to, że skupił się na krzykach a nie na gonieniu go bardzo mu odpowiadało. Dopadł do Haxama i popędził dalej, nakazując uczynić runicznemu to samo.

- Za ile to sprzedam?
Efli złotnik podniósł wzrok znad złotego medalionu, którego właśnie oglądał i ujrzał wielki, złoty kirys wysadzany diamentami. Szczęka mu opadła, ale po chwili podniósł wzrok. Dostrzegł elfa nie wyróżniającego się niczym od innych, ale jego towarzysz...
- Eee...
- No dalej, nie krępuj się. Po prostu powiedz – zachęcał go Alear.
- Eee....
- Ech, znowu to samo. Chodź, Haxam, znajdziemy innego złotnika.
Dwaj podróżnicy oddalili się od kramu złotnika, który nadal stał tam z szeroko otwartymi ustami i wpatrywał się w ich plecy.
- Jesteś pewien, że mogę tak po prostu sobie chodzić? - spytał Haxam. - Ludzie, znaczy elfy, dziwnie na mnie patrzą.
- Spokojnie, to jest Szepczący Las – powiedział Alear. - Tutaj jesteś kolejnym cudem matki natury. Elfy już nie takie rzeczy widziały.
Runiczny skinął głową, ale elf nie do końca go przekonał.
- Ech, chyba nie uda nam się dzisiaj sprzedać tego kirysu. Znajdźmy lepiej tę aptekę, bo za chwilę noc zapadnie. Tobie może nie robi to różnicy, ale ja nie chcę spędzić jej na ulicy. Znowu.
Odnalezienie odpowiedniej osoby w takim mieście nie jest łatwe, jeżeli jedyną informacją jest to, że ta kobieta posiada „małą aptekę”. Sprawdzili już kilka i za każdym razem, kiedy elf mówił „przysyła nas twój mąż”, z drzwi wychodził mężczyzna z wyraźną chęcią mordu na twarzy, ale na widok Haxyma zazwyczaj stawał jak wryty. Po kilku godzinach wędrówki byli pewni, że sprawdzili już wszystkie małe apteki w mieście.
- To bez sensu – mruknął Alear. - Jak znaleźć w takim mieście jedną żonę wampira?
Nagle dosłyszeli pisk. Natychmiast się obrócili i dostrzegli elfkę, która przyglądała im się ze strachem. Gdy dostrzegła ich spojrzenia, odwróciła się i zaczęła uciekać. Alear natychmiast zerwał się z miejsca i popędził za nią. Haxam podążył za nim, choć nie wiedział, dlaczego to robią. Szybko zgubił dwóch elfów i stracił zupełnie orientację. Znajdował się na nieznanej ulicy i nie wiedział, gdzie szukać Aleara. Nagle usłyszał jego jęk gdzieś w bocznej uliczce. Zaniepokojony ruszył w tamtą stronę, ale przystanął, kiedy ujrzał, co takiego elf robił. Najwyraźniej dogonił tę elfkę, ale teraz się ściskali i wydawali dziwne odgłosy, ich twarze były złączone. Runiczny przechylił głowę ze zdziwienia.
- Co wy robicie?
Natychmiast od siebie odskoczyli i spojrzeli zmieszani na Haxama.
- Och, dobrze cię widzieć. To jest Ivelia, my się znaliśmy dawno temu. Ivelio, to jest Haxamandurimanderar zwany Runicznym, ale jeżeli się zaprzyjaźnicie, to możesz na niego mówić Haxam.
- M-miło mi cię poznać – powiedziała Ivelia.
- Dlatego ją goniłeś?
- Otóż nie tylko – uśmiechnął się elf. - Otóż widzisz, ludzie i elfy nie zwykły piszczeć bez powodu. Ivelia zna osobę, którą szukamy i zaprowadzi nas do niej.
- To... to świetnie.

Jak się szybko okazało, elfka rzeczywiście wiedziała, gdzie mieszka żona wampira. Alear pozbył się wszelkich wątpliwości, kiedy tylko otworzyły się przed nim drzwi i ujrzał bladą kobietę o czarnych włosach, która na widok Haxama wyszczerzyła długie kły. Elf spojrzał na unoszące się wysoko na niebie słońce i westchnął.
- Czy wszystkie wampiry mogą chodzić w słońcu? - mruknął.
Kobieta zadawała się być zbita z tropu. Spojrzała jeszcze raz po ich dwójce, a gdy ujrzała czającą się za nimi Ivelię, westchnęła z ulgą.
- Kogo ty tutaj przyprowadziłaś, młoda damo? - spytała karcącym tonem.
- To mój dawny przyjaciel, Alear – odpowiedziała. - A ten drugi to Hexa....
- Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam – dopowiedział runiczny.
Wampirzyca spojrzała po nich jeszcze bardziej zdziwionym wzrokiem. W końcu jednak westchnęła z rezygnacją i otworzyła szerzej drzwi dość sporej apteki. Ich trójka weszła do środka. Pomieszczenie było połączeniem niewielkiego salonu z magazynem ziół. Wszędzie wisiały najróżniejsze wysuszone rośliny, których zapach mącił umysł Aleara.
- A więc po co do mnie przybyliście?
- My... no, tego... - jąkał się elf, nie potrafiąc wypowiedzieć pełnego zdania.
- Pani mąż nas przysłał – powiedział Haxam, na co wampirzyca wysoko podniosła brwi.
- W takim razie chyba was po...
- Nie żyje – odezwał się elf, który najwyraźniej poradził już sobie z oszałamiającą mieszaniną zapachów. - Kazał przekazać, ze panią kocha.
- Och.
Wampirzyca usiadła na jednym z foteli pełniącym jednocześnie rolę wieszaka na rośliny. Spuściła głowę i w milczeniu rozmyślała.
- Kazał nam zabrać kilka mikstur. - Elf wyciągnął mieszek i wyjął pięć fiolek, po czym położył je na wolnym fragmencie stołu.
Kobieta natychmiast wstała i do nich podeszła, w jej oczach rozbłysł dziwny blask.
- Nie macie pojęcia, co to za mikstury, prawda?
Elf pokręcił głową, a wampirzyca podniosła jedną z nich i przyjrzała się jej pod światło padające z niewielkiego okna. Widocznie zadowolona ze swoich obserwacji odłożyła fiolkę na miejsce i odwróciła się w stronę przybyszów z szerokim uśmiechem.
- Wybaczcie, że jeszcze się nie przedstawiłam. Nazywam się Kalea, prowadzę tę małą aptekę. Te mikstury... mają naprawdę niezwykłą moc. W odpowiednich rękach mogą dać dużo dobrego.
- Jeżeli stara się pani przekonać do ich oddania – mruknął elf – to traci pani czas. Nie potrzebujemy ich. Może je sobie pani wziąć. Potrzebujemy tylko noclegu na czas nieokreślony, a mój przyjaciel pomocy.
- Nocleg da się załatwić. Ale o jakiej pomocy jest mowa?
Haxam spojrzał na elfa, a ten skinął głową.
- Muszę się dowiedzieć, kim dokładnie jestem.

Rozdział III
Od domu do domu targany,
Wszędzie inaczej przyjmowany.

Haxam spojrzał na swoje ciało. Wokół iluzji unosiła się biała poświata. Zdecydowanie nadal nie było to to.
- Wciąż to widzę – powiedział do Kalei, która burknęła coś i sięgnęła po kolejny klejnot. Haxam zdjął pierwszy naszyjnik i założył kolejny, po czym spojrzał na siebie. - Nadal to samo. Tym razem o wiele cieńsze, ale nadal widoczne.
- Jest pewna zaleta tego twojego wzroku – mruknęła Kalea. - Nie muszę sama forsować tych zaklęć, a to nam oszczędza sporo czasu.
Haxem kiwnął głową i założył kolejny naszyjnik. Od czasu ich przybycia do Kryształowego Królestwa minęły dwa lata. Dwa lata, które Haxamowi zdawały się być o wiele za krótkie. Elf wielokroć wspominał o „tych dwóch długich latach, podczas których mogliśmy tyle zobaczyć”, ale runiczny zupełnie tego nie rozumiał. Jak dla niego minęły jak biczem strzelił. Przynajmniej były spokojne, pomyślał. No, może oprócz odwiedzin tych wszystkich magów, zabawne z nich stworzonka.
Elfy zaakceptowały go jako część krajobrazu, przynajmniej te, które mieszkały nieopodal. Haxam zazwyczaj nie chodził po mieście, toteż mało osób w ogóle zdawało sobie sprawę z tego, że istnieje. Co prawda plotki roznosiły się wszędzie, ale niewielu elfów im dowierzało. Nagle aż podskoczył z zaskoczenia.
- Nie widzę nic – powiedział. - Pomimo dokładnego przyglądania się temu obszarowi niczego nie widzę.
Kalea wzniosła wysoko ręce w geście zwycięstwa.
- Nareszcie!
Następnie je opuściła i przyjrzała się Haxamowi.
- Wygląda to strasznie, zwłaszcza twarz. Jeszcze będzie trzeba nad tą iluzją popracować, ale ostatecznie pewnie dam ci do niej jakiś płaszcz z kapturem, który zakryje to wołające o pomstę z nieba lico.
- Czyli będę mógł chodzić między ludźmi?
- Ten medalion pobiera energię bezpośrednio od ciebie. - Wampirzyca westchnęła. - Będziesz mógł go używać góra kilkanaście godzin z rzędu, potem przyda ci się przynajmniej czterogodzinna przerwa, żebyś mógł uzupełnić magazyny magii. Tylko nie przesadzaj z tym, bo szybko możesz wyczerpać się z magii, a obawiam się, że wtedy zginiesz.
- Czekaj chwilę – Haxam się zastanowił. - Czy przez ten medalion nie będę mógł dzielić się z kimś mocą?
Keala ponownie westchnęła.
- Na pewno nie w takich ilościach. Musisz na to uważać, jeżeli będziesz korzystać z obydwu tych rzeczy naraz to nie wytrzymasz długo. Najgorsze jest to, że może ci się to uruchomić nieświadomie, a ty nie będziesz nawet wiedział, że musisz odpocząć. Musimy wbudować w ten medalion jakiś mechanizm, który wyłączy iluzję, kiedy tylko będzie uciekać z ciebie energia.
- Czyli jednak nie będę mógł tego robić?
- To konieczne – powiedziała Keala, zdejmując z kamiennej szyi Haxama medalion z czerwonym kamieniem. - W przeciwnym razie możesz zginąć nawet o tym nie wiedząc.
- Ile czasu zajmie ci to wszystko? - spytał runiczny.
Wampirzyca przygryzła wargi, nie zważając uwagi na lekki strumyk krwi, który stworzyła.
- Miesiąc. Zatrzymam moje wszystkie projekty i zajmę się tylko tym, bo naprawdę chcę już to skończyć. Czekasz na to zdecydowanie zbyt długo.
Rok, pomyślał Haxam. Choć nic dziwnego. Zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce na runach minęło trochę czasu, potem ci wszyscy magowie... tyle naszyjników do sprawdzenia... Nie jestem pewien, czy to dobrze, że tak dużo osób wie o moim istnieniu. Dobrze przynajmniej, że jeszcze nikt nie odkrył, co takiego potrafię zrobić.
- Mogę czekać w nieskończoność – odparł Haxam. - Tak właściwie, to mogłoby się tak stać. Ile ja będę żył.
Wampirzyca wzruszyła ramionami.
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Podejrzewam jednak, że jeżeli nic cię nie zabije, to rzeczywiście możesz żyć wiecznie. Te runy dają ci potrzebną energię, a przecież kamień nie może się starzeć...
Haxam skinął głową.
- Masz zamiar opuścić Kryształowe Królestwo, prawda?
Runiczny spojrzał ze zdziwieniem na Kealę. Zdał sobie sprawę, jak bardzo jest przewidywalny. Może w ciągu tych dwóch lat udało mu się znacząco rozwinąć, ale wampirzyca znała go zdecydowanie za dobrze.
- Tak. Zabiorę Aleara i wyruszymy tam, gdzie poniesie nas droga.
- Obawiam się, że twój przyjaciel może nie chcieć opuścić miasta.
- Jak to? - spytał zdziwiony runiczny. - Przecież ciągle powtarza, że straciliśmy mnóstwo przygód.
- Każdy może narzekać. - Wampirzyca uśmiechnęła się. - Idź do niego, a zobaczysz, jak się sprawy mają.

Haxam w jednej dłoni trzymał ulepszony magiczny naszyjnik, a w drugiej kij, który wręczyła mu Keala. Runiczny nie za bardzo wiedział, w czym ma on mu pomóc, ale wampirzyca upierała się, że każdy podróżnik ma taki. Stał teraz przed drzwiami domu Ivelii, gdzie od jakiegoś czasu mieszkał Alear. Zapukał końcem kija. Przez chwilę panowała cisza, po czym rozległ się głośny odgłos kroków i po chwili drzwi stanęły otworem. Przed oczami runicznego stanął elf, który pośpiesznie zapinał koszulę. Na widok Haxama znieruchomiał i szeroko się uśmiechnął.
- Przyjacielu, tęskniłem za tobą. Wchodź, wchodź, chętnie cię ugoszczę.
- Przykro mi, ale ruszamy w dalszą podróż – powiedział runiczny. - Lepiej zbieraj swoje rzeczy.
- Och. - Elf zawahał się, spuścił głowę i przez chwilę milczał. Haxam przypatrywał mu się z niepokojem. - Wybacz, ale nie mogę z tobą wyruszyć. Mam tutaj... ważne sprawy. Naprawdę nie mogę tego zostawić.
- Czyli?
Alear podniósł wzrok na przyjaciela.
- Ivelia... Ivelia spodziewa się dziecka.
Tego akurat Haxam się nie spodziewał. Niewiele wiedział o zwyczajach kopulacyjnych elfów, ale to bez wątpienia było ważne. Poczuł, jakby jakaś żelazna obręcz zaciskała mu się wewnątrz ciała.
- Ale... przecież musimy wyruszać. Nadal nie wiem, kim jesteś.
- Poznaliśmy tyle informacji o tobie – powiedział elf. - Wiesz już doskonale. Chociaż nie mogę cię tu zatrzymywać. Sam wiem, jak działa chęć podróżowania. Wyruszysz sam, już zdecydowanie nadszedł czas, abyś sam trochę pochodził po świecie?
- Co takiego?
- Masz ten medalion, masz swoje spojrzenie, jesteś bardziej gotowy niż większość ludzi – powiedział elf, lekko się uśmiechając. - Dasz sobie radę.
- Nie zmienisz zdania?
- Obawiam się, że nie. Zaczekaj chwilę.
Alear zniknął, ale po chwili wrócił z dość sporym pakunkiem. Haxam przyjrzał mu się z zainteresowaniem.
- Pamiętasz ten kirys, który zabrałem tamtemu smokowi? - Runiczny skinął głową. - Do dziś go nie sprzedałem. Jest tutaj, tobie bardziej się przyda.
Runiczny był naprawdę zdziwiony. Elf traktował swoją zdobycz jak skarb i Haxam podejrzewał, że nie jest tak bez powodu.
- Masz tam też zestaw do gry w kości, nie pościłbym cię bez niego. - Elf szeroko wyszczerzył zęby. - No i wyjątkowy dar. Znajdziesz tam niewielki sznurek, na którym zawieszona jest maleńka szklana folia wypełniona płynem. To może być twój najcenniejszy skarb, dzięki któremu pokonasz każdego wroga.
- Co to takiego?
- Ostatnie krople zupy Halana – powiedział poważnie elf. - Nie mam pojęcia, jak on to zrobił, ale po tylu latach nadal jest ciepła i przepyszna. Uważaj jednak, aby za prędko jej nie zmarnować, bo w ostateczności możesz sobie w ten sposób zyskać przychylność prawie każdego.
Runiczny przyjął podarunek elfa i skinął głową.
- Dziękuję, Alear.
- Obyś jeno prostymi ścieżkami wędrował.

Haxam zatrzymał się przed niewielką chatą stojącą na poboczu i rozejrzał się. Wędrował już kilka miesięcy, szukając czegoś ciekawego, aż w końcu dotarł do lasów otaczających jakieś większe ludzkie miasto. Trochę obawiał się do niego wejść, więc krążył wokół. W końcu dostrzegł ten dziwny budynek, który z niewiadomych przyczyn znajdował się poza samym miastem. Zbliżył się i zastukał w niego swoją laską.
- Hej! - wrzasnął niewielki mężczyzna, wychodząc z krzaków obok. - Dopiero co pomalowałem drzwi! Nie zdzieraj mi farby tym kijaszem!
Runiczny ze zdziwieniem przypatrywał się krasnoludowi, który zachowywał się, jakby Haxem stanowił najzwyklejszą rzecz w świecie.
- E, przepraszam. Nazywam się Haxamandurimander i zmierzam do miasta.
- Bagadanurururururgar – przedstawił się krasnolud, po czym uśmiechnął się pod nosem. - W końcu w tej zapyziałej krainie ktoś, kto ma normalne imię!
Haxem nie wiedział, jak na to odpowiedzieć. Krasnolud jednak szybko go wyręczył otworzył szeroko drzwi i wskazał dłonią niewielki domek.
- Może wejdziesz? Porozmawiamy sobie o normalnych rzeczach.
Runiczny spojrzał niepewnie na małe wnętrze. Żeby się tam zmieścić musiałby się mocno skulić, a nawet wtedy zajmowałby większość przestrzeni. Jednak spojrzenie krasnoluda było zbyt serdeczne i zachęcające, aby Haxem mógł odmówić. Zgarbił się i wcisnął przez niewielkie drzwi do środka. Zauważył, że wokół znajduje się mnóstwo przedmiotów z białą aurą wokół.
- Zaraz, kto ci sprzedał te meble? Powinieneś...
Nie zdołał jednak dokończyć, po nagle to wszystko zniknęło, a wszystko zaczęła pochłaniać ciemność, rozpościerając swoje maki wokół niego. Runiczny z paniką obserwował, jak ciemność zamyka się za jego plecami i zdążył jeszcze ujrzeć szeroki uśmiech krasnoluda.

- Pracuj szybciej, magowie z miasta nie mogą nas tutaj odkryć – odezwał się jakiś głos.
- Próbuję. Myślisz, że te runy tak łatwo skopiować? To jakiś galimatias Opiekunów, chyba pochodzą z czasów Środkowego Królestwa.
- Proszę, proszę, stare są.
- I bardzo, ale to bardzo potężne. Dzięki nim nasz klan stanie się niepokonany.
Wzrok zaczął wracać runicznemu. Dostrzegł sklepienie jaskini oraz jej kamienne ściany otaczające go z czterech stron. Pod sobą ujrzał skałę – leżał na ziemi, a nad nim pochylał się krasnolud o imponującej, siwej brodzie, który rysował coś na zwoju papieru kawałkiem węgla. Nieopodal siedział ten, którego Haxen spotkał przy drodze. Najwidoczniej nie zdali sobie sprawy, że runiczny się przebudził.
- Skąd on właściwie się tam wziął? I skąd on się tak właściwe wziął? Kto go stworzył? - spytał ten, który rysował jego runy.
- A to w cholerę nieważne – odparł drugi i sięgnął po butelkę leżącą nieopodal. - Wódki?
Siwy krasnolud prychnął, a Haxam uznał, że pora zareagować. Uniósł dłoń i chwycił krasnoluda za brodę. Jego reakcja przekroczyła najśmielsze przypuszczenia runicznego. Karzeł zaczął rozpaczliwie machać rękami i wrzeszczeć wniebogłosy.
- Zostaw mnie, sto lat układałem tę brodę!
Drugi krasnolud zerwał się z miejsca i podszedł do nich, po czym jednym ciosem dwuręcznego topora uderzył w dłoń runicznego. Pod wpływem alkoholu jednak źle wycelował i jego cios ześlizgnął się niżej...
- Moja broda! - wrzasnął krasnolud, upadając do tyłu i łapiąc się za jej pozostałości. - Bagadanurururururgar, ty idioto! Coś ty zrobił?!
Krasnolud jednak nie miał zamiaru zajmować się towarzyszem. Haxam wstał, a topór w ręce niskiego mężczyzny zakręcił młynka.
- Całkiem niezłe wasza dwójka ma ruchy, ale mi nie umknięcie, ha!
Runiczny pomyślał, że nigdy nie zrozumie zafascynowanie innych ras alkoholem. Następny cios krasnoluda nawet go nie trafił. Haxam zastanowił się, co tak właściwie powinien teraz zrobić. Nie miał jednak na to czasu.
- To wy! - rozległ się basowy ryk.
Runiczny uniósł głowę i ujrzał dziwne stworzenie stojące w wyjściu jaskini, które znajdowało się dosyć blisko, ale na podwyższeniu. Stworzenie to przypominało nieco byka, ale poruszało się na dwóch nogach. Ruszyło pędem w ich stronę, a Haxam pomyślał, że on sam powinien usunąć się temu czemuś z drogi. Tak też zrobił, a pędzący byk uderzył rogami w krasnoluda z toporem, wyrzucając go wysoko w powietrze. Następnie rozejrzał się. Leżący krasnolud nie stanowił większego zagrożenia, dlatego obrócił się w stronę runicznego. Wtedy ten dostrzegł ruch w okolicach wejścia.
- Margar, zostaw go!
Runiczny spojrzał na wyjście i wyostrzył wzrok. Dostrzegł mężczyznę w dość podeszłym wieku dzierżącego w dłoni kostur. Bez wątpienia był to mag. Przyglądał się runicznemu z wyraźnym zdziwieniem, powoli zbliżając się w jego stronę.
- Zabierz tego brodatego i zostaw nas samych.
Byk posłusznie skinął głową i wykonał rozkaz. Wkrótce Haxam został sam na sam z magiem, jeżeli nie liczyć trupa Bagadanurururururga.
- Zaprawdę interesujące – mruknął mag. - Żyjąca forma życia utworzona z martwej materii... muszę to zabrać do swojej wieży...
- Przykro mi, ale nie chcę być nigdzie zabierany – odezwał się Haxam, a na twarzy maga odbiło się mocne zdziwienie.
- Potrafisz mówić?
- Tak – odrzekł runiczny.
- Nie do wiary, to coś w dodatku jest w pełni świadome...
- Ja tu jestem, gdybyś chciał wiedzieć.
- Och, rzeczywiście, wybacz. - Mag wydawał się być na speszonego. - Tak w ogóle, to nazywam się Lutah. Co robiłeś z tymi krasnoludami?
- Porwały mnie – odpowiedział Haxam. - Próbowały przerysować moje runy. Nazywam się Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam.
Runiczny dostrzegł swoją niewielką torbę, która leżała nieopodal. Podniósł ją i założył sobie na ramię, po czym z powrotem spojrzał na maga.
- Już powiedziałem, że chciałbym cię zabrać do mojej wieży w mieście – powiedział ten. - Ale teraz pytam: czy pójdziesz tam ze mną? Mogę cię zapewnić, że u mnie poczujesz się jak w domu. Pasjonują mnie niezwykłe stworzenia, ten minotaur jest doskonałym przykładem.
- Nazywa się Margar.
Zaskoczony mag zamrugał kilka razy.
- Cóż, rzeczywiście. To jak, udasz się ze mną?
- A mam jakiś inny wybór?
- Oczywiście, że masz – odpowiedział Lutah z oburzeniem. - Możesz stąd odejść i żyć dalej własnym życiem.
- Nie mam własnego życia.
Mag umilkł i spojrzał na Haxama.
- A więc... w drogę.

Wieża maga była zdecydowanie ciekawym miejscem, ktoś inny pewnie poczułby się w niej ciasno, ale nie Haxam. Zresztą posiadała całkiem duży ogród, gdzie zazwyczaj runiczny przesiadywał w wolnym czasie. Haxam szybko się przekonał, że Lutah rzeczywiście mówił prawdę. W jego wieży żyły naprawdę niezwykłe istoty, od małych latających stworów, przez dziwną wężową kobietę i człowieka z białym, złamanym skrzydłem, aż po minotaura Margara. Choć runiczny z większością dobrze się dogadywał, ten ostatni najwyraźniej starał się unikać Haxama. Dostrzegł go w ogrodzie kilka razy, ale nigdy nie zdołał nawiązać rozmowy. Przez większość dnia spędzał czas na magicznych badaniach prowadzonych przez Lutaha. Przechodził przez nie tyle razy, że widocznie zdołał już się przyzwyczaić. Czasami obserwował też ulice miasta, gdzie zwykli ludzie wiedli życie z własnymi troskami. Haxam trochę im zazdrościł. Użył już kilka razy amuletu, ale nigdy nie mógł się poczuć całkowicie człowiekiem. Nawet po zmianie wyglądu się od nich różnił.
Badania trwały dwa tygodnie, rzecz jasna z dużymi przerwami. Czternastego dnia Lutah z zamyśleniem krążył po swojej dużej komnacie, zastanawiając się nad tym, co takiego one wykazały.
- Byłeś już wielokrotnie badany – stwierdził, zwracając się do Haxama.
- Mówiłem ci już. Powiedziałem także wszystko, co o sobie wiem.
- Jednak ja dostrzegłem coś innego – powiedział Luteh. - Wiem, kto cię stworzył.
- Naprawdę? - Runiczny poruszył się gwałtownie. - Kto?
- Kiedyś miałem przyjaciela – powiedział Luteh, siadając na fotelu. - Był o wiele potężniejszym magiem ode mnie. Jednak z czasem zaczęliśmy się od siebie oddalać. Zaczął interesować się pradawnymi legendami oraz mitycznymi stworzeniami. Ja zajmowałem się naturianami – czymś, co naprawdę istniało, a co było naprawdę niezwykłe. Pewnego razu podsłuchałem jego rozmowę z kimś. Rozmawiali o możliwości stworzenia nowego życia, padło też jakieś nazwisko, chyba ktoś z tego rodu posiadał bezcenne informacje, a nie chciał się z nimi podzielić. To było... dawno. Jakieś sto dwadzieścia lat temu.
- Naprawdę? Akurat ty znałeś tego, kto mnie stworzył?
- Wiem, że taki przypadek jest niemal niemożliwy, ale tak było – powiedział Luteh. - Mój przyjaciel nazywał się Lokilsirah. Zawsze wydawał mi się jakiś mroczny, jego aura była dziwna... nie potrafiłem jej odczytać. Poznaliśmy się w akademii, imponował mi. Jeżeli przez te cztery lata swojego życia się na niego nie natknąłeś, to najpewniej zginął. Może stworzenie cię było dla niego zbyt wielkim wysiłkiem? Nie wiem. Ale to jest po prostu nieprawdopodobne.
- Jak sądzisz, co powinienem teraz zrobić?
Mag przez chwilę się namyślał. Runiczny zdecydowanie nie będzie miał zwykłego życia, nieważne co by nie zrobił. Jego odmienność była dla niego zgubna, ludzie zawsze będą go odrzucać od społeczeństwa. Ale przecież musiał być jakiś sposób, w jaki Haxam mógł sobie pomóc. Tylko jaki? Nagle zrozumiał.
- Chyba wiem. Ale to może ci się nie spodobać, bo przez dłuższy czas będziesz musiał dla kogoś pracować, wykorzystując swoje niezwykłe zdolności.
- Dla kogo?
Mag uśmiechnął się.
- Dla kogoś, kto mieszka daleko stąd.

- Nie chce mi się wierzyć, że Lutah kazał mi cię pilnować – burknął minotaur.
- Wiesz przynajmniej, dokąd zmierzamy?
margar spojrzał na widoczne w oddali maszty statków i uśmiechnął się paskudnie. Podejrzewał, że runiczny nigdy wcześniej nie podróżował statkiem, a mag wyraził się dostatecznie jasno, aby minotaur zrozumiał, że to właśnie na niego mają wsiąść. Haxam irytował go od chwili ich pierwszego spotkania, było w nim coś, co było bardzo denerwujące. Na pewno to, że teraz mieszkańcy Leonii rzucali pogardliwe spojrzenia margarowi, a nie runicznemu, który skrył się pod tą swoją iluzją.
- Ależ oczywiście, że powiedział! Jak miałbym cię tam zabrać, gdybym nic o tym nie wiedział?!
- Więc dokąd?
Minotaur zawahał się. Nie był pewien, czy powinien o tym mówić Haxamowi, ale w końcu Lutah nie będzie mógł się przyczepić do tego, że runicznemu udało się wyciągnąć z niego te informacje.
- Widzisz, ludzie nie akceptują takich jak my. Mnie jeszcze w miarę, ale ciebie całkowicie nie. Musisz pokazać, że nie jesteś jakimś obcym, a kimś kto chce i może im pomóc. Musisz po prostu zyskać dobrą reputację?
- W jaki sposób? - spytał zdziwiony runiczny.
- Słyszałeś kiedyś o paladynach? Będziesz im pomagał przez jakiś czas, tym na pewno nie stracisz w oczach ludzi. Chyba, że naprawdę nawalisz.
Haxam przypomniał sobie mężczyzn w zbrojach, którzy wkroczyli do laboratorium. Miałby pomagać tym, którzy zabili Dalana i Nira? W sumie nie wywoływało to w nim jakiegoś oburzenia, ale zdecydowanie mu się to nie podobało.
- Czy to konieczne?
- Ależ nie – głos minotaura nabrał sarkazmu. - Możesz zignorować radę Lutaha i dalej wędrować przez świat kryjąc się przed ludźmi, którzy najchętniej by cię... niech to, nie spalili, co oni mogą z tobą zrobić? Pewnie rozłupaliby cię kilofami.
- No to niech będą paladyni.
Magrar uśmiechnął się.
- Pływałeś może kiedyś statkiem?
- Co robiłem?! Że czym?!
- No to zdecydowanie masz mały problem.

Haxam nerwowo ściskał maszt okazałego statku i pomimo spojrzeń rzucanych mu przez załogę nie miał zamiaru go puścić. To był dla niego jakiś koszmar. Ze wszystkich stron otaczała go woda, bezmiar wody, który mógłby go wciągnąć w każdym momencie, gdyby tylko stracił na chwilę uwagę. Był zrobiony z kamienia, gdyby do niej wpadł to nie było żadnej szansy, aby mógł utrzymać się na powierzchni. Obok siedział minotaur i odpowiadał na przyjazne zaczepki rzucane przez załogę. Najwyraźniej dobrze się już znali.
- Kiedy ta tortura dobiegnie końca? - wyjąkał Haxam.
- Końca? - Magrar zaśmiał się. - Nawet się jeszcze nie wypłynęliśmy.
Runiczny jęknął żałośnie.

Po kilku dniach na statku Haxam doszedł do wniosku, że jednak może puścić swój maszt. Przez te blisko sto godzin uznał, że jednak podróż statkiem nie jest aż tak straszna, jak początkowo mu się wydawało. Było bardzo spokojnie, a otaczająca ich woda najwyraźniej nie próbowała wdzierać się na pokład i wyrywać go stamtąd. Zdołał nawet wymienić kilka zdań z załogą, ale ta zdecydowanie wolała rozmawiać z minotaurem niż nim. Cóż, widać luźniej się przy nim czuli.
Po kilku dniach na horyzoncie ukazał się ląd, ale także i coś innego, co bardzo zaniepokoiło załogę. Wielkie, czarne chmury, które zasłaniały słońce i rzucało cień na morze. Haxam wpatrywał się w to zjawisko zaniepokojony. Wiedział, co burze potrafią uczynić na lądzie, ale jeszcze nigdy nie ujrzał żadnej na morzu.
- Haxam! - usłyszał głos Magrara. - Wchodź pod pokład i to już!
- Co się dzieje? - spytał Haxam, ale wypełnił polecenie minotaura z szedł razem z nim.
- Zbliża się sztorm, a to niebezpieczne zjawisko – mruknął Magrar, otwierając jakieś pomieszczenie i wpychając tam runicznego. - Zostań tutaj, a gdyby tutaj powstała dziura, to łap te liny zwisające z sufitu i módl się, aby wytrzymały.
Haxam skinął głową i stanął w kącie pomieszczenia, zaglądając na otwarte okno. Woda zaczęła się burzyć, a to już akurat bardzo przestraszyło runicznego. Czyżby jego podejrzenia się sprawdziły i to bezkresne morze naprawdę chciało go wciągnąć na samo dno. Nie wiedział, czy przeżyłby w takich warunkach, ale wolał tego nie sprawdzać. Minotaur skinął głową i zamknął drzwi.
Niedługo potem rozpętał się sztorm. Biedny Haxem chwycił liny, kiedy tylko uderzyła w nich pierwsza, potężna fala. Lubił nowe przeżycia, ale zdecydowanie nie takie. W trakcie zwiększania się siły sztormu obiecał sobie, że już nigdy nie wejdzie na żaden statek, o ile naprawdę nie byłoby o to konieczne. Naprawdę się bał, a to nie zdarzało mu się zbyt często.
Pioruny uderzały, fale co chwila zalewały burtę statku, a wyjący wiatr brzmiał jakby mógł w każdej chwili wywrócić statek kupiecki. Robiło się coraz gorzej i runiczny doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Żałował, że nie potrafi zasnąć i odciąć się od świata, tak jak inne żywe istoty. Szkoda, że nie ma tu Halana, pomyślał. Z moją mocą mógłby pewnie uspokoić ten cały sztorm.
Nagle przypomniał sobie o czarodzieju. Naprawdę dawno już go nie widział, w jednej chwili strasznie za nim zatęsknił. Kto by przypuszczał, że stanie się to akurat w takim momencie? Haxam opuścił głowę i zamyślił się. Tak, myślenie pozwalało mu uciec przed piekłem rozgrywającym się na statku. Wspominał wszystkie chwile spędzone z czarodziejem. Kiedy tylko skończy to polepszanie swojej reputacji, to chyba się do niego uda w odwiedziny. Ten na pewno się ucieszy.
Nagle coś naprawdę silnego uderzyło w burtę, aż się Haxem przewrócił. Zauważył, że do pomieszczenia wlewa się woda, więc natychmiast się podniósł i dwoma rękami chwycił się kurczowo zwisających lin. Woda sięgała mu do kostek, ale z każdą chwilą było jej coraz więcej. Otwór nie był duży, ale wlewało się przez niego naprawdę dużo wody. Zaczynała sięgać mu do kolan i nic nie wskazywało na to, że ma być inaczej.
- Cholera. - Haxan po raz pierwszy w życiu wypowiedział ten wyraz.

- Mieliście sporo szczęścia – powiedział mężczyzna w srebrnej zbroi, kiedy wszyscy członkowie statku znaleźli się już na suchym lądzie. - Ten sztorm szaleje przy wybrzeżu już od kilku tygodni, zdążył zatopić z pięć statków. Wasz nadal da się naprawić, pomożemy wam w tym.
- Stokrotne dzięki – powiedział kapitan okrętu, dziarski mężczyzna w okolicach czterdziestki, po czym zakaszlał. - Nie przeszkodzi wam, jeżeli trochę tutaj zostaniemy?
- Naturalnie, że nie – odrzekł paladyn. - Nie każemy wam wpływać w taki sztorm.
Kapitan spojrzał na mężczyznę ze wdzięcznością, ale tego już zajmowało zupełnie co innego. W jego stronę zbliżała się dwójka niezwykłych istot, które często spotkać na pewno nie można było. Jednym z nich był minotaur, tego to przynajmniej paladyn kojarzył, ale drugie stworzenie? Mężczyzna nigdy wcześniej nie widział ani nie słyszał o czymś takim, wyglądało jak ożywiony ze skały człowiek.
- Mości paladynie – odezwał się do niego minotaur. - Przysyła nas tutaj mag Lutah, a przynajmniej tego gagatka. Ja wracam do Leonii, kiedy tylko będzie to możliwe.
- Prześlij Lutahowi pozdrowienia – odpowiedział paladyn. - Mogłem się spodziewać, że to od niego jesteście. O ile pamiętam nazywasz się Magrar, ale kim jest twój towarzysz?
- Jestem Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxam. Ponoć mam wam pomagać.
- Pomagać nam? - Paladyn wysoko podniósł brwi. - A w jaki sposób?
- Jestem runicznym – odparł Haxam. - Nie muszę spać, jeść, pić ani oddychać, a potrafię zwiększać siłę każdego maga w okolicy. A paladyni to też w pewnym sensie magowie, prawda?
Paladyn pogładził się po podbródku i zamyślił. Lutah już wcześniej bardzo pomagał ich zakonowi w najróżniejszych sprawach, najwyraźniej starał zyskać ich zaufanie. Człowiek podejrzewał, że najpewniej ma to jakiś związek z aniołami, maga pasjonowały te stworzenia w stopniu nieco niepokojącym. Ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, zwłaszcza jeżeli ten koń potrafi... zaraz, jakie niesamowite możliwości stwarzała ta istota!
- A więc z radością przywitamy cię w naszym zakonie. - Paladyn się uśmiechnął. - Tylko niestety paladynem nie zostaniesz, na to potrzeba trochę czasu, zresztą jako ten runiczny raczej nigdy nie zyskasz pozwolenia na coś takiego.
- Czym tak właściwie jest ten wasz zakon?
Paladyn już chciał odpowiedzieć, ale w tej chwili ujrzał zmęczone twarze ludzi z załogi. Powinien o nich pamiętać, rozmowa z jakimś runicznym może poczekać.
- Najlepiej będzie, jeżeli sam ci to pokażę. Wszyscy, chodźcie za mną. U stóp zakonu jest niewielka wioska, tam dostaniecie ciepłą strawę i odpoczniecie.
Odpowiedział mu chór zadowolonych mruknięć. Paladyn uśmiechnął się. Czasami pomaganie było naprawdę łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać.

Zakon okazał się być całkiem ładnym, warownym zameczkiem. Haxamowi spodobał się, gdy tylko na niego spojrzał. Czuł, że zdecydowanie zdoła odnaleźć się w tym miejscu. Załoga oraz Magrar zostali w wiosce, gdzie zajęli się nimi zatroskani mieszkańcy. Runiczni usłyszał od paladyna, że przez ten sztorm zginęło kilku ludzi z wioski, a w dodatku ich dieta znacznie się uszczupliła. Haxam nie został razem z nimi. Paladyn zaprowadził go do kamiennej bramy, przy której stało dwóch młodych mężczyzn w zbrojach. Na jego widok rozszerzyli szeroko oczy, ale nic nie powiedzieli. Kiedy runiczny wszedł do środka, ujrzał średniej wielkości dziedziniec, na którym mnóstwo ludzi ćwiczyło najrozmaitsze formy walki. Paladyn minął ich i skierował go do wielkiego budynku, który zajmował sporą część zamku.
- To zamek właściwy – powiedział, kiedy do niego weszli. - Mieści się tu większość pomieszczeń, kilka osobnych budynków to między innymi stajnia i zbrojownia.
Poprowadził go długim korytarzem i zatrzymał się dopiero, gdy ten się skończył. Przed nimi znajdowały się drzwi, na których białą farbą wymalowano dziwny znak, którego znaczenia Haxam nie znał.
- To pokój mistrza naszego zakonu – odezwał się paladyn. - Wejdź śmiało, nie gryzie.
Paladyn otworzył drzwi i zaprosił do środka runicznego zachęcającym gestem. Następnie zamknął za nim drzwi i stanął na uboczu, prostując się i splatając dłonie za plecami. W środku znajdowało się dość skromne pomieszczenie, w którym głównymi meblami było łóżko, biurko i niewielka szafa z boku. Przy biurku siedział posiwiały mężczyzna, który ze zmarszczonymi brwiami coś pisał. Gdy ich usłyszał, odłożył pióro i obrócił się w ich stronę. Zamarł, kiedy dostrzegł Haxama, ale szybko zauważył też paladyna kryjącego się za nim.
- Alamie, co to ma oznaczać?
- Tą osobę wysłał nam mag Lutah do pomocy. Ponoć potrafi wzmacniać magię.
- TĘ osobę – poprawił go Haxam.
- To nieistotne.
Mistrz paladynów przyjrzał się surowym wzrokiem runicznemu. Zdecydowanie nie należał do zwykłych osób odwiedzających to miejsce. Swoim wyglądem bardziej przypominał właściwie piekielnych niż kogoś, kto mógłby się zadawać za paladynami. Nagle zrozumiał, o co tu tak właściwie chodzi. Jeżeli ludzie zobaczą go wśród paladynów, to uznają go za tego dobrego. Zastanowił się. Czy rzeczywiście chciał pozwolić na coś takiego? Może Lutah się mylił i ta istota rzeczywiście pochodziła z Piekła? Paladyn nie wyczuwał co prawda od niej piekielnej aury, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
- Potrafisz wzmacniać magię, tak? - mruknął siwy mężczyzna. - To może mi to zademonstrujesz.
Haxam nie zastanawiał się zbyt wiele. Uruchomił swoje runy, a wydzielaną przez nie magię nakierował na starego paladyna. Potrafił już to robić od dawna. Na twarzy mężczyzny pojawiło się zdziwienie, które natychmiast zastąpiła błogość. Wyglądał na o wiele mniej spiętego. - Na pewno czuję się lepiej, ale muszę to sprawdzić.
Wyciągnął swoją dłoń do przodu, a wtedy Haxam przypomniał sobie o czymś ważnym.
- Proszę uważać, ktoś kiedyś się w ten sposób spalił. Bo nie wiedział, że jego moc była tak wielka.
Paladyn spojrzał na niego z zamyśleniem i kiwnął głową. Następnie zmarszczył lekko brwi, a na jego dłoni pojawiła się wielka kula ognia. Mężczyzna cofnął się o krok, a następnie czym prędzej ją zmniejszył.
- Zaprawdę interesujące.
- Czyli jak, mogę zostać?
Siwy paladyn spojrzał na Haxama i uśmiechnął się.
- Och, jestem pewien, że znajdzie się dla ciebie jakieś zadanie.

Rozdział IV
Czy jest jakaś odpowiedź na pytanie,
Jak ma przysłużyć się dobrej sprawie?

- Co my tak właściwe mamy tutaj zrobić?
Młody paladyn westchnął. Obecność niezwykłej istoty była dosyć niezwykła, ale jej ciekawość irytowała go.
- Już ci mówiłem. Mamy pozamiatać całą klatkę schodową, zanim zajdzie słońce.
- Spodziewałem się, że mistrz zechce inaczej wykorzystać moje talenty.
Młodzik zaśmiał się serdecznie.
- Ja też, mój drogi. Ja też. Spokojnie, wszyscy przez to przechodzą na początku. Potem będzie już ciekawiej.

Jak się okazało paladyni w swoim zamku mieli całą masę prac do wykonania, którymi musiał się zająć Haxam. Głównie polegały one na utrzymaniu porządku i niezwykle dziwiły one runicznego. Jednak nie sprzeciwiał się paladynom i ciągle robił wszystko, co tylko mu kazali Po kilku tygodniach zamiatanie podłogi przerwał mu Alam, który wszedł do pustego korytarza i rozejrzał się.
- Proszę, proszę, masz mój szacunek – mruknął paladyn. - Nie dość, że bez słowa wykonujesz te poniżające prace, to jeszcze nikt chyba nie robił tego w ten sposób. Większość młodzików odpada w siódmy dzień.
- Jestem cierpliwy z natury – mruknął Haxam. - Odczuwam czas w inny sposób. I dlaczego miałbym nie wytrzymać?
Alam przechylił głowę.
- Wiesz, większość osób przychodzi tutaj, bo ma ochotę walczyć ognistymi mieczami z piekielnymi bestiami. Gdy zamiast tego mają pozamiatać lub zrobić pranie, zazwyczaj są zbyt rozczarowani i szybko protestują. To część naszego treningu, poza tym możemy poznać charakter rekrutów.
- Walczyć ognistym mieczem? - Haxam wzdrygnął się. Miałby trzymać w rękach coś, co płonie? Mowy nie było! - Nigdy w życiu.
- W sumie racja, tobie bardziej młot bojowy by się nadał.
- Co takiego?
- Mniejsza z tym – powiedział Alam. - Przynoszę ci wiadomość. Wystarczy ci już tego zamiatania, teraz wykorzystasz swoje prawdziwe zdolności. Chodź za mną.
Runiczny zrobił to i razem z paladynem ruszyli labiryntem kamiennych korytarzy.
- Co mam zrobić?
- Potrzebuję pomocy w lekcji – odpowiedział paladyn. - Potrafisz kontrolować to, ile tej mocy przekazujesz?
- Mhm.
- Świetnie, moi uczniowie nie potrafią zrozumieć, że magia to nie zabawka. Pokażesz im, czym jest prawdziwa moc. Rzecz jasna nie przesadzaj, to jeszcze w gruncie rzeczy dzieciaki.
- Nie skrzywdzę ich – obiecał Haxam.
Niedługo potem dotarli do drzwi oznaczonych numerem dwadzieścia jeden. Ze środka dobiegały podniesione głosy.
- Oczywiście, pięć sekund nie można się spóźnić – mruknął Alam i otworzył drzwi, wchodząc do środka. Haxam wszedł za nim.
W pomieszczeniu na pierwszy rzut oka dało się rozpoznać salę lekcyjną, rzędy ławek i biurko na jej początku nie pozostawały żadnych złudzeń. Oprócz tego w ławkach tych siedzieli młodzi ludzie, którzy dość głośno pomiędzy sobą rozmawiali. Gdy tylko nauczyciel wszedł do środka, wszystkie głosy momentalnie umilkły i wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Uczniowie wyglądali na znudzonych, ale na ich twarzach pojawiało się zdziwienie, gdy za paladynem do sali wszedł runiczny. Haxam dostrzegł ich spojrzenia i zawahał się. Spojrzał na Alama nie wiedząc, co ma teraz zrobić.
- Moi drodzy, dzisiaj porozmawiamy o bezpieczeństwie w używaniu magii – powiedział Alam, ratując runicznego. - Wiele osób w waszym wieku bagatelizuje tę sprawę, ale to naprawdę poważne. - Nagle ujrzał podniesioną dłoń jednego z uczniów. - Tak?
- Co to jest? - spytał bezceremonialnie, wskazując na Haxama.
- KTO to jest, panie Nargin – poprawił go paladyn. - To osoba, która pomoże nam w dzisiejszej lekcji. To co, mamy jakiegoś ochotnika?
Wszyscy spojrzeli po sobie z lekkim strachem nie wiedząc, na co tak właściwie mogą się zgłosić. Alam błądził po sali spojrzeniem, uśmiechając się przy tym szeroko.
- W takim razie skoro już się pan odezwał, panie Nargin, to może pan zostanie ochotnikiem.
Choć z pozoru brzmiało to jak pytanie, młody uczeń nie miał wyjścia. Westchnął, wstał i zbliżył się do nauczyciela. Ten poklepał go po ramieniu.
- No, nie garb się tak, nic ci nie będzie, jeżeli tylko będziesz przestrzegać zasad bezpieczeństwa podczas używania magii.
Jego zrozpaczony wyraz twarzy mówił sam za siebie, że uczeń nie miał pojęcia, jak brzmią te zasady. Alam spojrzał na Haxama i skinął głową. Runiczny skupił się na młodzieńcu i utworzył pomiędzy nimi drobną ścieżkę, którą wędrowała magia. Chłopak ledwo się zatoczył i spojrzał zdezorientowany na nauczyciela. Ten podniósł z biurka woskową świecę i odsunął ją na odległość dłoni, w kierunku ucznia.
- Zapal tę świecę.
Młodzieniec spojrzał na niego ze zdziwieniem. Następnie skupił się na knocie i wymamrotał kilka słów. Zamiast samego knota, zapłonęła cała świeca. Ogień szybko strawił wosk, pozostawiając tylko stertę popiołów. Całe szczęście, pomyślał Alam, że była w stojaku.
- Jak pan widzi dużą moc ciężko kontrolować. O mało mi pan nie przypalił dłoni. A teraz... ktoś chętny na drugiego ochotnika?
Pozostali uczniowie, którzy dotąd z uwagą obserwowali świecę, natychmiast zerwali się z miejsc i pognali w stronę nauczyciela. Haxam jęknął w duchu.

- Dobra, słuchajcie mnie, wóz z niewolnikami będzie tędy przejeżdżać lada chwila – mówił paladyn, wskazując na rozwiniętą na ziemi mapę. - Zajmiecie pozycje dookoła drogi i przyszykujecie się. Na mój znak wszyscy odcinamy mu drogę, a następnie wkraczamy, eliminujemy strażników i uwalniamy niewolników. W miarę możliwości bierzecie wroga żywego, jeszcze się nam przyda. Jakieś pytania?
Żaden z trzech paladynów nie odpowiedział, Haxam również.
- W takim razie rozproszyć się i czekać na sygnał!
Paladyni natychmiast zniknęli w okolicznych zaroślach, a dowódca podszedł do skraju krzaków otaczających niewielką polanę i wyjrzał na drogę.
- Masz z nimi połączenie?
- Tak – powiedział Haxam. - Nie będą mieli żadnych problemów ze stworzeniem czterech ścian ognia.
Paladyn skinął głową z zadowoleniem.
- Zobaczymy, jak te twoje zdolności sobie poradzą w warunkach polowych. Na treningach szło całkiem nieźle.
Haxam nie odpowiedział. Wiedział, że teraz powinien zachowywać się cicho. Przez ostatnie tygodnie paladyni rzeczywiście nauczyli go, co musi, a czego nie może robić podczas misji. Jak zwykle przyjmował polecenia i nakazy dosyć łatwo. W lesie panowała teraz nieziemska wprost cisza, każdy dźwięk mógł zaalarmować wroga, jeżeli tylko znalazłby się za blisko. A dobrze byłoby dla nich, gdyby było wprost przeciwnie. Po chwili ich nadzieje się spełniły – runiczny dosłyszał skrzepienie kół kilku wozów, które zbliżały się w ich kierunku. Stojący obok niego paladyn zmarszczył brwi i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Niedługo potem dojrzeli wozy. Były trzy, każdemu towarzyszyło dwóch strażników na koniach. Wyglądały na mocno niezadbane, ich ładunek był niewidoczny, ponieważ posiadały zamkniętą ładownię, upodabniającą je nieco do powozów szlachciców. Gdy znalazły się dostatecznie blisko, paladyn dobył miecza i wrzasnął:
- Teraz!
Natychmiast zapłonęły cztery wielkie ściany płomieni, całkowicie zaskakując i unieruchamiając handlarzy niewolników. Paladyn wyparł z zarośli i ruszył w stronę wozów, podobnie jak jego trzej towarzysze. Gdy zbliżyli się do ognia, ten się po prostu rozstąpił, pozwalając im przejść na drugą stronę. Zaskoczeni strażnicy z początku zaczęli uciekać w jedno miejsce, lecz gdy dostrzegli ilość przeciwników, śmielej ruszyli do ataku. I to był ich błąd. Paladyni nie tylko posiadali doświadczenie oraz trening, ale także wzmocnioną moc magiczną. Błysnęło dwa razy i już liczba przeciwników się wyrównała. Widząc, jak ich towarzysze płoną, pozostali strażnicy zatrzymali się. Tych dopadli paladyni. Bez trudu ściągnęli ich z koni i powalili na ziemię. Ich dowódca wymamrotał coś i po chwili dłonie strażników łączyły kamienne kajdany.
- Schodzić z wozów i na ziemię – wrzasnął następnie do handlarzy, którzy obserwowali to wszystko z góry. Ci nie mieli wyboru. Posłusznie zeszli i pozwolili zakuć się w magicznie stworzone kajdany. Wtedy w ścianie ognia pojawiła się przerwa, znajdująca się blisko pozycji ukrytego w krzakach Haxama. Runiczny wyszedł i podszedł do paladynów.
- Świetnie się sprawiliście.
- Daruj sobie komplementów, trzeba sprawdzić, kogo przewozili. - Dowódca się zawahał i spojrzał na Haxama. - Świetnie się sprawiłeś, zdecydowanie przydałbyś się podczas innych misji.
- Przecież ja nic nie zrobiłem.
- Bezpośrednio owszem.
Pozostali paladyni podeszli do wozów i zaczęli otwierać ich ładownie. Z pierwszego wyszło kilku wychudzonych ludzi w obdartych szatach. W drugim było podobnie. Wszystkich ich paladyni rozwiązali i zapewnili, że są bezpieczni. W trzecim wozie nie znajdowało się kilka osób, tylko jedna.
- Eugona – mruknął jeden ze zdziwionych paladynów. - Jeszcze nigdy nie widziałem eugoniej niewolnicy.
- To nie ma znaczenia – warknął na niego dowódcę. - Zabieramy ją razem zresztą do pobliskiej wioski. Tam zapewnimy im na jakiś czas utrzymanie. Tymczasem, panie runiczny, szykuj się. Nie pozwolę, aby ktokolwiek inny miał z tobą kolejną misję.
- Coś czuję, że trochę będziesz musiał poczekać.
- Tak – parsknął paladyn. - Strasznie się o ciebie boją. Tak w ogóle, to jestem Noarh.
- Haxamandurimanderar, ale mów mi Haxem.
- Lepiej czym prędzej się stąd zabierajmy.

Haxem przyjrzał się mężczyźnie otoczonego przez grupę paladynów. Był to zdecydowanie mag, przyglądał mu się z wielką uwagą odkąd tylko go zobaczył. Zresztą to już runiczny usłyszał wcześniej, właśnie dlatego to właśnie w tej misji miał pomóc. Ten więzień był bardzo ważny dla zakonu, paladyni nie mogli dopuścić, aby ktokolwiek zdołał go odbić podczas przenosin do ich twierdzy. A zapowiadało się na to, że ktoś jak najbardziej spróbuje.
- Iseop Naxam – przeczytał naczelnik więzienia. - Nekromanta schwytany przez straż miejską w dziesiąty dzień miesiąca niedźwiedzia owego roku. Aresztowany za uprawianie nekromancji, rozkopywanie grobów, nekrofilię, liczne zabójstwa, liczne kradzieże i rozboje, bezczeszczenie świętych miejsc, nielegalny handel guzikami, organizowanie zbrojnego zamachu na władcę, liczne wykorzystania...
- Obejdzie się – przerwał mu Noarh.
Naczelnik rzucił mu mordercze spojrzenie, lecz na paladynie nie zrobiło ono większego wrażenia. Mężczyzna uśmiechnął się tylko przyjaźnie. Naczelnik westchnął i zwinął zadziwiająco długą listę z wypisanymi wszystkimi zbrodniami nekromanty. Haxem pomyślał, że jednak ludzie mają powód, aby tyle pisać. Po prostu nie spamiętaliby tego wszystkiego.
- Jak pan sobie życzy – mruknął naczelnik i przeszedł do bardziej ważnych spraw. - Zostanie przeniesiony do siedziby Zakonu Srebrnego Muru pod eskortą wysłanników powyższego. Tam odbędzie się jego sąd, na miejsce zostaną dostarczone wszystkie dowody oraz świadkowie.
- Zgadza się – powiedział Noarh. - Możemy już go ładować do tego wozu?
Naczelnik skinął głową i otworzył wielkie, drewniane drzwi, za którymi czekał już powóz na więźnia. Skrępowany mag został wepchnięty do środka przez paladynów, po czym ci zamknęli wóz, a jego drzwi zabezpieczyli kilkoma zamkami w tym takimi, które mogła otworzyć tylko ich magia. Następnie wszyscy wsiedli na swoje konie, które czekały na nich na poboczu ulicy. Haxam zajął miejsce u boku rosłego woźnicy z wielkim toporem na plecach. Mężczyzna rzucił mu ulotne spojrzenie, po czym natychmiast spojrzał dokładniej i szeroko rozszerzył oczy.
- Witaj, jestem Haxamandurimanderar, dla przyjaciół Haxem.
- Ar – mruknął mężczyzna. - Polecam się na przyszłość.
Haxam nie zdążył zapytać, o co tak właściwie chodzi, po po chwili wóz ruszył, a runiczny był przyzwyczajony, że nie należy przeszkadzać ludziom w pracy.

Jechali przez siedem dni, aż w końcu Haxam rozpoznał okolicę. Przejeżdżali przez las, w którym znajdowała się jedyna lądowa droga prowadząca do zamku zakonu. O ile przez większość drogi paladyni zachowywali się nieco nerwowo, o tyle teraz znacznie się już rozluźnili. Rozmawiali ze sobą na luźne tematy i nie podejrzewali, że reszta podróży będzie spokojna. Nagle świsnęła strzała, która trafiła Haxama prosto w głowę. Runiczny podniósł dłoń do czoła, na którym powstała dość spora rysa, a następnie w kierunku, z którego nadleciał pocisk. Z zarośli wypadła horda bestii wyglądających jak człowiek po śmierci. Nie mieli na sobie żadnego opancerzenia, ale w dłoniach dzierżyli imponujący arsenał broni.
- To pułapka! - krzyknął Noarh i chwycił niewielką kuszę przymocowaną do siodła. Gdy jednak dostrzegł, że nie jest ona załadowana, zaklął i odrzucił ją na bok. Następnie dobył miecza. - Wszyscy w krąg wokół wozu, nie pozwólcie im choćby podejść do niego!
Paladyni natychmiast to uczynili, pogonili konie tak, aby ustawiły się wokół pojazdu. Ar zeskoczył z wozu i chwycił swój topór. Przy okazji uciął w locie głowę szkieletu, który wyprzedził pozostałe. Następnie dołączył do paladynów. Haxam nie wiedział co ma robić, ale zdecydował, że póki co zostanie na wozie.
- Jeżeli będzie istniała szansa, że otworzą ten wóz, podpalcie go – powiedział jeszcze Noarh, po czym zaczęła się walka. Święcona broń paladynów świetnie sprawdzała się w walce z nieumarłymi, ale tych było naprawdę mnóstwo. W pewnej chwili śmignęła kolejna strzała, tym razem trafiając w głowę paladyna, który natychmiast zsunął się z konia. Haxam obserwował to wszystko z niedowierzaniem. Grupka paladynów świetnie sobie radziła z taką ilością przeciwników. Runiczny nie wiedział, ile to trwało, ale wrogowie w końcu zostali odparci. Widocznie paladyni wybili już wszystkich, ponieważ nikt więcej nie nadchodził.
- To chyba... sukces – powiedział jeden z paladynów.
Ar czym prędzej ruszył ku wozowi i wszedł na swoje miejsce.
- Ruszamy czym prędzej, zanim zlezie się tutaj więcej nieumarłych – nakazał woźnica.
- Tak jest – odpowiedzieli mu paladyni.
- A jak zobaczycie jakiegoś nieumarłego, to nie wahajcie się.
Ruszyli dalej, a niedługo potem dostrzegli mury zamku. Wkrótce wóz ponownie się zatrzymał, a paladyni zeskoczyli z koni i zaczęli otwierać celę maga.
- To było paskudne, zażądałbym więcej pieniędzy, ale skoro stracili tego młodzieńca, to szkoda mi ich tak dobijać.
Haxam przyjrzał się dokładniej wszystkim paladynom. Dopiero teraz zrozumiał, co się tak właściwie stało. Brakowało wśród nich Noarha, ich dowódcy. Haxam zacisnął pięść. Teraz nie mogli nawet go pochować, bo czas ich naglił. Ukryli go gdzieś w pobliskich krzakach, pewnie później się nim zajmą. Poświęcił się dlatego, aby mag mógł dotrzeć na miejsce. Cóż, przynajmniej jego śmierć miała jakiś sens...
- Nie ma go! - krzyknął ktoś.
- Zniknął!
Ar natychmiast zeskoczył na ziemię i podbiegł na drugi koniec w wozu. Haxam zrobił to samo. Cela dla więźnia była całkiem pusta, nie było nawet śladu po jego obecności.
- Ale... jak? Kiedy? - mamrotał Ar. - Te drzwi były cały czas zamknięte, a nie widać, aby wydrążył w podłodze otwór, czy coś.
- Magia – powiedział któryś z paladynów. - Ten nekromanta pewnie potrafił się teleportować! Tylko po co było to wszystko? Po co przez cały czas siedział w więzieniu i po co zaatakowali nas nieumarli.
Nikt nie odpowiedział. Każdy czuł, że ta misja nie mogła się gorzej powieść.

- Widzisz ich?
- Tak, jeden z nich właśnie wszedł do środka – wyszeptał paladyn, obserwując uważnie niepozorny budynek. - Wygląda na to, że wszyscy są w środku. Lepszej chwili nie będzie.
Haxam skinął głową i odszedł od okna. Pozostali paladyni siedzieli w milczeniu na wszystkich meblach, jakie znajdowały się na strychu.
- Trzymamy się planu?
Haxam przyjrzał się wszystkim obecnym i uśmiechnął się. Tak, zdecydowanie ten plan nadawał się na taką okazję.
- Można to łatwo załatwić w ten sposób – odpowiedział runiczny. - A ja się i tak ich nie boję. Po co zrobią kamieniowi?
Paladyni skinęli głowami. Nie mieli na sobie swoich lśniących zbroi i bardzo trudno byłoby w nich rozpoznać wojowników Pana. Wszyscy jednocześnie wstali i ruszyli w stronę schodów. Będą wychodzić pojedynczo i różnymi wyjściami, aby nie wzbudzić nagle sensacji. Trochę to musiało potrwać, więc Haxam zaczął przechadzać się po pokoju, myśląc intensywnie nad tym, co takiego mogło pójść nie tak. Zdecydowanie zbyt wiele. Ale drugiej szansy nie dostaną, teraz trzeba zaryzykować.
- Jak mi idzie? - zapytał paladyna stojącego przy oknie.
- Całkiem nieźle, choć nie dałbym ci jeszcze dowodzić jakąś akcją – powiedział Alam, uśmiechając się pod nosem. - Masz za mało pewności siebie, zresztą twoje umiejętności walki są... ograniczone. A to niedobrze.
Haxam skinął głową. Po kilkudziesięciu minutach wszyscy opuścili już budynek, a runiczny sięgnął do swojego medalionu zawieszonego na szyi i uruchomił go. Natychmiast przybrał postać mężczyzny w płaszczu, zupełnie niczym się niewyróżniającego od przeciętnego człowieka.
- Jak wyglądam?
- Normalnie. Sądzę, że dadzą się nabrać.
- Myślisz, że będą tak naiwni?
- To nowa gildia, starą dopadliśmy dwa lata temu. Amatorzy zdecydowanie otworzą ci drzwi.
Haxam kiwnął głową, po czym ruszył w stronę wyjścia. Gdy znalazł się już na zewnątrz, rozejrzał się wokół. Wiedział, że paladyni są skryci w mroku, ale ich nie widział. Tutaj walczyć ze sobą będą zawodowcy i amatorzy. Podszedł do obserwowanego przez nich budynku i zapukał w drzwi. Przez chwilę nic się nie działo, ale po chwili te uchyliły się, a na zewnątrz zajrzał mężczyzna w płaszczu identycznym, co iluzja Haxama.
- Panowie, macie kłopoty – powiedział runiczny. - Albo zapłacicie mi dwieście ruenów, albo zaraz zjawią się tu strażnicy.
Mężczyzna w drzwiach szeroko otworzył oczy i spojrzał za siebie. Haxam wiedział, co się za chwilę wydarzy, ale i tak czuł się niepewnie. Po chwili drzwi otworzyły się na oścież, a na runicznego wyskoczyło pięciu mężczyzn z nożami w dłoniach. Ku ich zaskoczeniom te odbiły się od skóry człowieka jakby nigdy nic, nie zostawiając na niej nawet najmniejszego śladu. Zanim zdołali się zorientować, już dopadło ich kilku paladynów, wytrącając broń z rąk i powalając na ziemię. Kilku kolejnych wkroczyło do mieszkania i dostrzegło zamykającą się ścianę.
- Haxam, pomóż nam.
Runiczny zrozumiał. Połączył się z wszystkimi paladynami, jednocześnie zrzucając z siebie iluzję. Jeden z paladynów, czując przypływ mocy, wyciągnął dłoń w kierunku ściany z sekretnym przejściem, która natychmiast eksplodowała, ujawniając ukryty tunel ze schodami. Wojownicy czym prędzej ku niemu podążyli. Rozległy się odgłosy walki i kilku wybuchów, ale po chwili wszyscy wrócili z powrotem do pomieszczenia, ciągnąc ze sobą kilku związanych ludzi.
- To wszyscy – powiedział jeden z paladynów. - Zadanie wykonane, możemy wracać do zakonu.
Haxam skinął głową.
- Doprawdy dobra robota.

- Co to tak właściwie ma oznaczać?
Haxam przypatrywał się znakowi, którego kontury znajdowały się na jego ramieniu. Póki co przypominał ten cały herb zakonu, ale runiczny nie miał pojęcia, po co ci ludzie to robią. Co prawda dość zręcznie unikali jego run, ale sam fakt malowania po jego skórze jakoś mu się nie podobał.
- Że jesteś jednym z nas – odpowiedział mu Alam. Jeden z mężczyzn krzątających się po całym pomieszczeniu podszedł do Haxama i zaczął nakładać na rysunek kolejne porcje czarnej farby. - Chciałeś zyskać sobie w oczach ludzi? Nosząc znak zakonu paladynów na pewno ci się to uda.
- Czyli co, będę mógł już normalnie chodzić po ulicach?
Paladyn przyglądał się, jak na rysunku pojawiają się kolejne detale ich dumnego herbu. Był on znany przez dość dużą liczbę ludzi w całej Alaranii, o ile zwykli ludzie mogą go nie rozpoznać, to większość oficerów powinna. Dzięki temu Haxam mógł uniknąć problemów ze strony stróżów prawa.
- Wydaje mi się, że tak. Gorzej na pewno nie będzie.
- Czy to ma jakiś związek z tą ostatnią misją?
- Być może – paladyn uśmiechnął się lekko. - Na pewno dostrzeżono już twoje możliwości. A jako, że jesteś z nami już parę miesięcy, to mają dodatkowy powód, aby uznać się za godnego noszenia tego znaku.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Teraz już dwóch mężczyzn nakładało na kamienne ciało Haxama kolejne warstwy różnokolorowych farb. O ile runiczny się orientował, farby te były wykonane w jakiś specjalny sposób, aby trzymać się pomimo nietypowego płótna. Po kilkunastu minutach mężczyźni skończyli prace i dołożyli pędzle na bok, przyglądając się swojemu dziełu.
- Kamień jest ciekawym materiałem – mruknął jeden z nich. - Ten rysunek utrzyma się naprawdę długo, nawet jeżeli wpadniesz do wody. Jest już częścią ciebie, magia struktury bywa przydatna.
Haxam spojrzał na herb. Wyglądało na to, że zrobił już to, co powinien.

- Znowu atak na konwój? - mruknął Haxam, obserwując wozy powoli zbliżające się w ich stronę.
- Jakie znowu? Tamta misja była kilka miesięcy temu, chyba nie powinno się już tak mówić.
Runiczny wzruszył ramionami.
- Jak dla mnie kilka miesięcy to krótko.
Jeden z pięciu wozów przewoził naprawdę cenny ładunek, który mieli przejąć i dostarczyć do zakonu. Żaden z paladynów wysłanych na tę misję nie miał pojęcia, czym tak właściwie jest ta rzecz.
- Robimy tak, jak ostatnio?
Paladyn stojący obok niego spojrzał z zamyśleniem na runicznego. Tylko on z całego ich zespołu był obecny przy tamtym ataku na handlarzy niewolnikami.
- Sądzę, że powinien się i teraz udać. Inni są gotowi.
Haxam skupił się na połączeniu z pozostałymi paladynami. Niedługo potem zaczęła przepływać magiczna energia. Wszyscy znieruchomieli, czekając, aż wozy przejadą obok nich. Paladyni byli ukryci wszędzie dookoła drogi – w krzakach, na drzewach, w rowach. Po kilkunastu minutach wozy znalazły się dostatecznie blisko. Stojący obok Haxama paladyn uważnie obserwował wszystkie, czekając na właściwy moment.
- Otoczyć ich ogniem – krzyknął nagle, a wokół wozów zapłonął wielki krąg ognia. Wszyscy paladyni wypadli na drogę, ale nagle stało się coś, czego nikt nie przewidział. Wszystkie ognie momentalnie zgasły, a z ziemi zaczęły wyrastać kamienne sylwetki. Haxem obserwował z niedowierzaniem, jak kamienni wojownicy ruszają na atakujących ich paladynów.
- Cholera – krzyknął ten stojący obok niego i wypadł z krzaków, rzucając się na pomoc towarzyszom. Na dużo się to jednak nie zdało, połączone siły kamiennych istot i strażników karawany skutecznie zdołała odeprzeć ich atak, zmuszając do obrony. Ludzie długo nie zdołali się utrzymać, padali jeden po drugim.
Haxam nie wiedział, co ma teraz zrobić. Paladyni korzystali z jego magii, ale ta zdawała się nie robić żadnego wrażenia na kamiennych wojownikach. Runiczny bezradnie obserwował, jak upada ostatni z paladynów. Nagle poczuł, że ciało zaczyna odmawiać mu posłuszeństwa. Osunął się na ziemię, nie wiedząc, co się dzieje i utracił kontakt ze światem.

- Widziałeś kiedyś coś takiego?
- Oczywiście, że tak. Sztucznie stworzona forma życia obdarzona samoświadomością żyjąca dzięki umieszczonym na jej ciele runom oraz duszy powstałej z połączenia kilku innych. Wygląda na to, że jednak się udało.
Haxam widział wokół siebie zamazane kształty. Jego wzrok był jeszcze bardziej słaby, niż zazwyczaj. Czuł dziwny ból w ciele i po chwili zrozumiał, że nie może się ruszać. Dostrzegł jakiś ruch po swojej prawej stronie, nawet dość sporo ruchów.
- Trzeba będzie przetransportować go do Maurii. On musi to zobaczyć.
- Nie możemy tam tak po prostu wrócić. Najpierw musimy udać się do...
- Ta sprawa może zaczekać. Jako twój dowódca nakazuję ci...
- Kto cię niby mianował moim dowódcą?
- Jestem od ciebie wyższy w hierarchii, co automa...
- Gdzieś mam tę jego hierarchię. Jego tutaj...
- A może chcesz, żebym uwolnił to stworzenie?
- Ach, niech ci już będzie!
Wzrok runicznego zaczął wracać do normy, rozpoznawał już zarysy przedmiotów. Dostrzegł, że znajduje się w jakimś niewielkim, drewnianym pomieszczeniu. Leżał na stole, obok niego chodziło dwóch mężczyzn w czarnych szatach.
- Chyba zaczyna się budzić.
- To coś może w ogóle spać?
- Raczej hibernować. Odłączyć kontakt swojej duszy z ciałem. A to może zrobić też ktoś inny, o ile tylko zna się na magii energii.
- No to zrób to!
- Coś ty taki strachliwy?
- Zrób to!
Świat zamazał się przed oczami Haxama. Poczuł, że zaczyna tracić kontrolę nad własnym ciałem. Potem nastąpiła ciemność.

Tym razem przebudzenie wyglądało inaczej. Od razu widział wszystko, co się działo wokół niego. Dostrzegł, że znajduje się w innym pomieszczeniu, ale podobnym do tego, w którym był wcześniej. W pobliżu nie dostrzegł żadnego z dwóch mężczyzn, ale gdzieś w oddali słychać było dziwne odgłosy. Haxam powoli wstał i spojrzał na drewniane drzwi blokujące mu dalszą drogę. Podszedł do nich i spróbował otworzyć, ale były zamknięte na klucz. Nagle coś zgrzytnęło, a drzwi uchyliły się. Zanim runiczny zdołał cokolwiek zrobić, sztylet znalazł się przy jego szyi.
- Co do...
W drzwiach stał średniego wzrostu mężczyzna w czarnym płaszczu. Ze zdziwieniem spoglądał na Haxama.
- Czym ty jesteś?
- Haxamandurimanderar. Kim ty jesteś?
Mężczyzna spojrzał za siebie. W oddali rozległ się dźwięk wybuchu.
- Lepiej chodź z nami. Chyba, że chcesz tutaj zostać. Drzwi przecież można równie łatwo zamknąć, co otworzyć
Haxam doskonale widział niewielkie pomieszczenie.
- Prowadź.

* * / * *

- Co takiego?! - spytał zszokowany Nargin. - Powtórz to.
- Gidlia Złodziei z Leonii żąda okupu w wysokości trzydziesięciu tysięcy ruenów w zamian za uwolnienie Haxama – powiedział młody paladyn.
- Myślałem, że została doszczętnie rozbita.
- Wygląda na to, że się myliliśmy. Przeklęci złodzieje, zawsze coś wykombinują. Co teraz zrobimy?
Nargin spojrzał przez okno na dziedziniec zamku i zamyślił się.
- Prześlij wiadomość Lutahowi. Powinien o tym wiedzieć.
- A co z okupem?
Nargrin spojrzał na paladyna.
- Obawiam się, że nie możemy go zapłacić.

* * / * *

Złodzieje prowadzili Haxama przez podziemne tunele. Nie wiedział, dokąd zmierzają, przez ostatnie dni był przenoszony wiele razy. Szybko się zorientował, że złodzieje traktowali go jak jeńca, ale nic nie mógł z tym zrobić. Może i ciężko było go zabić, ale przecież nie mógł otworzyć żadnych z drzwi, ani nawet ich wyważyć.
- Wygląda na to, że paladynom nie za bardzo na tobie zależy – powiedział jeden ze złodziei. - Ale masz szczęście, szybko znalazł się na ciebie jakiś kupiec, to nie powinieneś czuć się samotny.
Haxam spojrzał ze zdziwieniem na złodzieja. Nie wiedział, co o tym myśleć. Niby powinien się martwić, ale w sumie nie widział żadnych większych wad tego. W sumie już i tak u paladynów zrobił to, co powinien, a jeżeli znalazłby nowego właściciela, to mógłby znowu zwiedzać świat. A przynajmniej istniała taka możliwość. Zanim się zorientował, dotarł do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdował się stół i kilka krzeseł. Na jednym z nich siedział człowiek w niebieskim płaszczu, który wydał się runicznemu dziwnie znajomy.
- Oto i on – powiedział jeden ze złodziei, wskazując na runicznego. - A teraz pieniądze.
Człowiek skinął głową i postawił na stół niewielką, drewnianą szkatułkę. Złodziej pośpiesznie po nią sięgnął i otworzył. Zamarł.
- Przecież... ona jest pusta.
- Haxam, teraz! - krzyknął mężczyzna w płaszczu, a Haxam natychmiast rozpoznał jego głos. Czym prędzej rozpoczął wzmacnianie jego magii. Złodzieje momentalnie znieruchomieli, gdy ich ciało pokryła lodowa powłoka.
- Dobra robota – mruknął człowiek. - Widzę, że trochę się nauczyłeś u paladynów. Teraz wrócisz ze mną, chyba już zrobiłeś to, co miałeś.
- Jak sobie życzysz, Halan.

Rozdział V
W mądrości siła wielka jest ukryta,
Która przez wiek wieków nie znika.

- Powtórz to jeszcze raz – nakazał mu Halan.
- Magia podzielona jest na pięć kręgów, z których każdy posiada cztery konkretne dziedziny.
- Dobrze – powiedział czarodziej i nalał sobie zupy do miski, po czym położył ją na stole i usiadł. - Na dziś chyba wystarczy tej nauki. A więc mówisz, że Alear ustatkował się w Kryształowym Królestwie?
- Tak – odrzekł Haxam. - Dziwnie było tak wędrować samotnie bez celu.
Halan skinął z powagą głową.
- Wierzyć mi się nie chce, że podczas takiego szmatu czasu prawie niczego się nie nauczyłeś.
- Nigdy jakoś nie było okazji. Tyle było tego wędrowania...
- Tak być nie może – powiedział Halan, przełykając łyk zupy. Nagle szeroko otworzył oczy. - Już wiem! Nauczę cię gotować! W ten sposób będziesz mógł zarobić.
- Nauczysz mnie sporządzać tę zupę? - spytał Haxam ze zdziwieniem. - Ludzie reagują na nią jak na jakiś skarb.
- Dokładnie. - Mag machał w powietrzu łyżką, tocząc swój wywód. - Jeżeli będziesz w tarapatach to wyjdziesz z nich sporządzając moją zupę! Tylko pomyśl! A przecież nie tylko tego cię nauczę. Ile jeszcze dań mogę sporządzić! Och, to będzie piękne!
- Chyba nigdy nie zrozumiem, co ludzie widzą w tym jedzeniu.
- Nic dziwnego.

Haxam pomyślał, że Kryształowe Królestwo niewiele się zmieniło od czasu jego ostatnich odwiedzin. Tak właściwie, to runiczny nie potrafił dostrzec żadnej różnicy oprócz tej, że teraz razem z nim przywędrował tutaj Halan.
- Gdzie mieszka?
- Pamiętam. Zaprowadzę cię.
Haxam ruszył ulicami w stronę domu Aleara. Niedługo potem dotarli do całkiem porządnego budynku zbudowanego w typowo elfim stylu. Haxam podszedł do drzwi i zapukał. Rozległ się dźwięk przynoszący na myśl mnóstwo rzeczy, które nagle upadły na podłogę, jakby były ułożone w stos. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Alear. Na ich widok szeroko otworzył oczy.
- Haxam, Halan! Dobra, was się akurat nie spodziewałem.
- Alear – czarodziej szeroko rozłożył ręce i uścisnął elfa. - Nic się nie zmieniłeś, ale to dla was akurat normalne.
- A dla was to nie?
Dwaj mężczyźni roześmiali się, po czym Alear spojrzał na Haxama i wysoko uniósł brwi.
- Oho, ktoś tu się jednak trochę zmienił. Fajny rysunek.
- To herb zakonu – wyjaśnił runiczny.
- Zakonu? Proszę, proszę, ktoś tutaj ciekawie spędził te dwa lata, czyż nie?
- Przecież wiesz, że ja się nigdy nie nudzę. Trochę bez sensu to pytanie.
- Dlaczego tutaj jesteście? – spytał Alear.
- Pomyślałem, że dobrze będzie odwiedzić starego przyjaciela – mruknął Halan. - A oprócz tego mam pewną sprawę. Otóż postanowiłem nauczyć Haxama najwięcej, jak tylko można. Przynajmniej z tych rzeczy, które rzeczywiście mogą mu się przydać.
- Czyli zostajecie na dłużej? – Elf uśmiechnął się
- Na to wychodzi. I zanim zapytasz, tak, ugotuję ci trochę zupy.
- Ugotujesz? Lepiej naucz tego Ivelię, a możesz tutaj zostać, ile tylko zechcesz. A przy okazji, Haxam, co zrobiłeś z tym kirysem?
- Oddałem paladynom – odpowiedział Haxam. - Uznałem, że im bardziej się przyda.
Alear jęknął.
- Cóż, może rzeczywiście lepiej złożyć ofiarę Panu, ale aż taką wielką? Ten smok o mało nas nie spalił.
- Zaraz, jaki smok? - zapytał Halan. - Haxamie, czyżbyś mi o czymś nie powiedział.
- Wybacz, nie wydawało mi się to być istotnie.
- Oj, czarodzieju. - Alear zaśmiał się. - Wchodź do środka, to opowiem ci pełną wersję tej historii.

U Aleara spędzili kilkanaście tygodni. Haxam przez ten czas zaprzyjaźnił się z żoną Aleara, z którą nigdy nie miał jakoś czasu porozmawiać. Chciał też odwiedzić wampirzycę pracującą w miejscowej aptece, jednak okazało się, że ta umarła rok temu w tajemniczych okolicznościach. Haxamowi było przykro. Zrobiła dla niego ten medalion, dzięki któremu mógł udawać człowieka. Co prawda nie używał go zbyt często, ale nieraz okazywał się bardzo przydatny. Elf nauczył go o dosyć wielu sprawach. Głównie o sprawach handlu oraz wymianie dóbr, o czym Haxam do tej pory nie miał najmniejszego pojęcia, ale okazało się, że Ivelia także posiada dość rozwiniętą wiedzę na temat zjawisk występujących w Alaranii. Haxam był zaskoczony ilością rzeczy, o których wcześniej nie miał żadnego pojęcia. Bardzo żałował, że nie mógł zostać u elfa jeszcze dłużej, ale Halan stanowczo chciał wyruszyć w dalszą drogę. Więc w końcu zaczęli się zbierać. Późnym latem, w ciepły wieczór Halan otworzył drzwi elfickiego domu i wciągnął głęboko powietrze.
- Tak, za długo się tutaj zasiedzieliśmy – odezwał się do Haxama, który stał za nim. Czarodziej czym prędzej wyszedł z budynku i już po chwili stali przed nim razem z Alearem i Ivelią. - Dziękujemy wam bardzo za gościnę, coś czuję, że stanowczo ją nadwyrężyliśmy.
- Nie ma o czym mówić – odpowiedział elf. - Z tą zupą to mógłbyś tu zostać i rok!
Halan uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Haxama.
- A ty? Jak sądzisz, długo już tu jesteśmy?
- Dobrze wiesz, że dla mnie zawsze jest krótko – odrzekł runiczny. - Mogę tu czekać ile zechcecie, abyście tylko mogli się pożegnać.
- Właśnie - zakrzyknął Halan. - My tutaj sobie rozmawiamy, a trakt wzywa! Bardzo miło było z wami przebywać. Oby bogowie dobrze was prowadzili w waszym życiu.
- I was też – powiedziała Ivelia. - Niech wasze ścieżki pozostaną proste i drzewa ustępują wam drogi.
- Choć, Haxam – powiedział czarodziej i ruszył ulicą, oddalając się od elfów. - Jak myślisz, dokąd teraz powinniśmy wyruszyć?
- Do jakiegoś miejsca, którego nie znam. Gdzieś, gdzie zobaczę coś, czego nie zobaczyłem.
Halan pokiwał głową.
- Spotkałeś kiedyś nieumarłych?
- Tylko wampiry, chyba należą do tej kategorii.
- A i owszem, ale to tylko część. Nieumarli żyją w Karnsteinie i w Maurii, a skoro w tym pierwszym są to głównie wampiry, to wybieramy się do Mrocznych Dolin!
- A daleko to jest?
- Trochę.

Choć Haxam mógł bardzo długo iść bez żadnego odpoczynku, którego tak właściwie wcale nie potrzebował, to Halan nie miał tak dobrze. Podróż trwała znacznie dłużej, niż przewidywał runiczny głównie ze względu na to, że czarodziej musiał każdej nocy spać, przez co tracili połowę czasu. Haxam jednak to rozumiał i akceptował, w dodatku nie mógł narzekać na to, że tak to się dłuży. W końcu jednak w oddali ujrzeli dziwny las, którego widok bardzo uradował czarodzieja. Stali właśnie na dość sporym wzgórzu i przyglądali się okolicy.
- Widzisz ten cień, tam w oddali? - spytał Halan. - To właśnie Mroczne Doliny, gdzie żyją nieumarli. Paskudne miejsce, jeżeli nie potrafisz sobie z nimi poradzić. Trzymaj się po prostu mnie i daj mi mówić, a wszystko powinno być dobrze.
- Rozumiem – powiedział Haxam.
- Cieszysz się, że niedługo tam przybędziesz
- Ciekawie będzie ujrzeć coś nowego.
Nagle zauważył, że coś się do nich zbliża od tyłu. Ktoś próbował się do nich zakraść, ale niezwykły wzrok Haxama udaremnił mu to, a ten nawet o tym nie wiedział.
- Halan, ktoś do nas podchodzi – odezwał się runiczny.
Czarodziej natychmiast się obrócił i zdołał dostrzec kawałek płaszcza znikający za jednym z drzew.
- Hej, ty tam, wyłaź mi no natychmiast, widzę cię doskonale.
Przez chwilę trwała cisza, po czym zza drzewa wyłonił się czarnowłosy mężczyzna dzierżący w dłoniach dwa całkiem spore miecze, które na oko Haxama nie powinien móc unieść. Człowiek wyglądał niepozornie, ale posiadał naprawdę dużą siłą.
- Brawo – mruknął. - Dosyć już miałem tej skradaniny, coś takiego nie przystoi komuś takiemu, jak ja. A teraz, staruchu, odsuń się od tej kamiennej rzeźby i lepiej nie rób niczego dobrego.
Czarodziej zmarszczył brwi i spojrzał na Haxama. Ten skinął głową, dając mu znak, że rozumie, po czym rozpoczął wspieranie siły magicznej Halana. Czarodziej natychmiast poczuł, jak wstępują w niego siły. Ruszył pewnym krokiem w stronę mężczyzny z dwoma mieczami. Ten wyszczerzył zęby i wyszedł mu naprzeciw. Dwaj mężczyźni stanęli w odległości kilku metrów i zaczęli się sobie przyglądać.
- Wyglądasz niepozornie, staruchu – powiedział czarnowłosy. - Ale nie z nami takie sztuczki.
- A z wami, to znaczy z kim? - spytał czarodziej.
- Ze mną i jeszcze większą staruchą od ciebie.
Nagle Haxam dostrzegł ruch nad Halanem, gdzieś między gałęziami.
- Uważaj!
Nie zdążył na czas. Z góry zeskoczyła kobieta odziana w skórzaną zbroję i spadła na czarodzieja, wbijając w jego kark ostrze dziwnej kosy o niezwykle krótkim trzonie. Halan upadł i znieruchomiał, a kobieta uśmiechnęła się, po czym podniosła wzrok na mężczyznę.
- Jeszcze większa starucha, co?
- Przynajmniej trzy razy starsza – zaśmiał się tamten. - Chociaż nieźle się trzymasz, jak na tak starą.
- Młodziki – prychnęła kobieta i spojrzała na Haxama. - Proszę, proszę, kogo my tu mamy?
- On na pewno się nim zainteresuje – powiedział mężczyzna, razem z kobietą podchodząc do runicznego. - Czułaś tę moc bijącą od niego? Nasze szczęście, że wpadł prosto w nasze łapy.
- Te twoje żarty wcale nie są śmieszne młody – powiedziała kobieta, która wyglądała na jeszcze młodszą od niego. - Co najwyżej żenujące. Nie mamy czasu, aby zabrać go do niego. Jestem zbyt głodna, od kilku tygodni niczego nie jadłam. Powiedz mi, że masz tu gdzieś ukrytego byka.
Mężczyzna uśmiechnął się.
- A jak najbardziej, opodal znajduje się jaskinia, w której kiedyś mieszkał taki rozkoszny misiek. Mamy woła, ale można i jego zjeść, jeszcze trochę mi zostało.
- Mmm – kobieta oblizała się i chwyciła Haxama za ramię. Miała żelazny uścisk. - Prowadź.

Jaskinia rzeczywiście znajdowała się niedaleko, a w jej wnętrzu mnóstwo było zwierzęcych resztek i stosów kości. Haxam nabrał przekonania, że to nie mogą być ludzie. Jedli zbyt dużo jedzenia i zbyt łapczywie. Zresztą byli na to zbyt silni. Gdy zajęli się spożywaniem strawy, runiczny oddalił się i zaczął chodzić po jaskini, obserwując stosy kości. Nie znał się na zwierzętach, ale stwierdził, że tutaj musiało zginąć ich naprawdę wiele. Nagle zauważył coś, co go zdziwiło. Światło, jaskinia posiadała drugie wyjście. Obejrzał się jeszcze za siebie i starał się zauważyć dwójkę ludzi, ale nie zdołał nic dostrzec. Zastanowił się. Warto było uciekać? W sumie ci dwoje zabili Halana, co nie podobało się Haxamowi, a on sam jednak był ciekaw, jak wyglądają ci nieumarli. Dostrzegł, że obok niego leży sękaty kij przykryty w połowie płaszczem. Podniósł kij i chwycił go pewnie. Tak, lepiej było ruszyć w drogę. Skierował się w stronę światła i po chwili już znajdował się na zewnątrz. Dostrzegł kamienną drogę, prowadzącą w nieznanym kierunku. Skierował się w jej stronę. Dużo już przeżył, lecz jeszcze więcej czekało na przeżycie. A droga nie miała końca. Pewnie ściskając kij w ręce, ruszył przed siebie na poszukiwania jej końca. Niedługo przekona się, czy dobrze wybrał swój cel.

Dane gracza: Haxam

Nazwa użytkownika:
Haxam
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Inne Postacie:
Dérigéntirh, Derogan, Avrir, Vergrin, Ognaruks, Saerahen,
Martwe postacie:
Malugard
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Pn mar 02, 2015 7:22 pm
Ostatnia wizyta:
So maja 07, 2016 6:59 pm
Liczba postów:
24 | Znajdź posty użytkownika
(0.03% wszystkich postów / 0.02 posty dziennie)
Ostatni post:
[Przy leśnej drodze...] Dług wdzięczności
Wt maja 03, 2016 5:32 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Las Driad
(Posty: 23 / 95.83% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Pełnia chaosu
(Posty: 16 / 66.67% postów użytkownika)
cron