Profil użytkownika Lokstar

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Lokstar Hellgun Van Yallan
Rasa: Przemieniony z Łowcy Dusz - Dawniej człowiek, kapłan.
Wiek: 815 lat (z wyglądu ok. 40)


Aura

Aura lśni soczystą barwą cyny, w której to dostrzec można zalążek kobaltu. Oblana pełnym blaskiem złota, zdaje się nie wydzielać żadnej poświaty. Chociaż niektórzy twierdzą, że dostrzegają jej topazowy blask. Rozbrzmiewa kakofonią jęków, a za nimi ciągnie się rytmiczne buczenie przerywane ciszą. W dotyku dość twarda, niezwykle giętka, wyróżnia się niezwykłą ostrością. Gładka powierzchnia wielokrotnie przerywana jest szorstkimi pasmami. Pachnie dość specyficznie, ponieważ, jak na ironię, nie daje się określić w żaden sposób. W smaku zdecydowanie łagodna, delikatnie lepi gorzki smak do podniebienia.


Wygląd

    Żaden szanujący się kanciarz nie będzie chodził w łachmanach. Wszak jeśli jest taki dobry za jakiego się uważa powinno go być stać na lepsze ciuchy. I tak jest w przypadku Lokstara. Jego ulubiony styl ubierania się jest dość klasyczny jednak przykuwający uwagę. Ciemny kapelusz zagiętymi bokami ku górze z zatkniętym za ozdobną tasiemkę białe pióro oraz podniszczony as wyciągnięty z jakieś talii kart. Całość wykonana z dobrej jakości skóry. Spod niego wystają długie, kruczoczarne włosy spięte w kitę. Metalowy kolczyk w kształcie kwadratu w lewym uchu. Same uszy są zwyczajne. Na nosie okrągłe, ciemne okulary, które kryją złote, demoniczne oczy o pionowych źrenicach zwieńczone wąskimi brwiami. Między nimi, w dół, schodzi nieduży nos osadzony nad wąskimi, lekko zaróżowionymi wargami, które kryją szeregi białych zębów z dłuższymi niż na człowieka przystało kłami. Choć nie takimi, jakimi mogą poszczycić się wampiry. Twarz typowego zmęczonego czasem i podróżami mężczyzny. Wygląda na mniej więcej czterdzieści lat. Niektórzy dają mu więcej, inni mniej. Zgrabnie zarysowana szczęka dodaje trochę pikanterii jego dość schludnej twarzy. W ustach nieodzowna, drewniana wykałaczka. Na szyi wisi coś w rodzaju talizmanu o bliżej nieokreślonym kształcie - powykręcany we wszystkie strony symbol splatający się sam ze sobą. Schowany jest pod dość głęboko rozpiętą pod szyją, czarną koszulą wpuszczoną w spodnie. Na niej kamizelka w kolorze ciemnego bordo lub jak kto woli krwi. Spodnie długie, ciemne, szerokie, opadające luźno na buty. Szwy przyozdobione jasnym wątkiem, wyraźnie odcinającym się od materiału z jakiego wykonana jest dolna część garderoby. Na prawym udzie wisi cienki złoty łańcuszek, na którym jest doczepione jedno białe pióro. Przez szlufki przepuszczone dwa pasy. Jeden gruby, z masywną klamrą przytrzymuje na swoim miejscu całość, drugi nieco cieńszy, przewieszony przez prawe biodro, służy jako wieszak na sztylet i kilka małych sakiewek, zawierającymi między innymi talię kart. Buty na niewielkim podbiciu, uszyte z drogiej skóry, które wygrał gdzieś w jakieś karczmie w pokera; są niemal nie do zdarcia. Prawy z pary zdobiony jest wzorami plemiennymi nieznanego pochodzenia. Na palcu, u lewej dłoni srebrny pierścień, wyżej, na nadgarstku, coś w rodzaju ochraniacza ze skrytką na niewielki nóż, czy asa. Na prawej dłoni rękawiczka z obciętymi palcami – kciukiem, wskazującym i środkowym. Na ramieniu nad łokciem opaska, która rzekomo jest torbą, jednak nikt nigdy nie widział jej działania. Jedynie sam właściciel wie jak jej używać. Całość sylwetki przykryta jest długim, ciężkim płaszczem, zapewniającym ochronę przed zimnem, wiatrem jak i ostrymi zaroślami. Poza tym chroni również skutecznie przed deszczem. Ma w nim też kilkanaście kieszeni i mniejszych schowków na drobiazgi. Kilka pętli po wewnętrznej stronie idealnie nadaje się do przechowywania krótkich mieczy czy innych zabawek.
    Lokstar chodzi pewnie i dumnie, choć z nutą nonszalancji. Każdemu jego krokowi po podłodze w karczmie towarzyszy dźwięk uderzenia obcasa. Ręce trzyma w kieszeni, plecy wyprostowane, twarz skrytą w cieniu kapelusza. W ustach wygiętych w zadziornym, mówiącym o pewności siebie, uśmieszku wędruje co jakiś czas wykałaczka. Mówi swobodnie i nie tłamszą go nawet silniejsi, czy wyżej postawieni. Wszystkie wypowiadane słowa są ciepłe. Nawet gdy przemawia przez niego gniew, co zdarza się niezwykle rzadko jego głos wciąż brzmi ciepło z lekką chrypką. Ogranicza gesty do minimum, choć nie na tyle, by wyglądać nienaturalnie. Zna etykietę w wysokim stopniu co pomaga mu często w kontaktach. A jeśli o kontaktach mowa, to Loki lubi sobie wypić. Nie ma co jednak marzyć o spiciu go. Jest odporny na alkohol, z czego często korzysta.
    Nie jest zbudowany niczym grecki bóg. Swoją figurą przypomina raczej wątłego, zapalonego podróżnika niż wojownika z zamiłowania. Szczupłe ramiona nie wyglądają jakby mogły unieść więcej niż worek ryżu. Nogi, ukryte w szerokich nogawkach, wyglądają znacznie lepiej. Niech jednak swoją budową nie zwiedzie. Coś jednak ostało się z jego poprzednich wcieleń. Potrafi powalczyć półtoraręcznym mieczem, a i nawet całkiem nieźle przyłożyć, jeśli trzeba.


Charakter

    Mój charakter można opisać na kilkanaście sposobów. Jedni mówią, że jestem arogancki i niegrzeczny, z kolei inni uważają mnie za godnego przeciwnika, nie tylko w walce, ale i w grach hazardowych oraz piciu. Jeszcze inni mają mnie za bezczelnego podrywacza. No cóż, nie ukrywam, lubię kobiety. Ale najlepiej przedstawią to krótkie opowiastki z mojej przeszłości. A więc...:
~~I~~

    — Nie widziałeś, gdzie pobiegł ten biały jednorożec? — spytał zdyszany myśliwy, z trudem łapiąc oddech po gonitwie.
    — Biały? Nie, ale widziałem niebieskiego goniącego różowego i pobiegły... Tam! — wyciągnąłem rękę w bok. — Albo tam! — Wskazałem zupełnie inny kierunek. — W sumie to nie wiem, ślepy jestem. — Poprawiłem okulary i odszedłem wymachując przed sobą bezładnie kijem.
    — Proszę pana, drzewo... — krzyknął myśliwy.
    — Widzę przecież. — Odwarknąłem, omijając owe drzewo i odchodząc w dal...

~~II~~

    Pewien szlachcic chciał udowodnić swoim towarzyszom, jak to dobrze włada szpadą, jeśli tak można nazwać tę wykałaczkę przy pasie.
    — Ty! — wskazał na mnie. — Wyglądasz na zacnego szermierza! — wykrzyknął mi w twarz swoim nieświeżym oddechem delikwent w żabocie.
    — A ty na niewiastę... — skwitowałem patrząc na jego jakże wymuskany strój i perukę. No i ten wąsik, jak z innej ery.
    Ja uważam się za dobrego kłamcę i oszusta. I możesz wierzyć mi na słowo, że w tej kwestii nie kłamię. Może nie idzie to w parze z honorem i wiernością, ale cóż. Tego doświadczyć mogą tylko najbliższe mi stworzenia. Dodatkowo opowiadanie jest jednym z najmilszych zajęć. A dobra historia to klucz do sakiewek słuchaczy. Najlepsze z nich tworzy życie.
    Kocham przygody i nie potrafię usiedzieć na miejscu, nie chcę się przywiązywać. Są z tego tylko same problemy. A ja tego nie lubię. Wolę wszędzie rozpoczynać przygodę z czystą kartą. A najlepiej z Asem w rękawie. Chociaż pozostawienie wrażenia po sobie też jest zwykle dla mnie ważne. Uwielbiam patrzeć na miny ludzi, którzy nie wierzą w to co się stało. Przegrywają całe majątki i patrzą za mną z nienawistnym wzrokiem, jak odchodzę z ich dorobkiem życia.
    Rzadko mówię kim naprawdę jestem, skąd pochodzę i co widziałem. Dla niektórych było by to zbyt nierealne lub zwyczajnie zbyt...kuszące. Nie mam przyjaznych relacji z Piekielnymi. Jako iż jestem mężczyzną, który „przeżył” swoje, uwielbiam przyziemne rozrywki. Wszelkiego rodzaju gry to przednia zabawa, a im większa stawka tym większe emocje. Po za tym interesują mnie kobiety. Nie chce się jednak z żadną związać. Nie mam ochoty się przywiązywać do niczego ani nikogo. Jestem typem podróżnika, poszukiwacza przygód i nagród. Jeśli zapłacisz odpowiednio wysoką sumę zabiję dla ciebie nawet twoją matkę. Żadne związki, relacje, powiązania nie są dla mnie istotne. Zlecenie to zlecenie, nie myśl jednak, że dam się wykiwać. Ale nikt do końca nie wie, jaki jestem. Tutaj przypomina mi się kolejna historia z pewnym kapłanem w świątyni, do której zawitałem z czystej ciekawości.

~~III~~

    Otworzyłem wielkie wrota, a moim oczom ukazał się ołtarz. Nic ciekawego. Gdy wyszedłem, zza kolumny na dziedzińcu wyłonił się kapłan, trzymający w ręku księgę.
    — Kim jesteś? - Spytał drżącym głosem, jakby zobaczył ducha.
    — A kim chcesz abym był? — spytałem ciepłym tonem.
    Kocham takie sytuacje. Najczęściej ludzie nie wiedzą co odpowiedzieć i można z nimi robić niemal wszystko. A takimi łatwo się manipuluje.

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny, Raczej wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Bardzo zręczny, Bardzo szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Czuły zm.mag,
Umysł:Pojętny, Błyskotliwy, Żelazna wola,
Prezencja:Brzydki, Szarmancki, Władczy,

Cechy specjalne

Odorność na alkohol [D]Ciężko go upić, nie... Bardzo ciężko go upić... Nie... Dobra... Nie da się go upić...
Zwiększona regeneracja [Z]Wszelkie rany goją się szybciej, a on sam potrzebuje znacznie mniej snu w ciągu doby.
Odporność psychiczna [Z]Opanowany zawsze i wszędzie, a zastraszenia czy umysłowe sztuczki nie są skuteczne przeciwko Lokiemu.
Widzenie w ciemnościach [Z]Zapewniają mu to pozostałe po demonicznej formie oczy.
Słabość do anielskich piór/Phobophobia [S]Za oryginalne pióro anioła jest w stanie wiele poświęcić, jednak nie wszystko./ Strach przed strachem [loteria].

Umiejętności

Czytanie i pisanie [W] Pobierając nauki w klasztorze nie zapomniał tej dość przydatnej umiejętności, dającej przewagę nad niewykształconymi istotami.
Kłamstwo [M] Najlepsze kłamstwo to najdziwniejsza prawda, w którą najtrudniej uwierzyć.
Oszustwo [M] Nie ma to jak wzbogacać się na niewiedzy swoich ofiar.
Szulerstwo [M] Tasowanie kart to dla wielu tylko zwyczaj przy grach, jednak już na tym etapie można wiele zyskać.
Blef [W] As w rękawie. Może jest, może nie, ale to ty decydujesz w co uwierzysz. To jak obstawiasz?
Zwinne dłonie [W] Zabieranie kluczy przechodzącemu obok strażnikowi czy umiejętne przerzucanie kości to błahostka.
Aktorstwo [W] Umiejętność przydatna w wielu aspektach życia. Zabawianie gapiów dla paru ruenów czy granie na nosie najwyższego sądu w okolicy to klasyczne zagrywki aktorów.
Taniec [M] Drobny ruch, gest w rytm muzyki, a nawet cały układ tańców na dworach to idealny sposób zaskarbienie sobie serc dam.
Uniki [O] Kilka trików pomagających w konfliktach lub pokazach.
Walka wręcz [W] Jak nie da się przemówić komuś do rozsądku, to czasem trzeba zwyczajnie przyłożyć. A to często ma miejsce w karczmie.
Walka bronią białą (jedno i oburącz) [O] Jakiś miecz czy inne ostrze zawsze mile widziane w wypadku niezadowolenia osoby oszukanej, czy zwyczajnie w torowaniu drogi ucieczki.
Demonologia [O]
Niebianologia [O]
Czytanie Run [O] Przydatna umiejętność, ułatwiająca pojmowanie niektórych nazbyt trudnych aspektów nowych sztuczek.
Rzucanie kartami / nożem [M] As, wbity tuż przed twarzą osoby, zamierzającej opuścić pomieszczenie z nieswoimi rzeczami, zawsze robi wrażenie.
Jeździectwo [W] Jeden z ulubionych sposobów przemieszczania. I zawsze jakiś wierzchowiec się znajdzie.
Przetrwanie [P] Drobne udogodnienie gdy kończą się zapasy w środku dziczy.
Rozszyfrowywanie iluzji [W] Dobra iluzja to taka, której nikt nie rozpozna.
Odgadywanie kłamstw [W] Kłamca pozna kłamcę. Najzwyczajniej w świecie.
Fałszerstwo [W] Kilka ruchów, rzut oka i wiesz czy to oryginał. Samo podrabianie drobiazgów gdy masz dostęp do materiałów nie jest skomplikowane.
Akrobatyka [O] Gdy wszystko zawiedzie, ewakuujesz się. Co z tego, że grałeś partyjkę na szczycie baszty z jakimś księciem w obstawie. Jakoś trzeba się dostać szybko na dół.
Kontra [W] W walce w zwarciu dobrze jest wykorzystać całego przeciwnika i jego oręż. Może coś zostanie w ręku do dobicia.
Gotowanie [M] [loteria]

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rozkazy
Chaosu [A]Kontrola oczek na kościach czy wywoływanie przypadkowych zdarzeń pomagających w osiągnięciu celu.
Istnienia [U]Jednym z ulubionych przez Lokiego zastosowań tej dziedziny magii jest tworzenie kwiatów i biżuterii dla kobiet ale nie pogardzi też wytrychem czy dodatkową kartą w grze o wysoką stawkę.
Pustki [A]Klon wyglądający dokładnie jak on, ale niematerialny, doskonale nadaje się do infiltracji czy spotkań z niebezpiecznymi osobnikami.
Zła [A]Jak nie działa słowo trzeba użyć siły, a co boli przekonuje. Zawsze można kogoś zmusić do płaczu z bólu albo zwyczajnie wysadzić jego monety.

Magiczne przedmioty

Anielskie pióro [ART]Za jego sprawą Loki przybrał znów wygląd człowieka i stał się przemienionym. Dodatkowo blokuje wszelkie wpływy Demonów jak i Piekielnych na Lokstara.
Opaska na ramię - Eteryczna torba [ZAC]Po co nosić jakiś ciężki, nieporęczny plecak, jak wszystko można trzymać w poręcznej torbie o niemal nieograniczonej pojemności, zaklętej w formie schludnej opaski na ramię zdobionej runami.

Towarzysz

Mythia
    Jedni małe puszyste kulki futra nazywają królikami, inni obiadem, a Loki - przyjacielem. Idąc kiedyś aleją wśród drzew, niemal nadepnął na takie właśnie stworzenie. Mythia była jeszcze młodziutka. Nie otworzyła jeszcze oczu. Prawdopodobnie została odrzucona czy coś w tym rodzaju. Malutka, zajmująca jedną trzecią powierzchni dłoni maskotka leżała na skraju ścieżki. Lokstar w piersi poczuł coś na kształt współczucia i zaopiekował się osieroconym maleństwem.

Gdy podrosła była z niej nieco większa kulka futra. Wszędzie za nim chodziła. Bystre, czarne, okrągłe oczka śledziły każdy ruch nowego "właściciela". Loki kilka razy chciał ją wypuścić jednak ta zawsze wracała. Tym sposobem została na dłużej, jako towarzysz. Demon zżył się z nią do tego stopnia, że gdy zawitał do jakieś osady, odnalazł maga. Zdał sobie sprawę, że starzeje się znacznie wolniej niż jego puszysta towarzyszka, więc postanowił zapewnić jej długowieczność za pomocą magii. Koszt był ogromny jednak zaklęcie podziałało. Od tamtej pory oboje przemierzają tereny Alaranii razem, stawiając czoła losowi.

Mythia uwielbia przesiadywać na ramieniu swojego pana.

Historia

    Do karczmy wszedł mężczyzna w kapeluszu. Zamówił piwo i przysiadł się do wolnego stolika, gdzie grali w karty.
    — Witam, można? — Spytał szarmancko. Krasnolud wskazał mu miejsce i rozdał karty.
    — Masz coś ciekawego do postawienia, pięknisiu? — Spytał szorstko, popijając z kufla złocisty trunek.
    — Mam interesującą historię. — Odparł pewnie i tajemniczo, próbując zainteresować słuchaczy.
    — Jak nie masz nic ciekawszego to mam nadzieję, że będzie to naprawdę dobra historia. — Wtrącił się młody elf. — Kocham historie. Zwłaszcza, te które mogę skrytykować. — Zaśmiał się.
    — Ta cię nie zawiedzie. — Ciągnął, wypluwając wykałaczkę.
    — No to dawaj, pięknisiu. — Dodał krasnolud. — Ale potem gramy na poważnie.
    — Wszystko zaczyna się daleko stąd. Na odległym lądzie, w niewielkim miasteczku, nieznanym z nazwy... — Zaczął nieznajomy.

***Człowiek - Kapłan***


    Młody chłopak imieniem Loki w wieku 6 lat mieszkał na dużej, samowystarczalnej wyspie. Nie była daleko wysunięta w morze, ale nikt z jej mieszkańców nie czuł potrzeby zapuszczenia się na kontynent. Osady były rozrzucone po obrzeżach, a w samym centrum lądu znajdował się klasztor, gdzie tylko nieliczni pobierali nauki. Krążyły o nim niezliczone historie, które przyprawiały o dreszcze część mieszkańców. Sam Loki nie przejmował się tymi historiami, wszak jeszcze ich nie rozumiał. Jego ojciec miał zupełnie odmienne zdanie na temat tych "ruin", do których tylko szaleńcy się zapuszczali. W każdym razie w domu nie mówiło się o niczym związanym z górą czy klasztorem kapłanów. Raz na jakiś czas słychać było bicie dzwonu, wtedy nikt nie pracował i siedział w domu, bojąc się gniewu Prasmoka.
    W domu Yallanow panował względny spokój. Wszystko toczyło się własnym rytmem. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka lat, aż do ukończenia przez młodzieńca 10 roku życia. Przez 4 lata, gdy nie był jeszcze w stanie pomagać ojcu w kuźni, chcąc się pobawić chodził na strych. Często dostawał naganę od rodziców, ale i tak tam przebywał i przekopywał skarby, które przez dziesięciolecia nie widziały światła dziennego. Znalazł wtedy talię kart. Widniały na niej obrazy zupełnie inne niż te, które widywał u ojca. Leżało tez sporo starych map, notatników, a nawet przerdzewiały miecz. Bawił się nim, tak samo ja kartami. Nie tylko udawał, ze gra. Któregoś razu dostrzegł, że da się nimi rzucić tak, aby wbiły się w cel. Z racji, że szkoda było cennego znaleziska, ukradł z szafki ojca inną talię i na niej trenował. Używanie kart w ten sposób było znacznie trudniejsze, co mocno motywowało chłopca. W końcu miał jakieś zajęcie, które nie przeszkadzało rodzicom i mógł spędzać na nim długie godziny. Pewnie zapytacie, dlaczego nie bawił się z rówieśnikami. Otóż w tej części wyspy on był najmłodszy i nie umiał znaleźć wspólnego języka z kolegami starszymi o 6 lat. Musiał bawić się sam lub z matką.
    Gdy miał 11 lat, jego ukochana mama zachorowała. Całe dnie spędzała w łóżku, majacząc. Żaden miejscowy lekarz nie był w stanie jej pomóc. Wkrótce po tym zmarła przez gorączkę. Loki załamał się. Gdy o tym usłyszał, siedział całymi tygodniami na strychu. Ojciec starał się nim zająć, jednak nie umiał pogodzić pracy i opieki nad synem z żalem jaki zagościł w jego sercu. Wpadł w długi przez alkohol, który spożywał w coraz większych ilościach.
    Gdy pewnego dnia jego syn podrósł, a stężenie alkoholu we krwi zmalało na tyle, że Arazel był w stanie to dostrzec, stwierdził, że nie jest wstanie dłużej zajmować się potomkiem, nie robiąc mu krzywdy. Decyzja, która podjął wstrząsnęła całą okolicą. Pomógł swojemu szesnastoletniemu podopiecznemu się spakować, pozwolił mu zabrać, co chciał pod warunkiem, że to uniesie. Loki z mieszanymi uczuciami poszedł po kilka drobiazgów z pokoju, po czym zabrał notes i karty ze strychu. Spakował plecak i stanął gotowy do drogi. Nie wiedział, gdzie idzie, kiedy i czy w ogóle wróci. Ojciec stanął za nim.
— Kiedyś mi podziękujesz. — powiedział z przesadną pewnością siebie i pchnął chłopca przez próg. Wyszedł zaraz za nim. Przeszli razem przez plac w osadzie i ku zdziwieniu Lokiego skierowali się ku centrum wyspy. Przez kilka godzin szli przez las. Wydawało się, że nie ścieżka nie ma końca, jednak w pewnym momencie zaczęła wspinać się co raz bardziej w górę oraz wić większymi serpentynami. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, jego promienie, odbite od tafli wody w oddali, rzucały dość przerażające cienie. Światło dochodziło jakby od stóp góry. Zabił dzwon. Arazel przełknął głośno ślinę, a po plecach Lokiego przebiegł dreszcz. Nie zwolnili. Po ostatnim zakręcie, gdy wielkie oko chowało się już, ostatnimi promieniami oświetliło im potężne bramy klasztoru. Wrażenie w tym oświetleniu wywarły kolosalne. Można było się poczuć, jakby przekraczało się granice światów.
    Ojciec Lokiego podszedł do bramy, uniósł wielką kołatkę i uderzył nią miarowo. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Drzewa szumiały, a w oddali jakaś sowa huczała. Już procedura miała się powtórzyć, gdy wielkie skrzydło drgnęło, po czym otworzyło się, ukazując zakapturzonego mnicha, za nim ogromne palenisko i kilku innych, odprawiających rytuały. Nie padło ani jedno słowo. Gestem ręki zostali zaproszeni do środka. Teren ogrodzony kamiennym murem ciągnął się daleko w górę i na boki. Powstało tu takie małe miasto. Zupełnie inne od tego. o jakim opowiadali ludzie w miasteczkach. Było tutaj życie, względnie wyglądające na normalne.
    Kazano młodzieńcowi poczekać na dziedzińcu, a ojca poproszono do jednego z większych budynków. Trwało to może godzinę. Zdążyło się już ściemnić całkowicie, a jakiś mężczyzna spacerując od lampy do lampy zapałał je płomieniem. Według Lokiego, wyglądało to dość dziwaczne, gdyż płomień powodujący zapłon lampy pojawiał się tylko na chwilę. Ostatecznie mógł to być jednak tylko efekt zmęczenia całym dniem wędrówki i ciemnościami, w których czasem umysł płata figle.
    Gdy mężczyźni wyszli z budynku, Arazel przytulił syna.
    — Mama chciała ci go dać. Nie zdążyła. — wręczył mu niewielkiego misia uszytego z wełny. Jeszcze raz przytulił i bez słowa odszedł. Loki nie wiedział zupełnie, co się właśnie stało. Odprowadzono ojca za bramę, która zamknęła się ze smutnym skrzypnięciem.
    — A więc to ty jesteś Loki. Nasz nowy podopieczny. — podszedł starszy mężczyzna z długą, siwą broda i kosturem w ręku. Jak na zaistniałe okoliczności wydawał się przyjaźnie nastawiony. Jego zmarszczki na całej twarzy nie odpychały. Zaprowadził młodego Yallena do małej klitki z jednym oknem, łóżkiem, małą szafką i drewnianymi drzwiami.
    — Wyśpij się. Jutro się spotkamy i porozmawiamy. — Staruszek odszedł, ukłoniwszy się z uśmiechem. Loki, nie wiedząc co teraz dalej się będzie działo, posłusznie wykonał polecenie. Zasnął w mgnieniu oka, nawet nie zdążywszy dobrze się ułożyć.
    Rano obudził go dzwon, znacznie jednak cichszy. Nie wiedział co zrobić, więc usiadł na pryczy i grzecznie oczekiwał spotkania, na które był umówiony. Nie miał pojęcia, co się teraz wydarzy, a oczekiwanie jeszcze bardziej potęgowało uczucie niepewności.
    Nie musiał długo czekać. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Stanęło w nich, poza staruszkiem, który w świetle wyglądał na jeszcze starszego, dwóch młodych chłopaków.
    — Twój ojciec nie powiedział ci, czemu cię tu przyprowadził ale zapewne się domyślasz, młody Yallanie. Twój dotychczasowy opiekun nie mógł już dłużej się tobą zajmować...
    — Tak, wiem, proszę pana — wtrącił się młody Loki.
    — ...Wiesz też zapewne, że z racji długów jakie narobił został przymuszony do odpłacenia ich na kontynencie. — Tego chłopak nie wiedział. Wszystko powoli zaczęło układać się w logiczną całość w czasie gdy Starzec opowiadał dalej. — Mam nadzieję, że mimo podjętej za ciebie decyzji uszanujesz wolę swojego ojca, wyrośniesz na szlachetną osobę i nie będziesz musiał borykać się z problemami takimi jak on. A my mamy zamiar ci w tym pomóc, z uwagi na to iż nie jesteś pierwszym z rodu Yallan'ów, który u nas się kształcił. — Sędziwy mężczyzna widać lubił opowiadać. Bardzo długo mówił o historii tego klasztoru, jego latach świetności. Najbardziej jednak interesująca była wzmianka o dniu, w którym to miejsce okryło się legendą, przez którą wszyscy omijali je z daleka. Mnisi poza zwyczajnymi zajęciami, jak uprawa roli czy medytacja, mieli jeszcze inny sposób spędzania czasu, owiany tajemnicą i przeróżnymi plotkami. Tylko najstarsi i najbardziej doświadczeni wiedzieli o tym procederze. Niestety, jest to tylko legenda. Legenda, która przeważyła jednak nad decyzją Lokiego o pozostaniu wśród murów tego mało znanego mu miejsca.
    — Oprowadzimy cię po klasztorze. — zaproponował młody, o gładkiej cerze chłopak, jak się później okazało, w wieku 20 lat. Rozrzut wiekowy w tym ośrodku oświaty był przeraźliwie duży. Ponoć najstarsi, czyli ci, których nie widywało się na codzień, liczyli sobie ponad dwa wieki. Ile w tym prawdy? Nikt nie wiedział, poza nimi samymi.
    — Myślę, że szybko się zaprzyjaźnimy. — Dodał z uśmiechem drugi, nieco niższy, gładko ogolony chłopak o dość przerażających oczach - mocno przekrwionych z zszarzałymi tęczówkami. Kojarzył się przez to z upiorem. W dodatku długi habit, zakrywający nogi, powodował, iż wyglądał na sunącą tuż ponad ziemią zjawę. Wędrówka po okolicy trwała do obiadu, czyli momentu gdy dzwon wybił dwa razy. W czasie tych kilku godzin zwiedzili największy budynek na terenie - świątynię smoka, kilka mniejszych kapliczek, plac treningowy razem z salą do medytacji i pojedynków. Mężczyźni szukali różnych sposobów na odprężanie się i zmiany choćby na moment swojego planu dnia. Dalej były szklarnie, ogromny ogród umiejscowiony na zboczu góry, który z dołu wyglądał imponująco, mieniąc się przeróżnymi barwami kwiatów i drzew owocowych.
    — Każdy zajmować się może tym, na co ma akurat ochotę, lub pobierać nauki od bardziej zaprawionych braci. — Rzucił szybko "straszne oczy" w okolicy budynku, w którym trzymano zwoje i księgi sprzed wielu lat. Minęli jeszcze kuchnię, stołówkę oraz rzędy małych budyneczków, w których mieszkali między innymi przewodnicy nowego przybysza.
    — Smacznego — szepnął do swoich towarzyszy przy stole Loki. — Nie wiedział, czy dobrze zrobił, wszak nikt jeszcze go nie poinstruował jakie zwyczaje tu panują. Nikt go nie zganił, a kilka uśmiechów powędrowało w jego stronę. Młodzieńcze serce szybko się uspokoiło i zabrał się do jedzenia. Wszyscy milczeli. Nagle wszedł ten sam staruszek z długą, siwą brodą, z którym widział się rano w swojej kwaterze.
    — Od dzisiaj mamy nowego członka naszej rodziny. Loki Yallan! — wskazał na siedzącego jak na szpilkach chłopca. — Nazwisko już pewnie znane części z nas. Będziemy go traktować równo i nauczymy wszystkiego, czego umiemy. Wiem, że kiedyś na pewno nam się odwdzięczy. Nikt nie wie kiedy to nastąpi, ani on ani my. A teraz smacznego moi bracia! Dziś coś wyjątkowego dla was mamy. - Cały wieczór minął na śpiewach, wspólnych grach, a po zachodzie przy ognisku wspólne czuwanie i opowiadanie historii. Zupełnie inny dzień. I tak minęła pierwsza doba młodego Lokiego wśród "przerażających" murów klasztoru, Zakonu Smoka na wyspie Artemis.
    Każdy kolejny dzień przez 4 lata obecności mijał w stałym rytmie. Dzwon o świcie obwieszczał pobudkę oraz śniadanie. Potem wspólne zajęcia z mentorami, na których Yallan uczył się pisać i czytać. Wstyd mu było, że zawsze był najsłabszy w grupie. Czuł jednak przez to silną motywację. Poprosił nawet któregoś dnia o pozwolenie na wejście do skryptorium. Tam za pomocą skryby wybierał księgę czy zwój i ćwiczył umiejętności przepisując losowo wybrane zdania. Z czasem umiał już płynnie czytać w swym języku, dorównując poziomem braciom. Po kolacji był czas na spotkania z innymi i kontemplacje na temat minionego dnia pracy. Zwyczajny dzień jak każdy inny.
    Jednej z nocy, Loki nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, ale i to nie pomagało. Postanowił wyjść na spacer. Przechadzał się po ogrodach w ciemnościach rozświetlanych jedynie przez księżyc. Po godzinie spaceru, postanowił powoli wracać do siebie, by nie natknąć się na kogoś, kto mógłby jego nocną eskapadę źle odebrać. Przechodząc przez główny plac, kątem oka ujrzał, że w świątyni smoka coś się dzieje. Przez szczelinę we wrotach biło ognisto pomarańczowe światło. Loki, zainteresowany tym, podszedł bliżej. Im bardziej się zbliżał, tym więcej słyszał. Z wnętrza dobywały się jakieś głosy, które niemal zlewały się w jeden. Teraz już wiedział, czemu ten budynek był tak daleko od kwater - chodziło by takie procedery nie budziły mnichów. Wszystko wydawało się dobrze, starsi mentorzy i kapłani prowadzili jakiś rytuał. Loki już miał zawracać, gdy do jego uszu dobiegł krzyk kobiety, zmieniający się w jęk agonii i bólu. Podszedł jeszcze bliżej. Przez szparę ujrzał kilku kapłanów z księgami, a jego nozdrza podrażnił potężny odór siarki, palonych włosów i dymu. Próbując nie nawdychać się tego świństwa, zakrył nos i usta kaftanem, po czym przytulił się jeszcze bardziej do drzwi. Nagłe drżenie ziemi, wywołane zdarzeniami wewnątrz świątyni, spowodowało, że drzwi uchyliły się do środka, a młody Yallan wpadł razem z nimi na posadzkę świątyni. Jego oczom, gdy podniósł się po upadku, ukazała się młoda dziewczyna o czerwonych włosach, wijąca się wśród świec i symboli wymalowanych na ziemi. Nikt o dziwo nie zwrócił uwagi na przypadkowego świadka. Kolejny wybuch jakieś energii uciszył dziewczynę. A raczej spowodował, że jej głos nie był już tak silny. Powoli zmieniał się w krzyk, jakby potwora, który dobiegał niczym z pod ziemi. Krótko po tym z namalowanych symboli podniosła się aura, w której stanęła potężna istota ze skrzydłami, czerwoną skórą, rogami i ogonem. Owo stworzenie, które na pewno nie pochodziło z tego świata, obróciło swoje potężne cielsko i spojrzało głęboko w oczy Lokiego. Wzrok pochodzący z zimnych, złotych ślepi przeszył umysł i ciało chłopca. Ostatnie, co zobaczył, to jak piekielny znika w krzyku przerywanym śmiechem i zaklęciami kapłanów. Strach, jakim napełniła serce Lokiego ta sytuacja, zamroziła jego ciało. Nie był zdolny się odezwać ani poruszyć. W tym stanie wyniosło go do kwatery dwóch przechodzących obok chłopców, którzy mieli mieć wartę tej nocy.Tam przez kilka dni odwiedzali go kapłani, jednak z młodzieńcem nie było kontaktu. Dopiero po tygodniu, w środku nocy, rozległ się krzyk. Każdy pobiegł w stronę skąd dochodził. Na miejscu już kilku młodych adeptów próbowało uspokoić przerażonego chłopca. Dopiero zioła, odrobina magii i siła kilku braci zdołała uspokoić nerwy Yallana.
    — Co widziałeś? — Spytał sędziwy mężczyzna o ciemnej brodzie z wyraźnym niezadowoleniem.
    — Nie bądź taki surowy. — Zbił go z tropu dobrze znany Lokiemu siwy staruszek z długą brodą i kosturem. — Nie zabezpieczyliśmy odpowiednio rytuału. A teraz chłopcze spokojnie. Opowiedz wszystko co pamiętasz.
    — Te oczy...
    Któregoś wieczoru, gdy Loki szykował się do snu, trącił swój wcześniejszy strój. Wypadła na ziemię talia kart i pluszowy miś. Sięgnął po nie. Przez dłoń przebiegł dreszcz, dreszcz wspomnień. Nie były to jednak złe uczucia. Wręcz przeciwnie. Posadził misia na pryczy po czym odpakował karty zawinięte szczelnie w skórzanym woreczku. Wziął jedną, obejrzał dokładnie ze wszystkich stron i... rzucił. Karta ze świstem przeleciała pokój i wbiła się w drzwi. Zaskoczyło to chłopaka. 20 lat na karku, a zaskoczyła go karta do gry. Spróbował znów, jednak ta próba skończyła się fiaskiem. Tak samo jak każda kolejna. Było to na tyle dziwne, że spróbował powtórzyć rzut tą samą kartą, która jako pierwsza się wbiła. Nic. To samo wielkie nic jak poprzednio. Po kilkunastu próbach, gdy usłyszał zbliżających się mnichów, posprzątał leżące wkoło karty i jakby nigdy nic ułożył się na pryczy. Leżąc wygodnie postanowił, że znów zacznie się uczyć rzucać kartami. Ot tak, dla siebie. Jakaś pamiątka z domu w postaci hobby.
    Postanowił nie dzielić się z nikim swoim nowym pomysłem na spędzanie wolnego czasu. Jak zwykle chodził na lekcje, potem pomagał gdzie było można. Najwięcej jednak czasu przeznaczonego na samokształcenie spędzał w skryptorium. Tam czytał o historii stworzenia świata, o legendach, istotach zamieszkujących jego świat, a także o niesamowitych miejscach na kontynencie. Wiele z tych zapisków sięgały czasów, gdy jego prapradziadkowie się jeszcze nie narodzili. Loki nigdy nie był skory do nauki, gdy go do niej gonili rodzice, jednak teraz gdy ma wolną rękę w tym czego chce się nauczyć czuł, że im więcej się dowiaduje tym więcej chce wiedzieć. W wieku 25 lat przeczytał cały ogólnodostępny zasób. Codziennie czytał po kilkanaście godzin. Od końca lekcji do ostatnich promieni światła dziennego. Natomiast wieczorami ćwiczył rzuty kartami. Po kilki miesiącach pierwsze karty zaczynały latać prosto, po kilku latach dwie na dziesięć się wbijały. po kolejnych dwóch latach trzy na osiem wbijały się po przeleceniu linii prostej.
    Gdy miał 30 lat spotkał się ze swym opiekunem i mentorem w klasztorze. Tym samym, który przed czternastoma laty przyjął go pod swoje skrzydła.
    — Witaj chłopcze. — zwracał się do niego tak samo jak na samym początku. Był to miły akcent. — Czego ci trzeba?
    — Witaj. — skłonił się nisko Loki. — Czy mógłbym dostać pozwolenie na czytanie innych zwojów i ksiąg?
    — Mało ci wiedzy zawartej w skryptorium? — spytał zdziwiony.
    — Przeczytałem tam już wszystko. — Odparł dumny z siebie Loki, jednak nie przesadnie.
    — W takim razie dostaniesz zezwolenie na wejście do Biblioteki jeśli odpowiesz na moje pytania. Też znam cały księgozbiór skryptorium. Sam go tworzyłem wieki temu. - Zaśmiał się ciężko starzec będąc pewnym, że to zadanie jest niewykonalne w tak krótkim czasie.. Ostatnie zdanie wywołało nieznany dotąd dreszcz. Od staruszka przez chwilę biła nieznana energia, która momentalnie zgasła. Było to niewytłumaczalne zjawisko, które zaniepokoiło Yallana.
    — Dobrze więc. Jestem gotów na pytania. — Podniósł wzrok na staruszka, który nie ukrywał zaskoczenia i oczekiwał.
    Przez następne kilka godzin Fannlor, tak miał na imię siwy mężczyzna, zadawał serie pytań. Loki ku jemu zdziwieniu znał odpowiedzi na każde z nich. Nawet te najbardziej zawiłe, jakie tylko mógł sobie przypomnieć. Nagle padło pytanie, na które odpowiedzi nie było w skryptorium. Loki szukał w głowie odpowiedzi na to, jednak nie mógł sobie nic przypomnieć. Fannlor uświadomił sobie co zrobił, jednak nie zamierzał poprawiać swego błędu. Uważał, że Loki jest zbyt nieokiełznany by móc go wpuścić do najstarszych zapisków jakie udało się zdobyć zakonowi.
    — Przykro mi, Loki...
    — Nie... Podpuściłeś mnie... Nie było wzmianki na ten temat w zbiorze! — Uniósł się Yallan. — Nie dam się tak łatwo wykiwać! Obiecałeś mi nauczyć mnie wszystkiego czego umiecie. Miałem mieć dostęp do wszystkiego! — Gdy krzyknął wielki żyrandol zatrząsł się, a kilka świec pękło jakby rozsadzone od środka. — Nie po to jestem tutaj, by nagle zacząć się marnować. Nie po tym co widziałem, nie po tym co przeszedłem! — parł dalej Loki. — Zabrano mi wszystko co miałem. Matkę, ojca, dom. A teraz chcesz mi zabrać jedyną możliwość, aby oderwać się od tych ciągłych rytuałów i coraz bardziej bezużytecznych lekcji. Nikt nie chce mnie szkolić w niczym innym jak ciągłe przepisywanie ksiąg! — Kilka kolejnych świec spadło na ziemię. Fannlor, poczuł potężny ładunek magii wewnątrz Lokiego, który właśnie się wytworzył.
    "On nie ma pojęcia..."
    — Masz rację... — przytaknął starzec mężczyźnie.
    — I jesz... słucham?! — Zdziwił się.
    — Masz rację... - powtórzył... — Nikt nie chce cię uczyć. Ale nie dlatego, że mają takie widzimisię. To moje polecenie. Chciałem sprawdzić czy masz w sobie to co każdy z poprzednich Yallanów. — Ciągnął spokojnie starzec. — Nie pomyliłem się. Chodź ze mną.
    Przeszli do świątyni. Za Ołtarzem pod podłogą znajdowała się ukryta klatka schodowa. Fannlor zapalił pochodnię tak samo jak na początku widział to w pierwszy dzień gdy tutaj przybył. Zeszli kilkadziesiąt stopni w dół. O dziwo schody były przez cały czas proste. Weszli do ciemnego, zakurzonego pomieszczenia.
    — Jesteśmy na miejscu, Loki. — Wskazał dłonią przejście między zdobionymi kolumnami w łuski smoka. Przejście u szczytu zdobiły dwie smocze głowy wykute z kamienia. Przekroczyli próg. Oczom Lokiego ukazały się rzędy regałów zwojów ksiąg, stoły z zapalonymi świecami, żyrandole i setki metrów przejść między regałami.
    — Czemu nikogo tu nie ma? — Spytał nieśmiało Loki.
    — Wstęp mają tutaj tylko nieliczni. — Delikatny ciepły podmuch uderzył w twarze mężczyzn. Wszystkie obecne świece zapłonęły naraz. Przeraziło to w pierwszej chwili nieobcującego do tej pory z magią mężczyzny. — Wszystko co chcesz wiedzieć znajdziesz tutaj. Jeśli czegoś nie możesz znaleźć spytaj obecną tutaj starszyznę naszego zakonu. — Rzucił mag.
    — Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? — Pytał dalej idąc za swym mentorem wśród ksiąg i starych zapisków.
    — Masz to "coś". Jestem przekonany, że odkryjesz tutaj czym to jest. To co się działo ze świecami na górze nie było przypadkiem. Czuć od ciebie aurę. — Tłumaczył, jak najbardziej cierpliwy ojciec, Fannlor. — Mam nadzieję, że jesteś zadowolony.
    — To się okaże jak zacznę przeglądać. — Z ironią odpowiedział Loki. — Przepraszam za moje nerwy, nie powinienem się unosić na kogoś, komu tyle zawdzięczam. — Zganił się.
    — Nie mam ci za złe. Potrzebowałeś dobrego impulsu by ukryta w tobie moc miała ujście. — Zaśmiał się ciężko druid. — Możesz tu przychodzić kiedy potrzebujesz. Ale pilnuj by nikt nie zszedł za tobą. — Po tych słowach towarzysz Lokiego zniknął w ciemnym korytarzu prowadzącym na schody.
    Przez następne kilka miesięcy Loki przeglądał zwoje. Analizował to co w nich znalazł. Wszelkie nieścisłości analizował wraz ze spacerującymi tutaj innymi dopuszczonymi do Biblioteki. Był najmłodszym, który kiedykolwiek miał dostęp do tych zapisków. Wszyscy pozostali byli sędziwymi magami, którzy, z tego co mówili, mieli za sobą przynajmniej wiek życia. Yallan do tej pory czytał tylko o tych "dobrych" istotach, wróżki, driady, jednorożce i inne piękne stworzenia. Teraz zapoznawał się z istotami nie z tego świata. Demony, piekielni, upadłe anioły, łowcy dusz, smoki, które były tajemnicą istnienia tego zakonu i ogromne ilości innych stworzeń, o których nawet w bajkach nie słyszał. Wszystko przykuwało jego uwagę i rodziło coraz więcej pytań. Nie było wątpliwości, że to tylko fragment tej całej skarbnicy wiedzy. Nigdy nie dopuszczał, by dopadło go zmęczenie. Nie chciał niczego przegapić, czy dopuścić by umknęło jego pamięci. Dlatego gdy tylko czuł, że dosyć przeczytał wychodził do swej kwatery. Tam znów uczył się rzucać kartami dla relaksu.
    Od jakiegoś czasu też uczęszczał na lekcje walki. Mimo wieku radził sobie dobrze. A wiele technik jakimi mógł się pochwalić przed nauczycielem właśnie odkrył dzięki nowemu źródłu wiedzy. Teraz tylko próbował je w praktyce. Mentorzy pomagali w szlifowaniu ruchów i techniki. Nie był najmłodszy, a mimo to, niektórzy z dobrze wyszkolonych wojowników miało z nim problem. Pewnego razu, Loki odkrył, że najlepiej walczy mu się dwoma krótszymi ostrzami niż jednym długim. Może bardziej kontrolować to co się dzieje i odpowiadać na więcej ciosów na raz. Miesiące nad księgami nie zmniejszyły jego refleksu. Trening z kartami w pokoju przyśpieszył jego reakcje. Może nie były to szczyty umiejętności ale wystarczało by poradzić sobie w razie ataku. Ci najlepsi po kilku minutach wygrywali pojedynki. Choć jak na 30 letniego mężczyznę był zwinny i szybki. Co nieraz myliło młodych przeciwników.
    Któregoś dnia Loki doszedł do perfekcji rzucając kartami. Potrafił wbić je niemal we wszystko. Nawet w kamień. Nie chodziło tutaj o siłę tylko o sposób rzucenia. Postanowił sprawdzić jak się to ma w warunkach zewnętrznych. Wyszedł pod mur. Ustawił tarczę w postaci kilku pędów bambusa znalezionych w ogrodzie. Oczywiście skonsultował zabranie ich, nie chciał niczego kraść. Odmierzył kilka kroków i spróbował. Karta przeleciała ze świstem. Przecinając całkowicie bambus. Odszedł dalej od celu. Kolejna próba. Podobny efekt. Znów zwiększył dystans i rzucił. Znów szczyt pędu upadł na ziemię. Zaznaczył miejsce, w którym stał, zmienił cel i wrócił. Odmierzył jeszcze kilkanaście kroków. Między nim a bambusem o średnicy pięści dzieliło go około czterdziestu kroków. Wydawać się by mogło dużo. I fakt było dużo. Karty może i leciały prosto ale po przebyciu trzech czwartych drogi zwalniały i traciły stabilność. Do dwudziestu metrów mógłby nimi zabić. Papierowe ostrza przemierzały odległość błyskawicznie, a skuteczność wynosiła blisko sto procent. Już nawet nie myślał o rzucie. Patrzył tylko na cel. Jego ręka sama wykonywała niezbędne korekty. Jego trening wypatrzyło kilku młodziaków. Zafascynowani nowym widowiskiem podbiegli zaciekawieni. Loki nie wiedział do końca jak się zachować.
    — Jak ty to robisz? — spytał jeden.
    — To jakieś czary? — przekrzykiwali się jeden przez drugiego.
    — Zwykła sztuczka. Trik... — Odparł Yallan rzucając jeszcze jedną kartę, która strącił znów szczyt pędu. — Ale nie mówcie o tym nikomu. przynajmniej na razie. - Cicho dodał. Wiedział, że i tak przy pierwszej okazji się zlecą młodzi i ci starsi. Sam był zszokowany jak papierowe karty do gry przechodzą przez bambus. Przeraziła go myśl o tym jakby to wyglądało jakby się wbiły w ludzkie ciało.
    Przez następne trzy lata Yallan przedzierał się przez tony papierów w zamkniętej Bibliotece. Pewnego razu dotarł to działu o magii.
    — To chyba jakiś żart. Przecież magia nie ma prawa istnieć. — Wypowiedział głośno słowa, które miały go upewnić. Mimo to sięgnął po pierwszą księgę. Zastosowanie magii i ich rodzaje były niezliczone. Każda kolejna książka, zwój wnosiły coś nowego. Wszystko było jednak opisane pobieżnie i bez większych szczegółów. Poza kilkoma. Najlepiej opisanymi księgami były te dotyczące magii z pozoru najprostszych. Magia Chaosu. Według ksiąg pozwala na naginanie z pozoru losowych zdarzeń, czy wywoływanie zupełnie nowych. Ingerowanie w pogodę, czy nawyki żywieniowe zwierząt są typowymi zastosowaniami. Zmiana stanu skupienia materii czy ożywianie przedmiotów. Dalej było opisane jak używać danego rodzaju "zaklęć" czy sposób nauki magii. "Skoro Fannlor powiedział, że mam w sobie magię, to wykorzystajmy to." Przewertował kolejne instrukcje, opisy i postanowił się skupić na jednej dziedzinie. Ale dopiero wtedy gdy odkryje więcej i będzie mógł sobie wybrać to co mu się spodoba. Następnymi księgami i zwojami na jakie trafił były te dotyczące Magii Istnienia. Pozwalająca na kreowanie nowych przedmiotów z niczego. " Przydatne, zwłaszcza gdy niszczy się je tak szybko." Spojrzał na swoją niekompletną już talię, którą zabrał ze sobą przywiązaną do habitu w woreczku. Następnymi rodzajami magii były Pustka oraz dziedzina Zła. Te cztery domeny wydały się Lokiemu najbardziej interesujące. Pozwalały mu na trochę zabawy bez sporządzania większej krzywdy. Może poza ostatnią. Ta jednak wryła się w pamięć sposobem jakim była opisana. Było to coś w rodzaju pamiętnika. Wszystko opisane, od początku do końca. Nie pominięto najdrobniejszego szczegółu. Przez następne kilka miesięcy powtarzał te same księgi, próbując zrozumieć jak z tych zapisków mógłby skorzystać w sposób rzeczywisty. Próbował też bawić się magią w swojej kwaterze. Po kilku latach nieudanych prób nie zniechęcił się. Próbował. I znów. Pewnego dnia, spróbował czegoś innego. Skupił się na konkretnej karcie. As pik. Podrzucił całą talię w powietrze i pozwolił jej się rozsypać. Wszystkie karty upadły rewersem do góry. Jedynie As pik ostał się awersem. Próba powtórzona kilka razy z różnymi kartami dowiodła iż magia zawarta w księgach działa. Drobna sztuczka a ucieszyła młodego adepta magii jak nic dotąd. Powtórzył to jeszcze kilka dni później aby mieć pewność. I udawało mu się. Nauka domeny chaosu zajęła prawie trzy lata. Trzy lata ciągłego i bezowocnego przez większość czasu ślęczenia nad księgami i próbowania. Może niewiele. Ale przez ten czas wyćwiczył tylko tą sztuczkę. Po za tym bawił się kartami. Nauczył się tasowania ich na wiele sposobów, przerzucania z ręki do ręki, przekładania i wielu innych trików nie wymagających udziału magii. Przez następne lata szkolił się w kreowaniu nowych zastosowań magii. Idąc przez plac szukał okazji by wywołać zdarzenie, które wyglądałoby na przypadkowe. Zrzucał dachówki, łamał małe gałązki czy zmuszał zmieniał bieg strumyczka wody z nieszczelnego wiadra. Drobne rzeczy, które dowodziły by, że to nie jest jednak przypadek a wola Lokiego.
    Któregoś dnia jego zabawy zobaczył Fannlor. Nie zareagował nerwowo. Cieszył się, że Loki nie używa magii zbyt pochopnie. Zaproponował mu nawet pomoc w pogłębieniu mocy. Przez następne pięć lat razem studiowali księgi, a Yallan zyskał nauczyciela. Wszystko szło świetnie. Pomoc mentora znacznie przyspieszyła edukację w dziedzinie używania drobnej magii. Zwłaszcza Chaosu, która na dobre zadomowiła się w Lokim na dobre. Nie potrafił władać wielkimi rzeczami ale drobne zmiany wychodziły niemal zawsze i to w ten sposób jaki sobie tego życzyli. Aby lekcje nie były zbyt monotonne Fannlor pokazywał też jak używać innych domen. Istnienie było najtrudniejsze do opanowania dla Lokiego. Dalej była Pustka. Iluzje, które tworzył były z miesiąca na miesiąc coraz lepsze. Daleko im było do doskonałości ale już bliżej niż dalej. Tak mijały kolejne lata.
    Któregoś pięknego lata Fannlor spytał, czy Loki nie chciałby udać się na wyprawę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie dodał, że ma zamiar zrobić z Lokiego łowcę demonów. Loki lat 38, miał nauczyć się kolejnej profesji. Nie odmówił. Ufał swojemu mentorowi do granic. Przystąpił do szkolenia. Kolejne tomy ksiąg, wykładów i lata nauki. W czasie tego procesu nauczył się rozpoznawać demony i piekielnych. Także w ich formach ludzkich. Sposoby ich zwalczania i wypędzania. Rozpoznawania zagrożenia i radzenia sobie ze strachem. Czas spędzony z Fannlorem w czasie tych zajęć był nieoceniony. Gdyby nie jego wiedza i umiejętności był by to zapewne proces nieskończenie długi.
    W końcu przyszedł dzień egzaminu. Zebrało się kilku najstarszych członków zakonu. Wszyscy weszli do świątyni. Tam odbył się niemal identyczny rytuał jak przed kilkoma dekadami. Znów krąg magów - kapłanów, razem z nimi Loki i znaki na ziemi.
    — Gotowy? — Spytał Fannlor.
    — Jak nigdy. — odpowiedział Loki. Ścisnął w dłoniach otrzymaną wcześniej księgę z zaklęciami na takie wypadki. Sprawdził ostrze przy pasie i skupił się. Reszta magów stworzyła barierę, by nie uciekł cel.
    — Zaczynamy. — rzekł ktoś pod ścianą. Znaki rozświetliły się łuną ognia a wśród nich zaczął pojawiać się piekielny. Stworzenie przykryte kapturem, z czarnymi skrzydłami. Nie był to upadły taki jacy występują na kontynencie. Raczej to co zostało z jednego z nich w zaświatach.
    — Teraz! — krzyknął Fannlor. Loki chwycił ostrze, otworzył w ręku stronę korzystając z magii Chaosu. Przeczytał na głos wersy, wycelował ostrze w upadłego. Recytacja zaklęć blokujących i innych trwała ponad godzinę. W tym czasie na przemian Yallan atakował zaklęciami i odpierał nacierającego upadłego ostrzem. W ostatecznym rozrachunku Loki odniósł zwycięstwo. Nie pozostał ślad po wygnanym. Całkiem wykończony, świeżo upieczony łowca demonów opadł na ziemię. Podtrzymali go towarzysze wiwatując na jego cześć.
    — Jesteś potężniejszy niż można było się tego po tobie spodziewać, Lokstarze. — Przechrzcił go Fannlor. — Donośny sukces zapisany w kartach powinien być zwieńczony imieniem godnym Łowcy.
    Przez następne kilka dni świętowano. Skromnie jak na mnichów przystało, a skrybom nakazano napisać na kartach kilka wzmianek na temat wieczornego sukcesu. Sam Fannlor pilnował by dobrze pisano. Loki blisko sześćdziesiątki nadal umiał cieszyć się razem z braćmi. Mimo spokojnego życia, było to najbardziej huczne przyjęcie jakiego doświadczył Lokstar mieszkając razem z braćmi w klasztorze.

***Łowca Dusz***


    Jesienią przybył goniec. Informacje nie były przychylne. Na kontynencie szerzy się problem z panoszącymi się coraz bardziej istotami z piekieł, a dotychczasowi łowcy nie dają sobie z nimi rady, lub zwyczajnie są już martwi. Wystąpiono z prośbą o wysłanie dodatkowych łowców demonów - jak ich nazywano pomimo, że polowali też na piekielnych. Sprawa była nagląca i wymagała natychmiastowej interwencji.
    Loki w sile wieku wiedział, że musi opuścić klasztor. Przekazał mu potwierdzenie jego wyjazdu Fannlor przekazując niezbędne przedmioty na wyprawę. Zdobył też dla niego nowe ciuchy. Kapelusz, mocne spodnie, skórzane buty, koszula i płaszcz. Dodatkowo torba na księgę, i kilka drobnych przedmiotów. Otrzymał też talizman mający go chronić. Związał długie czarne, przeplatane siwymi pasemkami, włosy w kitę sięgającą poniżej łopatek, założył nowy strój i kapelusz. Nie było długiego pożegnania. Obowiązkiem Łowców jest pomoc. Dostarczono z pobliskiej wioski kilka koni, którymi mieli pojechać do portu po drugiej stronie wyspy aby dostać się na kontynent. Łowców wyjeżdżających z klasztoru smoków na Artemisie było czterech. Na ich pożegnanie i odprawę przybyli wszyscy. Loki wskoczył na swojego siwego rumaka. Zaczekał na wszystkich i dał się pożegnać. Najdłużej jednak rozmawiał z Fannlorem. To on go wszystkiego nauczył. Teraz to Lokstar Van Yallan musi zanieść tą wiedzę na kontynent i wykorzystać ją najlepiej jak umie.
    Ruszyli wraz z wybiciem dzwonu na obiad. Był to specjalny dzwon. Bił trzynaście razy. Loki wiedział, że bije on dla niego. Nie po to spędził ponad 50 lat na nauce by teraz zniweczyć cały wysiłek. Pomachał kapeluszem na pożegnanie i spiął konia. Galopem przekroczył bramę, a zaraz za nim ruszyli pozostali łowcy. Konie biegły równo przez cały czas. Dotarli na drugą stronę wyspy późnym wieczorem. Doskonale wiedzieli, gdzie zmierzają. Jednym z elementów wyposażenia była mapa wyspy. Port był przyklejony jakby do miasta. Nie sposób było go przegapić. Światła widzialne były już z daleka. Noc spędzili wszyscy pod jednym dachem. Z samego rana zajęli się poszukiwaniem statku, który miał ich zawieźć na kontynent. Nie zajęło to dużo czasu. Tylko jeden z obecnych żaglowców był wstanie dopłynąć na stały ląd. Reszta była zwyczajnie zbyt mała. Zadekowanie się na pokładzie zajęło chwil kilka. Marynarz zajmujący się tą procedurą nie specjalnie wydawał się być pocieszony, że ktokolwiek raczył zainteresować się czarterem jego statku. Na szczęście sakiewka brzęczącego "dobra" przekonała go w mgnieniu oka i bez trudu mogli zająć swe kajuty. Lokstar został osamotniony z racji, że miejsca dla pasażerów przewidywały tylko maksymalnie trzy osoby na raz w kajucie. Nie przeszkadzało mu to nad to. Miał czas w spokoju pokontemplować i zastanowić się nad czekającymi go zadaniami. Nadal nie wiedział, dlaczego właśnie on, który nie chciał nigdy piastować tak odpowiedzialnego stanowiska, został wybrany na łowcę. Nic nie trzymało się sensu. Może miało na to wpływ spotkanie z piekielnym lata temu? Któż to wie?
    Statek odpłynął z niewielkim opóźnieniem. Był to na szczęście jedyny mankament jak dotąd. Rozpakował swoje rzeczy. Z tego co widział to ich wierzchowce płyną razem z nimi pod pokładem. Ucieszył się z tego. Zdążył się już zaprzyjaźnić z siwym ogierem. Nie nadał mu jednak imienia. Po kilkunastu minutach odpoczynku na łóżku wśród fantastycznie zdobionych mebli, skrzypiących przy każdym ruchu okrętu, drzwi otworzyły się z równie przeraźliwym, choć stłumionym dźwiękiem. Loki zerwał się, myśląc, że to jeden z jego towarzyszy go odwiedził lub któryś z członków załogi. Nic z tych rzeczy. Do jego kajuty weszła ubrana w skąpą, zwiewną suknię kobieta. Głębokie rozcięcie w dekolcie przyciągało wzrok z ogromną siłą tak samo jak figura. Oczy miała nienaturalnie niebieskie, włosy długie i czarne. Wyglądała na nie więcej niż 25 lat. Uśmiechnęła się na widok współlokatora.
    — Witaj, panie. — skłoniła się odsłaniając tym samym nieco za dużo. Wydawał się tym nie przejmować. Lokstar tylko odchrząknął z wrażenia i również się przywitał
    — Witaj. Może pomogę? — Zaproponował próbując zmienić tok myślenia. W pewnym momencie przeszło mu przez myśl, że taka piękność nie może być człowiekiem. Jego już nie tak młode serce szalało w piersi. Wyszeptał kilka poznanych zaklęć ale wszystkie dały wynik negatywny. Nie była pokusą. Czarne włosy też nie pasowały do opisu innych istot. Uznał, że jest zwykłą kobietą, obdarzoną przez naturę niezwykle hojnie. Spędzili kilka chwil w milczeniu. Lokstar jako, że przez większość życia nie miał kontaktu z płcią piękną, nie wiedział jak się zachować. Wyczekiwał jej posunięcia.
    — Esmea. — Podała rękę przedstawiając się. Głos brzmiał kojąco i melodycznie. Pierwsze wrażenia zachęcały do słuchania przez długi czas.
    — Miło cię poznać. Lokstar. — Skłonił się i pocałował w wierzch dłoni. Na szczęście w porę przypomniał sobie księgi, w których było opisane wiele takich i podobnych sytuacji. Czytał je tylko z ciekawości. Nie przypuszczał, że mogą się kiedyś przydać. "Etykieta, ważna rzecz."
    Towarzysze nie zaglądali do Lokiego przez cały rejs. Nawet dobrze. Miał kilka dni na rozmowy z Esmeą. Często spacerował po pokładzie, starając się przy tym nie przeszkadzać krzątającej się wszędzie załodze. Raz niemal nie oberwał spadającą z masztu lunetą. Przedmiot rozbił się o deski. Szkoda. Wracając do swojego pokoju ujrzał Esmeę stojącą na dziobie. Wiatr rozwiewał jej włosy, suknię, a słońce chowające się w wodzie nadawało temu widoku niezapomniany klimat. Jej jasna cera oświetlona odbitymi promieniami promieniała w uśmiechu. Jasne było, że nie zapomni o niej za szybko.
    Kolejne wieczory spędzał na rozmowach ze swoją towarzyszką zamiast czytać kolejne zwoje. Krytykowali wspólnie okrętowe posiłki i niekulturalność żeglarzy. Śmiali się, ona opowiadała mu o swoim domu, o pałacu na którym mieszka, o Alaranii, o tym jak tam toczy się życie. On za to opowiedział jej swoją historię, pomijając jednak niektóre szczegóły, jak na przykład Bibliotekę czy samą nazwę zakonu. Wymieniali też poglądy i zainteresowania. Grywali w karty lub po prostu spacerowali nocami po pokładzie nad spokojnym czarnym oceanem, gdzie towarzyszył im tylko księżyc. Dla Lokiego były to niezwykłe chwile. Nie czuł, że łamie zasady. Był już poza murami. Był sam dla siebie panem. Mimo wieku, ekscytował się podróżą i poznaną kobietą. Nie śpieszyło mu się do końca przeprawy. Jednego z wieczorów, cała załoga, jak i pasażerowie zostali zaproszeni na małą imprezę. Kto umiał to grał na jakimś instrumencie, marynarze podśpiewywali swoje piosenki. Esmea niczym nimfa, bosa delikatnie stąpała po nierównych deskach. Po wypiciu kufla rumu Lokstar dał się zaprosić na "parkiet" nikt nie protestował. Jedynie zazdrosne spojrzenia pozostałych łowców towarzyszyły tańczącym. Do umiejącej się poruszać Esmey i nieco mniej zgrabnego Yallana dołączyło kilkoro mocniej podchmielonych majtków. Esmea nie ukrywała rozbawienia Lokim. On biedny nie umiał sobie poradzić z kobietą. Gdy spostrzegła, że jednak nie udaje, zmieniła podejście. Stanęła przed nim, ułożyła jego prawą rękę na swojej tali, sama swoją położyła na jego prawym barku. Wolne dłonie splotła i słownie kierowała Lokstarem. Los chciał, że dogadywali się bez zbędnego tłumaczenia. Mimo początkowych trudności kolejne utwory i kufle rumu poprawiały samopoczucie. Pochodnie pozatykane na masztach dawały miłe, ciepłe światło. Loki już śmielej poruszał się w rytm muzyki, a piękna kobieta dawała się prowadzić. Nie były to ruchy najwyższych lotów. Na szczęście Esmea swym wyglądem i umiejętnościami odwracała uwagę od braku doświadczenia swojego kompana. Biesiada skończyła się późną nocą.
    Wrócili do pokoju. Loki z lekkim już zarostem - nie golił się od przeszło tygodnia - usiadł na swoim łóżku. Ona położyła się za nim na jego posłaniu.
    — Uwielbiam tańczyć — rzuciła lekko radosnym tonem.
    — Widać. I jesteś w tym niesamowita. — Skomplementował ją. Wychodziło mu to już naturalnie. Zaprzyjaźnił się z nią i nie czuł się już niezręcznie.
    — Nie zawsze. Muszę mieć dla kogo tańczyć. — Odparła przekręcając się na bok i spoglądając na schyloną głowę Lokstara. — Coś się stało? - posmutniała.
    — Nie. Nic poważnego. Zwykłe rozterki mężczyzny, który przez pięćdziesiąt lat swojego życia nie widział nigdy kobiety. — Uświadomił sobie w tym momencie, że jest zdolny do wielu rzeczy, ale nigdy nie pozna smaku dzielenia swojego życia z kobietą, którą pokocha. Było dla niego zwyczajnie za późno. Gdy dotrze do portu, wsiądzie na konia i pojedzie w nieznane szukając i przepędzając piekielnych.
    — Niemożliwe. — Zaśmiała się. — Nie wyglądasz na takiego, co ma problem z brakiem zainteresowania. — Loki tylko pokręcił głowo przecząco. Długa czarno siwa kita zsunęła się z pleców na ramie. — Jeszcze spotkasz kogoś, z kim przeżyjesz niezapomnianą noc. — Usiadła za nim i wtuliła się w jego plecy.
    — Mój czas się kończy, mam misję do spełnienia i... — przyłożyła palec do jego ust.
    — Ciii... — Pchnęła go na łóżko i sama się ułożyła obok. Zasnęła wtulona w bok zdezorientowanego już nie mężczyzny, a chłopca, który nie wiedział co w tej chwili powinien zrobić. Sięgnął tylko po koc i również zasnął znużony krążącym we krwi alkoholem.
    Obudził się późno. Słońce wisiało już wysoko nad horyzontem. Esmea nadal spała. Wczoraj nie zauważył kiedy się rozebrała ale teraz leżała zupełnie naga pod jego kocem. Delikatnie wymknął się próbując nie obudzić towarzyszki i wyszedł się przewietrzyć. Nie pamiętał co się działo w nocy. Miał tylko nadzieję, że to co utkwiło w pamięci było wszystkim co się działo. Miał nadzieję, że zasnął tak jak pamiętał. Nie chciał rozpamiętywać, nie chciał pamiętać co zrobił źle, a co mogło by urazić czarnowłosą. Dręczył się myślami, że mógł urazić pierwszą kobietę jaką poznał w życiu, a to byłby zły znak. Przesiedział cały dzień myśląc i czytając. Próbował oderwać się chociaż na chwilę od dręczących go nieprawdziwych obrazów, które sobie wyobrażał. Żaden z nich nie miał miejsca. Jedyny prawdziwy obraz jaki nosił w pamięci to były oczy czarnowłosej. Głęboki szafir nie mógł nie zostać niezapamiętany.
    Ktoś nagle wydarł się, że widać ziemię na horyzoncie. Oznaczało to, że w przeciągu dwóch dni rejs dobiegnie końca. Tak samo jak towarzystwo Esmey. Wszystko ma swój kres. Wrócił do kajuty. Czarnowłosa siedziała nadal na łóżku owinięta kocem. Jej twarz zdobiona uśmiechem i rozczochranymi włosami była pięknym obrazkiem.
    — Wkrótce dobijemy do brzegu. — oznajmił z nutą żalu w głosie.
    — Czyli trzeba będzie się rozstać. — Jej radosny głos również nie był do końca szczęśliwy. Kilka dźwięków zdradziło smutek.
    — Może i lepiej. Taka kobieta jak ty na pewno szybko znajdzie swojego księcia z bajki. — Zażartował. Umiał sobie radzić z uczuciami całkiem nieźle. Więc nie miał problemów z ukryciem bólu serca. Musiał to przyznać choć bardzo nie chciał. Zakochał się w dużo młodszej od siebie dziewczynie. A to było grubo poniżej moralności. Po prostu nie wypadało. Na pożegnanie stworzył dla niej, pierwszy raz udało się bez błędów, różę. Szafirowy kwiat jakich nie sposób spotkać. Wplotła ją we włosy urywając po drodze kolce. Wyglądała z nim doskonale.
    Ostatni wieczór spędzili na rozmowie dotyczącej ostatnich wspólnych dni. Wspominali swoje emocje oraz mówili o nich otwarcie. Śmiali się przy tym i nie wydawało im się niezręczne gdy ich wzrok spotkał się na dłużej. Zwykła przyjacielska rozmowa okraszone szczyptą pożądania. Nic więcej nie kryło się w tym. Wkrótce po tym statek zacumował u brzegów nieznanego Lokstarowi portu. Wysiadając na stały ląd wziął głęboki oddech. Przed nim stała Esmea. Odwróciła się i podbiegła do niego.
    — Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. — Szepnęła do ucha obdarowując policzek Lokiego pocałunkiem.
    — Żegnaj Esmeo. — Odparł. Nie spodziewał się, że dożyje kolejnego spotkania. Złapał swoją torbę, konia i machnął na towarzyszy. — W drogę! Czeka nas dużo pracy, a mamy mało czasu. — Zakrzyknął wskakując na swojego wierzchowca. Reszta posłusznie ruszyła za nim, bez zbędnych komentarzy. Gdy opuścili miasto zgodnie z poleceniem ruszyli w różnych kierunkach. Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie i obdarzyli słowem otuchy. To było prawdopodobnie ich ostatnie pożegnanie.
    Przez następne lata Loki podróżował od osady do osady poszukując piekielnych. Na początku były to zwykłe anomalie, które wymagały drobnych zabiegów. To wystarczyło, by wieści o Łowcy szybko obiegły pobliskie wioski. Z czasem dostawał zlecenia oraz wynagrodzenia, a same obiekty były coraz bardziej wymagające. Z czasem zyskał renomę i sławę. Gdy 68-letni mężczyzna na siwym koniu pojawiał się w zagrożonym miasteczku witano go jak bohatera. Dostawał nocleg, strawę i wszystko co w danej chwili potrzebował. Nawet ubiór. Załatwiał zlecenie, rozliczał się ze zleceniodawcą, żegnał z mieszkańcami i ruszał w dalszą drogę. Nigdy nie spędzał w jednym miejscu więcej niż dwóch dni. Wszystko szło świetnie. Każda udana interwencja była lekcją, która skutkowała wzrostem umiejętności Lokiego. Podniósł także swoje umiejętności jeździeckie gdy przyszło mu ścigać swoje ofiary przez lasy czy pustynię. Rzadko kiedy piekielny czy inny demon dawał radę uciec sztuczką Łowcy. Magia, którą stosował w łapaniu swych ofiar, nigdy nie była wycelowana bezpośrednio w nich, gdyż była za słaba. Jednak pułapki jakie zastawiał za jej pomocą znacznie spowalniały uciekinierów. Najbardziej emocjonujący był pościg za opętanym chłopcem. Skakał on po dachach budynków niczym kot. Wiek Yallana nie ułatwiał zadania. Zaufany rumak jednak nadążał za celem i radził sobie na nierównych uliczkach wśród budynków i na ciasnych zakrętach oraz schodach. Nie miał żadnej broni dystansowej przy sobie. Ścigał chłopaka przez centralny plac. Usłyszawszy dzwon przypomniał sobie o sztuczkach jakie ćwiczył w klasztorze. Stworzył w dłoni kartę i rzucił. Karta wbiła się tuż za uciekinierem.
    — Szlag. — Zaklął. — Nie ze mną te numery. — Stworzył w ręku trzy karty, którymi cisnął. Każda z nich chybiła. Nie ćwiczył nigdy rzucania do ruchomego celu. Szybko jednak spostrzegł swój błąd i naniósł korekty. Kolejna karta zarysowała plecy chłopca. — No lepiej. Teraz mi nie uciekniesz. Gapie oglądający pościg długowłosego mężczyzny z brodą ciskającymi kartami jak pociskami byli w szoku. Nie zawsze ma się możliwość oglądania takie spektaklu. Kolejne karty chybiały. — No zwolnij na chwilę. — Po tych słowach jedna z dachówek pękła pod stopą chłopca. Noga zapadła się i musiał na chwilę się zatrzymać. — Mam cię! — Sapnął Lokstar celnie rzucając kartę. Ranne ciało upadło na ziemię tuż przed koniem na którym siedział Łowca. Loki zsiadł z konia, poprawił kapelusz i podszedł do rannego i przyjrzał mu się. — Narobiłeś mi problemów. Nieładnie tak uciekać. — Zdjął rękawiczki. — Przeznaczenie prędzej czy później i tak cię dopadnie, to po co to odwlekać. — W tym momencie wyjął księgę i rozpoczął rytuał wypędzenia. Nim na dobre zaczął, kątem oka dojrzał, że ów opętany szykuje się do ataku. Szybko wykreował kartę w dłoni i rzucił wściekły prosto w czaszkę. Karta wbiła się. Stróżka krwi popłynęła, a sam pocisk zaczął świecić jakby ognistą łuną. Gdy Loki zacisnął pięść karta wybuchła rozrywając głowę nieszczęśnika. — O w mordę... — Syknął. — Nie tak miało to wyglądać. — załadował bez zbędnej zwłoki bezgłowe ciało na konia. Dokończył rytuał, a martwe zwłoki wywiózł za mury miasta, gdzie je spalił. — Cóż wypadki przy pracy też się zdarzają. — Usprawiedliwił się w duchu i ruszył w dalszą drogę. — Czyli to tak działa magia zła, o której czytałem. Będę musiał z tym uważać. — Wiedział z czym miał do czynienia. Nie raz już widział jak jego cele władały tą dziedziną magii.
    W czasie jednej z wypraw do opuszczonej świątyni jakiegoś bożka na północy, Loki znalazł kilka przedmiotów. Nic specjalnego a cieszące oko. Jednym z nich była stara drewniana skrzynia. Niewielka choć trzeba było ją nieść w dwóch rękach. Nim wyszedł z głównej hali coś przeleciało nad głową Łowcy.
    — Czyżbyś zbłądziła, pokuso? — Odwrócił się i faktycznie ujrzał pokusę w swej naturalnej postaci. Unosiła się nad czymś co niegdyś było ołtarzem. Nie dał jej odpowiedzieć. Cztery karty przyszpiliły jej skrzydła do ściany. Podszedł do niej spokojnie. Przerzucił w zębach wykałaczkę.
    — Gardzę tobą, ale nasz pan już o tobie wie! — Skrzeczała, próbując brzmieć groźnie.
    — Powiedz mu, że będę na niego czekał — Wycedził, spoglądając jej prosto w oczy. Na pożegnanie włożył jej w usta swoją wykałaczkę. Wsunął ją całą aż po gardło i odwrócił się. — Nie radzę ci jej wyciągać dopóki nie wyjdę. Ta nie posłuchała więc Loki zdetonował wykałaczkę za pomocą magii w jej ustach niemal zabijając ją. — Ostrzegałem. - Wzruszył ramionami. Zostawił na wpół żywą pokusę samą sobie. Nie znał litości dla kreatur, na które polował. Zabrał skrzynkę na światło dzienne aby się jej bliżej przyjrzeć. Po kilku chwilach zdołał rozebrać zamek i podnieść wieko. Wśród trocin znajdowały się dwa zawiniątka. W każdym z nich leżała broń. Nie byle jaka broń. Najrzadszy rodzaj broni, palna broń magiczna. Na pierwszy rzut oka wyglądała na zadbaną. Kilka rozsypanych luzem sztuk amunicji i liścik. Coś w rodzaju wyrwanej kartki z pamiętnika. Na jednej stronie wzmianka o przygodnym życiu pewnego mężczyzny, nudy. Z drugiej zaś instrukcja obsługi. Raczej jej strzępy. Jedynymi informacjami było, że wymaga umiejętności, magii i amunicji. Nic po za tym. Z pozoru bezużyteczna zabawka. Wziął jeden egzemplarz i obejrzał go dokładnie. Spędził nad pistoletem dobre trzy godziny. W końcu odkrył jak go załadować. To też uczynił. Teraz przyszła pora na odpalenie ładunku.
    — A gdyby tak... - Użył na pistolecie magii. Tej samej której używał do detonacji kart. Nic się nie stało. — Coś innego musi być kluczem. — Oznajmił sam sobie. Złapał się na tym, że zabrzmiało to dziwnie ale czy ktoś mógłby się dziwić staruszkowi, który spędził życie w samotności? Uznał jednak ten nordycki wynalazek za bezużyteczny przeciwko piekielnym i zostawił go tam gdzie go znalazł. — Szkoda w sumie takiej zabawki. — Ciekawość wzięła górę. Wrócił po skrzynkę ale zabrał tylko jej zawartość obiecując sobie, że kiedyś rozpracuje zasadę działania. W oddali widniało miasto Tarigorn. — Nic tu po mnie. — Wsiadł na konia i ruszył dalej.
    Pewnego dnia Loki dostał zlecenie w niewielkim miasteczku na wschodzie. Spakował niezbędne przedmioty i ruszył. Nie zadawał zbędnych pytań. Wszędzie coś się działo. Jak nie tym razem to poszczęści się następnym. Wczesnym rankiem dotarł do owej mieściny. Panował tam mimo słońca półmrok. Nozdrzy dochodził zapach siarki i palonych włosów.
    — Skądś kojarzę to stężenie smrodu. — Głęboko w jego pamięci wyryły się wspomnienia z wizyty łowcy dusz w jego klasztorze. Nie mylił się. Gdy dotarł do dziedzińca, gdzie stała niegdyś fontanna, teraz ogromna kałuża, ujrzał w powietrzu unoszącego się piekielnego. Ogromne cielsko ze skrzydłami, przyozdobione rogami. Na wolności był znacznie większy niż wtedy w świątyni. Podjechał bliżej. Kątem oka widział ludzi pochowanych w budynkach wyglądających przez zabite dechami okna. Przyjrzał się szybko piekielnemu, dzierżącemu w ręku łańcuch. Ten w tym czasie odwrócił się, a potężne skrzydła wzbiły tumany kurzu oraz ruszyły masy rozgrzanego powietrza tworząc gorący wiatr.
    — Kim jesteś śmiertelniku? Dlaczego nie schowałeś się tak jak pozostali naiwni? — Ryczał piekielny.
    — A mógłbyś się najpierw ty przedstawić? — Spytał ironicznie Loki. Walczył z tyloma podobnymi, że nie przejmował się reakcją. Nie mogło go spotkać już nic gorszego niż śmierć.
    — Jak śmiesz, bezczelny śmiertelniku? Jam jest Asabelhar, mistrz łowców dusz. — Ciągnął dudniącym głosem.
    — Od razu lepiej. Ja jestem Lokstar Van Yallan, pokrako. — Donośny ryk poniósł się potężnym echem. — O, cho wkurzył się. Słabe nerwy. Jak każdy. — Skwitował od niechcenia.
    — Zamilcz! Jeszcze jedno słowo...
    - Och zamknij się i złaź tu na dół żebym mógł ci skopać to co tam masz. — Przerwał mu Loki. Im bardziej zdekoncentrowany cel tym łatwiejszy. Takie lekcje wyniósł z poprzednich zadań. Łowca dusz jak na życzenie obniżył lot. — Czy możemy teraz przystąpić do właściwej części zadania? Ja robię co muszę, ty znikasz i się żegnamy. — Wypowiedział słowa jakby był nauczony ich na pamięć i powtarzał je po milion razy. Jak automat.
    — Chcesz się ze mną mierzyć mizerna istoto? — Spytał dumny z siebie piekielny.
    — Spróbować zawsze można. — Zakończył rozmowę Lokstar wyjmując księgę i rzucając pierwsze zaklęcia w niej zawarte. W tym czasie dookoła pojawiło się więcej istot. Niekoniecznie dobrych. Raczej wszystkie chciały zabić Lokiego. — O daj spokój. — Kilka zaklęć, kilka kart i był porządek. — Za stary jestem na takie numery. Tak to możesz zaskoczyć niemowlę. — Szydził z łowcy dusz. — Teraz jesteś mój. — Kilka kart pojawiło się w dłoni i poszybowało w kierunku skrzydeł piekielnego. Podmuch wiatru uniemożliwił osiągnięcie celu.
    Z drugiej strony piekielnego podjechało dwóch dawnych towarzyszy Lokstara. Gdy zobaczyli pojedynek postanowili się przyłączyć. Niestety, oni byli za słabi by móc mierzyć się z łowcą dusz. Nie byli wstanie nawet zwrócić uwagi wściekłego piekielnego. Jedyne co mogli robić to niszczyć przybywające osiłki piekielnego.
    — Kim jesteś?! — Wrzasnął po raz kolejny piekielny do Lokiego.
    — Twoim największym koszmarem! — Zaklęcie wykrzyczane z księgi uderzyło w cielsko z ogromną siłą. Zachwiał się i opadł kilka metrów.
    — Nikt nigdy mi nie da rady! — Wyjął swój łańcuch i wykonał nim kilka zamachów.
    — Nigdy nie mów nigdy! — Kolejne zaklęcie. Kolejne trafienie. Towarzysze byli w szoku. Loki nie używał zwykłych zaklęć z księgi. Wzmacniał je innymi poznanymi w ukrytej bibliotece.
    — "Będziesz moim trofeum!" — Krzyknęli na raz do siebie. Karta opatrzona zaklęciem powędrowała w powietrze. Na przeciw niej poleciał łańcuch. Zderzyły się w połowie drogi. Eksplozja energii powaliła wszystkich w okolicy oraz naruszyła konstrukcję budynków. Loki upadł na ziemię.
    — Faktycznie jestem już na to za stary. — Stęknął podnosząc się z klęczek. Gdy podniósł głowę ujrzał lecący w jego stronę łańcuch. — No ładnie... — Powiedział zrezygnowany. Owa broń piekielnego owinęła się wokół niego. Złapała jednak nie jego ciało a właśnie duszę. Loki poczuł ucisk na gardle i silne szarpnięcie w górę. Stracił grunt pod nogami. Po chwili ujrzał swoje ciało upadające bezwładnie obok rannego wierzchowca, łańcuch, który nadal go krępował, piekielnego i swoich towarzyszy. Nie mógł nic powiedzieć. Nie miał już ciała. Słyszał natomiast wszystko.
    Walka o byt Lokstara trwała przez ponad sześć dni bez przerwy. Ciało może miał słabe ale miał niezłomnego ducha. Sam łowca Asabelhar był zszokowany ile oporu stawia jedna mała ludzka duszyczka. W końcu jednak to piekielny wygrał. Zabrakło siły Lokiemu. Zabrakło woli do walki. Łańcuchy skrępowały go do reszty po czym zapadła ciemność.
    Tkwił w kompletnej ciemności. Głucha pustka. Nie wiedział ile czasu tu spędził. Stracił zupełnie poczucie czasu. Był sam. Zupełnie. Nie miał nawet ciała. Żadnego powiewu wiatru, żadnego dźwięku. Nic. Cisza. Nie czuł zupełnie nic, poza strachem. Jego byt został unicestwiony. A może dopiero będzie? Nie wiedział.
— Jeżeli tak wygląda życie po życiu, to wolałbym się w ogóle nie narodzić. — Z żalem wypowiedział niebrzmiące słowa. Nie brzmiały, gdyż nie miały w czym się nieść ani z czego wydobyć. Wiele dekad spędził w tym stanie. Sam nie wie ile dokładnie. Nie istniały w tym miejscu dni i noce, czas. Zupełne nic.
    W pewnym momencie wydarzyło się w końcu "coś". Po raz kolejny poczuł krępujące go łańcuchy. Poczuł że się porusza. Nie mógł tylko określić w którą stronę. Nagle ujrzał światełko. Rosło w szybkim tempie. Nagle przez nie przeleciał. Znalazł się jakby w hali tronowej. Dodatkowo jakby w swoim ciele. Jednak nie do końca. Była to imitacja jego ciała. Po to by mógł się porozumieć z obecnymi wszędzie piekielnymi i z Nim.
    — Mam nadzieję, że ci się podobało. — Spytał potężny głos. Dochodził jakby z samego wnętrza ziemi, a jednocześnie z otaczającej materii. To mógł być głos tylko jednej istoty.
    — Bywało gorzej. — odparł Lokstar jakby nigdy nic.
    — Będziesz dla mnie zbierał dusze. Jako kara za to co uczyniłeś moim dzieciom! — Sypał słowa jak kamienie o bruk.
    — I może jeszcze stado dziewic? — Zadrwił Loki.
    — Nie igraj ze mną. Mógłbym cię zniszczyć.
    — To czemu tego nie zrobisz, o przepotężny? — Ciągnął dalej.
    — Chcę cieszyć oczy jak będziesz się męczył gdy staniesz się tym, kogo nienawidziłeś. — Wskazał na Asabelhar'a. Ten sam piekielny, z którym walczył wcześniej Loki.
    — A co ja będę z tego miał? - Spytał najzwyczajniej w świecie. Tutaj zapadła cisza. Nie taka jak przed chwilą w pustce ale jednak było cicho.
    — Wyślij go na powierzchnię bez wolnej woli. — Rzucił krótko władca podziemi. Tak też się stało. Loki nie mógł powstrzymać rozbawienia. Właśnie odbył rozmowę z Czarnym Panem i: raz, przeżył, dwa, tamten zaniemówił. Teraz było mu wszystko jedno. Mógłby zostać nawet ślimakiem. Nikt nie zabierze mu radości jaką przyniosła mu ta rozmowa. I te wymachiwania jak dziewica nakryta w wannie. Przeurocze.
    Obudził się gdzieś w lesie. Zupełnie innym miejscu niż uprzednio walczył. Wstał i rozejrzał się. Na pierwszy rzut oka wydawało się wszystko w porządku. Po chwili spostrzegł, że jest noc, a on widzi doskonale. Po drugie, obraz był pozbawiony soczystości barw. Brak zapachów. Gdy próbował przejść kilka kroków zahaczył skrzydłem o drzewo.
    — Niemożliwe. Jednak jestem jednym z nich. — W lewej dłoni miał łańcuch. Taki sam jak ten, którym go pętano pamiętnego dnia. W oddali usłyszał oddział rycerzy. Maszerowali równo, a zbroje wydawały charakterystyczny dźwięk. Nie chciał ale jego ciało samo powędrowało w tamtą stronę. Gdy zbliżył się dostatecznie rozpętało się piekło. Jednostronna rzeź. Loki pierwszego dnia zdobył siedem dusz.
    — Niezły wynik. — przyznał.
    Władca Otchłani doskonale zdawał sobie sprawę z potęgi i siły swojego nowego „podwładnego”, toteż za każdym zleceniem podrzucał mu silniejszych przeciwników pewny, że któregoś pięknego dnia polegnie z ich ręki. Tak też było i tym razem… Lokstar, Łowca Dusz, został wysłany po kolejną zdobycz: miał pokonać anioła.
    Loki stawił się w wyznaczonym miejscu. Jego ofiara miała tędy przelatywać w niedługim czasie, a ze względu na kiepskie warunki pogodowe jego lot miał być niski. Wtedy też Piekielny miał uderzyć.
    Po kilkudziesięciu uderzeniach serca Loki zobaczył go – na tle szarego, deszczowego nieba jego jaśniejąca aura i potężne, białe skrzydła wyraźnie odcinały się. Niestety Loki, który starał się zastawić pułapkę i pokonać przeciwnika znienacka, nie spodziewał się, że oponent wyczuje jego piekielną aurę. Natychmiast wylądował gotowy do potyczki. Najwyraźniej i Skrzydlaty miał zadanie zniszczyć Łowcę Dusz. I tak oto stanęli przed sobą, oko w oko. Pierzasty gotowy do walki, Loki odnoszący się do niej nieco niechętnie, jednak zdecydowanie zwarty i uzbrojony.
    Rozpoczęła się walka. Przez jałowe pole pofrunęły pierwsze pociski z magicznych rewolwerów - dar od pana Lokstara - oraz zaklęcia. Kule ognia wypluwane przez lufy niosły ze sobą magię, którą odbijał rynsztunek niebianina, który skracał dystans, aż wreszcie obie postaci zwarły się ze sobą, aby potoczyć zacięty bój na odległość niemal połowy łokcia. Ich śmiertelny taniec był zjawiskowy, piękny i przyciągał inne istoty, które chętnie przyglądały się wydarzeniu. A obserwatorów było coraz więcej, w miarę jak zaciekłość bitwy rosła.
    Loki i Anioł walczyli nieprzerwanie przez ponad trzy dni. Żaden nie chciał dać za wygraną. Wszak chodziło tutaj o byt. To już nie była walka agresora z broniącym się aniołem. Oboje chcieli siebie nawzajem zniszczyć. Łańcuch Łowcy Dusza raz za razem ścierał się z ostrzem Anioła wydając przy tym charakterystyczne szczęki. Przez całą walkę towarzyszyła im potężna burza. Prawdopodobnie wywołana potężną magią używaną przez obu oponentów i wzmocnioną piekielną siła, magia Lokstara z dawnych lat.
    Gdy kolejny deszczowy dzień potyczki dobiegał końca, wśród gapiów pojawił się mężczyzna - mag. On jako jedyny, z obecnych przedstawicieli wszelakich ras, odważył się wtargnąć na teren pogorzeliska towarzyszącemu pojedynkowi. Podszedł tak blisko jak tylko mógł i rozdzielił walczących przy pomocy swoich czarów. Zamknął obu w magicznych klatkach, których nie sposób było zniszczyć.
    — Wypuść mnie, zaniecham walki. — Powiedział stanowczo Anioł. Niestety Loki nie miał możliwości takich negocjacji. Tak też się stało. Więzienie otaczające skrzydlatego zniknęło, a on sam wystrzelił w niebo jak strzała. Tyle go widziano. Łowca Dusz nie miał tyle szczęścia. Jego więzienie stało się znacznie potężniejsze i zyskało kilka dodatkowych cech. Czuł, że jest coraz słabszy. Poczuł, że musi coś powiedzieć. Jego ostatnimi słowami było zaklęcie. Zaklęcie, które niegdyś chroniło go od strachu i blokowało chwilowo wpływ magi umysłu. Magia otaczająca Lokstara w trakcie wypowiadania wymuszonego przez maga zaklęcia wzmocniła je do tego stopnia, iż połączenie z panem losu Łowcy Dusz zostało bezpowrotnie zerwane. Sam Loki zachwiał się i stracił przytomność. Gdy więzienie zniknęło ostatnim co widział była pędząca ku jego oczom ziemia. Potem nastąpiła ciemność. Przez jego umysł przeleciała myśl o pustce, w której był zawieszony przez długie lata. Napełniło go to strachem. Jednak nie na długo. Gdyż wkrótce po tym jego świadomość zgasła całkowicie.

***Demon - Przemieniony***


    Po raz kolejny obudził się na ziemi, w zupełnie dla niego przypadkowym miejscu. Wielce był zdziwiony i jednocześnie przerażony gdy po otwarciu oczu ujrzał tylko słaby blask bijący od kilku świec, skalny strop i nic po za tym. Na domiar złego był przykuty do ziemi magicznymi łańcuchami, które skutecznie go unieruchamiały. Głowę zaprzątały mu myśli galopujące niczym stado spłoszonych dzikich koni. Czuł się niezwykle słabo a ostatnie co pamiętał to twarz maga, który go pozbawił przytomności i przerwał jego walkę. W głębi duszy, która gdzieś tam jeszcze tkwiła dziękował za taki obrót spraw. Miał nadzieję, kiedyś spotkać tego potężnego maga i przynajmniej słownie mu podziękować, jeśli jeszcze żyje. Jeśli sam będzie jeszcze żył.
    Nagle w jaskini, w której się znajdował rozbłysły inne świece potężnym blaskiem. Podsycane magią dawały krystalicznie czyste światło i przyjemnym, ciepłym zabarwieniu. Wszedł zastęp magów. Jednak zupełnie innych niż widział do tej pory. Przyodziani w długie szaty z kapturami. Kilku z nich trzymało kostury przyozdobione fikuśnymi ornamentami. Niektórzy z nich wyglądali na przerażonych, inni zaś na wściekłych. Pytali po sobie i puszczali sobie spojrzenia pełne niepokoju. Zebrali się wokół niego i wymieniali spostrzeżenia. Wszystkie tematy dotyczyły leżącej u ich stóp osoby Lokiego. Wyciągnęli księgi, podnieśli i wycelowali weń kostury. Gdy różnobarwna aura zaczynała się pojawiać i przybierać na sile wszystko nagle zanikło. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w kierunku wejścia. Stała tam czarnowłosa kobieta, przyodziana w zwiewne, długie szaty i ornament na czole, wolnym krokiem zmierzającą w kierunku zgromadzonych. Loki dziękował znów losowi za ten obrót sytuacji. Mógł przeżyć jeszcze kilka minut. Owa dama podeszła do magów, tudzież kapłanów. Ciężko było ich przypisać do jednej grupy. Rozgoniła zbiegowisko gestem dłoni i wolnym krokiem obeszła cielsko piekielnego leżące na ziemi. Okrążyła go kilka razy po czym przykucnęła przy głowie.
    — On nie jest piekielnym! W każdym bądź razie nie od początku. Został w niego zmieniony! — Wstała mierząc wszystkich wzrokiem. Dało się słyszeć poruszenie. Kolejne lawiny pytań posypały się z gardeł zakapturzonych mężczyzn. Dała jasno do zrozumienia, że nie pozwoli go zniszczyć jak to czynili prawdopodobnie z jemu podobnymi. Wyglądała znajomo, jednak pamięć nie była tak świeża i nie skojarzyć gdzie widział już tą nieskazitelną kobietę o szafirowych oczach.
    — Spokojnie. Wszytko będzie dobrze. Loki... — Wyszeptała głosem pełnym troski jak do swojego dziecka. W tym samym momencie Lokstara zamurowało. Dziesiątki pytań zalało myśli Piekielnego. Kim ona jest? Skąd go zna? Jak go poznała?! Loki wpadł w obłęd próbując poskładać w całość to co się właśnie wydarzyło. Może nie ma wcale dobrych zamiarów wobec niego? A co jeśli?!... — Cii... — Szepnęła i uśpiła go zaklęciem. Zasnął uspakajając oddech.
    Obudził się rano. Wiedział, gdyż od wejścia było słychać śpiew ptaków. Dawno go już nie słyszał. Wszytko co słyszał to tylko rozkazy. Teraz wśród obcych myśli nie było niczego. Cisza i spokój. Cieszyło to Łowcę. Po raz kolejny weszła ów dama w kruczoczarnych włosach. Przyniosła kilka przedmiotów i poukładała je pod ścianami. Za nią weszło kilku innych magów niosących jakieś różne przedmioty. Układali je a ona sama je przeglądała nerwowo.
    — Nie! To wszystko na nic! To mu nie pomoże! — Krzyczała nie wiadomo czy na siebie czy na jej towarzyszy. Przedmiotów, które ona przyniosła, niektórzy bali się dotknąć, gdy kazała im je podać. Układała sprawdzała coś. Nic jej nie zadowalało. Po całym dniu krzątania się przy magicznych artefaktach ponownie rzuciła zaklęcie usypiające i wyszła zatapiając się w noc.
    Kolejne dni mijały na badaniu i szukaniu. Nic nie dawało zamierzonych efektów. Jakiekolwiek miały by one być.
    Pewnego deszczowego dnia przyszła do jaskini sama. Przemoczona suknia prześwitywała gdzieniegdzie. Niestety popędy piekielnego dawno wygasły. Przyniosła koszmarnie zniszczoną torbę. Wyglądała jakby przeleżała gdzieś wieki. Jak się później okazało tak było.
— To musi zadziałać! Nigdy nie wybaczę sobie porażki. Nie spocznę. — Zarzekała się co chwilę dodając sobie otuchy. Wysypała zawartość torby na ziemię. Była tam księga ze zniszczoną okładką, niekompletna talia zniszczonych, wyblakłych kart, sztylet. Ułożyła je na ziemi. Obok tych przedmiotów ułożyła kilka swoich przedmiotów. Jednym z nich była róża w kolorze szafiru. Też nadgryziona przez czas jednak nadal piękna. Pamięć niestety nie była na tyle dobra, by skojarzyć owe przedmioty.
    Usiadła przy głowie Lokiego. Położyła mu dłoń na czole i klatce piersiowej i zaczęła wypowiadać złożone zaklęcia. Jej oczy przepełniły się błękitną poświatą. Przez kilka minut siedziała w tej pozycji. Lokstar w postaci łowcy dusz poczuł znajomy ucisk na szyi. Jednak o wiele słabszy. Po raz kolejny, tym razem znacznie delikatniej, opuścił swoje ciało. W tym samym momencie ciemnowłosa wstała z klęczek. Obeszła delikatnym krokiem ciało i stanęła znów nad głową piekielnego. Podniosła ręce i głowę, a na jej plecach rozświetliły się potężne białe anielskie skrzydła. Loki z pozycji wolnego ducha miał idealny widok na ten spektakl.
— Anioł! Ona jest aniołem! — Chciał krzyknąć lecz po raz kolejny nie miał czym wydać dźwięku. Zatańczyła w powietrzu unosząc się na majestatycznych skrzydłach. Rycerz z jakim walczył wcześniej nie mógł pochwalić się tak pięknym atrybutem swojego pochodzenia.
    Wylądowała i nadal emanując blaskiem podeszła ponętnym krokiem do ciała.
    — Wróć do nas. Wróć do mnie. — Szepnęła anielica. — Wróć... - wyciągnęła dłoń w bok i chwyciła pióro z jej olśniewającej kolekcji. To samo zrobiła z drugiej strony. Przyłożyła je do piersi i skropiła łzami. Były to szczere łzy. Nic nie wskazywało na to by udawała. Na prawdę tęskniła. Nagle cielsko piekielnego zaczęło się zmieniać. Jedno z piór wtopiło się jakby w skórę w oślepiającym blasku. Po tym skrzydła szkarady zaczęły znikać w złotych iskrach. Rogi zostały wchłonięte. Cała postać zaczęła przybierać bardziej ludzką budowę, a skóra nabrała bardziej żywego koloru. Zniszczone włosy zniknęły. Anielica modelowała ciało według własnej woli. Najdłużej spędziła przy twarzy i dłoniach. Co było w nich takiego, że poświęciła tym częściom ciała tyle uwagi?
    W tej eterycznej postaci Loki miał wolny umysł. Wracały powoli wspomnienia. Jednak bardzo powoli. Przy okazji rozmyślań i interpretacji owych myśli przyglądał się działaniom Anielicy. Czekał na efekt końcowy. Jakże wielkie było jego zdziwienie gdy z obłoku magicznej chmury wyłonił się "ON". To był Loki. Ten ze statku. Jednak sporo młodszy. Lokstar widział sam siebie. Swoje ciało leżące luźno pod łańcuchami. Nie mógł uwierzyć, że takie stworzenie jak ona może coś o nim wiedzieć. Nawet jeśli to była by ta sama osoba. Nie miała już prawa żyć. Nie chciał wierzyć, że anielica, która właśnie kończyła proces tworzenia nowego ciała, i zgrabna dwudziestoletnia dziewczyna ze statku to może być ta sama osoba.
    Nagle został z impetem wciągnięty przez nowe ciało. Ciężko złapał pierwszy oddech, łapczywie łapiąc powietrze w płuca. Odruchowo złapał się za klatę piersiową. Wyczuł pod palcami gorący płat skóry. Nadal pióro, które w nim tkwiło oddziaływało. Paliło go żywym ogniem, jednak po kilku chwilach przestało. Na skórze pozostało tylko znamię, wyglądające jak narysowane węglem lub wypalone. Był nagi. Anielica jednak szybko nacieszywszy oczy swym dziełem wykreowała ubranie. Proste odzienie. Nie bawiła się już w jakieś zmyślne szaty. Nie miała na to zwyczajnie siły. Stała i przyglądała się z rozłożonymi skrzydłami. Po chwili podeszła i podała dłoń.
    — Wstań. Pokaż się. — powiedziała miło i delikatnie. — Tam masz kałużę. Możesz się przejrzeć. — Zaśmiała się, widząc zdziwienie w oczach Lokstara. Podszedł chwiejnym krokiem do wskazanego miejsca i uklęknął. Jego oczom ukazała się ta sama osoba, która spędziła lata w klasztorze na wyspie. Mimo uderzającego podobieństwa dało się zauważyć kilka różnic. Anielica dodała od siebie nieco mocniejsze rysy twarzy. Jednak najbardziej uwagę przykuły złote oczy z pionowymi źrenicami, oraz kły, które jakimś cudem były dłuższe od reszty zębów. Takie delikatne pozostałości bo dawnej formie. Cóż nie można mieć wszystkiego.
    — Wybacz, że nie odwzorowałam tak jak należy. Nie pamiętałam cię dokładnie. — Szepnęła podchodząc od tyłu do klęczącego mężczyzny.
    — Jak mam ci dziękować? — Odwrócił się na klęczkach Loki. — Jak odwdzięczyć się za tak wspaniały dar? — Niemal płakał ze szczęścia.
    — Bądź i żyj. Tyle od ciebie chcę. — Kucnęła przed nim i spojrzała w jego oczy. Nie wiedział jak się zachować. Przyglądał się jej ciału, skrzydłom. Utonął w oczach. Widać nie tylko ciało przywróciła do względnej normalności. Zadbała też o należyte funkcjonowanie.
    — Jak mam Pani dziękować? — Pytał w kółko. Ta tylko chichotała.
    — Lokstarze, Demonie. Tylko tak mogłam uratować twoją duszę i wolną wolę. Zrobiła to dla ciebie i dla nas wszystkich. Jeden łowca dusz mniej to znacznie więcej wolnych istnień. Ale nie tylko dla tego. Urzekłeś mnie wtedy na statku. Traktowałeś mnie jak zwyczajną kobietę i pierwszy raz poczułam się wolna. Nie musiałam znosić wszelkich dziwnych zachowań wśród istot, które wdziały kim jestem.
    — Esmea... — Szepnął bezwiednie.
    — Tak Loki. To ja. — Przytuliła go z całych sił. Poczuł jej bicie serca. — A to jest róża, którą mi podarowałeś na rozstanie. — wskazała kwiat leżący na ziemi. — Dbałam o nią. Niestety zaczęła więdnąć razem z twoją wolą istnienia. Postanowiłam cię odnaleźć i ocalić od zapomnienia. Masz jeszcze tyle przed sobą. — Ciągnęła ze szklącymi się oczami. - Chciałam z tobą ostatni raz zatańczyć. — To zdanie trafiło Lokstara. On od dziś miał być demonem. Jednak w większej części sobą. Nie mógł zrozumieć, czemu los płatał mu takie figle. Cieszył się, że mógł ją znów zobaczyć.
    Złożyła skrzydła i zatańczyła z nim do muzyki, której w rzeczywistości tam nie było. Panowała cisza. Oni jednak tańczyli. W czasie tańca ciało Lokiego zyskiwało ostateczny wygląd, długie czarne włosy, brwi, rzęsy. Wszystko pojawiało się na swoim miejscu. Nawet zarost. A on z wbitym wzrokiem w jej oczy uczył się nowych kroków. Delikatnie prowadził. Dawno nie tańczył. Mimo to pamiętał wiele. A przynajmniej tak mu się wydawało.
    Po tańcu gdy już miał się jej ukłonić ona osłabła. Opadła mu w ramionach.
    — To nic... Jestem zmęczona. Zużyłam dziś ogromną ilość energii na ciebie. — Uśmiechnęła się.
    — Zabiorę cię stąd. — Podniósł ją. Była nadzwyczaj lekka. Wyniósł ją z jaskini. Na soczyście zielonej trawie, gdzie ją ułożył, czekali zdumieni magowie. Jedni zdjęli kaptury niedowierzający w zaistniały scenariusz. Nie wierzyli, że jej się to uda. Inni wzniecili aplauz. Panowało ogólne poruszenie wśród dziesiątek zgromadzonych. Wszyscy jednak byli zdumieni, że udało się przemienić piekielnego. Wyczyn godny najpotężniejszych magów.
    W oddali widniał pałac. Złote dachy, białe mury. Tam mieszkała Esmea. Loki podniósł ją z ziemi zaniósł kilka kilometrów pieszo pod bramy Pałacu.
    — Przykro mi, dalej nie możesz wejść. — Smutno dodał jeden z towarzyszących im magów. — Mieszkańcom mogło by nie spodobać się, że taki jak ty chodzi po ich terenie. - Wskazał jednoznacznie na naturę Lokiego. Przejął też od niego anielicę, która niechętnie puściła szyję demona.
    — Cóż. Rozumiem. — Odparł smętnie i wbił wzrok w ziemię. — Mogę się z nią pożegnać? — Spytał jeszcze ochoczo.
    — Proszę. — Rzekł siwy mag.
    — Esmeo. — Zaczął niezręcznie.
    — Cii... Nic nie mów. — Ścisnęła jego dłoń. — Dzięki tobie miałam sens życia. Teraz będę szczęśliwa do końca swych dni.
    — Dziękuję ci jeszcze raz. Z całego serca jakie mi dałaś. — Uśmiechnął się. Jednak z oka popłynęła łza.
    — Idź już. Znajdź swój sens istnienia. A gdy go znajdziesz, przyjdź i pochwal się mi. — Uśmiechnęła się i puściła jego dłoń. Wszyscy weszli przez bramę, zostawiając osamotnionego demona przed dziedzińcem.
    Gdy otworzył dłoń ujrzał weń śnieżno białe pióro. Wiedział, że to jej. Wiedział, że to najcenniejsza rzecz jaką posiada. Nie chciał czuć miłości ale musiał przyznać, że darzył tą piękną anielicę uczuciem. Dziwnym w swej naturze.
    Odwrócił się plecami do zdobionej bramy, spojrzał w rozchmurzone niebo i ruszył przed siebie.
    — Najtrudniejszy okres przede mną. Dziękuję, że dałaś mi drugą szansę. — Zaśmiał się i schował pióro do kieszeni. Gryzł go tylko jeden mankament. Nie pamiętał niemal nic z magii, której uczył się tak zawzięcie. Może kiedyś wróci? Do teraz będzie musiał nauczyć się... Żyć.
    Idąc drogą pod krzakiem ujrzał niewielką, mniejszą od pięści kulkę. Biała, puszysta. Prawdopodobnie została wyrzucona lub wypłoszona z gniazda. Schylił się i ze zdumieniem odkrył, że jest to młode królika. Malutkie stworzenie co dopiero oczy otworzyło. W promieniu kilku metrów nie znalazł nory.
    — I co ja mam z tobą zrobić? — I tak się zaczęło. Gdy spojrzała na niego swoimi malutkimi czarnymi oczkami było jasne, że trochę to potrwa. Zajął się nią i nawet nadał imię. Myślał nad "Esmea" ale szybko uznał, że za dużo z tym imieniem go łączy i wybrał inne. "Mythia". Tak, było odpowiednie. Idealne dla zwierzątka, które wzięło się znikąd. Ciężko było karmić tak małe stworzenie jednak Loki radził sobie i z tym zadaniem. Maleństwo szybko podrosło. Najwyraźniej też przywiązała się do niego. Gdy była już w pełni dojrzała Lokstar myślał nad wypuszczeniem jej. Wszak to odpowiedzialność, której nie chciał na siebie brać. Jednak gdy tylko ją posadził i odszedł kilka kroków usłyszał rytmiczne szelesty. Odwrócił się i spojrzał. Biała kulka siedziała przed nim i przyglądała mu się przekrzywioną na bok główką. Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Ostatni raz zaszła mu drogę.
    — Jak chcesz. — Wziął ją na ramię. O dziwo od razu zrozumiała i zajęła miejsce na prawym barku. — No dobra. To chodźmy. — I tak o to Loki zdobył towarzysza. Przez kolejnych kilka tygodni zżył się z towarzyszką. Do tego stopnia ją polubił, że postanowił na nią nałożyć zaklęcie długowieczności. Zabrało to mu wszystkie kosztowności ale udało się. Sam też miał świadomość, że czekają go kolejne wieki życia więc warto było tyle wydać. Od tamtej pory razem przemierzają świat wzdłuż i wszerz. Mythia jest jedyną istotą, o którą szczerze się troszczył.
    Przez kolejne miesiące wędrował od wioski do wioski. Szukał pracy. Jednak nie umiał się utrzymać na posadzie. Ciągnęły go przygody. Zaczął kraść. Z czasem też wrócił do grywania w karty. Wiele swych umiejętności w ten sposób odkurzył w krótkim czasie. Z pomocą innych "fachowców" nauczył się kilku przydatnych sztuczek. Po kilku tygodniach też wróciły pierwsze umiejętności ze sztuki magicznej. Na razie jedne z najprostszych ale wystarczały, by Loki czuł się zadowolony.
Jako zapalony hazardzista bywał w wielu knajpach, gdzie oskubywał do zera bywalców grając we wszelakie gry karciane i nie tylko. Spotykał też wiele osobistości, które wpadały w pamięć bardziej lub mniej. Jedną z nich była drobna dziewczyna, która pewnego wieczora przysiadła się do jego stolika karcianego. Kojarzył ją ze swoich dawnych zleceń. Przegrali razem kilka partii. Loki swoim przyzwyczajeniem ograł wszystkich łącznie z niedoświadczoną nową zawodniczką. To tak na prawdę od niej wygrał najcenniejsze przedmioty jakimi władał. Gdy ograł już do reszty ją i jego towarzyszy grał dalej stawiając za nią. Zastanawiał się na ile ją stać. Nie pomylił się. Wieczorem gdy wszyscy rozchodzili się z żalem do domów pozostała jedna nierozstrzygnięta kwestia - dług dziewczyny. Spłaciła go należycie ale to już zupełnie inna historia. Długo tylko w uszach brzmiał jej głos podniecenia.
    Największy majątek zbił na fałszowaniu podpisów. Jako piśmienny i oczytany, radził sobie z tym zadaniem wyśmienicie, a wynagrodzenie starczało by utrzymać się oraz zakupić nowe ubrania z dobrych materiałów. Większość jednak wygrał w karty. Największym łupem była opaska na ramię, która rzekomo miała być torbą. Nauczenie się korzystania z jej dobrodziejstw trochę zajęła ale ostatecznie zniwelowała do zera obowiązek noszenia ciężkiej, nieporęcznej torby. Okazało się to przydatne, gdy uciekał po dachach przed strażą. Ciało demona było nad wyraz sprawne fizycznie. Skakanie czy dłużysz bieg nie sprawiał problemów. Wspinaczka tak samo. Wszystkie te umiejętności poznał "pracując" na zlecenie. Czy to kogoś zabić czy przypilnować. Każda robota była inna. I to lubił.
    Dalej nic się nie zmieniało. Pracował na czarno i robił klientów na szaro. Sztuczki jakimi władał zawsze pozwalały mu umknąć ścigającym go. Z czasem wróciły niemal wszystkie udogodnienia związane z dziedziną chaosu, istnienia i pustki. Jednak nie lubił używać ich do innych celów niż niewielka pomoc. Jednym z takich przykładów jak wróciły wszystkie sztuczki jakich potrzebował była ucieczka z pałacu jakiegoś księcia. Klasyczny włam. W środku nocy zaplanował wtargnąć na teren pałacu i wykraść kilka sztuk drogocennej biżuterii. Chciał się w ten sposób sprawdzić. Podszedł do bramy. Zamknięta, żeliwna, ciężka krata wpuszczana w ziemię. Obok żadnej furtki, czy budki strażnika.
    — No dobra, to inaczej. — Przeszedł kilka metrów w każdą stronę. Nic. Gładka ściana. — No spróbujmy. W każdej fortecy są tajne przejścia. — Przeszedł w prawo od bramy. Odliczył przypadkową liczbę kroków obrócił się i wyciągnął palec. — Tu! — Dotknął cegły, która z lekkim szmerem wsunęła się w mur i otworzyła wąskie przejście. — Mam cię. — Cichutko wślizgnął się przez przejście, które szybko się zamknęło. Magia przypadku działała w pełnej krasie. Ruszył przed siebie i po chwili był na dziedzińcu. Prześlizgnął się niczym szczur przez plac i dopadł do drewnianych drzwi. Otworzył je. Wrota delikatnie zaskrzypiały jak drzwi od szafy. Wszedł. Jego oczom ukazał się ogromny hol. Zbroje ustawione w rzędach pod ścianą. Przebiegł do pierwszego przejścia. Wyjrzał, a za rogiem szło dwóch strażników.     — Kim on u licha jest? — Poczekał aż przejdą po czym jak cień ruszył za nimi. Nawet nie musiał się czaić hałas jaki robiły zbroje skutecznie zagłuszały jego kroki. — No dobra drugi sprawdzian. — Skupił się na mieczach zbrojnych. Po czym delikatnie je wysnuł z pochew.
    — Ekhm, panowie. Czego tak skrupulatnie pilnujecie? — Zaszydził z rycerzy. Ci odwrócili się i jakież było ich zdziwienie gdy nie mogli złapać widocznych dla nich rękojeści swych ostrzy. — Tego szukacie? — Pokazał im trzymane w dłoniach miecze. — Przynoszę wam te dwa nagie miecze, bla, bla, bla... — Zadrwił. Tamci postanowili stawić czoła intruzowi bez broni, pomimo gniewu jaki ich trawił zebrali się w sobie. Ich pięści przeleciały przez sylwetkę Lokstara jak przez powietrze. Loki pojawił się obok opierając się nonszalancko o jeden z mieczy. — Pozdrawiam panów z wyższych sfer. — Rzekł do leżących na dywanie rycerzy, kłaniając się w pas. Ciężka zbroja uniemożliwiała im szybkie pozbieranie się. - Będę czekał w skarbcu. — Skłamał kierując się do sypialni właściciela przybytku. Ruszył schodami. Odłożył jeden miecz, do eterycznej torby by nie przeszkadzał. Drugi miał w pogotowiu. Wszedł na piętro. Zabrał ze sobą przy okazji jakiś dzban zdobiony złotem. Stanął przed drzwiami do komnaty.- Na dwoje sroczka ważyła — I wyważył drzwi. Trafił. Znowu. Zaskoczony szlachcic wyskoczył z łóżka jak poparzony.
    — Czego chcesz?! — Zapiał przerażony.
    — Najpierw się ubierz. — Sapnął Loki. Tamten szybko zaczął zakładać wierzchnią odzież na swe pantalony. - Już? Dobrze. Nie przystoi księciu przyjmować gości w samej bieliźnie nie uważasz? - Tamten tylko przytaknął. - Dobrze. Przybyłem z zamiarem okradzenia cię. Proste?
    — Jak to?! Jak tu wszedłeś? — Krzyknął zszokowany. Loki zniesmaczony pokazał kciukiem za siebie.
    — Przez drzwi. — Przerzucił oczami. - Mam propozycję.
    — Nie to ja mam propozycję, żartownisiu. Wyglądasz na takiego co lubi potyczki...
    — Mhm... A ty na niewiastę... — Skwitował wypowiedź demon. — Odłóż tę wykałaczkę, bo się jeszcze skaleczysz. — Nie słuchał rzucił się do ataku.     — No masz ci los. — Loki odsunął się krok na bok a tamten wyleciał przez otwarte drzwi. Yallan wyszedł za nim. Na nieszczęście dookoła zaroiło się od straży. Po dziesięciu z każdej strony.
    — I co? Teraz nie jesteś taki twardy! — Zawzięcie krzyczał książę z kozią bródką. — Brać go! — Padł rozkaz. Loki zerwał z szyi szlachcica medalion. — Tak na prawdę tylko po to tu przybyłem. — Ukłonił się. — Koniec przedstawienia. Najwyższy czas zejść ze sceny. Wszedł do komnaty i zamknął drzwi. Tam szybko wykreował kilkadziesiąt klonów samego siebie. Nie były to idealne kopie ale do zmasowanego biegu idealne.
    Loki wyszedł przed drzwi gdzie w chwilę otoczyli go wszyscy zbrojni z kozią bródką na czele.
    — Już po tobie! Oddawaj medalion. — Wrzeszczał.
    — Ależ po co te nerwy? — Uśmiechnął się. — A nie wolisz dwóch, albo trzech? — pokazał mu iluzję medalionów.
    — Zabić tego oszusta! — Miecze poszybowały w górę po czym zderzyły się w miejscu gdzie powinien stać złodziej. Wtedy Loki otworzył prawdziwe drzwi i odbijając się od skrzyżowanych ostrzy przeskoczył z gracją i saltem w powietrzu nad wszystkimi. Ruszył w dół po schodach. Za nim cała reszta. Zjechał po poręczy niczym dziecko na zjeżdżalni. Po drodze spotkał jakiegoś rycerza tylko w kolczudze. Zatrzymał się nagle i skłonił.
    — Pokazać Panu sztuczkę? — Spytał szarmancko. Nie czekał na odpowiedź. Rzucił jeden miecz do delikwenta który go odruchowo złapał w dwie ręce. W tym momencie drugie ostrze, które prosto z torby pojawiło się w dłoni powędrowało prosto w szyję oponenta tuż nad końcem kolczugi. — Ta da! — Ukłonił się w biegu do konającego żołnierza i pobiegł dalej. Zaraz za nim zbiegł jeden z goniących go rycerzy. Na wprost okno. Loki szybko zmienił się miejscami z klonem. Klon wyskoczył przez otwarte okno. Bagatela ponad 20 łokci nad ziemią. Rycerz w szoku podbiegł do okna. Obserwował jak klon zmienia się w rozwiewane wiatrem płatki.
    — Mnie szukasz? — Skinął kapeluszem i kopnięciem wypchnął rycerza przez to samo okno. Niestety on zmienił się nie w płatki róży a w mokrą plamę. — Jedziemy dalej. — Zaśmiał się. Zbiegł jeszcze dwa piętra. Tam dwóch zbrojnych na niego czekało.
    — Mamy cię! Poddaj się. — Wymierzyli do niego miecze. Loki podniósł ręce do góry.
    — Zagrajmy w grę. - Skrzywił głowę. Tamci również to zrobili pytająco. — Co mi zrobisz gdy mnie złapiesz? — W tym momencie z miejsca, gdzie stał demon we wszystkich kierunkach zaczęły rozbiegać się jego podobizny. Sam też pobiegł gdzieś zostawiając osłupiałych wojów. — Jak dzieci.
    Kolejne piętro. Teraz już było trudniej. Ci co pomyśleli zebrali się niżej i na niego czkali. Przez okno Lokstar dostrzegł pochodnie przy stajni.
    — Ciekawe czy to zadziała. — Skupił się i postanowił pokierować trochę jednym, wybranym wierzchowcem. — Moi mili, bardzo przyjemnie się z wami bawiło. Ale niestety obowiązki wzywają. - Zasalutował i "wypadł" przez szybę za nim. Obrócił się w powietrzu i wylądował na murze. Obiegł go i poczekał na wierzchowca. W tym momencie z jednej i drugiej strony biegli już zbrojni i reszta straży. W tym sam jegomość. Stanął na skraju platformy na murze.
    — Adios! - Złapał się za kapelusz i zrobił krok w tył. Nie znalazł oparcia. Spadł prosto na nadbiegającego konia. Nie było to wysoko więc koń tylko lekko się zachwiał pod wpływem uderzenia. Nikt tego nie zauważył. Natomiast wszyscy doskonale widzieli odjeżdżającego w stronę wschodzącego słońca złodzieja z amuletem królewskim i na książęcym karym koniu.
    Wykorzystał niemal wszystkie sztuczki jakie miał w zanadrzu i które chciał przetestować. Pióro, które otrzymał dodatkowo od swej pani, nie tylko było piękną pamiątką. Miało też nieznany wpływ na niego. A może to tylko placebo i on sam sobie to przypomniał? Nieważne, działało to co miało i tak jak miało. I był dumny. Nikt nie miał z nim szans jeśli wyłączymy otwartą walkę i nie włada potężną magią. Loki czuł, że jeszcze na wiele go stać. Jedyną nadal zamkniętą dla niego drogą była magia zła, która wkrótce się ma obudzić jednak potrzebuje do tego potężnego impulsu, który przywrócił by całą pamięć i umiejętności.
    Życie to nie tylko jasne drogi. Dla jednych to wiecznie ciemne alejki i intryga. Jednak dla wszystkich kończy się tak samo. On umarł już dwa razy. Nieśpieszno mu do grobu. Na imię miał Lokstar Hellgun Van Yallan.

~~***~~

    — Co ty za bajki opowiadasz?! Nam starym wyjadaczom? Widziałem niezliczone ohydztwa, które chodziły po tym świecie. — Wtrącił się w krasnolud.
    — Właśnie, takie bajeczki to dla brzdąców. Albo do teatru. Znalazł się... — Wtórował elf popijając swój trunek.
    — Moi przyjaciele. — Zaczął spokojnie Lokstar. — Tak się składa, że to nie jest bajka. — Ciągnął zdejmując okulary. — Te postaci, które wam przedstawiłem istniały na prawdę. — Podniósł swój demoniczny wzrok na towarzyszy. — A jedną z nich jestem ja. Na imię mam Lokstar Hellgun Van Yallan. Miło się grało. — wstał założył kapelusz, włożył do ust wykałaczkę i podszedł do drzwi. Posadził na ramieniu króliczka i rzekł. — W każdej bajce jest ziarnko prawdy, przyjaciele. - Po tych słowach wyszedł szukając kolejnych przygód zostawiając zaszokowanych towarzyszy przy kartach.

~~***~~

Dane gracza: Lokstar

Nazwa użytkownika:
Lokstar
Ranga:
Błądzący po drugiej stronie
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
Lokalizacja:
Bełchatów
Wiek:
21
Zawód:
Student, gitarzysta
Zainteresowania:
Muzyka, kobiety i śpiew. Odrobina motoryzacji
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
GG:
5112252
Skype:
adamodo4
Grupy:
Dołączył(a):
Pt paź 17, 2014 11:48 pm
Ostatnia wizyta:
Pn lip 17, 2017 4:52 pm
Liczba postów:
55 | Znajdź posty użytkownika
(0.07% wszystkich postów / 0.05 posty dziennie)
Ostatni post:
[Niewielka wyspa Artemis] Żądza wiedzy i wieczności.
Pn lip 17, 2017 4:25 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Fargoth
(Posty: 14 / 25.45% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Fargoth] Zakaz konkurencji
(Posty: 14 / 25.45% postów użytkownika)

Podpis

Śmierć dla jednych jest końcem. Dla mnie była początkiem nowego życia.
~Lokstar
cron